O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


wtorek, 27 grudnia 2011

Dobry pomysł się rozprzestrzenia, czyli kanapkowa inwazja w mieście.

Kilka dni przed świętami, kiedy to trzeba było obskoczyć znajomych na tzw. opłatkach,
wracając do domu zaczaił się na mnie głód, bo jedno piwko, drugie, jakiś drink i częste
przemieszczanie się w ciągu dnia, dały o sobie znać.
Zatrzymałam się więc w lokalu przy Paderewskiego, obok Telepizzy, o którym już pisałam, nie dość, że po drodze, to jeszcze sprawdzony.
W pierwszym zamyśle chciałam zdecydować się na hamburgera, ale kiedy weszłam do środka, miło zaskoczyła mnie nowość na tablicy menu: kanapki.
Szybki rzut oka na składniki i rozmiary, zdecydowałam się na to, co w innym lokalu nazwane zostało Kanapką Michała, czyli mięso kebab, frytki, surówki i sosy. Mała 4,5zł.
Pani bardzo szybko uwinęła się z moją kanapką, co wyjątkowo mi się spodobało.
Bułka była odgrzana w piecu, bardzo ciepła i chrupiąca,
mięso wołowe (można też wybrać drobiowe), chude kawałki, dobrze podgrzane, przyprawione bez przesady. Do tego surówki, również w rozsądnej ilości i sosy.
Małą kanapką można się najeść solidnie, duża, dwa razy większa od małej, to już chyba na
mega maksymalny głód.
Do wyboru jest kilka rodzajów kanapek, z różnymi składnikami, m. in.
z szynką, oliwkami i wegetariańska. W sumie bliżej, niż do budki 4Mobiles, więc pewnie w najbliższym czasie przetestuję więcej tych kanapek. Ceny, w zależności od składników i rozmiaru kanapki zaczynają się od 4zł, za małą, a kończą bodajże na 8zł za dużą. Polecam każdemu, kto nie ma ochoty na standardowy fast food, a na mieście został zaatakowany głodem.
EDIT: Nie mogę wstawić linków do recenzji miejsc, do których odwoływałam się w niniejszym poście. Blogger ustawił jakąś durną ankietę i nie mogę tego obejść, nawet po wypełnieniu. Może kiedy to zniknie, uda mi się zalinkować post.

niedziela, 25 grudnia 2011

No to... życzenia.

Nieco spóźnione, ale szczere życzenia wesołych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia od Street Food Polska Crew oraz przyjaciół z Elitgraf-u!


poniedziałek, 19 grudnia 2011

NUR kebab, dobry kebab!

Tyle razy tamtędy szedłem, a do głowy mi nie przyszło, żeby wejść i spróbować! W końcu kolega mnie zaciągnął. I bardzo się cieszę, że to uczynił, bo okazało się, że Saray Kebab ma wreszcie realną konkurencję, co dla mnie oznacza, że mam dwa punkty z pewnym kebabem. NUR mieści się w niewielkim (3 stoliki) lokalu na Sienkiewicza, obok Krokodyla (wejście z bramy, lub sprzedaż z okienka), idąc od Placu Wolności przed sklepem zabawkarskim. Do rzeczy: kebab można zamówić barani lub z kurczaka, w bułce, cienkim cieście lub tortilli, w dwóch rozmiarach - mały i duży. Ja na pierwszy raz zamówiłem barani mały w cienkim cieście (9 zł). Mały okazał się wcale nie mały !!! Moim zdaniem ma wielkość co najmniej średniego w innych miejscach, a realnie (biorąc pod uwagę ilość mięsa) plasuje się w kategorii dużych. Co mogę napisać, poza tym, że całość była idealna? Mięsa naprawdę dużo, dobrze doprawione w połączeniu z sosem mieszanym i surówkami, zgrillowane w cieniutkim cieście tworzyło arcysmaczną kompozycję. Na miejscu można nabyć również dania obiadowe na bazie kebaba, ale także gotowe produkty tureckie, jak na przykład ayran czy faszerowane warzywa. Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony, bo miejsce nie wyglądało na takie, w którym można zjeść smaczne tureckie jedzenie. Zawsze myślałem, że to kolejny punkt, gdzie podaje się chłamowaty fast food, a tu taka niespodzianka!!! Gorąco polecam, jeśli macie ochotę na fantastyczny kebab, a do Saraya za daleko, to NUR jest idealnym przystankiem. Szkoda, że nie jest czynny 24 h (zamyka się bodaj o 23.00), ale jeśli nie jadacie po nocach to koniecznie się tam wybierzcie, ja na pewno częściej będę wpadał, jeśli będę tamtędy przechodził.



EDIT: z niepokojem zauważam dziwną tendencję w kieleckich kebabach, a mianowicie wrzucanie ogórków kiszonych lub z octu do kebabów. Mnie osobiście pasuje to jak pięść do nosa. Ogórki są dobre, jako zakąska do wódki, ale w kebabie po prostu psują mi smak.

czwartek, 15 grudnia 2011

Tuńczyk pływa "Pod Telegrafem", czyli całkiem dobra zapiekanka

Lekki czując głód szedłem sobie ulicą Paderewskiego i myślałem co by tu zjeść. Pomyślałem o piekarni "Pod Telegrafem", gdzie można zakupić sporo różnorakich zakąsek. Pisała o niektórych Marika, ja również kilkukrotnie miałem okazję tam zjeść i raczej byłem zadowolony. Wszedłem więc i rozejrzałem się po półkach. W oczy rzuciła mi się promocja na zapiekankę z tuńczykiem - jedynie 2,99 zł. Nabyłem więc i poprosiłem o podgrzanie. Zapiekanka robiona jest na solidnej bułce, grubej, długości około 35 cm. Cała pokryta rozdrobnionym tuńczykiem, serem i czarnymi oliwkami oraz kukurydzą. Dostałem ją pięknie podgrzaną, tak jak być powinno, czyli skórka chrupiąca, środek soczysty. Gorąca i smaczna.  Wydaje mi się, że zagrzano mi ją w piecu, bo nie stygła tak szybko, jak z mikrofalówki i nie zrobiła się gumowata. Polecam z czystym sumieniem, bo za 3 złote zjadłem ze smakiem i zaspokoiłem mały głód.

p.s. Przypominam o KONKURSIE !!!

środa, 14 grudnia 2011

Hipnotyczny Wzrok Oszalałej Kawki. W Lemoniadzie- na ''nie – lemoniadzie''

Po bardzo długim okresie milczenia nareszcie zaczynam obiecane recenzje kawy na jaką możemy natknąć się w naszych kieleckich kawiarnio- klubo- barach.

I ku memu zaskoczeniu, bo zawsze byłam przekonana, że moją recenzję rozpocznę od ukochanej kawy w Centrum, czyli białej z Chocco Obsession, lub od tak samo uwielbianej kawy z Galerii, czyli latte z Coffee Shop Company, a padło na... latte z Lemoniady.
Chciałabym usprawiedliwić przed wami i po części także przed sobą samą właśnie taki wybór:)
Lemoniada to przede wszystkim miejsce, które aż prosi się o promocję i o to, aby ktoś o nim napisał i to napisał dobrze. Przesympatyczna obsługa (właściciele?) zrobiła na mnie duże wrażenie – Pani pamiętała, ze ostatnio poprosiłam cynamon do kawy a to zawsze bardzo milo zaskakuje. Wystrój lokalu jest niesamowity, przypomina mi bardzo chilloutowe kluby krakowskie z serii – płacisz 4 złote a piwko, winko i wódeczka lub zakąseczka – są twoje! Internet działa jak sam diabeł – fb chodzi, aż milo popatrzeć a piec wstawiony do drugiej sali sprawia ze jest tam ciepło i przytulnie. Ale dość o tym...będą zdjęcia, zobaczycie sami. Może faktycznie w pierwszej chwili Lemoniada wygląda jak lekcyjna sala szkolna …ale daj Boże aby w takich warunkach przyszło się uczuć dzieciakom, jeśli chodzi o mnie chyba nadal byłabym uczennica na poziomie szkoły podstawowej:)

Teraz o kawie. Wyraźny smak. Z dużą ilością mleka, ale nie z przesadna ilością pianki, czego powiem wam szczerze, nie cierpię – poczekajcie na recenzje latte z CoffeeHeaven – 1/3 kubka to pianka z mleka – można oszaleć! Do tego zawsze brałam z chudym mlekiem 0,5 % wiec nie wiem jakim cudem osiągnęli taki efekt.
Kubek 0.3 l to duża kawa, wiec można sie naprawdę poczuć smak a nie dostać naparstek z kawą i wypić go na raz. Z całym szacunkiem dla Taboo które lubię i CKMu – to juz bez jakiegokolwiek szacunku – jak będę chciała napić się kawy w ilości do której dostrzeżenia powinno się nosić składany mikroskop w wersji do damskiej torebki to chętnie zacznę ja tam masowo kupować.

Sama kawa, którą serwuje Lemoniada jest włoskiej firmy Lavazza.
Włosi jako pierwsi w Europie docenili smak kawy, chociaż jej początki w tym kraju były dość trudne. Przez dłuższy czas uznawano ją za napój szatański i za jej picie groziła nawet ekskomunika. Świetnie – pewnie w tamtych czasach byłabym juz ze trzy razy spalona i z pięć razy wyklęta :)
Kawa i jej pobudzające działanie świetnie pasują do włoskiego porywczego temperamentu i stylu życia. Ciężko stwierdzić czy jest on wynikiem kawy czy ilości testosteronu w organizmie:) Mówi się, ze szybkie skutery Włochów tez są napędzane kawą stad ich szaleńcza jazda. Ogólnie jeśli chodzi o marketing – kawa i Włochy, włosi i kawa świetnie się kojarzą i dobrze sprzedają.

Historia marki Lavazza zaczęła się w 1884 roku kiedy to Luigi Lavazza otworzył sklep wielobranżowy w którym zaczął miedzy innymi parzyć kawę. Wychodziła mu ona tak dobrze, ze mógł pozwolić sobie na dalsze inwestycje w nowoczesne wynalazki służące propagowaniu picia W 1925 roku wprowadził na rynek pergaminowe opakowania na produkowana przez siebie kawę. Dzięki szczelnemu paczkowaniu produkty Lavazzy mogły trafić teraz również do konsumentów poza Turynem, a firma zaczęła słynąć z kawy, która najdłużej zachowuje aromat i smak. Stawiało to ją ponad konkurencją. I tak rozpoczęła sie historia kawy która jeśli chodzi o Włochy jest numerem 1. Na świecie Lavazza znana jest ze swoich oryginalnych pomysłów – wprowadziła np. niezwykły napój „Passion me”. Podawany w specjalnym naczyniu kawowy drink jest połączeniem espresso, soku z marakui i mięty. Pił ktoś z Was cos podobnego?

Dorzucę jeszcze moje 3 grosze w temacie Lavazzy – bardzo popieram tę firmę, jeśli chodzi o dobór fotografów którzy brali udział w sesjach reklamowych tej kawy (głównie kalendarze). Bardzo często byli rewelacyjni fotografowie np. przedstawiciele Agencji Magnum ( kocham!). Jeśli ktoś chce zobaczyć jakie perełki wyczarowali...proszę bardzo link poniżej.

