O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


piątek, 12 kwietnia 2013

To już jest koniec...

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na

czwartek, 11 kwietnia 2013

Makaron w pudełku, czyli Pasta Ale Jazda


Dzisiaj kolejna recenzja nadesłana. Tym razem z Nowego Dworu Mazowieckiego. Leon odwiedził lokal Pasta Ale Jazda i opisał dla Was swoje wrażenia:
Jakieś dwa tygodnie temu byłem z moim wspólnikiem służbowo w podwarszawskiej miejscowości Nowy Dwór Mazowiecki. Około południa zgłodnieliśmy i postanowiliśmy poszukać czegoś szybkiego do zjedzenia. Podjeżdżaliśmy już pod kebab, bo tylko to rzucało nam się w oczy, gdy obok zauważyliśmy baner z reklamą baru z makaronem. A że kebabów i pizzy mamy po uszy, postanowiliśmy odszukać to miejsce i spróbować ich oferty.
Lokal niewielki dwa stoliki, bardziej nastawiony na wynos, niż jedzenie w lokalu. Sama nazwa lokalu jest ciekawa: „Pasta ale jazda”, a menu bardzo śmieszne. Można zamówić krowę na wypasie, kurczę blade, mammałyge, kaczkę dziwaczkę , czy vege. Ja zdecydowałem się na kaczkę dziwaczkę. Zaintrygowało mnie połączenie kaczki, pomarańczy, imbiru i makaronu.
kaczka-dziwaczka
Mój kolega wziął mammałygę, mięso w sosie pomidorowym z serem coś na styl spaghetti bolognese.
mammayga
Dania podawane są w pudełkach, na pozór niewielkich, ale objedliśmy się niesamowicie. Porcje są ogromne. Makaron jest grubszy - nie cienkie spaghetti, składniki świeże, żadnych konserwantów, mrożonek, mikrofali. Widać jak kucharz gotuje co wrzuca na patelnie. Po krótkiej rozmowie z nim dowiedziałem się, że dania to jego autorski- jest zawodowym kucharzem .
Smak mojej kaczki dziwaczki rewelacyjny, ogrom smaków, pomarańcza świetnie komponuje się z kaczką, dużo kaczki w kaczce. Spróbowałem też mammałygi od kolegi: ekstra, nie zwykłe spaghetti, sos pomidorowo-pomidorowy ,mięso mięciutkie wyczuwalna lekka ostrość papryczki.
Podsumowując polecam ten lokal w stu procentach. A i ceny rewelacyjne za taki kubeł jedzenia zapłaciłem 12zł!!!
Lokal znajduje się w Nowym Dworze Mazowieckim, ul. Sukienna 52
Autorem wpisu i zdjęć jest Leon.

środa, 10 kwietnia 2013

Świnia najlepszy przyjaciel człowieka, czyli kiełbasa w Prosiaku

Czas: około 2 w nocy z soboty na niedzielę.
Miejsce: bar Prosiaczek na Św. Leonarda.
Zalążek akcji: powrót z urodzin kolegi.

Noc to najlepsza pora do jedzenia. A szczególnie, jeśli wraca się z imprezy. W brzuchu burczy, ślinianki pracują na maksa, wyobraźnia podsuwa obrazy soczystego mięcha. W takich to okolicznościach przyrody postanowiłem odwiedzić Bar Prosiaczek celem spożycia jakiegoś niezdrowego i pysznego jedzenia. Od jakiegoś czasu migał mi na FB nowy plakat Prosiaczka, gdzie obok kebabów znalazła swe miejsce kiełbasa - w hot dogach i solo. Hot dogów jeszcze w menu nie ma (mają być na dniach), ale kiełbasa już jest. No więc...

Po tym, jak zachwyciły mnie warszawskie wursty cierpiałem, że w Kielcach nie ma miejsca serwującego w nocy i za dnia dobrą kiełbasę. Teraz już jest. Co prawda nie zjemy oryginalnego wursta (ale też kto w Kielcach kupowałby kawałek kiełbasy za 10 czy 13 zł?), jednak to co Prosiak ma w menu nie odbiega jakością od niemieckich kiełbas. A więc po kolei:

Na razie do wyboru mamy białą kiełbasę w dwóch rozmiarach: małym (5,50 zł) i dużym (8,50 zł). Kiełbasa jest grillowana i podawana w towarzystwie sosów oraz bułeczki, również opieczonej na elektrycznym grillu. Oczywiście nie rozdrabniałem się, tylko wziąłem dużą.


