O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


sobota, 30 lipca 2011

Hamburger a sprawa polska powraca w dwóch nowych odsłonach



Po przeczytaniu posta Żorża dotyczącego hamburgera na Rogatce, pomyślałam, że coś takiego nie miało prawa się zdarzyć. Absolutnie nie podważając wiarygodności Żorża, nie mogłam wyjść z szoku i podziwu, jakim cudem coś takiego istnieje?
Do czasu. Kiedy jakiś czas temu załatwiałam różne sprawy na mieście, w pewnym momencie dał o sobie znać głód. Do domu daleko, do załatwienia mnóstwo.Szybka decyzja - akurat natrafiłam na budkę z fast-foodem. Niczego nieświadoma zamawiam hamburgera, kiedy pani bierze do ręki bułkę kebabową, przed oczami widzę recenzję Żorża i włos mi się zaczyna jeżyć...
Dokładnie ten sam koszmar spotkał mnie. Zimna, gumowa bułka do kebabu, cieniutki, maleńki, również zimny i żylasty kotlet, który miał za zadanie udawać mięso. Dalej już tylko gorzej, dosłownie kilka pasków kapusty pekińskiej, dwa plasterki ogórka kiszonego i sosy. One w tym wszystkim były najlepsze. Za całą przyjemność zapłaciłam 5 zł, a nie wiedziałam, co z tym zrobić. Gdybym nie była tak strasznie głodna, może i kazałabym pani wypchać się tym pseudo hamburgerem, a, że naprawdę mnie zassało, zaczęłam to jeść. Jedynym pozytywem, tego jakże egzotycznego doznania było to, że nie spotkały mnie z tego tytułu żadne sensacje żołądkowe, a wspomnienie o tamtym zdarzeniu pielęgnuję w sobie tylko i wyłącznie dla potrzeb niniejszego tekstu. Przybytek ów, który zdrowy rozsądek nakazuje omijać szerokim łukiem, znajduje się na tyłach hotelu Łysogóry, w trójkącie Sienkiewicza-Panoramiczna-Czarnowska, oznaczony szyldem na ciemnym tle Hot Dog XXl.Zdecydowanie nie polecam. Fuj.

Tak zniechęcona do hamburgerów żyłam sobie jakieś kilka tygodni, mniej więcej do początku zeszłego tygodnia. Po wizycie i przeczekiwaniu burzy w Cukrze, kiedy Małż zaproponował jeszcze lane w Ckmie, stwierdziłam, że głodna to jednak jestem. I znów fast-food. Obok Ckmu znajduje się Kebab Majkel. Małż poszedł z misją przynieś mi cokolwiek i wrócił z hamburgerem. Cóż, da się przeżyć. Hamburger Majkelowy, w odróżnieniu od poprzedniego koszmaru posiadał bułkę do hamburgerów, z sezamem, dobrze ciepłą, chrupiącą, wielką. w środku gruby kotlet, dobrze zgrillowany, kruchy jak trzeba, no cud malina. Czerwona kapusta, pekińska, pomidor, ogórek świeży, konserwowy, kukurydza, papryka i prażona cebulka. Standardowe sosy i widelec, gdyż w przeciwieństwie do poprzednika, hamburger majkelowy był tak napakowany warzywami, że nie dało się go po prostu ścisnąć i zjeść, tylko trzeba było sobie pomóc widelcem. Cena - 5zł. Naprawdę polecam.