Wracając jednak do meritum sprawy. Lavazza jaka możemy wypić w Lemoniadzie to moim zdaniem robusta mieszana z arabicą. Musze dopytać. Ale taki skład przeważa w większości kawiarni jakie znałam, więc obstawiam, ze dobrze obstawiam:)

Smak intensywny, ale nie nachalny. Na pewno pobudzi, ale nie zmiecie z nóg. Kawa podawana jest z brązowym cukrem lub białym, jak ktoś sobie życzy. Niestety ubolewam nad brakiem słodzika. Mleko w idealnych – jak dla mnie – proporcjach w stosunku do esspresso. Słowem – bardzo dobra kawa. Na pewno będzie konkurować z Kawą z Chocco Obsession o koronę najlepszej kawy w centrum. Jeśli chodzi o cynamon, o który poprosiłam za pierwszym razem i od razu zaproponowano mi go za drugim, to komponował się świetnie, do tego bardzo mila Pani, o której juz wspominałam, proponowała mi tez syropy do kawy. W gratisie! Świetny PR jak na początek:)

To mi przypomina o największej porażce jeśli chodzi o obsługę klienta w czymś co chyba miało uchodzić za kawiarnie a de facto jest wyspą w Galerii Echo. Nazwa Empik kojarzyła mi z książkami i kultura, odkąd piłam kawę w Empik Cafe kojarzy z czymś zgoła innym. Nawiasem mówiąc – kawa sama w sobie była dobra, ale nie wiem czy po tym jak mnie obsłużono mogłam w ogóle ją docenić. Ale o tym następnym razem:)

Cenowo – jak na Centrum – w standardzie. Cena dużej kawy w kubku 6 zł. Wzmocnionej 7 zł. Mała 5 zł.

Z wad – ale to już tylko czysto marketingowych – szkoda, ze nie ma pieczątek czy naklejek dla stałych klientów. To zawsze przywiązują do marki.
I ten słodzik, niestety pozostałość po diecie Dukana…zwracam na to uwagę:)

Wrócę na pewno.
I polecę innym.
W skali hipnotycznego wzroku oszalałej kawki – daje 4,5/5.


Obiecane linki:

Lavazza:
http://www.lavazza.com/corporate/en/lavazzastyle/showcase/magnum_photos.html


Lemoniada:
http://www.echodnia.eu/apps/pbcs.dll/article?AID=/20111024/JEDZENIEIZABAWA0107/730382286

Kraków, dzień drugi, czyli Indianie i Szwedzi

Drugi dzień w Krakowie. Po przejedzeniu sobotnim niedziela miała być odpoczynkiem dla żołądka.

Indianie na Rynku, czyli tex-mex a la Sphinx. Obiad zjadłem w restauracji sieci Sioux. Lokal mieści się na krakowskim Rynku. Pierwsze, co rzuca się w oczy to wystrój, nawiązujący do stylistyki Dzikiego Zachodu. Biorę kartę i przeglądam. Nie wiem czy Sioux i Sphinx są w jakiś sposób powiązane, ale wiele na to wskazuje. Podobnie skonstruowana karta, wiele dań wręcz wydaje się wspólna (karta "egipska"), aczkolwiek większość nawiązuje do kuchni tex-mex (przynajmniej nazwą). No nic, dywagacje na bok, czas coś zjeść. Wybrałem danie figurujące w menu jako Humor Jacka Londona. Kosztuje około 28 zł i składa się z karkówki, frytek i sałatek. Na ogromnym talerzu dostałem swoje zamówienie. Hmmmm, jedzenia było dużo, ale jakichś fajerwerków kulinarnych się nie spodziewajcie. Karkówka, którą dostałem nie była soczystym stekiem, ale dwoma cienko rozbitymi kotletami. Osobiście wolę karkówkę nie rozbitą. Lekko żylasta, ale dobrze doprawiona. Frytki i sałatki standard. Krótko mówiąc - można się najeść, a nawet przejeść, bo porcje rzeczywiści ogromne, ale smak dość przeciętny. Jeśli jednak chcecie zjeść coś innego i jesteście bardzo głodni, to do 30 zł Sioux jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Słowem,  jeśli jedliście w Sphinxie, to wiecie czego się spodziewać. Ja osobiście trochę żałuję, że nie skusiłem się na Siouxowego hamburgera, bo sądząc po cenie musiał być ogromny.

Hot dogi za złotówkę, czyli oszczędna Ikea. Przed wyjazdem udaliśmy się jeszcze na zakupy do Ikei. Nie ukrywam, że mnie najbardziej kusił ikeowski barek, bo o przekąskach tam serwowanych słyszałem, że są smaczne i bajecznie tanie. Zdecydowałem się na hot dogi. No bo hot dog za złotówkę??? Kolega mówił, że w kasie dostaje się "podstawkę", czyli parówkę i bułkę, po czym samemu dokłada się sosy i dodatki. Odstałem swoje w kolejce, biorę "podstawkę" i szukam reszty. Okazało się, że z tej reszty pozostały tylko sosy (keczup i musztarda), natomiast ogórek czy prażona cebulka już nie są udostępniane. No cóż. W sumie czego można się spodziewać za 1 zł? Sam hot dog składał się z gotowanej parówki i małej bułeczki. Bułka nie jest grillowana tylko podgrzana, co sprawia, że nie jest chrupka tylko mięciutka. W sumie smaczne, ale jak chcecie poczuć, że coś zjedliście to bierzcie od razu 5 sztuk. Moim zdaniem jednak lepiej iść na drugą stronę ulicy i kupić hot doga na stacji Orlenu. Droższy, ale większy i o niebo smaczniejszy.

wtorek, 13 grudnia 2011

Kraków, dzień pierwszy: pizza, golonka i zapiekanka

Jako, że udało mi się sobotę i niedzielę spędzić w dawnej stolicy na szkoleniu (swoją drogą polecam gorąco szkolenia prowadzone przez Bartka Raka z Socjomanii), skorzystałem skwapliwie z okazji by zinfiltrować kilka tamtejszych przybytków kulinarnych, zmierzyć się z legendą i napaść brzucho przysmakami. Po kolei i w porządku chronologicznym:

Fabryka Pizzy, czyli cienko i smacznie po włosku. Obiad zjadłem w Fabryce Pizzy. Jak pisałem już kiedyś, jestem zwolennikiem pizzy w stylu chicagowskim, czyli na bardzo grubym cieście. W FP ciasto jest cieniuteńkie, taki prawdziwy chrupiący podpłomyk. O dziwo - bardzo mi smakowało! Wybrałem "pół na pół", połowę pizzy stanowił Ser Osioł, drugą połowę Ostre starcie. Ser Osioł - salami, feta, czarne oliwki, pomidor. Zestawienie ciekawe i smaczne, pizza raczej dla lubiących "na słono". Ostre Starcie - pieczarki, szynka, bekon, salami, papryka, tabasco i starty czosnek, dodatkowo podany osobno. Mięsna, smaczna, lekko pikantna. Wielkość pizzy - 32 cm i to jest pizza duża (mała 28 cm). Niewielkość i cienkość placka rekompensują dobrej jakości składniki i sosy. Całość oceniam bardzo dobrze i polecam.

Pod Wawelem - Kompania Kuflowa, czyli solidnie, smacznie i niedrogo.  Kompania Kuflowa mieści przy Hotelu Royal pod Wawelem. Wystrój i menu nawiązują do ukochanego przeze mnie klimatu mocno przedwojennych lokali, ktoś kto czytał/oglądał "Zaklęte rewiry", ten wie o czym mówię. Na stolik ZAWSZE się tam czeka, pomimo naprawdę dużej ilości miejsc, ale warto odstać swoje, żeby zakosztować podawanych tam dań. My (byliśmy we trzech) wybraliśmy golonkę po węgiersku z ziemniakami farmerskimi (19,90 PLN) x 2 i ser gouda z szynką w garniturze panierowany z frytkami i sosem tatarskim (15,90 PLN). Sera nie próbowałem, ale kolega twierdził, że jest świetny. Porcje dają ogromniaste! Golonka po węgiersku to właściwie gulasz z golonki na ostro, ale z minimalną ilością sosu, do tego opiekane w ostrej papryce ziemniaczki i surówki. Całość po prostu REWELACYJNA!!! Golonka mięciutka, soczysta i ostra, ziemniaczki ostre, z chrupiącą skórką i aksamitnie mięciutkim wnętrzem. Czekając na dania ciepłe zamówiliśmy alkohole. Piwo można zamawiać w małych (0,4 l) lub dużych (1 l) kuflach, wódeczkę na kieliszki lub butelki. Ceny bardzo przyzwoite - 0,5 l Stocka 60 zł. Do wódeczki Firma podaje doskonałą zakąskę, czyli ogórki kiszone i kiszoną kapustę. Na zakończenie gratis od Firmy - kieliszeczek wiśniówki lub cytrynówki. Trzy dania obiadowe (solidne!!!), 3 piwa, 2 x 0,7 l wódki - 288 zł. Zdecydowanie polecam!!! Na pewno będąc w Krakowie tam wrócę by popróbować innych specjałów. Acha! Wielki ukłon dla Pana Piotra, który tego wieczoru nas obsługiwał! Pełny profesjonalizm, chapeau bas!!!


Zapiekanki u Endziora, czyli Kazimierz nocą. Późno już było, kiedy dotarliśmy na krakowski Kazimierz bym mógł zmierzyć się z legendarnymi zapiekankami. Kilka okienek, a do każdej kolejka, jak za PRL-u po mięso. Odstałem chyba ze 20 minut, zanim dotarłem do okienka by zamówić swoją zapiekankę. Wybrałem z bekonem i sosem diablo. Tu mały zonk. Kolega mówił, że sosem wypisują na zapiekance różne rzeczy, więc spodziewałem się go w małej ilości, natomiast moja zapiekanka została W CAŁOŚCI pokryta piekielnie ostrym sosem! Nie dało się tego jeść, po kilku kęsach musiałem zrzucić sos na ziemię, by móc poczuć smak zapiekanki. I tu już było jak najbardziej OK. Bułka typu prostokątnego, idealnie zapieczona, czyli chrupka z wierzchu, soczysta w środku, grzyby, ser i bekon. Porcja solidna i smaczna, ale sosu Diablo jednak nie polecam (na pewno nie w ilościach przemysłowych). Koszt, jeśli dobrze pamiętam, 9 zł. Warto udać się nocą na Kazimierz by w oparach fin de sieclu spałaszować takową zapiekankę.



