O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Na dwoje babka wróżyła, czyli dla każdego coś innego

Jakiś czas temu, kiedy spacerowałam z bratem naszą cudną ulicą Sienkiewicza, w okolicy dworca PKP, w oczy rzucił mi się szyld nowo otwartego lokalu z fast foodem, o jakże ujmującej nazwie CITY KEBAB.
Postanowiliśmy kiedyś tam zjeść, jednak owo kiedyś było terminem bliżej nieokreślonym.
Dziś, kiedy w szaleństwie załatwiania wszystkich najważniejszych spraw znów trafiłam w tamtą okolicę Sienkiewki, uaktywnił się głód, któremu od rana kazałam milczeć i nie wchodzić mi w drogę.
Zatem kierunek prosty - Saray, jednak podobnie jak u Żorża odezwała się we mnie dusza streedfoodowca, a Saray jakby nie było przetestowany, więc idę te paręnaście metrów dalej, do City Kebab.
Dzielnie towarzyszy mi koleżanka, pytając tylko czy to opiszę. A jakże!
Stanęłyśmy przy okienku, bo w sumie przy takiej pogodzie jak dziś w tego typu miejscach zazwyczaj jest duchota nie do wytrzymania. Rzut oka na menu, standard: kebab w bułce, tortilla, durum, hamburgery, hot dogi, frytki, plus lody włoskie.
Zatem tortilla. I kolejne zaskoczenie, albo owa praktyka robi się coraz bardziej popularna. Tortilla dzielona na dużą i małą, podobnie jak w Dallas. Zatem na początek mała.
Aż tak głodna nie jestem, a diabeł jeden wie, co mi podadzą. I tu zaczynają się schody. Wielki minus dla Pana Pracownika, który nie zapytał mnie jakie mięso sobie życzę.
Zawsze, w każdym lokalu, jeśli mają do wyboru więcej niż jeden rodzaj mięsa, pytają klienta, jakie chce. Tu nie. Ale ok, niech będzie kurczak.
Tortilla, to oczywiście naleśnik, mięso przygotowane wcześniej, odgrzane w mikrofali, obsypane mnóstwem przypraw, czyli zupełnie nie tak jak lubię. Do tego surówki: pekińska, kapusta czerwona, pomidor i ogórek. Całość tuż przed podaniem polana od góry odrobiną sosu czosnkowego.
Cóż, zjadłam, bo w smaku nie było tragiczne, głód zaspokoiło, ale raczej nie tego się spodziewałam. Żorż, gdybyś chciał się tam wybrać, powiem tylko, że klient przede mną brał kebab w bułce. Właśnie: dokładnie w bułce, którą można spotkać w większości lokali w Kielcach, do kupienia w Tesco.
Zainteresowanym nie odradzam wizyty w City Kebab, dlatego, że smaki mogą być różne. Mnie tortilla rozczarowała, bo spodziewałam się czegoś lepszego, ale jak podkreślam, gorzej już jadałam, więc to też mi nie straszne.
Lokal znajduję się przy ul. Sienkiewicza, obok kantoru, naprzeciwko Rossmanna.
Mała tortilla kosztuje 9 zł, duża 11. W sumie chyba pójdę do Saray, tak na poprawę humoru. Ale już nie dziś.

sobota, 27 sierpnia 2011

Znów prawie mi było dobrze. Jednak prawie, a różnica była zasadnicza.