piątek, 22 lipca 2011

Pita grzechu warta, czyli Grillroom po raz drugi

Po tym, jak Marika entuzjastycznie wypowiedziała się o Grillroomie na Rynku, postanowiłem sprawdzić, czy rzeczywiście tak dobrze tam karmią. Udałem się więc do wzmiankowanego miejsca celem spożycia. Ponieważ Marika recenzowała tortillę, potanowiłem spróbować czegoś innego. Drogą kupna nabyłem więc shoarmę wieprzową z cebulą i papryką w picie. Zapłaciłem 9 zł i czekam. Shoarma opiekana była na patelni w piecu, pita - poezja, cieniutki, podpłomykowy chlebek, taki, jak być powinien. Mięsko - super. Naprawdę fajnie przyprawione, perfekcyjnie podpieczone, po prostu pyszne. Do tego cebulka, ogórek i papryka, wszystko świeże i chrupiące. No i sosy. To co mi się w Grillroomie bardzo spodobało, to to, że sosy wybiera się i dozuje samemu. Do wyboru są: bardzo ostry, ostro-kwaśny i łagodny czosnkowy. Wszystkie pyszne! Sama pita wypakowana mięsem i warzywkami może naprawdę nasycić, jeżeli Marika twierdzi, że pita jest na mniejszy głód, to tortilla musi być ogromna. Dawno już mi tak street food nie smakował!  Gorąco polecam, w zalewie miernych podróbek kebabów, Grillroom stanowi bardzo miłą odmianę. Acha. Do wyboru jest shoarma z kurczaka lub wieprzowa. Grillroom mieści się na Rynku, w miejscu, gdzie kiedyś była Piekarnia pod Telegrafem, czyli na tej samej ścianie co Pizza Dominium. Obsługa miła, jedzenie smaczne, czego chcieć więcej? Polecamy!

poniedziałek, 18 lipca 2011

Dziwne kebabu przypadki, czyli jak szybko zejść na psy

Żytnia. Który Kielczanin nie zna tej ulicy? Jeden z głównych punktów strategicznych miasta, jeden z najsłynniejszych punktów z fast-foodem. Ileż to czasu spędziło się w kolejkach za czasów studenckiego życia? Ileż to ciarek przeszło po plecach w środku nocy, gdzie całe mocno podchmielone towarzystwo obleśnie patrzy na jedną, dwie kobiety stojące gdzieś na końcu kolejki? Ile peanów, pieśni pochwalnych i innego rodzaju zachwytów na temat jedzenia z Żytniej słyszałam, to nawet nie zliczę. Wiele razy budziła się we mnie ochota na kebab stamtąd właśnie. Żaden inny, nigdzie indziej. Żytnia i już. Mnóstwo razy, bladym świtem, z moim ówczesnym towarzyszem niedoli wracaliśmy skądś tam i ów kebab był naszym obowiązkowym przystankiem. Było naprawdę pysznie.
Do pewnego momentu, w którym po drugiej stronie ulicy otworzono identyczną budkę, a obie podciągnięto pod szyld CeZet Baru. Wtedy właśnie zmieniło się więcej, niż tylko nazwa, choć nadal kebab z Żytniej był nr 1 dla wielu.
Ostatnimi czasy jednak, ów przybytek został przeze mnie zapomniany, pomijany, bądź po prostu nie było mi po drodze, tym bardziej, że w bliższym sąsiedztwie odkryłam kilka fajnych, smacznych punktów z jedzonkiem.
Jednak kilka dni temu, z okazji soboty, postanowiłyśmy z przyjaciółką odwiedzić naszego znajomego na Czarnowie. Ja w celu spożycia, Ona w celu bycia. W pewnej chwili, jak to na Ciężarną przystało, stwierdziła, że ma ochotę na kebab. I ta myśl zaczęła kiełkować we mnie, z każdym kolejnym drinkiem coraz bardziej intensywnie.
Żytnia niedaleko, zatem po skończonych pogaduchach udałyśmy się obie do dawno nie odwiedzanego przybytku. Ja w celu zaspokojenia głodu poalkoholowego, Ciężarna w celu zaspokojenia zachcianki. Wybór padł na tortillę, 10 zł sztuka. Już mi ślinka ciekła na samo wspomnienie tamtego dawnego smaku i... ZONK!
Dostałysmy pachnące, gorące zawiniątko, siadłyśmy na ławce obok budki i zaczął się mój horror...Przy tym, co przeżyłam Hitchcock może się schować...
Naleśnik (jedyny pozytyw całego jedzenia) gruby, solidnie przypieczony. W środku mięso drobiowe, dziwnie przyprawione, tłustawe, ale jemy dalej. Pekińska, ogórek marynowany, ni to kiszony, ni konserwowy (jeśli ktoś kojarzy sałatki w słoikach, takie z ogórkiem, papryką, marchewką i czymś tam jeszcze w zalewie, to właśnie tak samkował ten ogórek)... Do tego zupełnie nie pasujące, standardowe sosy: czerwony i majonezowo-czosnkowy. Po prostu koniec żartów. Gdzie jest pomidor, ogórek świeży? Gdzie kukurydza, cebula, gdzie, ja się pytam, gdzie to wszystko jest???
Zjadłyśmy, bo w końcu ja zaspokoiłam swój głód poalkoholowy, Ciężarna zachciankę, więc niby wszystko w porządku, ale niesmak i dziwnie złe wrażenie po Żytniej pozostanie na długo. Nie wiem czy to wina pracującej tam pani, czy inny czynnik, nie zamierzam tego sprawdzać i przybytek ów będę omijać szerokim łukiem jeszcze bardzo długo.Na szczęście nie było żadnych sensacji, może to zasługa wódki z colą, a może nie, ale na samo wspomnienie tej pseudotortilli przechodzą mnie dreszcze. I bynajmniej nie są one przyjemne.