Jutro ciąg dalszy. A ja przypominam o KONKURSIE!!!



poniedziałek, 12 grudnia 2011

Portret

Gdyby ktoś chciał rysowany portrecik, np. na świąteczny prezent, to Krzysiek Płódowski, który zrobił nam logo, poleca swoje usługi:

Hamburger z pieca, czyli bezpieczna klasyka w Papajo Pizza

Kilkukrotnie przechodząc obok nowej pizzerii w Kielcach zwącej się Papajo Pizza, widziałem na tablicy zachętę do nabycia "hamburgera z pieca" za jedyne 4,50 zł. W końcu uległem. Powiem tak: myśląc z pieca spodziewałem się dużego hamburgera zapieczonego na chrupko. W rzeczywistości jest to zwykła kanapka tego typu. Bułka hamburgerowa, kotlet również klasyczny, co mnie nieco zmartwiło, bo miałem nadzieję na samodzielnie robionego hamburgera. Do tego sałatki i sos. I już. Nie jest to porcja na duży głód, mniejsza niż w Strefie Chili, ale smaczna i tania - za 4,50 ciężko kupić zjadliwego hamburgera. Jeśli nie jesteście bardzo głodni, a macie ochotę przetrącić jakiegoś fast fooda, to hamburgery w Papajo są idealnym wyjściem. Najeść się nie najecie, ale narzekać też nie będziecie. Papajo mieści się na Paderewskiego 33, bliżej ul. Sienkiewicza.

czwartek, 8 grudnia 2011

Śladami "Kanapki Michała", czyli wrócimy tu jeszcze

W minioną sobotę miałam wybrać się do przyjaciela na spóźnione imieninowe przyjęcie.
Jak to przy sobocie, autobusy jeżdżą rzadziej, a ja niestety spóźniłam się na ten, którym miałam jechać. Zrobiłam sobie zatem spacer przez kilka kolejnych przystanków, a kiedy dotarłam do przystanku Źródłowa/Jarońskich na tablicy wyświetlił się mój autobus za bodajże 23 minuty.
Nie bardzo wiedziałam co ze sobą zrobić, nie chciało mi się iść dalej, a dosyć lekki i dawno zjedzony obiad zdążył już wyparować.
Oczekiwanie na autobus postanowiłam umilić sobie spacerem do miejsca, które ostatnio opisał Żorż. Rzut oka na menu, kilka ciekawych pozycji, jednak nie do końca przekonuje mnie usytuowanie miejsca.
Zamawiam jednak małą kanapkę kebab. Pani przyjmuje należność - 5,5zł i zabiera się do roboty. Po dosłownie chwili dostaję kanapkę, dziękuję i oddalam się w stronę przystanku kontemplując to co dostałam. Bardzo miłym zaskoczeniem była bułka, nie napompowana, nie sztuczna, prawdziwie chrupiąca, gorąca, w środku mięso, również mocno podgrzane, dobrze przyprawione, dalej surówki, ale raczej przemieszane z tym mięsem.
Kiedy odchodząc od budki przyjrzałam się mojej kanapce, widziałam tylko bułkę i mięso. Już myślałam, że to będzie okropność i masakra, jednak myliłam się.
Surówki były idealnie wkomponowane w kanapkę, nie było ich za dużo, dokładnie w sam raz. Największym zaskoczeniem - bo inaczej tego nie mogę nazwać, były dla mnie sosy. Do połowy kanapki zastanawiałam się, czy w ogóle tam są, bo jakoś niby czułam, ale nie widziałam, zdezorientowałam się trochę.
Później jednak wyraźnie dotarło do mnie, że sosy są. I również dawkowane z umiarem, idealnie. Podkreślały smak kanapki, nie wysuwały się na pierwszy plan, nie były główną przyprawą, czy wiodącym smakiem w daniu, jak to bywa w wielu miejscach.
Całość jak dla mnie rewelacja. W najbliższym czasie mam plan zaciągnąć tam brata i przetestować inne kanapki. Polecam, naprawdę warto.

KONKURS !!!

14 X 1947 roku Charles "Chuck" Yeager przekroczył po raz pierwszy barierę dźwięku. My dzisiaj, 8 XII 2011 roku przekroczyliśmy barierę 10 000 unikalnych wyświetleń!!! Dziękujemy Wam, tym bardziej, że osiągnęliśmy to właściwie bez reklamy, na zasadzie "jedna pani drugiej pani" :)
Postanowiliśmy uczcić to małym konkursem. Zasady są proste: na mail misza67@gmail.com wysyłajcie Wasze przepisy na ulubioną kanapkę. Trzy najlepsze przepisy wygrywają nagrody. Jakie? Za pierwsze miejsce  koszulka Hash-house, za drugie i trzecie  książki. Konkurs kończymy 8 stycznia 2012 roku. Zwycięzców i nagrody przedstawimy tutaj i na fan page'u SFP na Facebooku. A więc... Czas start i powodzenia!
EDIT:
Wszystkie nadesłane propozycje będziemy publikować tutaj i na fan page'u. Wygrywają trzy przepisy, które zdobędą największą liczbę "lajków" na fan page'u SFP.

Sałatka z hot doga, czyli OSTRY w Aslanie

Środek tygodnia, godzina 22 z minutami... Zgłodniałem :/
Lęcę więc na Rynek, a tu prawie wszystko pozamykane.
Na szczęście lub nieszczęście przypomniało mi się o lokalu pt. "Osama vs Obama" na ul. Bodzentyńskiej, testowanego onegdaj przez Żorża.
Gdy dotarłem zdziwiła mnie zmiana nazwy na "Aslan". Po wejsciu zauważyłem, że oprócz nazwy zmieniło się również menu, a raczej poprostu bardziej rozbudowało.
Od razu w oko wpadła mi karkówka z grilla, ktorej oczywiście dla mnie musiało braknąć. Skusiłem się więc na Hot-Doga w wersji minimalistycznej gdyż warzyw nie toleruję, a pani z drugiej strony kontuaru upierała się żeby z hot-doga uczynić sałatkę z hot-dogiem...(bułka+parówka+odrobina białej kapusty+pikle+prażona cebulka+ketchup i musztarda).
Wyglądało nawet przyzwoicie ale niestety wygląd to nie wszystko :|
Już przy pierwszym kęsie moja żuchwa nie bardzo chciała z owym posiłkiem współpracować, a w miarę dalszej konsumpcji było tylko gorzej. Parówka w smaku odmrażana od 10 do 20 razy, bułka z mikrofali, dobrze że obyło się bez niestrawności ale to prawdopodobnie zawdzięczam tylko spożywanej poźniej karmelówce... 
Na mojej skali niejadalności(1-10) hot-dog z Aslan'a dostaje 5.


Autor: OSTRY

środa, 7 grudnia 2011

Sałatka zamiast mielonego, czyli Magda poleca itbar

....do obiadu dwie godziny, w perspektywie mielony z buraczkami:)....ale przez dwie godziny można oszaleć
wstąpiłam więc do IT BAR-u.
Sałatka grecka-od zawsze ją lubię-POPROSZĘ :)
Za 5 zł dostałam porcję, za którą gdzie indziej zapłaciłabym 14 zł. Pomijam fakt, że zamiast sałaty lodowej była kapusta pekińska, bo to normalna praktyka w czasach kryzysu.
Sałatka była sałatką!!!!! HUUUURRRRAAAA! 
Mam dość kupowania miski kapuchy przyozdobionej plasterkiem pomidora i jedną oliwką. 
To na serio jest sałatka! Do tego delikatny sosik. Mniam. :)
IT BAR serwuje też pasty....nie wykluczone, że następnym razem porcja makaronu wygra z domowym obiadkiem.
POLECAM :)

Autor: Magda Malasińska

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Istambul Kebab, czyli jak zepsuć wszystko

Będąc w centrum postanowiliśmy z kolegą wpaść na jakiś fast food. Uzgodniliśmy, że mamy ochotę na tureckie jedzenie, więc decyzja była oczywista - Saray. Niestety, okazało się, że jest awaria prądu. Byliśmy głodni, więc postanowiliśmy nie czekać tylko poszukać czegoś w pobliżu. Przypomniałem sobie, że przecież rzut beretem znajdziemy inny turecki lokal, a mianowicie Istambul. Jadłem tam we wrześniu i byłem zachwycony. Więc... idziemy. Oczywiście zamawiamy duże, ja w chlebku, kolega w tortilli. I pierwszy zonk. Gdzie się podziały te tureckie chlebki?! Zostały zastąpione jakimiś bułkami !!!! Zresztą mniejszymi. No nic, siadamy do jedzenia. I z każdym kęsem miny nam rzedną. Jedzenie zimne, a ilość surówek przekracza powoli ilość mięsa, którego też jest zdecydowanie mniej niż kiedyś. Sos mieszany okazał się kompletnie mdły i pozbawiony smaku. Całość na pewno nie warta tych pieniędzy, które wydaliśmy (ja 13 zł, kolega 14 zł). Potworne rozczarowanie! Raczej skreślam ten lokal z listy miejsc, do których chodzę jeść. A szkoda, bo kiedyś naprawdę dobrze tam karmili...

czwartek, 1 grudnia 2011

Dwa razy smacznie i po włosku, czyli pizza z Moltobene

A więc stało się. W odpowiedzi na Wasze sugestie na Street Food Polska będziemy recenzować również pizzę. Zaczynamy od restauracji Moltobene na kieleckim Rynku. W lecie byłem tam z córką na lodach i okazały się bardzo smaczne. Wiedziałem, że Moltobene to głównie restauracja, ale do tej pory jakoś nie składało się, żeby tam coś poza lodami zamówić. Aż do wczoraj, kiedy to wieczorem naszła nas ochota na pizzę, a w domu nie było składników. Więc szybka decyzja: zamawiamy. Wybór padł na Moltobene, ponieważ grube ciasto mają w standardzie. Ja jestem zwolennikiem pizzy w stylu chicagowskim, czyli właśnie na grubym cieście. Nasz wybór padł na dwie pizze: Neapolitanę i Frutti di mare, oczywiście duże i na grubym cieście. Duża pizza w Moltobene to 45 cm, czyli raczej standard. Dlatego na 5 osób zamówiliśmy dwie. Zwykle jest to dla nas akuratna ilość. A tym razem... połowa została.  Ale po kolei.
Pizza zamówiona, dostarczona, otwieramy pudełka. Grube ciasto - hmmm... Na pewno jest grubsze, ale nie aż tak, jak się spodziewałem. Brzegi grube, ciasto "cienieje" w kierunku środka. Ale... bardzo dobre. Plus. Na pierwszy ogień poszła Neapolitana. Składniki to oliwki zielone, całe papryczki jalapeno i salami pepperoni. Plus oczywiście sos i ser. Pizza okazała się bardzo smaczna, jedyny mój zarzut to papryczki, spodziewałem się surowych, czyli pizzy typu "piekło w gębie". Tutaj papryczki są z zalewy, więc pizza ostra nie jest. Ale powtarzam - bardzo smaczna.

Spróbowaliśmy Neapolitany, pora na Frutti di mare. Ciasto takie, jak w poprzedniej pizzy, czyli smaczne. Składniki to suszone pomidory, owoce morza, anchois i tuńczyk, plus sos i ser. Pizza mocno doprawiona oregano, co podbiło smak. Duży plus za zapieczenie anchois pod serem, dzięki temu aromat i smak przeszedł wyraźnie na całą pizzę. Krótko mówiąc ta pizza również okazała się bardzo smaczna.