Bułeczkę obskubałem zanim wyjąłem aparat, dlatego tak wygląda :D Była idealnie podpieczona - chrupiąca skórka, wnętrze mięciutkie, nie przesuszona. Kiełbasa jak widać jest naprawdę duża. Opieczona na rumiano kusiła atrakcyjnym wyglądem:


Zachowała całą swoją soczystość, nie pękła podczas grillowania, więc soki czekały pod skórką na uwolnienie. Kiełbasa jakościowo okazała się bardzo dobra. Czuć w niej mięcho, a nie wypełniacze, dobrze doprawiona, dość grubo mielona. Kupiłbym taką do białego barszczu na Wielkanoc. Tak mi smakowała, że zapomniałem zrobić zdjęcie środka. No po prostu jak już raz ugryzłem to nie przestałem aż zjadłem do końca. Pyszna.

Podsumowując: wprowadzenie kiełbasy to był bardzo dobry pomysł. Takiej przekąski brakowało mi na afterek lub biforek. Czekam na poszerzenie asortymentu, tak żebym mógł wybrać np. spośród trzech - czterech kiełbas, zarówno z grilla jak i z wody. Jakość bardzo dobra, cena również, brać i zajadać. Jedyna rzecz do której mogę się przyczepić to brak chrzanu. Do białej kiełbasy jest mi niezbędny.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Hola, amigo! Z wizytą w poznańskim „Czerwone sombrero”.

Dzisiaj wpis z Poznania. Kamil Rudzki odwiedził meksykańską restaurację "Czerwone Sombrero". Co tam zjadł i czy było dobre? O tym przeczytacie poniżej:


Kiedy tylko wybieram się do Poznania, zawczasu planuję wizytę pod względem kulinarnym. Tak było i tym razem. Za cel główny obrałem osławione, stricte streetfoodowe miejsce, Food Patrol. Pogoda jednak nie rozpieszczała, trzaskający mróz i padający śnieg dawał się ostro we znaki. Mnie i mojej J. nie uśmiechało się jeść w takich warunkach, więc postanowiliśmy jednak iść kawałek dalej i odwiedzić lokal serwujący kuchnię meksykańską.

Po wejściu w oczy rzuca się typowy wystrój bijący po oczach butelkami tequili i wszechobecnymi sombrero, robiącymi nawet za klosze. Miły pan kelner zaprowadził nas do stolika i podał menu. Od razu uderzył mnie brak dań z wołowiną. Dopatrzyłem się faktu, iż jest to menu testowe, które będzie się jeszcze zmieniać korzystając z sugestii klientów. No cóż, jakoś przebolałem brak krowy w ofercie.
Na rozgrzewkę wybrałem Sopa Azteca (9,90PLN), czyli pikantną zupę z pomidorów i ostrych wędzonych papryczek chipotle z mięsem drobiowym, plasterkiem awokado, śmietaną, serem i chrupiącymi kawałkami tortilli. Zupa sama w sobie bardzo mi smakowała. Była ostra, z charakterystycznym posmakiem wędzonych papryczek. Śmietana łagodziła ostrość, a ser bardzo fajnie się topił i ciągnął przy jedzeniu. Konsystencję pozytywnie przełamywały kawałki tortilli. Jedynym zgrzytem był gotowany kurczak, którego naliczyłem raptem kilka kawałków. Może i dobrze, bo średnio się komponował. Śmiem nawet stwierdzić, że bez niego zupa byłaby lepsza.


Danie główne stanowiły Enchiladas de Pollo (22,90PLN), czyli tortille faszerowane grillowanym kurczakiem, papryką i cebulą, zapiekane z salsą ranchera i serem. Potrawa została nam zaserwowana na gorących patelniach, jeszcze przyjemnie skwiercząca. Jak widać na załączonym obrazku, całość prezentowała się świetnie. Pełen ochoty zabrałem się więc za kosztowanie. Po kilku kęsach dobrej salsy połączonej ze smakiem tortilli i kwaśnej śmietany…no właśnie…hola, amigo! A gdzie ten kurczak? Po głębszym przypatrzeniu się w głąb odnalazłem kilka kawałków małej wielkości, bo w całości w ogóle ich nie wyczuwałem. Może i dobrze, bo grillowany kurczak był właściwie nijaki w smaku, wręcz mdły. Za tę cenę spodziewałem się zdecydowanie więcej mięsa. Na plus zdecydowanie same tortille, które były mocno kukurydziane i raczej robione na miejscu. Potrawa nie zachwyca i moim zdaniem wymaga dopracowania, szczególnie mięso, które jednak powinno być bardziej doprawione i w większej ilości.