Paydą w pysk, kebabem po żołądku, czyli wycieczka do małego miasteczka

UWAGA! WRÓG PODSUWA CI WÓDKĘ!
Tu na pewno będziesz otruty,
panna Jadzia ściągnie ci buty, 
taka ładna, kiedy poziewa, taka ładna, kiedy nalewa... 
UWAGA! WRÓG PODSUWA CI WÓDKĘ!
Nie jedź, chłopcze, do Nowej Huty, 
bo po drodze będziesz otruty,
niech ustrzeże cię plakat wężowy
i w żołądku dorsz narodowy:
UWAGA! WRÓG PODSUWA CI WÓDKĘ! (Adam Ważyk, Poemat dla dorosłych, zwrotka 6, 1955)

Jeśli wódkę zamienicie na fast food, a Nową Hutę na Łowicz, będziecie mieli obraz tego, co mnie spotkało w niedzielę (no dobra, butów mi nie ściągnęli).
Jako niestrudzony badacz tendencji i smaków w polskim street foodzie, udałem się wczoraj do Łowicza. Pogoda piękna, ciepło, kilka złotych w kieszni i perspektywa spróbowania, jak karmią gdzie indziej sprawiły, że entuzjastycznie i pozytywnie nastawiony do życia postawiłem nogę w mieście zapasek i dżemów. Trochę mi mina zrzedła, gdy okazało się, że czynne są tylko lodziarnie i pizzerie. Ale postanowiłem się nie poddawać. 

 Turecka zemsta za Odsiecz Wiedeńską

I w końcu zawędrowałem na Nowy Rynek, gdzie ujrzałem otwarty przybytek pod nazwą Hasan Kebab. No, jest dobrze, myślę sobie. Gdzie zacząć, jeśli nie w tureckim kebabie? Wszedłem. W środku dwa stoliki, lada chłodnicza, rożen z mięsem i wyjący na ścianie telewizor nadający na zmianę wiadomości i muzykę. Jedno i drugie po turecku. No to do dzieła. Wybrałem duży kebab z serem w grubej bułce. I... porażka totalna. Po pierwsze - bułka. Nie turecki przaśny chlebek, tylko garmażeryjna buła, w jakią "kebaby" pakują wszędzie, gdzie pojęcia o kebabie nie mają. Po drugie - mięso. Żadna tam baranina, małe skrawki kurczakowe, a nie mięso cięte w długie paski, jak mnie Turcy w Kielcach przyzwyczaili. Po trzecie (i to mnie dobiło) - bułka nie była grillowana tylko napchana mięsem i wsadzona ... do mikrofalówki !!!! Całość uzupełniona o standardową surówkę i sosy - ostry i łagodny czosnkowy. Te sosy to był jedyny pozytyw. Całość była równie atrakcyna, co posłanka Sobecka w bikini.  Mięso z surówką jakoś wyjadłem,  bułkę ugryzłem dwa razy i wyrzuciłem. Myślę, że trafiłem w miejsce, gdzie pamięć o Odsieczy Wiedeńskiej jest ciągle żywa i mogła to być zemsta za Sobieskiego, ale czemu trafiło akurat na mnie? Zapłaciłem 10 zł i uciekłem. Ciężko mi było na sercu i żołądku. Tak źle było mi  tylko w dniu, kiedy Andrzej Lepper został premierem.