Pisałem na początku, że zwykle dwie pizze tej wielkości zjadamy bez problemu na raz. Tym razem kilka kawałków zostało na drugi dzień. po prostu pizze okazały się tak sycące, że nie dojedliśmy przy pierwszym podejściu. Całość kosztowała nas 59 zł i było to dobrze wydane 59 zł. Z czystym sumieniem mogę polecić Moltobene, jako pizzerię. Pizza dojechała gorąca, była sycąca i smaczna.

poniedziałek, 28 listopada 2011

"Kanapka Michała", czyli Francja elegancja w Kielcach

Sobota późny wieczór, wódeczka Cukrowa zaliczona, czas coś zjeść. Udałem się na Rynek, gdzie otworzył się niedawno nowy bar z fast foodem, a słyszałem, że niezły, to myślę - popróbuję. Nic z tego! Zamknięte! W sobotę andrzejkową!!! No to do Grillroomu, bo smaka na pitę z karkówką nabrałem. Niestety! Karkówka się skończyła... Lekko podłamany myślę, gdzie by tu iść? Może ... tak! Mega hot dog pod szpitalem! Ale jak byłem blisko, przypomniało mi się, że obok stacji Statoil na Źródłowej stoi od jakiegoś czasu buda z fast foodem, do której kilka razy miałem zajrzeć, ale jakoś nigdy się nie składało. No to... kierunek 4 Mobiles! Buda owa mieści się na Astronautów 1, na rogu Astronautów i Źródłowej. Patrzę na menu - jest dobrze, bo obok klasyki typu kebab, hot dog czy hamburger mają ... kanapki! Od czasu zamknięcia Weź Mnie bardzo mi doskwierał brak dobrych kanapek, za leniwy jestem, żeby jechać do Subwaya tylko po to, żeby zjeść, zresztą jest za daleko i w nocy chyba nieczynne. No to myślę sobie - zobaczymy, jak tutaj karmią. Mój wzrok prześliznął się po menu i zatrzymał na pozycji "kanapka Michała". Jeśli coś do jedzenia nosi imię, to na ogół powstało pod wpływem sugestii klienta/znajomego itp. Nie omyliłem się. Kanapka ta powstała w ten sposób, że jakiś Michał przychodził tam często i zawsze zamawiał kanapkę wg własnego pomysłu, aż w końcu wprowadzili ją na stałe. Składa się ona z: grillowanej bagietki napełnionej sałatkami,  mięsem z kebaba kurczakowego i frytkami. Całość uzupełnia bardzo ostry sos chili + sos majonezowy na frytki. Połączenie ziemniaków z pieczywem jest u nas odbierane, jako  egzotyka kulinarna, natomiast we Francji czy Belgii taka kanapka to coś zupełnie normalnego. Zamówiłem dużą za 8,5 zł. Powiem Wam, że chyba znalazłem miejsce, gdzie będę często zaglądał! Całość okazała się pyszna nad wyraz i bardzo sycąca. Chrupiąca bagietka, chrupiące frytki, mięso soczyste i podbnie, jak w Grillroomie podgrzewane na patelni, sałatki smaczne i nie dominujące w smaku, całość gorąca i dobrze doprawiona - rewelacja. Najadłem się tym, jak dużym kebabem i miałem to błogie poczucie dobrze wydanych pieniędzy. Naprawdę warto! Następnym razem poróbuję innych kanapek i zdam relację. Acha, dowiedziałem się też, że mają jeszce drugi punkt na Paderewskiego, gdzieś koło Telepizzy. Trzeba będzie odwiedzić! Zdjęcie nie odzwierciedla w pełni wszystkich walorów "kanapki Michała", ale uwierzcie mi na słowo, że była super!

sobota, 19 listopada 2011

Mini max i mega XXL czyli rozmiar jednak ma znaczenie

Ostatnio jakoś się nie składało, żeby zjeść cokolwiek na mieście, jeśli już to mój stały zestaw w Piekarni pod Telegrafem.
Jednak był taki dzień, że odwiedził mnie brat i postanowiliśmy pójść na jego ulubionego hot doga na Żytnią.
Oczywiście nie tam, gdzie przeżyłam jeden ze swoich koszmarów, ale do budki po drugiej stronie ulicy.
Również firmowanej szyldem CeZet baru.
Brat zamówił hot doga XXL,za 6,9zł ja natomiast cheesburgera max za 7,5zł.
I o ile hot dog naprawdę był duży, w środku miał dwie parówki i mnóstwo dodatków (w tym również prażona cebulka, której często brakuje w fast foodach), tak mój cheesburger był raczej rozmiaru standard, a jeśli był max, to nie chcę wiedzieć jak wyglądają u nich normalne. Dodatkom i walorom smakowym nie mam nic do zarzucenia, znajdowało się w nich wszystko co powinno, no może poza serem do cheesburgera (sic!).
Jedynie rozmiar zupełnie nieadekwatny był do ceny.
Hot dogiem natomiast brat najadł się jak dwudaniowym obiadem (to jego słowa) w dodatku za stosunkowo małe pieniądze.
Natomiast kilka dni później wróciłam do Sułtana, tym razem na frytki.
Za średnie frytki z dresingiem zapłaciłam 4zł, uwielbiam frytki w tym miejscu, choć może są odrobinkę tłustawe, za to posypane jakąś mieszanką przypraw, co nadaje im smak tak specyficzny, że nie do powtórzenia.
Również polecam, warto.
W najbliższym czasie postaram się nadrobić zaległości i opisać jeszcze kilka miejsc, w których zdarzyło mi się zjeść.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Pewne rzeczy są niezmienne i chwała im za to, czyli Saray poziom trzyma.

No i znów wylądowaliśmy w Sarayu. Od ostatniej wizyty minęło już nieco czasu, postanowiłem więc sprawdzić, czy Saray trzyma poziom, do którego mnie przyzwyczaił. Wracaliśmy z Ponimirską z zakrapianych imienin, gdzie wchłonęliśmy nieco jedzenia, więc zasadniczo głodni nie byliśmy. Ale... jakoś tak przyszło nam do głowy, że może jednak zobaczymy co w Sarayu słychać... Jak postanowiliśmy, tak i uczyniliśmy. Godzina była dość wczesna, w środku sporo osób. Zamawiamy: Ponimirska małą pitę baranią, ja przez chwilę wahałem się między dużą baraniną w chlebku, a nowością, czyli hamburgerem. Łakomstwo niestety zwyciężyło... Piszę niestety, bo moja porcja w przaśnym chlebku była jak zwykle pyszne, ale jak pisałem wcześniej byliśmy świeżo po jedzeniu... Zapomniałe, że "duże" w Sarayu są naprawdę duże... Jednym słowem, nie dojadłem :) Zapłaciliśmy 22 złote i było to dobrze wydane 22 złote. Pita chrupka, pięknie i smacznie nadziana, moja porcja ogromna i równie pyszna. Dobrze zgrillowane, żadnych niespodzianek, że część jedzenia ciepła, a część zimna, wszystko gorące i smaczne. Po raz kolejny byłem bardzo zadowolony z jedzenia w Sarayu! Następnym razem muszę skosztować hamburgera, bo obserwowałem jak jest przygotowywany i to co zobaczyłem wzbudziło moje pożądanie ;) Hamburger ten o ile pamiętam kosztuje 10 zł i wyglądał naprawdę dobrze. Ale to już innym razem. Reasumując, Saray ciągle trzyma wysoki poziom i póki co pozostaje moim ulubionym miejscem z tureckim jedzeniem. Polecam!

czwartek, 3 listopada 2011

Najlepsze są dania proste, czyli o kawiorze i "kawiorze" żydowskim i polskim.

Dziś zamiast recenzji pozwolę sobie wrzucić artykuł. Jest to fragment zamierzonej większej całości, będę wdzięczny za wszelkie opinie.

Jak mawiał nieodżałowanej pamięci Franc Fiszer(1), którego często będziemy tu przywoływać: "Najlepsze są dania proste. Weźcie na przykład taki kawior, czy może być coś prostszego, a jakie to pyszne." Faktycznie, ten niegdyś chłopski przysmak, który przypadkiem awansował na salony i stał się bodaj najdroższą przystawką świata, w pełni zasługuje na uznanie. Co dziwne, są ludzie, którzy nie potrafią docenić tego przysmaku - np. Ludwik XV, który otrzymał kawior w prezencie od cara Piotra Wielkiego… zwymiotował go wprost na posłańca. Ale nie zajmujmy się tutaj ludźmi małymi - piszmy o rozkoszach podniebienia. 
Kawior jest jak powieść Stendhala - czerwony i czarny. Choć występuje też tzw. kawior norweski, zwany żółtym, z ikry ryb dorszowatych, jednak tak naprawdę liczy się tylko czerwony(z ikry ryb łososiowatych) i czarny (z ikry ryb jesiotrowatych). Ach… Francuzi, ci przereklamowani szowiniści kulinarni, kawiorem nazywają również jajka ślimaków, ale oni ślimaki zaliczają do ryb (przekonali nawet do tego Unię Europejską). Hmmmmm…       
Ale ad rem:
Kawior smaczny jest sam w sobie, jednak doskonale smakuje również jako składnik (istotny!) wielu dań. Weźmy na przykład takiego łososia po astrachańsku: prosta i niezwykle smaczna przekąska, która niewątpliwie działa afrodyzjakalnie i uduchawiająco na spożywających ją ludzi. Do przygotowania tego kulinarnego arcydzieła potrzebujemy:
  •  30 dkg wędzonego łososia (plastry)
  • 4 łyżki czarnego kawioru
  • 1 cytrynę do skropienia
  • nieco zieleniny do dekoracji

Plastry łososia fałdujemy na półmisku, posypujemy kawiorem i dekorujemy zieleniną. Cytrynę kroimy w ósemki i rozkładamy dookoła łososia. Doskonale do tego pasować będzie tost pszenny z masłem lub ciemny chleb razowy.
Jeśli nie mamy akurat wędzonego łososia - nic straconego. Kawior bowiem najlepiej smakuje w towarzystwie… czystej, zmrożonej wódki. Należy wówczas podać go w szklanym, najlepiej kryształowym, naczyniu, na kruszonym lodzie. 
Gdyby jednak nie stać Was było na jedzenie kawioru łyżkami, za łososiem nie przepadacie, dobrym rozwiązaniem jest przygotowanie carskich blinów. Najbardziej klasyczna postać blinów to placuszki z mąki gryczano - pszennej lub gryczano - żytniej, grubości kilkunastu milimetrów i średnicy do 10 cm. Są też bliny ziemniaczane i drożdżowe. Ponieważ nie każdy drożdżowe ciasto lubi albo nie ma czasu czekać aż wyrośnie, podam przepis na bliny ziemniaczano - gryczane, które z powodzeniem robimy u nas w domu i z kawiorem komponują się wybornie. Potrzebujemy:
  • ugotowaną kaszę gryczaną (najlepiej paloną/prażoną)
  • taką samą ilość (objętościowo) startych na drobnych oczkach surowych ziemniaków 
  • jajko i mąkę do zagęszczenia
  • pieprz i sól do doprawienia oraz gęstą, kwaśną śmietanę i kawior