Wychodząc z Czerwonego Sombrero miałem mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo fajna, ostra zupa, z drugiej jednak mocno średnie enchiladas. Czy odwiedziłbym to miejsce ponownie? Raczej nie. Zawiodłem się na kurczaku niezmiernie, a stosunek jakość-cena pozostawia wiele do życzenia. Za tę cenę w Poznaniu można zjeść zdecydowanie więcej i lepiej.
Lokal mieści się na ul. Piekary 17 w Poznaniu.

Autorem wpisu i zdjęć jest Kamil Rudzki.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Ostre wege po tajsku – czyli makaron z warzywami + bonus serowy z Burger Kinga

Dzisiaj relacja nadesłana z Gdańska. M'n'M's sprawdzała dla Was wegetariańskie dania:

Jestem studentką i jako taka, nie mam z reguły czasu ani ochoty na gotowanie. Polegam więc na jedzeniu, przywożonym z domu (no bo nie ma to jak schabowy, zrobiony przez własną mamę), albo na standardowej kromce chleba z szynką i serem.

Czasami jednak mimo, że w lodówce zapasy jeszcze są, nachodzi mnie ochota, żeby zjeść coś na przysłowiowym mieście, i w takich chwilach wsiadam w tramwaj, do Galerii Bałtyckiej, spiesząc czym prędzej na pierwsze piętro, do ukochanego ciągu gastronomicznego.

Po kolei, napotkacie tam, dobrze wszystkim znane punkty wuja Ronalda, czy Króla Burgerów, dalej jest punkt BioWay, który mnie niestety zraża do siebie dość wysokimi cenami (mimo 20% zniżki dla studentów) no i w końcu „knajpka”, do której uwielbiam zaglądać – Asia Hung.

Od razu powiem, że jestem zdeklarowanym mięsożercą i nie ma dla mnie nic lepszego, niż porządny kawał mięsa w whopperze (McDonalds ujdzie od biedy, ale Burger Kinga w kwestii kanapek nie pokona w mojej opinii absolutnie nic), ale czasami czuję potrzebę względnej detoksykacji i zjedzenia czegoś, nazwijmy to, zdrowszego. Wybór pada na Asia Hung, oferującą dania, z założenia azjatyckie (fama głosi, że głównie tajskie, ale, szczerze powiedziawszy, osobiście zbyt mało zjadłam w życiu tajskiego jedzenia, by te pogłoski potwierdzić, bądź im zaprzeczyć), w której jadałam już nie raz. Wcześniej jednak zamówiłam w Burger Kingu podwójną porcję (2x4 sztuki – 5 złotych porcja) chili cheese nuggets – wybaczcie brak zdjęcia. Mam nadzieję, że opis tej przekąski to zrekompensuje chociaż w małej części. Ale to za chwilę ;)

Wróciłam do Asia Hung, bo na nuggetsy miałam chwilę poczekać. Oferta tego przybytku jest dość szeroka – głównie dania, zawierające mięso, ale, nie łudźmy się, nie na kieszeń studenta. Nawet o zniżce nie ma tam jakiejkolwiek mowy. Pozostało mi tylko wybrać między snack boxem za 12,90, a makaronem nippon, tańszym o ponad 3 złote. Nie miałam ochoty na łażenie po galerii z kartonowym pudełkiem, więc wybrałam to drugie. Obsługująca mnie, młoda Azjatka łamaną polszczyzną spytała o zamówienie i już po chwili z metalowej płyty, czy czegoś w tym rodzaju, z góry smażonego makaronu z warzywami na talerzu zlądowała moja porcja. Obsługa zapytała mnie o sos, a jest ich bodajże 5 lub 6 do wyboru – wybrałam ostry. I subiektywnym zdaniem mojego podniebienia, ten sos jest naprawdę ostry. To, co dostałam, na talerzu prezentuje się następująco:


Purystów, zajadających się kuchnią azjatycką przepraszam z góry za plastikowe sztućce – to kwestia wygody. Nie będę ukrywać, że moje umiejętności posługiwania się pałeczkami (które można wziąć zamiast plastikowego noża i widelczyka) są znikome, o ile jakiekolwiek ;) Ale do rzeczy.

Wróciłam do BK po zamówione wcześniej nuggetsy. Fakt, musiałam jeszcze odstać swoje, ale gdy w końcu dostałam paczuszkę, udałam się w poszukiwaniu wolnego stolika, którego znalezienie w sumienie nastręczyło mi jakichś wielkich trudności, po czym zabrałam się za konsumpcję.