Paydą w pysk

– Oni chcą mnie zabić – powiedział spokojnie Yossarian.
– Nikt nie chce cię zabić – krzyknął Clevinger.
– To dlaczego do mnie strzelają? – spytał Yossarian.
– Oni strzelają do wszystkich – odpowiedział Clevinger. – Chcą zabić wszystkich.
– A co to za różnica?
Kiedy jako tako doszedłem do siebie, pomyślałem, że trzeba dać Łowiczowi jeszcze jedną szansę. Przecież nie może być tak, że jeden kebab zaciąży na mojej opinii. Na wszelki wypadek wydaliłem się poza Nowy Rynek. Krążąc po mieście pomyślałem, że może dobry hot dog poprawi mi samopoczucie. Tak trafiłem na kanapkarnię Payda. Wziąłem ulotkę, uważnie ją zlustrowałem. Podobała mi się. Postanowiłem zacząć od hot doga by uspokoić żołądek i przejść do payd, czyli ichnich kanapek. Pani w Paydzie okazała się najjaśniejszym punktem tego przybytku. Miła obsługa złagodziła nieco moje złe nastawienie do łowickich fast foodów. Zamówiłem więc hot doga z surówkami (4,50 zł). Oczywiście podglądałem etapy "produkcji". Ocho, dobra nasza! ucieszyłem się widząc, że bułka i parówka lądują nie w mikrofali, ale w elektrycznym piecyku. Jeszcze tylko sosy (podwójne - raz na parówkę, drugi raz na sałatki), surówki i... Poczułem się, jak Gołota po walce z Tysonem. Cios był tak niespodziewany, że zamroczyło mnie i było po wszystkim. Całość wyglądała ładnie i apetycznie, ale kiedy wziąłem to do rąk mina mi zrzedła. Bułka typu paluch. Ok, rozumiem, nawet fajnie, że nie posiłkują się klasycznymi jak wszędzie. Ale... pierwszy kęs uruchomił moją wyobraźnię. Ujrzałem tę bułkę, jak jeszcze wczoraj przyozdobiona łowicką zapaską nudziła się od kilku dni na wystawie jakiegoś sklepu z pamiątkami. Na litość boską! Czerstwa bułka lekko tylko podgrzana momentalnie robi się twarda i smakuje, tak jak smakować musi - czerstwym pieczywem. No nic, została parówka z surówkami. I to już był nokaut. Parówka... nie, nie wieprzowa czy dobra indycza. Najzwyklejsza, z gatunku najtańszych jasnoróżowa, smakująca jak trociny parówka. Taka, której ugotować się nie da, bo się rozpada. Surówki z sosem w smaku były ok, ale 4,50 to zdecydowanie za dużo za kilka półplasterków ogórka, ścinki pomidora, troszkę kukurydzy z puszki....Bułka wylądowała na trawniku dla gołębi, ale nie wzbudziła zainteresowania. Kanapki już oczywiście nie zamówiłem. Kupiłem litrową pepsi, by ratować żołądek i rozżalony udałem się trochę pozwiedzać. Na Starym Rynku jest kilka tablic, mówiących o ważnych wydarzeniach i mieszkańcach Łowicza (uczył się tu Józef Chełmoński czy Stanisław Noakowski). Jedna z tablic informowała, że zatrzymał się tu na nocleg Napoleon Bonaparte w drodze na Warszawę. Wygrana pod Jeną i Auerstadtem musiała cesarza Francuzów cieszyć, ale gdyby zamiast przeć na Wschód zajął się łowickimi fast foodami, wszystkim nam wyszłoby to na dobre. Niestety, nie próbowałem tam już żadnego innego fast fooda, po prostu nie miałem ani ochoty ani odwagi... Jeżeli macie lepsze doświadczenia, napiszcie. Może ja po prostu miałem pecha? Wyjeżdżając miałem wrażenie, że nawet lalki na wystawie w Cepelii były jakieś przygaszone. Jeżeli jedzą tamtejszy fast food to im się nie dziwię... W samochodzie popadłem w filozoficzne rozmyślania i pomyślałem, że street foodowcy w Polsce powinni mieć swój hymn. Ze słowami "na stos rzuciliśmy żoładki swe, na stos, na stos..." w refrenie.
p.s. Łowicz to ładne i sympatyczne miasteczko, pozdrawiam ciepło Panią z Informacji Turystycznej!