Kaszę i ziemniaki mieszamy, dodajemy mąkę, jajko i przyprawy, wyrabiamy ciasto. Smażymy małe placki i na gorące kładziemy kleksa z gęstej, kwaśnej śmietany, na którą z kolei wykładamy łyżeczkę kawioru. Podajemy gorące.
Co jednak zrobić gdy wyznajesz regułę koszerności, a masz chęć na kawior? Ortodoksyjni Żydzi jeść go nie mogą, ponieważ owa reguła zabrania im spożywania m.in. "zwierząt wodnych, które nie mają płetw i nie są pokryte łuską". Sprytni przedstawiciele narodu wybranego wymyślili więc tzw. "kawior żydowski". Poza nazwą nie ma on oczywiście z kawiorem nic wspólnego. Jednakowoż smaczna to potrawa i kapitalnie do wódeczki pasująca, więc warto tutaj ją umieścić. Wszystko zaczęło się w XVI wieku, kiedy to alzaccy Żydzi zaczęli tuczyć gęsi, ponieważ przerośnięta wątroba nabiera niezwykłego smaku. W XIX wieku jednak doszło do dyskusji talmudycznej, czy tak tuczone gęsi spełniają aby reguły koszerności. Ponieważ nie osiągnięto jednomyślności, ortodoksi na wszelki wypadek przerzucili się na wątróbki kurze. I z tychże "kawior żydowski" przygotowujemy do dziś. Przepis podaję za portalem www.poznan.jewish.org.pl . Do przygotowania "żydowskiego kawioru" potrzebujemy:
  • 2 łyżki oleju roślinnego
  • 2 drobno posiekane cebule
  • 50 dag kurzych wątróbek
  • 2 jajka ugotowane na twardo i drobno posiekane
  • 3 łyżki kurzego/gęsiego smalcu
  • 1 łyżeczka soli, pół łyżeczki mielonego czarnego pieprzu, ewentualnie zioła do smaku, np. estragon

Rozgrzać olej na patelni i usmażyć na nim cebulkę na złoty kolor, przełożyć ją na talerzyk i na tym samym oleju usmażyć wątróbkę - nie powinna być krwista. Ostudzoną wątróbkę zmielić wraz z cebulką, wymieszać z posiekanymi jajkami, dodać lekko podgrzany kurzy smalec, posolić, popieprzyć, starannie utrzeć. Przed podaniem schładzać w lodówce przez ok 2 godziny.
Na koniec słów kilka o kawiorze polskim. Mało kto wie, że Polska jest czwartym na świecie producentem jesiotra, więc termin "polski kawior" byłby tu jak najbardziej na miejscu. Jednak "polski kawior" to złośliwe określenie wspaniałej w swej prostocie i cudownej w swych walorach smakowych kaszanki. Kaszankę prawdopodobnie zawdzięczamy Duńczykom. Jan Chryzostom Pasek pisał o tym w swych "Pamiętnikach": "Wołu, wieprza albo barana kiedy zabiją, to najmniejszej krople krwie nie zepsują, ale ją wytoczą w naczynie; namieszawszy w to krup jęczmiennych albo tatarczanych to tym kiszki owego bydlęcia nadzieją i razem w kotle uwarzą, i osnują to wieńcem na wielkiej misie koło głowy owegoż bydlęcia te kiszki, i tak to na stole stawiają przy każdym obiedzie, i jedzą za wielki specyał."  I choć pan Pasek kaszanki nie docenił ("ażem im powiedział, że się Polakom jeść tego nie godzi, boby nam psi nieprzyjaciółmi byli, gdyż to ich potrawa"), my, smakosze wiemy, że mało która zakąska tak udatnie się z wódką komponuje, jak ów "kawior polski". Ośmielę się Państwu zaproponować misterne połączenie kiszonej kapusty i kaszanki, które to połączenie podczas grillowania zachodzi, bardzo nasze zmysły ciesząc. Potrzebujemy mieć:
  • 1,5kg kapusty kiszonej
  • 10  kaszankek
  • masło, pieprz, przyprawa do grilla, czosnek, koperek, folia alu

Folię smarujemy masłem, kładziemy kapustę kiszoną (połowę porcji), kaszankę, pokrojony cieniutko czosnek, siekany koperek, przykrywamy drugą częścią kapusty, posypujemy przyprawą. Z folii formujemy "namiocik" - zwężający się ku górze i układamy na grillu lub w piekarniku. Pieczemy w 220  stopniach pół godziny. Można ją jeść z chlebem ale kapitalnie smakuje podana do pieczonych ziemniaków. 
Tyle o kawiorach wszelkiej maści. Smacznego się z Państwem.

Przypisy:
(1)Franciszek Fiszer, znany powszechnie jako Franc Fiszer (ur. 25 marca 1860 w  Ławach, zm. 9 kwietnia 1937) – polski filozof, erudyta, postać ze środowiska kabaretu oraz kręgów artystyczno-literackich. Przyjaźnił się z wieloma znanymi literatami i filozofami. Został zapamiętany dzięki licznym anegdotom, powiedzeniom i żartom stworzonym przez niego i o nim. W latach 80. XIX wieku Fiszer przeniósł się do Warszawy, gdzie stał się bywalcem najbardziej znanych wówczas warszawskich kawiarni, restauracji i kabaretów. Z czasem został znaną postacią życia towarzyskiego stolicy; był zaprzyjaźniony z większością najbardziej znanych polskich pisarzy, poetów, artystów i polityków. Znany był ze swoich egzystencjalnych monologów i anegdot. W okresie międzywojennym Fiszer stał się najbardziej znaną postacią warszawskiej śmietanki towarzyskiej, ozdobą niezliczonych balów i rautów.(Wikipedia)

środa, 2 listopada 2011

SPontaniczna Impreza Kulinarna @ CUKIER

Umiłowani! W okrągłą, dziewięćdziesiątą trzecią rocznicę wywalczenia przez Polskę niepodległości, zapraszamy do Cukru na kolejnego SPIKa (SPontaniczną Imprezę Kulinarną). Tym razem towarzyszyć nam będzie klimat międzywojennych rautów. Bawić będziemy się przy muzyce z epoki: Mieczysław Fogg, swing, charleston, piosenki Henryka Warsa itp. Każdy, kto przybędzie ozdobiony jakimś elementem związanym z epoką - mundur (wystarczy bluza), czako kawaleryjskie, kapelusze, garnitury w prążki, woalki i długie papierośnice itepe itede, może liczyć na zniżkę przy barze!!! Informacja dla zajeżdżających konno - są tylko trzy miejsca dla koni, więc decyduje kolejność przybycia. Zasady niezmiennie te same: każdy uczestnik przynosi coś WŁASNORĘCZNIE upichconego, a w zamian dostaje zniżkę przy barze. Zapraszamy serdecznie - Cukier oraz J.E. Przeor Wszechjedzący Wielkiego Wspaniałego Kościoła Gastrofariańskiego Żorż Ponimirski



Termin
11 listopada · 20:30 - 23:30

Lokalizacja
Cukier Klubo Kawiarnia
Ul.Wesoła 9
Kielce, Poland

niedziela, 30 października 2011

Jak dobrze wydać 5 złotych, czyli zapiekanka w Grillroom'ie.

Miała Marika rację. Zapiekanki w Grillroomie to naprawdę fast foodowa pierwsza liga. Cóż można dodać do tego, co Marika opisała? Zapiekanka w wersji podstawowej kosztuje 4 zł. Jest to pół bagietki pokrytej grzybami i serem. Za 1 zł można dobrać 1 składnik extra. Ja zdecydowałem się na salami i zgodnie z moim życzeniem cała zapiekanka została pokryta od góry półplasterkami salami. Potem zapiekanka wylądowała w piecu, gdzie nabrała zewnętrznej chrupkości i wewnętrznego ciepła i miękkości. Ideał. Do tego sosy, które samemu się dawkuje, bardzo smaczne sosy chciałbym dodać, w wersji hot, mieszanej i/lub łagodnej. Dodając do tego super miłą i kompetentną obsługę, mamy miejsce, gdzie kupując fast fooda na pewno się nie zawiedziemy. A ja zamierzam niebawem przetestować tamtejszą wersję hamburgera, czyli grillroomową kanapkę z kotletem. Polecam Wam Grillroom, bo naprawdę warto.

wtorek, 18 października 2011

piątek, 14 października 2011

Egzotycznie i smacznie, czyli rzecz o zapieknakach

Kilka dni temu, zmierzając z mężem do CKMu na piwo po ciężkim dniu, przechodziliśmy obok Grillroomu Jaffa, a że była już pora obiadowa, zaszłam zobaczyć jak to wygląda po zmianach. Ponieważ nie byłam jakoś bardzo głodna, zdecydowałam się na zapiekankę.
Kosztuje ona 4 zł, plus 1zł za wybrany dodatek: ananas, salami, bekon i jeszcze kilka innych. Wybrałam więc ananasa, zapłaciłam i czekam.
Pani wrzuciła bagietkę do pieca, na niej standardowo grzyby z cebulką, duży plaster sera.
Po wyjęciu ułożyła ananasa i zapytała o sos. Wybrałam keczup, wyszłam, zaczęłam zajadać. Zapiekanka nie dość, że spora, była wręcz przepyszna.
Grzyby idealnie zblanszowane z cebulką, roztopiony ser i ananas to zaskakująco dobre połączenie. Bagietka chrupiąca, jedyne moje zastrzeżenie jest takie, że była zbyt krótko podgrzana, bo zaraz po wyjściu z lokalu zrobiła się zimna. Choć z drugiej strony może to też być winą panującej aury...
Ale - co zaskakujące wcale nie była gumowata i bezpłciowa. W sumie ta zapiekanka zastąpiła mi obiad, gdyż kiedy ją zjadłam, nie miałam już miejsca na nic.
I wiem, że wrócę tam przetestować inne dodatki.
Żorż, bez strachu możesz jeść! :)