Na moim talerzu znalazła się, jak się pod koniec okazało, dość spora porcja przyjemnie ciepłego, krótko smażonego makaronu z warzywami. Wśród nich można na bank wyróżnić kapustę (podejrzewam pekińską), małe kawałki marchewki, kawałki pora, które, o dziwo, bo generalnie za porem nie przepadam, mi smakowały – podejrzewam, że to zasługa sosu, jakieś kiełki i chyba nawet bok choi, chociaż nie jestem tego do końca pewna. Ot, jakaś mieszanka warzywna. Oblano to ostrym sosem, z, widocznymi na zdjęciu, kawałkami karmelizowanej cebulki, która, na upartego, jest delikatnie słodka. Na upartego, bo smak i ostrość czerwonego chili dominuje tak w dość tłustawym sosie, jak i później w całym daniu. Nie ukrywam, że mi to smakowało tak za pierwszym razem, jak i po raz którejś z kolei konsumpcji. Przyczepić się mogę tyko do faktury makaronu – miejscami jest miękki, jakby po prostu podgrzany na parze, miejscami z kolei zbyt suchy – widać, że nieco zbyt długo przytrzymany na płycie, ale wostatecznym rozrachunku wychodzi tak gdzieś pośrodku, więc nie ma na co narzekać. Gdyby nie przekąska, zjedzona przeze mnie chwile później, na pewno pamiętałabym o posiłku przez dłużej, niż godzinę i to nie przez smak czy uczucie nasycenia (to drugie nie dało mi zapomnieć o lunchu spokojnie do wieczora), ale przez gorąco, które czułam na i w ustach dzięki ostremu sosowi.

Wiedząc, a właściwie wierząc, że dobiję mój język kolejną dawką kapsaicyny, sięgnęłam po jeszcze ciepłe chili cheese nuggets od Króla. Wyjęłam jedno, jeden… No, nieważne, jedną sztukę i moim oczom ukazało się coś, kształtu… miniaturowego kartofelka, takiego – teoretycznie – na jeden kęs. Porównując to do znanych już czytelnikom tego bloga przekąsek, powiedziałabym, że jest to wielkość gdzieś dwóch Chicken McBites i pewnie wiele bym się nie pomyliła. Przegryzłam chrupiącą panierkę i moim oczom ukazał się środek, pełen gorącego, płynnego, topionego sera, w którym zatopione były kawałki zielonego chili. Właśnie przez ser napisałam, że to przekąska na jeden kęs tylko w teorii. Jest on naprawdę gorący, więc nie radziłabym próbować rozgryzać kąska, będącego w ustach w całości – poparzenie języka i podniebienia murowane. Co jednak mnie zaskoczyło po przelotnym romansie z kolejnymi siedmioma kolegami pierwszego nuggetsa, to fakt, że roztopiony ser sympatycznie złagodził ostry posmak całego posiłku tak, że, jak już wcześniej pisałam, po godzinie z wrażenia, że mogłabym ziać ogniem, niczym, nie przymierzając, Smok Wawelski, zostało już tylko wspomnienie, które jednak pozostawiło po sobie przyjemnie pełny żołądek.

Podsumowując, na całość wydałam mniej, niż 20 złotych, a zaspokoiłam dość spory głód, przechodząc wręcz niemal w dolną granicę przejedzenia. Asia Hung odwiedziłam już nie po raz pierwszy i na pewno jeszcze nie raz tu wrócę – bo, przynajmniej, na podstawie moich skromnych doświadczeń z tym miejscem, stwierdzam, że warto. Mam nadzieję, że nie rozczaruję się, zamawiając kiedyś inne pozycje z menu tej knajpki.

Autorką wpisu i zdjęcia jest M’n’M’s

niedziela, 7 kwietnia 2013

Tego mi brakowało, czyli Steakhouse Classic w McDonald's

Dobry był New York Beef Classic, ale zbyt łagodny dla mnie. Dlatego z radością powitałem nową kanapkę z serii Stars of America - Steakhouse Classic. Niby bardzo podobna do NYBC, a jednak inna, lepsza. Zblizona w smaku do mojego ukochanego McRoyala. Po kolei:

Odebrałem pudełko i zobaczyłem:


dużą sezamową bułkę. Co kryła w środku?


Dwa duże kotlety wołowe, sałatę, bekon, dwa plastry Cheddara, czerwoną cebulę i sos pomidorowo - paprykowy.