czwartek, 14 lipca 2011

Zrobią Wam loda w centrum miasta. Perfekcyjnie!

Ustalmy jedno. To nie była moja inicjatywa. Żona mnie namówiła. "Będzie świetnie, chodź!" przekonywała. Uległem, bo co ja mogę? Nie w smak mi to było, więc mówię: "Ale ja za TO nie płacę!" "Dobra, postawię Ci" powiedziała. No to się zgodziłem. W tych sprawach moja żona jest bardzo spontaniczna i przekonująca. Cała akcja miała miejsce na ulicy Sienkiewicza 54, gdzie mieści się inkryminowany lokal serwujący te przyjemności. Najpierw rzuciła mi się w oczy długa kolejka. "No, muszą dobrze ludziom robić, skoro się kolejka ustawia, a w innych przybytkach tego typu nie" pomyślałem. No to i my się ustawiliśmy. Wyjaśnię najpierw moją niechęć do lodów. Otóż pacholęciem będąc we wczesnych latach 80-ych ubiegłego wieku byłem szczęśliwym posiadaczem dwóch kolegów, których rodziny prowadziły taki biznes i lodami się wprost zażerałem przez cały sezon. Od tamtej pory loda wciągam naprawdę sporadycznie i raczej z automatu niż w kulkach. A w Cremovej dają w kulkach. A właściwie w kulach. Bo to, co odróźnia ten lokal od innych to:
  1. wielkośc porcji - cremova kulka jest wielkości 1,5 - 2 zwykłych kulek lodowych "na mieście"
  2. smak - właściciele opracowali swoje własne przepisy na lody i wg nich je robią, przez co ich lody mają niepowtarzalny smak
Nie było tanio, bo za kulkę trzeba zapłacić nie jak gdzie indziej 1,50 - 1,80 zł, ale 2,80. Jednak warto wydać te pieniądze dla wspomnianych wcześniej powodów. Ja wziąłem arbuzową i capuccino, żona anansową i również capuccino. Capuccino to prawdziwa rewelacja - smakuje, jak ... jak cappucino właśnie, nie ma się do czego przyczepić. Owocowe lody w Cremovej to również materiał na osobną książkę - robione ze świeżych owoców bez cukru (słodzone "samym owocem") nie są może tak wyraziste, jak masowe produkcje, ale właśnie przez to czuć, że są owowcowe, a nie "wzmacniaczosmakowe". Generalnie bardzo polecam, bo warto. Moim zdaniem najlepsze lody w Kielcach. Cremova mieści się obok salonu Plusa, między Plantami, a ul. Paderewskiego

Nasz hot-dog w Kamisie

Z dumą się chwalimy, że nasz Polish hot-dog a la Żorż został wpisany... Nie, niestety jeszcze nie na listę Dziedzictwa Narodowego, ale do Wielkiej Księgi Grillowej Kamisa, więc w sumie może nawet lepiej wylądował? W każdym razie jest, co nas niepomiernie cieszy :D
Przepis znajduje się tu:  http://www.kamis.pl/index.php/content/view/4237/0/

środa, 13 lipca 2011

Street Food na świecie

Wszystkim zainteresowanym tematyką street food polecam profil amerykańskich miłośników Street Food na Twitterze, codziennie masa informacji w formie linków do artykułów, zdjęć i przepisów dotyczących ulicznego jedzenia.
https://twitter.com/#!/Street__Food