Osama vs Obama, czyli i tak przegrywa klient

Zachciało mi się zapiekanki. Nawet bardzo mi się zachciało. Więc powędrowałem do Jaffa Grillroom na Rynku. Było już późno i okazało się, że zapiekanek brakło. No nic, myślę sobie, widać los chce, abym przetestował coś nowego. Przypomniało mi się, że rzut beretem, na Bodzentyńskiej jest lokal Osama vs Obama, w którym jeszcze nic nie jadłem. Poszedłem więc tam. Patrzę na menu i decyduję się na dużą pitę z baraniną za 11 zł. I tu zonk. Podaję za Wikipedią: Pita - okrągłe, pszenne, płaskie placki (...)podczas pieczenia pęcznieją, tworząc naturalną kieszonkę na farsz. Więc pamiętajcie: zamawiając w O vs O pitę dostaniecie... (podaję za Wikipedią) w kuchni meksykańskiej - rodzaj płaskiego, okrągłego placka (...) z mąki kukurydzianej albo pszennej(...), czyli tortillę. I nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby taka nazwa widniała w menu. No nic. Patrzę więc, jak ową pitę-tortillę mi przyrządzą. Naleśnik wylądował na krótką chwilę na grillu, zbyt krótką moim zdaniem, tym bardziej, że w lokalu nie było nikogo poza mną i śpieszyć się nie trzeba było. Na podgrzanym naleśniku wylądowały: sałatki (dużo), mięso (mało!) i sosy (dużo). Tutaj mała dygresja - olbrzymi naleśnik, wszędzie w takim wypadku mięso podaje się dwa razy, tutaj raz. Nasunęło mi się skojarzenie z "mega" hamburgerami. Po "napełnieniu" i zawinięciu naleśnika oraz opakowaniu go w folię alu, wrzucono go jeszcze na chwilę na grilla i... gotowe, good bye. Wyszedłem, odwinąłem i zacząłem jeść. W takich chwilach zbiera mi się na filozofowanie. Wiecie, kiedy człowiek uczy się pokory? Kiedy może porównać. Byłem średnio zadowolony z tortilli w Troyu, ale stwierdzam uczciwie, że Troyowa  jest lata świetlne do przodu - więcej, cieplej, smaczniej. Sosy w O vs O są dobre, ale przy tak małej ilości mięsa zdecydowanie zdominowały smak. I co z tego, że naleśnik był duży? Mają tam jeszcze porcje mega, być może wtedy tortilla jest pełna. Ale za 11 zł zdecydowanie wybieram tortille gdzie indziej. I nawet baranina nie pomogła, bo słabo była wyczuwalna. Szkoda, bo miejsce fajne i potencjał duży. Ale póki co, raczej powstrzymam się z próbowaniem innych specjałów.

wtorek, 11 października 2011

Tak wiele za tak niewiele, czyli warto koło Dworca PKP.

Nie wiem, naprawdę nie wiem, jak to się stało, że w swych fastfoodowych wędrówkach nie dotarłem nigdy na dworzec PKP? A nawet nie tyle sam dworzec, co do budki mieszczącej się niepozornie między Pocztą, Galerią "Wieża Sztuki" i budynkiem Dworca PKP.  Tak się złożyło, że musiałem poczekać dwie godziny na odebranie psa od fryzjera, więc postanowiłem przetestować jakiegoś street fooda. Byłem akurat na Jagiellońskiej, ale iść na BP Wild Bean Cafe? Znowu? To wydało mi się zbyt proste. No to postanowiłem pospacerować, raz że zdrowo, dwa, że świeże powietrze zaostrza apetyt. Niespiesznie sobie flanując  dotarłem do dworca PKP. W hali dworca są dwa miejsca, gdzie można zjeść fast foody, ale mnie jakoś ciągnęło do tej budki. Przez chwilę nawet rozważałem, czy ma to związek z butami? Już wyjaśniam - 4 dni temu nabyłem nowe Martensy i jestem w trakcie układania ich na nogach. Kto przez to przeszedł, ten wie, że jest to czynność bardzo bolesna. Może więc podświadomie chciałem popełnić kulinarne samobójstwo by uwolnić się od bólu? W każdym razie zdecydowanym krokiem (no dobra, kuśtykając) dotarłem do inkryminowanej budki i wczytałem się w menu, kątem oka kontemplując dwóch osobników spożywających żeberka z bułką           i musztardą. Napisałem, że wczytałem się w menu, ale tak naprawdę chciałem zjeść hot doga. No i proszę - są! I to duże i małe, ale co najciekawsze, można wziąć z parówką (duży 6zł) lub z kiełbasą (duży 7zł). No jak tak, to tak, jak mawiał Wielki Szu. Zamówiłem dużego (nie maxi, nie mega tylko po prostu duży) z kiełbasą        i czekam. Wyobraziłem sobie bułkę z kawałkiem podlaskiej, ale... miło się rozczarowałem. Pani podając zamówionego hot doga spytała czy chcę widelec, ale podziękowałem. Ha! Trzeba było brać, powiadam Wam, przydałby się!  Po kolei: bułka. Potwór nie bułka! Mega paluch długości chyba 40 cm! Jedyna wada, że nie grillowana, lecz mikrofalówkowana. Dodatków dostałem chyba z pół kilo, w tym naprawdę dużo tej pysznej karmelizowanej cebulki. A w środku dwie długie kiełbaski, takie jak na stacjach benzynowych w tamtejszych "francuzach". Całośc po prostu smaczna i nie do przejedzenia. Napchałem się tym, jak dużym kebabem. Jedyne, do czego mogę się doczepić, to że bułka z mikrofalówki, czyli szybko stygnąca i pod koniec gumowata. Sosy, jak to sosy w takich miejscach - kupne, ale o dziwo - dawkowane z umiarem, mile dopełniły całości i nie psuły smaku. Nie byłem w stanie tego dojeść, zostawiłem kawałek bułki, ale kiełbaski wyjadłem.  Pod koniec byłem upaćkany, jak roczne dziecko po zjedzeniu zupki i podobnie jak ono szczęśliwy. Od teraz jeśli będę chciał zjeść dużego hot doga to mam dwa miejsca: buda pod szpitalem i "Złoty Kogucik" pod dworcem, bo tak się ten przybytek nazywa. Głodnym polecam z czystym sumieniem, za 7 zł najecie się po pachy. "Złoty Kogucik" specjalizuje się, o ile zdążyłem zauważyć, w daniach z drobiu, ale ma pełną ofertę fast foodów. Zamierzam tam wrócić i spróbować hamburgerów oraz czegoś, co przeoczyłem, a zaintrygowało mnie, czyli kebab w bagietce. Naprawdę, czasami takie niewyeksponowane miejsca potrafią mile zaskoczyć!

wtorek, 4 października 2011

Spotkanie Organizacyjne Kościoła Gastrofariańskiego, oddział świętokrzyski

Wszystkich, którzy chcą współtworzyć świętokrzyskie struktury Wielkiego Wspaniałego Kościoła Gastrafariańskiego, wszystkich, którzy kochają jeść, wszystkich, którzy kochają gotować zapraszamy na spotkanie spotkanie organizacyjne. Przy dobrym jedzeniu i zimnych alkoholach omówimy sprawy KG, a także spędzimy miły wieczór w dobrym towarzystwie :)
Acha, dopóki Kościół nas nie urośnie w siłę, każdy płaci za siebie :D
Spotykamy się o 20.30 w Restauracji Gildia na Rynku, w Kamienicy Sołtyków. Bardzo proszę o potwierdzanie obecności, od liczby chętnych zależy rezerwacja określonej sali.
Zapraszam serdecznie - Przeor Wszechjedzący Żorż Ponimirski

poniedziałek, 3 października 2011

Zachciało mi się po francusku, żona się zgodziła, więc miałem dwa razy.

Bo z hot dogami nigdy nie wie, oj nie wie się,
Czy dobrze jest, czy może jest już źle.
Spokoju się spodziewać, czy też przejść,
Czy szukać ich, czy im z oczu zejść...


Lubię hot dogi, uwielbiam hot dogi... Wczoraj wieczorem dostałem wprost ślinotoku na myśl o francuskich hot dogach. A że akurat trzeba było autko zatankować... Przypomniałem sobie, że nie pisaliśmy jeszcze o fast foodach na Statoilu i postanowiłem czym prędzej nadrobić zaległości. Tym bardziej, że jedząc tam kilkukrotnie nigdy nie narzekałem. Namówiłem żonę, ona się zgodziła, więc ... wskakujemy w samochód i ruszamy na stację. Miałem ochotę spróbować rollera z musztardą, ale akurat dopiero był wrzucony na ruszt, a nie chciało mi się czekać. Szybki rzut oka na opiekacz i decyzja: biała kiełbaska z sosem węgierskim (nowość) i kabanos z sosem czosnkowym. Oba hot dogi okazały się spełniać moje wymagania na ten wieczór. Po kolei:

  • hot dog francuski z białą kiełbasą - cena standardowa, czyli 4,50 zł. Bułka - rewelacyjnie zgrilowana, chrupiąca z wierzchu, soczysta w środku, długo trzymała ciepło. Biała kiełbaska - dobrze wypieczona, zwarta, smaczna, soczysta, dobrze doprawiona. Sos - rewelacja. Wiecie, że nie przepadam za sosami robionymi przemysłowo, ale ten naprawdę jest świetny! Bardzo, bardzo paprykowy, ostry, idealnie komponował się z kiełbaską.Całość - ideał francuza.
  • hot dog francuski z kabanosem - cena jak wyżej i zasadniczo reszta też jak wyżej. Choć po sosie węgierskim, czosnkowy jakby odstawał... Ale... Całość super. Smakowała mi bardzo. Co najważniejsze - żadnych efektów ubocznych, w postaci ciężkiego żołądka, zgagi czy ... hmmm... innych dolegliwości.
Nie była to z pewnością moja ostatnia wizyta w tym miejscu. Hot dogi mają rewelacyjne, a przede mną jeszcze dwa, których nie próbowałem, a mam chęć szczerą z nimi poobcować, czyli grecki roller i węgierski roller. Muszę też spróbować tortilli i kanapek. Ale to już innym razem. Natomiast hot dogi na stacji Statoil na ul. Źródłowej gorąco polecam. Warto.

środa, 28 września 2011

Do trzech razy sztuka, czyli jednak można

Wczorajszy dzień zapowiadał się bardzo spokojnie.
Jednak moje nadzieje rozwiały się wraz z odebraniem jednego telefonu - trzeba udać się na Krakowską, w celu uzupełnienia czegoś tam. Ponieważ pogoda sprzyjała spacerom, postanowiłam z tej właśnie formy skorzystać, na myśl o zatłoczonym autobusie w taki gorąc, dostałam mdłości.
Sprawę załatwiłam dość szybko, a ponieważ Małż miał skończyć swoje zajęcia wcześniej i chcieliśmy usiąść gdzieś na kawie/piwie, postanowiłam coś po drodze zjeść.
Podejście pierwsze:
Kebab turecki, przy ul. Jana Pawła II 15.
Do lokalu wchodzi się po schodach, na wprost wejścia wisi menu. Wybór kebabów (standard, max, yaffa) oraz hot dogi. Żadnych frytek, hamburgerów, itp.
Coś w głowie wrzeszczało do mnie uciekaj, uciekaj stamtąd!
Na szczęście pracownik robił na moich oczach kebab innemu klientowi. Gdy tylko zobaczyłam straszną, grubą, suchą bułkę - zwiałam. Tak, bułka standardowo typowa w kieleckich lokalach. Nie wiem, czy wrócę tam jeszcze, mimo, że w sumie nie zjadłam nic.
Postanowiłam natomiast cofnąć się kilka metrów, do Piekarni pod Telegrafem.
Podejście drugie:
Ponieważ Piekarnia to miejsce sprawdzone, w którym naprawdę można zjeść smaczne coś na ciepło, zamówiłam mój stały zestaw: trójkąt salami (1.9zł) i rożek z szynką (3.10zł). Gorące, chrupiące, nic dodać nic ująć. I to był dobry wybór.
Podejście trzecie:
Wieczorem zadzwonili znajomi, ktoś tam z Irlandii przyjechał w odwiedziny, spotkajmy się na mieście, bla, bla, bla.. Ok.
Po kilku piwach jedyny posiłek, zjedzony w dodatku kilka godzin wcześniej, wyparował jakoś ze mnie. A że zgłodnieliśmy wszyscy, to idziemy coś zjeść.
W pierwotnym zamyśle był Sułtan, jednak w momencie, gdy dochodziliśmy już po lokal, krata została opuszczona, a pracownicy rozeszli się do domów.
Zatem najbliżej znów Strefa Chilli. Skusiłam się na hamburgera max.
Jak zauważył Żorż, był on poprawny, jednak kotlet w moim smakował jakoś tak, jakby nie pasował do całości. Smakował mięsem mielonym, ale jakoś dziwnie. Albo był za zimny, albo źle przyprawiony. Poza tym poprawny, ale dokładając 50gr w Sułtanie, porcja jest zdecydowanie większa. A niby to i to max.
Za to dziewczyny zamówiły zapiekanki.
Jedna z keczupem, druga z dresingiem i wszyscy wymienialiśmy się doświadczeniami.
Zapiekanki są godne polecenia. Chrupiące, odgrzewane w piecu, dużo pieczarek i dużo sera. Mniam. Naprawdę. Następnym razem w Strefie Chilli zamówię właśnie zapiekankę. Za 4.5zł, solidną, aby nie skłamać - bodajże 38cm. Polecam.

piątek, 23 września 2011

Wspomnień czar i kubeł zimnej wody czyli po staremu, po nowemu, inaczej.