Dziś, jako, że sobota i upał, postanowiłam wybrać się do dawno nie odwiedzanych znajomych w Daleszycach.
A, że z okazji soboty i w dodatku wakacyjnej komunikacja jest dość ograniczona (autobus rzadziej niż raz na godzinę, a busów prawie wcale), postanowiłam poczekać na jednego z owych znajomych i bezczelnie zabrać się z nim, kiedy będzie wracał z pracy.
Wszystko dogadane, czekam więc powoli wytapiając się na słońcu. Kolega ów, po kilku godzinach pracy był głodny, a ja - jako, że mogę nie jeść cały dzień pod warunkiem, że siedzę w domu, a zaraz po wyjściu zasysa mnie i muszę coś przegryźć - również przystałam na jakiś fast food.
On jest fanem kebabu na Kościuszki, ale z powodu upału i korków postanowiliśmy zjeść coś bliżej stacji docelowej.
Zatem po dojechaniu do Daleszyc odwiedzamy zacny przybytek, o jakże sugestywnej nazwie PIZZA DALLAS.
Z tego co wiem, w tamtym rejonie, czyli w Daleszycach i najbliższej okolicy funkcjonują dosłownie dwa takie lokale, z czego nazwa drugiego wyleciała mi z głowy. W Pizzy Dallas oprócz pizzy można dostać, jak na rasowy fast food przystało, kebab, hamburger, cheesburger, tortillę, frytki, gyros nawet i jeszcze kilka dań typowo obiadowych, m. in. barszcz czerwony, pierogi, itp.
W Pizzy Dallas jadłam już kiedyś, może dwa lata temu, gdy jechałam do owych znajomych z siostrą. Z tamtej wizyty mam tylko mgliste wspomnienie strasznej bułki kebabowej, której po prostu nie dało się zjeść.
Postanowiłam dać lokalowi kolejną szansę, jako, że sporo czasu minęło dziarskim krokiem przekroczyliśmy z kolegą próg.
Za ladą zamiast pani, która tam była zawsze (lokal jest na mojej stałej strasie między przystankiem a domem znajomych), o dziwo chłopak. Młody chłopak, który wyglądał, jakby dopiero co zakończył uliczną bójkę, oczywiście przegrywając ją. Zdziwiłam się trochę, ale jak to na wsi, każdy każdego zna (przepraszam, Daleszyce są miastem, przynajmniej, albo jedynie formalnie), kolega rzekł, że nie mam się co bać i sam zaczął już zamawiać, więc i ja nie zrażona proszę o małą tortillę. Tak, jakoś od pewnego czasu nie istnieje dla mnie kebab w bułce, tortilla natomiast - mmm.
W lokalu tym, jak nigdzie indziej oprócz kebabu, również tortilla ma dwa rozmiary. Duża, lub jak kto woli standard, to taka, którą wszyscy znamy z lokali, w których zdarzy nam się stołować, normalna. Natomiast mała, to mniej więcej 2/3 tej dużej.
W Dallas duża kosztuje 12 zł, mała natomiast 9. Ponieważ w planach, jednak bliżej nie określonych czasowo był grill, stwierdziłam, że mała mi wystarczy na zapchanie się, bo zasysało mnie już przeogromnie.
Więc czekam. Kolega dostał swój kekbab w fuj bułce, która przez pewien czas śniła mi się jak Buka z Muminków, jednak to było dawno i terapia przyniosła zamierzony skutek.
Jedynym wspomnieniem tamtej targedii jest moje przekonanie do tortilli, naprawdę, bułek unikam, chyba podświadomie właśnie od tamtego czasu., kiedy nieopatrznie zjadłam w Dallas kebab w bułce.
Po chwili dostałam swoją tortillę. Ciasto - naleśnikowe, tylko grubsze, dobrze opieczone. Mięso wołowe, dobrze zgrillowane, ciepłe, mocno przyprawione papryką i curry oraz mieszanką do grilla.
Jako surówki wystąpiły: kapusta pekińska, pomidor, ogórek świeży, ogórek konserwowy, kukurydza i marchewka.
Tak, pierwszy raz z marchewką w kebabie spotkałam się właśnie w Dallas. Wszystko w zalewie a la sos vinegret, do tego standardowe sosy - czosnkowo-majonezowy i czerwony pikantny.* Stwierdzam, że było to zjadliwe.
Co prawda, jadałam już lepiej, ale i gorzej też. A tu nawet nie musiałam spijać hektolitrów Pepsi, aby uniknąć sensacji żołądkowych.
Całość komponowała się całkiem apetycznie i przede wszystkim jedzenie, jak i mięso były świeże. Wiem to z pierwszej ręki, ale to historia nie na tego bloga.
Oczywiście o gustach się nie rozmawia, jednak ja stwierdzam, że w lokalu PIZZA DALLAS, tuż przy rynku w Daleszycach, patrząc w stronę kościoła, można zaspokoić głód.
Jednak wybrednym smakoszom nie polecam, ponieważ sama mam co do tego przybytku dosyć mieszane uczucia.


* Mianem sos czerwony pikantny/ łagodny, bądź jakikolwiek inny, określam zawsze sos bliżej niezidentyfikowanej maści, który bywa raz smaczny, raz nie, jednak keczupem nie jest, sosem pomidorowym (takim, jakie znamy jako sosy do pizzy) również nie. Jednakowoż czerwony sos miewa różną konsystencję, w zależności od lokalu, smak (j.w.) i tak samo działa na żołądek - te, w lokalach o pewnej renomie są strawne, jednak w miejscach niepewnych, sam sos może przyprawić o rozstrój żołądka.