Na zachętę zamieszczony przez nich link, 5 najsławniejszych potraw street foodowych w Indiach  http://www.siliconindia.com/shownews/5_famous_street_foods_of_India_-nid-86221.html

poniedziałek, 11 lipca 2011

Zrobiła mi dobrze na boczku

Jak to w trasie. Jedziesz i nagle ci się zachce. Patrzysz więc pożądliwie na pobocza, czy gdzieś nie stoi czasem ONA. Jest! Skręcasz i gnany jedynie myślą zaspokojenia swoich potrzeb wpadasz na nią, mając nadzieję, że dostaniesz to, za co płacisz. Choć po kilku godzinach jazdy właściwie weźmiesz co dają, to jednak masz nadzieję, że tym razem będzie dobrze, że twoje potrzeby zostaną właściwie odczytane i zaspokojone. Ha! miałem szczęście. Głodny bardzo zajechałem na stację BP w Toruniu oznakowaną szyldem Wild Bean Cafe. Miałem zjeść hot doga, ale mój wybór padł  na zapiekankę. I był to dobry wybór. Zamówiłem nową w ofercie, mianowicie z bekonem. Zapiekanki na WBC robione są nie na bagietce, a na ciabacie. Po trzech minutach otrzymałem gorącą zapiekankę, wybrałem do niej sosy: meksykański i czosnkowy. O ile meksykański był strzałem w dziesiątkę, o tyle czosnkowy mogłem sobie darować. Nie dlatego, że był zły, po prostu do zawartości jakoś niekoniecznie się komponował. Ale był to mój wybór, więc pretensji do nikogo mieć nie mogę. A teraz o głównej bohaterce: za 8,50 zł otrzymujemy solidną zapiekankę na połówce dużej ciabatty. Wielki plus, że nie jest grzana w mikrofalówce, tylko w piecu konwekcyjnym. Przez to nie stygnie tak szybko, no i  nie jest gumowata tylko wspaniale chrupka. Jak pisałm wcześniej, zamówiłem zapiekankę z bekonem. Do wyboru były jeszcze orientalna, z salami i z kabanosem. Moja składała się z połówki ciabatty, zacnie szerokiej, długiej na jakieś 20 - 30 cm (nie mierzyłem), skład to pieczarki, cebulka, ser i plasterki boczku. Po zapieczeniu okazała się ujmująco chrupka, ser wspaniale się ciągnął, pieczarki były soczyste a boczek chrupki. Powiem szczerze, że najadłem się tym. Mało tego, nie miałem na żołądku owego charakterystycznego ciężaru, jaki zostaje po spożyciu większości zapiekanek z grzybami. Następnym razem skuszę się na inne smaki, a ponieważ są teraz promocje zestawów, to nie wykluczam bliskiego spotkania z kanapkami serwowanymi na stacjach BP. Jednak po ostatniej przygodzie z hot dogiem na BP stołować się będę tylko na stacjach oznakowanych logiem Wild Bean Cafe. A zapiekanki z BP szczerze polecam. Cena nie jest wygórowana, biorąc pod uwagę, że było smacznie i sycąco. Po zjedzeniu inkryminowanej zapiekanki przez kilka godzin nie czułem głodu.

czwartek, 7 lipca 2011

Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, czyli Tortilla grzechu warta