Kolejny dzień, kolejne sprawy.
Z tą samą kumpelką, co w poprzednim poście, zestresowaną dodatkowo sprawami uczelnianymi, znów jak te dwa krążowniki snułyśmy się po Sienkiewce, aż dopadł nas stary znajomy głodzio. Ponieważ byłyśmy pod uczelnią, naszło nas na wspomnienia i chciałyśmy przypomnieć sobie stare czasy, kiedy to w Strefie Chili spędzałyśmy przerwy w zajęciach, bądź okienka, itp.
Dla mnie te wspomnienia sięgają znacznie dalej, kiedy jeszcze otwarta była Dziurka pod teatrem Żeromskiego, a ja wraz z moimi znajomymi często tam bywałam, zdarzało nam się wylecieć na przeciwko po coś do jedzenia.
Śmieję się, ale ze Strefą Chilli byłam sentymentalnie związana, podobnie jak z lokalem na Żytniej.
Piszę byłam, ponieważ to co zobaczyłam ostatnio, skutecznie mnie wyleczyło ze wszystkich sentymentów.
Skusiłyśmy się na kebab standard za 9zł/szt. Tak, ja zjadłam kebab w bułce. Po chyba dwóch czy nawet trzech latach unikania tegoż. I szczerze powiedziawszy przypomniałam sobie, dlaczego nie jadam kebabu w bułce.
Po pierwsze - Ramzes umarł, Kryzys żyje, więc mimo podniesienia cen, porcje się skurczyły. Kiedy dostałam swój kebab standard, patrząc na niego doszłam do wniosku, że cheeseburger w Sułtanie jest większy.
W sumie można go było zjeść bez widelca.
Mięso drobiowe, odgrzewane w mikrofali, ale dobrze przyprawione.
Dodatki to ogórek, pomidor, ogórek konserwowy i cebula, czyli nic nadzwyczajnego, ale całość w miarę uratowały pyszne sosy.
Czosnkowy i czerwony ostry, najprawdopodobniej robione, nie kupne wręcz mnie urzekły.
A mięso z tymi sosami i warzywami, jak sugerował Żorż w innym lokalu z pewnością lepiej zgrałyby się na frytkach.
W sumie pierwszy głód zaspokoiłyśmy, ale pozostał jakiś niedosyt.
Kebab w Strefie Chilli to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. Za to wiem, że mieli tam pyszną quasadię, kiedyś jadłam, nie wiem jak jest teraz, może tam wrócę niedługo, żeby sobie przypomnieć.
Póki co zostawiam sprawę Strefy Chilli otwartą, jednak kebabu już tam nie zjem na pewno.

wtorek, 20 września 2011

Zrobiłem to dwa razy w ciągu dnia, czyli poprawny hamburger i pyszny kebab

Jak mawiali przed bitwą Indianie Dakota, "dziś jest dobry dzień do umierania". Po ostatnich porażkach postanowiłem się zmierzyć z demonami, czyli po raz kolejny spróbować fast foodów, które mnie ostatnio zawiodły lub nie do końca spełniły pokładane w nich nadzieje. Pożegnałem się z rodziną, spisałem testament i ruszyłem w miasto z mocnym postanowieniem iż tym razem zjem w dwóch różnych miejscach. W każdym miałem zamiar spróbować czegoś innego.

Strefa Chili, czyli poprawny hamburger

Na pierwszy ogień postanowiłem zjeść hamburgera. Byłem ciekaw, czy poza moją ulubioną budą pod szpitalem i nieocenionymi WeźBurgerami, są jeszcze w Kielcach miejsca, gdzie robią zjadliwe bułki z kotletem. Mój wybór padł na lokal o nazwie Strefa Chili na Sienkiewicza 25, na wprost Teatru Żeromskiego. SCh specjalizuje się w ponoć w burrito, ale mają też całą klasykę polskiego fast fooda, od frytek i hot dogów po kebab. Ja jednak po ostatniej porażce postanowiłem zjeść dużego hamburgera. Mają takowego, nazywa się hamburger max i kosztuje 7 zł. Zamawiam, płacę i czekam. Po chwili dostaję onego hamburgera i zaczynam jeść, analizując jednocześnie, za co zapłaciłem. Bułka: klasyczna, duża, ale mniejsza niż ostatnio - za to wypakowana po brzegi, poza tym gorąca. Kotlet: duży, ale typowo przemysłowy, płaski, jednak rozmiaru bułki. Dodatki: klasyczne, od ogórka po sałatki i prażoną cebulkę, której na próżno by szukać w tych pożal się Boże XXL-ach, które ostatnio testowałem. Całość smaczna, choć do doskonałości im daleko, ale jako, że nie robią kotletów na miejscu, nie można się było niczego innego spodziewać. W każdym razie, nie miałem poczucia, że przepłaciłem, bo porcja duża i najeść się można (na mały głód akuratna). Myślę, że jeśli przechodzicie w pobliżu Placu Artystów, to  macie dwa miejsca, gdzie bezpiecznie zjecie hamburgera: Strefa Chili i Sułtan.

Istambul Kebab, czyli jest dobrze!

Późnym wieczorem, kiedy hamburger był już zneutralizowany przez Cukrową wódeczkę, poszedłem testować drugi tego dnia fast food, czyli turecki kebab. Przyznam się szczerze, że nigdy jeszcze w Istambule nie byłem, choć wiele razy tamtędy przechodziłem. Jakoś nie mogłem się zdecydować, może bałem się podświadomie, że dostanę tam "kebab po kielecku"? Ale ponieważ z tureckich kebabów w Centrum po niekoniecznie mnie przekonującym w Imbiss Istambul Kebap, po Sarayowym niebie w gębie i zawiedzionych nadziejach w Troyu, tylko Istambul Kebab nie został przeze mnie przetestowany, wybór był oczywisty. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to ceny. Istambul jest najdroższy ze wszystkich do tej pory testowanych kebabiarni. No nic, zamawiam oczywiście dużego z baraniny w grubej bułce, płacę 13 zł i podświadomie czekam na wyrok, czyli pszenną bułę. I tu... ZONK! Ale jakże pozytywny! Nie pszenna buła, ale przaśny turecki chlebek, tak przeze mnie ubóstwiany! Już wiedziałem, że będzie dobrze. I faktycznie, w środku znalazły się paski baraniny, dobrze doprawione, surówki i dodatki, sos mieszany i... na samej górze, jako dodatek, którego kompletnie się nie spodziewałem, krojony w ósemki kiszony ogórek. Hmmm.... nie wiem, kto zasugerował ów dodatek, ale na pewno nie jest to dobry pomysł. Na szczęście w środku już go nie było, bo zepsułby smak. Całość gorąca, sycąca i bardzo smaczna. Byłem zadowolony. Zatanawiam się jednak, czemu ceny w Istambule są wyższe niż gdzie indziej. Jakość i smak nie usprawiedliwiają takiego posunięcia, równie dobry kebab jest 200 m dalej w Sarayu, a cena niższa. Jest też w pobliżu Troy dla tych, którzy wolą baraninę bardziej po kielecku (w pszennej bułce) i tam też jest taniej. I Troy i Saray są czynne 24 h na dobę, więc... Nie wiem ile osób było w tym samym czasie w Sarayu czy Troyu, ale w Istambul byłem jedynym gościem. Wyższe ceny chyba nie do końca były przemyślanym posunięciem, to że jest się na rynku dłużej niż konkurencja, nie znaczy, że klienci będą wierni jednemu lokalowi. Ale w temacie jakości i smaku do zarzucenia Istambulowi nic nie mam. Polecam!
 EDIT: Istambul Kebab mieści się na ulicy Paderewskiego 27,  na wprost Restauracji Monte Carlo.

poniedziałek, 19 września 2011

Dzień na wariackich papierach czyli śniadanie obiad i kolacja w jednym

Dziś gorąco.
Gorąco wrześniowo, przyjemnie, ale nie na załatwianie.
Zostałam niemal siłą zerwana z łóżka kilkoma telefonami, więc chcąc nie chcąc trzeba było wyruszyć z domu.
Oczywiście w pośpiechu, nie było zatem czasu nawet wypić kawy, nie mówiąc już o śniadaniu. Zatem po kilku godzinach, kiedy wreszcie mogłam już odpocząć, odezwał się znajomy głód.
A, że byłam umówiona z psiapsiółą, oczywiście do domu nie było sensu wracać.
Nasz wybór padł na lokal Sułtan, znajdujący sięna rogu Sienkiewicza i Leśnej, tuż obok Tabakiery.
Mają tam szeroki wybór menu, kiedyś jadłam tam jakieś frytki i pamiętam, że były smaczne, posypane jakąś mieszanką przypraw.
Te właśnie frytki zamówiła sobie Aga, a ja postawiłam na cheeseburgera max (7,5zł).
Pominę fakt, że pani blĄdi sprzedawczyni jakoś nie usłyszała co do niej mówiłam, dopiero wręczając frytki Adze przypomniała sobie o mnie.
Zrobiła go bardzo szybko i rzeczywiście był max.
Bułka standardowo hamburgerowa, mocno podgrzana, w środku dwa kotlety, również standardowe, te kupne, ale jakieś takie dobre.
Dodatków było tyle, że zjeść to bez widelca było wyczynem na miarę księgi Guinnessa.
Sosy - najpewniej robione, w metalowych kubełkach, nalewane chochlą, czosnkowy mnie urzekł niezmiernie.
Oprócz czosnkowego był jeszcze czerwony, również smakowity. A dodatki, mniam. Pomidor, ogórek świeży, konserwowy, sałatka z kapusty pekińskiej, papryka żółta i czerwona (obie marynowane) i to co kocham, czyli prażona cebulka na wierzchu.
Oprócz tego oczywiście gruby plaster sera, który ciągnął się i wylewał już pod koniec jedzenia, a jego smak delikatnie przebijał się w każdym kęsie.
Aga śmiała się ze mnie, że idę i robię zdjęcie mojemu jedzeniu na ulicy, ale warto naprawdę. Nie wiem jak reszta menu, kebab turecki na pewno jest polski, bo choć pracuje tam Turek, baraniny nie uświadczysz, a bułki są kupione w Makro.
Jeśli chodzi o frytki, cheese- i hamburgery, napewno mogę polecić.
Pycha.
Nowością dla mnie był fakt, że mają tam również chickenburgera i bekonburgera, w cenie 5 i 7zł od sztuki, pewnie spróbuję jeszcze kiedyś.
Zdjęcie wrzucę jak wrócę, bo znów mnie wzywa telefon... trzeba iść.