Smutek na Wesołej, czyli baranina to nie wszystko

No i stało się. Pech opuścił Marikę, a przyplątał się do mnie. No cóż, takie życie street foodowca, że trafia w różne miejsca. Wracając późnym wieczorem z wódeczki, jak zwykle poczułem głód i jak zwykle pomyślałem, że jest okazja przetestować jakieś nowe miejsce. Na ulicy Wesołej, w bramie między fryzjerem a pubem Atmosfera, jakiś czas temu otwarto kebabownię. Zapachy szły piękne, więc wstąpiłem. Jest baranina! Ale jako, że ostrożny jestem pytam w czym. Oczywiście wiecie, że mam jobla na punkcie tureckich przaśnych chlebków. Niestety, człowiek za kontuarem uczciwie mówi, że ma tylko te klasyczne pół-połówki pszenne. Rezygnuję i wychodzę. Kierunek Saray. Ale... nie, myślę sobie, co z ciebie za street foodowiec! Jest okazja przetestować nowe miejsce, a z ciebie wyłazi konformista! No to wróciłem. Zamawiam dużego, płacę 10 zł, czyli raczej standardowo, otrzymuję puszkę darmowej pepsi i patrzę. No i tu się zaczęły schody. Bułka, owszem trafiła na elektryczny grill, ale mięso... Po kolei. Opieczona bułka została odłożona na bok, nie przykryta niczym szybko sobie stygła. W tym czasie baranina trafiła na grill. Tak, tak. Mięso już było wcześniej skrojone i zimne. Do tego sałatki i sosy. I znowu nasuwa mi się myśl, że w kieleckich kebabach celowo umieszcza się sosy w butelkach "no name", żeby uchodziły za własnej roboty. Te nie były. Całośc do tego zimna i o ile w większości kebabowni taka buła jest podawana z tzw. górką, to tu nie była. To znaczy duża była bułka, wsad nie. Mięso też jakoś inaczej doprawiane niż w Sarayu. Ujmę to tak: prawdopodobnie bardzo dobrze zakomponowałoby się z frytkami, ale w bułce ... No po prostu nie smakowało mi to jako całość. Dobrze, że kieleckie kebabownie idą w kierunku baraniny, ale baranina to nie wszystko. Być może, gdybym dostał to naprawdę gorące, a nie letnie, efekt byłby lepszy. A tak... mały, fajny lokalik w dobrym punkcie, ale tak jak pisałem wcześniej, zamawianie tam kebaba w bułce to porażka, raczej spróbujcie tego mięsa na frytkach, myślę, że będzie to lepszy wybór.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Zaprawdę powiadam Wam, że orgazm w środku miasta to nie grzech

Dziś jest bardzo piękny dzień.
Pomijając upał i nieobecność mojej drugiej połówki, wszystko ułożyło się wspaniale.
Obiad zrobiony, na wypadek gdyby Małż po powrocie zgłodniał, ja jednak nie lubię jadać sama, więc po stwierdzeniu teraz albo nigdy, przy okazji załatwiania kilku rzeczy na mieście, udałam się do Troy Kebap.
Jadłam tam już kilka razy, jednak ciągle nie składało się, aby napisać słów kilka... Do dziś.
Jak wiadomo, najczęściej zamawiam tortillę; która zazwyczaj, w takich przybytkach jak te tutaj, jest podawana w zwykłym cieście naleśnikowym, nieco grubszym.
Jednak ciasto w Troyu nijak mi nie pasowało do tych znanych.
Zagadkę, w innym co prawda lokalu rozwikłał Żorż, specjalnie zwróciłam szczególną uwagę na ciasto.
Troy Kebap ma szeroki wybór menu. Począwszy od standardowych kanapek, w bułce, bądź w cieście (do wyboru baranina i kurczak), przez dania obiadowe, dania z grilla, kanapki i dania wegetariańskie na sałatkach kończąc. Wszystko w bardzo przystępnych cenach.
Ja w Troyu testowałam na razie tylko kurczaka i baraninę w cieście, ale na wszystko przyjdzie pora.
Za baraninę liczą sobie 10zł, za kurczaka złocisza mniej, jednak porcja jest bardzo sycąca, głód nie pojawi się przez kilka-kilkanaście godzin.
Baranina jest krojona w cienkie paski, tak jak lubi Żorż, uzupełniana surówkami, które są wprost przepyszne.
Dopełnieniem całości był sos. Ja w takich przybytkach zawsze biorę mieszany, gdyż łagodny jest zbyt łagodny, a ostry - nawet dla mnie, fanki wszystkiego co max pikantne - za ostry. Mieszany natomiast w sam raz.
Wszystko przygotowuje młody, roześmiany Turek, który samą swoją osobą wywołuje uśmiech na twarzy klientów. I podczas ostatniej wizyty z bratem, oczekując na nasze jedzenie zostaliśmy poczęstowani turecką herbatką w małych, niewiele większych niż kieliszek szklaneczkach.
Herbatka również była przepyszna.
Tym samym dogodziłam sobie, po moich ostatnich przejściach musiałam odbić sobie krzywdy. Nie tylko Żorż będzie pysznie jadł, podczas, gdy ja cierpię katusze.
Lokal znajduje się przy ul. Paderewskiego, tuż obok Ronda do IX wieków.
Polecam każdemu, a sama będę tam wracać niewątpliwie.
Choć w najbliższym czasie mam zamiar przetestować ów Saray i Creperię.