Od jakiegoś czasu razem z bratem, który odwiedza mnie regularnie, testujemy nowe miejsca z fast-foodami. Młody uwielbia śmieciowe żarcie, choć zupełnie tego po nim nie widać (ponad 190cm wzrostu i jakieś niecałe 70kg wagi).
Któregoś razu trafiliśmy więc do niedawno otwartego Grill-roomu przy Rynku, między budą z kebabem a Dyspensą. Grill-room mieści się w lokalu po Piekarni pod Telegrafem. Lokal malutki, kilka stolików, menu dosyć ubogie. Do wyboru shoarma z wieprzowiny lub kurczaka, podawana w picie lub tortilli, każda z nich podawana na trzy sposoby. Pita dodatkowo w dwóch rozmiarach
Zdecydowaliśmy się więc na kurczaka w tortilli. Czekamy, a że pogoda była nie najlepsza, siedliśmy przy stoliku z zamiarem konsumpcji na miejscu.
Kiedy pracownik podał nam nasze zamówienie, oboje wpadliśmy w lekką konsternację. Aby nie było wątpliwości, byliśmy pozytywnie zaskoczeni.
Porcja jest dosyć spora, grillowane mięso z kurczaka w przyprawach, do tego ogórek świeży i konserwowy, pomidor, paryka zielona, czerwona i żółta. Wszystko zawinięte w gruby, dobrze opieczony naleśnik. Do wyboru sosy: czosnkowy, majonezowy, słodko-kwaśny, ostry oraz keczup. Młody wybrał ostry, ja czosnkowy i słodko-kwaśny. Jedząc, wymienialiśmy komentarze. DOszliśmy do wniosku, że to jak do tej pory najlepsza tortilla w mieście, choć Młody waha się jeszcze między Troyem ( o tym będzie następny post).
Sosy dostaliśmy na stolik, aby w razie potrzeby samemu je dozować według uznania. To, co zjedliśmy kosztowało 11 zł. Porcja jest duża, na tyle duża, że nawet mój brat, który potrafi zjeść naprawdę solidnie, pod koniec stwierdził, że nie może. Ale wmęczył w siebie, bo - jak powiedział, szkoda mu było zostawić, bo dobre :). Ja po tym jedzeniu zjadłam dopiero późną obiado-kolację następnego dnia. Polecam ów Grill-room każdemu, kto jest w okolicy i ma ochotę coś zjeść. Na mniejszy głód lepsza od tortilli będzie pita (9zł). Zdjęć niestety nie zrobiłam, bo byliśmy tak zaaferowani tym, co stało przed nami, że zapomniałam, ale nic straconego. Jeszcze tam pewnie zajrzę nie raz.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Weź Mnie dwa razy na gorąco

W ubiegłą sobotę miałem okazję spróbować dwóch kanapek na gorąco przyrządzonych przez ekipę Weź Mnie. Pierwsza to orgazmicznie duża buła z soczystym kotletem z karkówki, sosem i mnóstwem świeżych dodatków. Wspaniale spłaszczona poprzez zgrillowanie, chrupiąca i soczysta jednocześnie, idealnie skomponowana ucieszyła wszystkie moje zmysły. Duża, sycąca i smaczna. Niestety pochłonąłem ją tak szybko, że nie zdążyłem zrobić zdjęcia. Była po prostu przepyszna. Jak się dowiedziałem, było to danie dnia. Jeśli będziecie w Weź Mnie w łikend, pytajcie zawsze o danie dnia - raz jest to burrito, raz taka własnie wspaniała buła. Generalnie łikend jest tam doskonałą okazją do spróbowania czegoś nowego, bo ekipa pomysły ma rewelacyjne, a testuje je właśnie od piątku do niedzieli.
Drugą kanapką był WeźBurger (robocza nazwa). I to również strzał w dziesiątkę będzie. WeźBurgera spróbowałem testowo, bo Weź Mnie dopiero przymierza się do wprowadzenia go do menu. Nie wiem, czy podawany będzie w takiej typowej hamburgerowej bułce, jak próbowałem, czy wpuszczą go w klasyczną kielecką bułkę, ale wiem jedno - tak powinien smakować hamburger. Żadne tam  kupione i pomrożone wcześniej pseudokotleciki, żadne gotowe nijakie sosy - kotlet ze świeżego mięsa, doskonale przyprawiony i zrobiony tuż przed podaniem, mnóstwo świeżych dodatków, doskonałe sosy robione na  miejscu - całość smakuje, pachnie i wygląda rewelacyjnie. Zdjęcia robiłem telefonem, więc musicie mi uwierzyć na słowo, że na żywo jest dużo lepiej. Takiego hamburgera jeszcze w Kielcach nie jadłem, bardzo smaczne są w budzie pod szpitalem na Kościuszki, ale te z Weź Mnie mają dużą przewagę, właśnie przez to, że robione są od A do Z na miejscu. Warto poczekać kilka minut, żeby zjeść coś tak wspaniałego. A czekając pogryzajcie paluchy własnego wypieku, z sosem serowym to po prostu poezja smaku.
Polecam wszystkim i pamiętajcie - pytajcie o danie dnia!

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...