KONKURS - przypomnienie

Uwaga, uwaga! Zgodnie z zapowiedzią startujemy z konkursem! Zadanie jest proste: napisz recenzję zjedzonego przez siebie street fooda i wyślij ją na adres misza67@gmail.com. Wszystkie recenzje będą publikowane na blogu streetfoodpolska.blogspot.com Spośród nadesłanych recenzji wybierzemy DWIE, które nagrodzimy koszulkami ze sklepu Hash-House! Koszulki możecie oglądać tutaj: http://w.hawwsh-house.pl/
Więc do dzieła!

niedziela, 18 września 2011

Maddogowo, czyli trafiamy na salony ;)

Drukują nas w magazynie Maddogowo! Czujemy się wyróżnieni, bo Maddogowo to jedyny taki magazyn w Sieci. Inteligentny, ciekawie redagowany, różniący się od innych tego typu projektów. Jeżeli lubicie czytać, to zaglądajcie tam często, bo warto. Jak pisze założyciel Maddogowa, Przemo "Mad Dog" Saracen:


Dwa lata temu temu uruchomiłem projekt Maddogowo, który jest internetowym magazynem, swego rodzaju sieciową czytelnią, gdzie czytelnik znajdzie zróżnicowaną ofertę.
Maddogowo skierowane jest do ludzi aktywnych, ceniących aktywny odpoczynek. Ludzi, którzy mają swoje zdanie, ale nie interesują się polityką. Mało tego, w ogóle nie chcą o niej rozmawiać, bo wolą porozmawiać i filmie, książce, sztuce.
To ludzie, którzy są aktywni. Podróżują, lubią dobrą kuchnię. Są pozytywni, elokwentni, stawiają sobie wysokie wymagania. Cenią rozmowę w dobrym towarzystwie, w restauracji, na koncercie, w pubie.
Lubią ciekawe historie, bo wierzą, że każdy ma coś do powiedzenia, a człowieka należy przyjmować wraz z jego zaletami i słabościami.
To do nich skierowany jest internetowy magazyn Maddogowo, który konsekwentnie unikając polityki pozyskuje nowych czytelników.

piątek, 16 września 2011

Natchnienia dla podniebienia, czyli wiele wariantów jednej kanapki

Z początkiem września, kiedy brat potrzebował kilku rzeczy do szkoły, bezradni, z powodu nicości w centrum, skierowaliśmy swoje kroki do Galerii Echo.
To była moja pierwsza wizyta od wielkiego otwarcia, zatem ciekawość również miała w tym swój udział. Po zakupach i tzw. obczajeniu co, gdzie i jak, padnięci i głodni skierowaliśmy się w stronę pasażu restauracyjnego.
Naszym pierwotnym zamiarem było KFC, jednak dziki tłum i strasznie długa kolejka skutecznie nam ten pomysł wyperswadowali.
Kolejno odrzucaliśmy następne miejsca, a bo nie mamy na to ochoty, może jutro, eee, nie... aż dotraliśmy do SUBWAY. I tu zgodnie stwierdziliśmy, że chętnie spróbujemy sandwicha, zachęciła nas możliwość własnej kompozycji.
Kolejka akurat nie była duża, mieliśmy chwilę na zastanowienie, na pierwszy ogień rzucamy kurczaka teriyaki.
Do wyboru cztery rodzaje pieczywa: jasne, ciemne, parmezanowe oraz z miodową posypką. Oboje z bratem komisyjnie wybieramy ciemne.
Rozmiary kanapek przedstawił Paweł, mnie osobiście wystarczy mała, natomiast brat po dwudaniowym obiedzie godzinę wcześniej potrafi wchłonąć dużą bez problemu.
Bardzo ważne jest dla mnie, na co również uwagę zwrócił Paweł, aby widzieć, jak przygotowywane jest jedzenie.
Dodatki i sosy wybieramy spośród wielu, m. in. sałata, pomidor, ogórek, pikle, czarne oliwki czy ostra papryczka (naprawę ostra), zatem jeśli mój brat oliwek nie lubi, dostaje kanapkę bez nich.
Pieczywo zgrillowane z serem i mięsem czeka już na dodatki, zatem po kolei, wszystkiego po trochu. sosy również wybieramy sami, do wyboru ostry kowbojski, Cezar(jogurtowo-czosnkowy),musztarda, słodka musztarda, BBQ, keczup, majonez i kilka innych, których niestety nie spamiętałam.
Na koniec obsługa pyta, czy życzymy sobie przyprawy; sól, pieprz, parmezan, oregano.
Gdy już dostajemy naszą kanapkę, jest to chwila bardzo podniosła i szczęśliwa.
Poza tym, że Subway jest doskonałą alternatywą dla kebabu, czy innych fast foodów, cena również jest zbliżona do tychże ( mały kurczak teriyaki 10.9, duży +6zł), jest zapewne o niebo zdrowszy, a walory smakowe wprost nie do opisania.
W sumie Subwaya odwiedziliśmy trzy, czy cztery razy i za każdym razem jesteśmy pozytywnie zaskakiwani kanapką.
Niby to samo, a inaczej. Za każdym razem inaczej.
Brat stwierdził, że chce takie kanapki w domu, a ja dodaję od siebie jedynie, że lepiej nie zjadłam nigdzie wcześniej.
Jedyną wadą Subway jest to, że znajduję się on tylko w Galerii Echo, a jeśli jeszcze gdzieś indziej na terenie Kielc, to nic mi o tym nie wiadomo.

Parpary 2011, czyli jak się chce to można

Jest takie miejsce w Polsce, gdzie tradycja smaku i biesiadowania nie zanikła. To miejsce magiczne nazywa się Parpary i działa tam Wielka Konfraternia Zacnego Jadła i Napitku, pod przewodnictwem Witka Cyranowicza. Szukajcie Go na facebooku bo warto. Polecamy Waszej uwadze również projekt pod nazwą Wielki Wspaniały Kościół Gastrofariański, też na FB. A pod spodem możecie obejrzeć wspaniałego hamburgera przygotowanego z 2,5 kg mięsa, 2 kg ogórków kiszonych i 2 kg cebuli. Tak się bawią w Parparach!

czwartek, 15 września 2011

Zawiedzione nadzieje, czyli znowu po turecku po kielecku.

Po wielu entuzjastycznych opiniach znajomych (choćby tej) o smakowitych kebabach w Troyu, wreszcie udało mi się tam dotrzeć. Przy wejściu nic nie zapowiadało, że coś mi nie będzie pasowało: rodowity Turek czuwający nad baraniną, świetna obsługa (ledwo zamówiliśmy jedzenie, gratisowa herbatka już wylądowała na stoliku), zapachy, lokal pełen ludzi... Zamawiamy z żoną klasycznie: ona baraninę w tortilli, ja baraninę w bułce. Oczywiście porcje duże. Moja chyba 12 zł, jej 11 zł. Siedliśmy tak, że widać było wszystkie etapy produkcji. Po porażce z hamburgerem chciałem zjeść tzw. pewniaka, a na takiego mi troyowe kebaby pachniały. I... zonk !!!! Jak wiecie, dla mnie doner kebab MUSI być w tureckim przaśnym chlebku. I niczego innego się po Troyu nie spodziewałem, wszak porównywany bywa z Sarayem, gdzie takowe chlebki mają. A jednak! Zamiast tego dostałem trójkątną pszenną bułkę, jak gdzie indziej ... No naprawdę, tego nawet w najgorszych koszmarach nie przewidziałem. Kiedy już zoczyłem w co mi baraninę spakują, wiedziałem, że raczej nie będę tam częstym gościem, ale być może skuszę się kiedyś na tortillę lub baraninę z dodatkami, jako danie obiadowe. Dostałem swojego donera wsadzonego w garnuszek, żeby było go wygodnie jeść. To miłe, ale na starcie pokazuje, że wersja z Troya nie będzie klasycznym streetfoodem, bo nie da się go jeść  idąc. Bułka jest tak otwarta, że gdyby nie widelec i podstawka, połowa wylądowała by na ziemi, o zagryzieniu z bułką wsadu nie wspomnę. Fakt, porcja naprawdę duża, najeść się można. Ale wielkość to nie wszystko. Po kolei: baranina była jakaś taka żylasta i nie gorąca, ale ciepła - to znów wina bułki, której nie da się tak zgrillować z zawartością, jak przaśnego chlebka. Poza tym nie była tak dobrze przyprawiona, jak w Sarayu. Sałatek zdecydowanie więcej niż w Sarayu, co akurat nie jest zaletą, część z nich zbyt mokra i rozmiękczała bułkę. Sama bułka... no nie wiem, co mogę jeszcze o niej napisać, poza tym, że była? Zdecydowanie nie moja bajka . Zostawiłem nadgryzioną tylko. Jak wspomniałem żona wzięła dużą tortillę. Porcja fest, najeść się można, ale... jak nie jadam tortilli, tak za tę w Sarayu dałbym się pokroić. Ta z Troya... ledwie poprawna. Sosy.. były. I tyle.
Reasumując: nie podzielam entuzjazmu osób zachwalających kebab w Troyu. Idąc tam miałem nadzieję na drugą po Sarayu miejscówkę z pysznym tureckim jedzeniem. Okazało się po raz kolejny, że fakt iż kebab robi się z baraniny to nie wszystko. Na pewno było to o lata świetlne lepsze od tego co zjadłem w Łowiczu, lepsze od tego co zjadłem na Wesołej, ale spodziewałem się czegoś naprawdę innego. Osobiście porównałbym te kebaby do tych, które jedliśmy w Imbiss Istanbul Kebap. Powiem tak: jest baranina, jest świetna, miła obsługa, jest lokal czynny 24 h, ale mnie osobiście czegoś zabrakło. Na pewno gdybym miał wybierać między Troyem, a np. "kebabami" z budek, wybrałbym Troya. Ale póki co, mam ciągle alternatywę w postaci Saraya. Swoją drogą, trzeba tam niebawem pójść, żeby sprawdzić, czy trzymają poziom. Co daj Panie Boże.

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...