EDIT:

Zapomniałam dodać, że klient dokładnie widzi jak przygotowywane jest jego jedzenie, krok po kroku; na co również zwracam uwagę w tego typu miejscach.

Zapraszamy też na Facebook

Street Food Polska na Facebooku. Na naszym fan page'u znajdziecie materiały, które z jakichś powodów nie znalazły się na blogu. Zapraszamy do polubienia!

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Baraninka w cienkim cieście, czyli Saray Kebab po raz drugi

No nie mogłem. Nie mogłem się powstrzymać po prostu. Musiałem rozwikłać zagadkę cienkiego ciasta w Saray Kebab! Jestem co prawda oddanym wielbicielem przaśnych chlebków, ale ponieważ podczas poprzedniej wizyty spróbowałem tylko kawałek kebaba w cieście i bardzo mnie zaintrygował, postanowiłem dać mu szansę. Tym bardziej, że po mojej recenzji kilka osób się tam udało i bardzo sobie go chwaliło, a do tego Saray zrobił promocję i małego kebaba sprzedają po 6 zł (do końca sierpnia), nie miałem więc już wymówki (i dobrze). A więc ad rem: wchodzimy z Ponimirską i zamawiamy dwa małe kebaby (oczywiście baranie!) w cienkim cieście. Płacimy 12 zł i siadamy do stolika, żeby poczekać. Obok nas pojawia się właściciel i częstuje herbatą. Bardzo miły zwyczaj. Bardzo! Mała rzecz, a cieszy. W środku było sporo osób, część jadła klasyczne kebaby, część dania obiadowe (które bardzo zacnie wyglądały i muszę w końcu ich spróbować). I tutaj mała dygresja: ludzie po 30-stce i starsi, którzy w swoim życiu przez wiele lokali gastronomicznych się przewinęli, byli zachwyceni. Natomiast osoby dużo młodsze, wychowane na "kebabach" z budek, które z kebabem mają wspólną tylko nazwę, nie do końca szczęśliwi. No cóż, jak ktoś za wzorzec kebaba stawia sobie np.  tortillę z Żytniej albo Smaczka, to raczej nie będzie umiał docenić smaku świetnie przyprawionej baraniny, będzie narzekał, że dostał turecki przaśny chlebek, a nie mrożoną bułę z Makro, że pita to nie bułka, tylko cieniutkie arabskie ciasto itp. Straszną krzywdę wyrządziły ludziom miejsca sprzedające "polskie kebaby"! Jak można porównywać przemysłowy, chemiczny "sos do kebabów" z robionym na miejscu ze świeżych papryczek?! Ale rozgadałem się, a miało być krótko. Więc dostaliśmy, co chcieliśmy, przy czym pomimo, że zamawialiśmy na wynos to i tak obsługa przyniosła nam to na talerzach do stolika, żebyśmy nie musieli podchodzić do baru. Ot, kolejny miły gest w stronę klienta. Wzięliśmy co swoje i wyszliśmy. Za 6 zł dostaliśmy średniej wielkości kebaby w... no, tak - zagadka rozwiązana. W picie, tylko pozawijanej i zgrillowanej. I było to pyszne. W środku paski wspaniałej, soczystej baraniny, surówki i średnioostry sos. Może nie było to bardzo nasycające, ale za 6 zł dostaniecie naprawdę pysznego kebaba. Tak akurat na mały głód. Kolejny punkt dla Saray Kebab - jakościowo są niezrównani. Jeśli dodać  do tego niewygórowane ceny, duży wybór dań, wspaniałą obsługę, fakt, że lokal czynny jest cała dobę - ciężko będzie komuś w temacie tureckiej kuchni w Kielcach zawalczyć. O ile zamierza karmić dobrze. Bo jednak miejsca, które powinien pochłonąć mrok ciągle funkcjonują. Ale ja mam swoje miejsce i będę do niego wracał. Choć i tak wolę kebab w tym prawdziwym, tureckim przaśnym chlebku :)