Bułka jak zwykle pyszna, dobrze zgrillowana, mięciutka. Kotlety soczyste, ser wyrazisty, bekon smakowity, acz nienachalny w smaku, warzywa świeże. Ogromną dla mnie zaletą tej kanapki jest to, że warzyw jest niewiele, nie przeszkadzają mi skupić się na mięsie. No i sos - ostry, jak na standardy MD. Czuć paprykę, czuć pomidora i przede wszystkim wyraźnie czuć szczypanie w język. Żeby nie było tak słodko - przydałby się jeszcze ogórek.

Kanapka wyrazista i bardzo smaczna, dla mnie najlepsza z całej trójki Stars of America. Chętnie powitałbym ją w stałym menu, jako uzupełnienie McRoyala. Cena 11,90 zł, moim zdaniem warto.
Jadłem w kieleckiej Galerii Korona.

sobota, 6 kwietnia 2013

Mateusz hamburgery tropi, czyli Ravioli w Olsztynie

Dzisiaj kolejny wpis Mateusza, który znowu szukał dobrych burgerów w Olsztynie. Czy mu się to udało, przeczytacie poniżej:

Tworzenie kulinarnej mapy street fodu północnej Polski nie jest łatwe. Wszędzie widzimy krzyczące budki z kebabami bądź zapiekankami z których Olsztyn słynie. Rzeczywisty obraz jest taki, że szybkie jedzenie stoi na bardzo niskim poziomie, ludzie jadają rzeczy niesmaczne, często wątpliwej jakości. Dlatego gdy dowiedziałem się, że restauracja w moim mieście ma w swojej ofercie podobno całkiem niezłej jakości burgery, postanowiłem czym prędzej sprawdzić to i zostawić jakąś spuściznę na pokolenia w formie tej notatki. Mowa o Pizzerii Ravioli STREET.

Knajpa z założenia prowadzi kuchnię amerykańską, króluje pizza. Gdy wchodzę około godziny 16, większość stolików jest zajęta. Przyjemny zapach dociera do moich nozdrzy, i widzę jak kelnerki co rusz roznoszą wielkie ogromne placki do stolików z uśmiechniętymi i zadowolonymi klientami. Lubię gdy obsługa i goście są uśmiechnięci, dlatego czym prędzej siadam i wybieram z karty cheeseburgera. Cena: 24,90 zł, to dużo jak na Olsztyn. Proszę aby mój burger był średnio wysmażony. Po jakichś 15 minutach kelnerka przynosi zamówione jedzenie.  


Porcja jest duża, burger wygląda bardzo przyzwoicie. Grymaszę trochę na przypaloną bułkę, która jest za mocno zgrillowana w kilku miejscach oraz przyprawiony talerz. Nienawidzę przyprawionych talerzy.


Pożeram na wstępie kilka frytek, są takie jakie powinny być, chrupkie na zewnątrz, miękkie w środku, nie czuć od nich starą fryturą, ani przemysłowym ziemniakiem. Próbuje także coleslawa, jest tak beznadziejny, że odrzucam widelec i postanawiam nie psuć sobie smaku. Biorę kanapkę w dłonie


i wgryzam się, pierwsze co mnie uderza to doskonale doprawione mięso, które jednak jest za mocno wysmażone. Kolejny lokal gdzie zabijają wołowinę, jestem smutny. Jem dalej, smak jest prawidłowy, jest to prawdziwy cheeseburger, ilość sera jest ogromna, fajnie się komponuje i dobrze natłuszcza całość. Warzywa przyjemnie chrupią. Brakuje mi tylko jakiegoś wyraźnego sosu, spód posmarowany jest BBQ, co później potwierdza obsługa. Dostałem też ketchup w butelce, ale nie wiem jak miałbym go użyć. Całość dobrze trzyma się formy nie kapie, nie cieknie, nie wypada mi nic.


Zjadam do końca ze smakiem i stwierdzam z zadowoleniem, że podjadłem bardzo przyzwoicie. Jestem syty. Podsumowując, zjadłem przyzwoitą kanapkę fakt ze zbyt wysmażonym mięsem ale to teoretycznie jeden mankament. Cena jest odrobinę nie rozważna, drugi raz nie zapłaciłbym prawie 25 złotych za taki posiłek. Jednak najwidoczniej lokal z braku konkurencji w tej dziedzinie pozwala sobie na takie zagrywki. Polecam dla kogoś kto lubi zabite mięso, dla kogoś kto nie lubi polecam prosić o średnio wysmażone i może tym razem „dla kucharza się uda”.
Restaurację znajdziecie na ulicy Dworcowej 35 w Olsztynie.

Autorem recenzji i zdjęć jest Mateusz Suchecki. 




Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...