Smak dzieciństwa, czyli Aleksandra poleca zapiekanki na krakowskim Kazimierzu

Na krakowskim  Kazimierzu, zjawiskowym miejscu, który aktualnie przyciąga turystów nie tylko swą magią, klimatem i specyfiką , ale także ogromem kawiarenek, klubów, knajpeczek,  gdzie wydawałoby się dwa odbrębne  światy,  przeplatają się ze sobą i żyją zgodnie w symbiozie - znalazłam smak zapamiętany z lat  wczesnego szczenięctwa i młodości. Jestem przekonana, ze każdy ma w  swej głowie zapach i to uczucie na podniebieniu jakie zostawiła tam....zapiekanka z pieczarkami i szczypiorkiem. Prawda, nie jest  to zbyt wyrafinowany posiłek, ale wspomnienie owego wypieku  pozostaje  w pamięci na długo.
Ta legendarna chrupkość,  zapach  pieczarek zapieczonych z serem,  świeży szczypiorek  -  w trakcie wieczornej wędrówki z jednego  przesympatyczngo  miejsca na Kazimierzu w drugie, kiedy po kilku godzinach zabawy, melanżu, rozmów z przyjaciółmi  zaczyna doskwierać głód , to dla mnie obowiązkowy punkt programu.
Aleksandra

Chwalimy się i ... dziękujemy

Kochani! Bez żadnej właściwie reklamy odnotowaliśmy już 3340 unikalnych wejść na naszego bloga! Bardzo Wam dziękujemy, bo to oznacza, że to, co robimy jest potrzebne. Raz jeszcze dziękujemy i obiecujemy nie ustawać w testowaniu miejsc z fast foodami, choćby miały nam się żołądki rozregulować! I na koniec fotka, która bardzo nam humor dziś poprawiła:



niedziela, 21 sierpnia 2011

Chcieliśmy sobie zrobić dobrze na trasie. Nie udało się trafić w odpowiedni punkt.

Pewnie nie każdy z nas to zna, ale jak sądzę znajdzie się wielu, którzy czytając uśmiechną się pod nosem do własnych wspomnień. Godzina trzecia w nocy, budzik wyje, ciemno, zimno... ech. Siostra wybiera się zacząć nowe życie gdzieś w Anglii, a kierowca, który ma dostarczyć ją na lotnisko ma jakąś robotę, więc startujemy w środku nocy.
Na stole zostawiam niedopitą kawę i nadzieję na jakieś śniadanie. Jedziemy. Od samego startu wszyscy troje myślimy o kawie, jednak rozmowa, muzyka i prawie czysta droga odciągają nas od kolejnych stacji z myślą, że postój zrobimy na nastepnej. W końcu zatrzymujemy się na przedmieściach Krakowa, na stacji Bliska z nadzieją na kawę i coś ciepłego. Jednak spotyka nas pierwsze rozczarowanie, hot dogi wydawane są od godziny siódmej, a my byliśmy na stacji kilka minut po szóstej. Musimy się więc zadowolić gorącą kawą i 7day'sem. Kawa lurowata, niedobra, jednak nie wydziwiamy, bo kawa to kawa. Jedziemy dalej.
Po kilku perypetiach docieramy na lotnisko, ważymy bagaż, krótkie pożegnanie i siostra odprawiona. My musimy wrócić jeszcze do Kielc.
Przy wyjeździe z Krakowa mijamy stację Bp i myśl o hotdogu powraca jak widmo. Jedziemy dalej. Szybka jazda, znów muzyka, jednak głód krzyczy coraz głośniej. W końcu zajeżdżamy na stację Bp, ja zamawiam hamburgera, kierowca cheesburgera i jeszcze wspólnymi siłami postanowiliśmy zmęczyć hotdoga francuskiego.
W tym momencie potwierdziły się słowa Żorża, który przestrzegał, aby stacje nie oznakowane szyldem WildBean Cafe omijać jak najszerszym łukiem.
O ja nieszczęsna!
Hamburgera dostałam od razu, jakby na mnie czekał. To była największa porażka mojego życia i w porównaniu z nim, do końca życia wolałabym jeść tortillę z Żytniej albo Smaczka. Bułka była duża, fakt, ale była też gumiasta, napompowana sztucznością, a coś co miało udawać mięso było zielonkawej barwy i smakowało jak trawa. Do tego pomiędzy bułką a mięsem znajdowały się skóry(!) z pomidora, papryka konserwowa, chyba po terminie ważności i sałatka bliżej nieokreślona, wszystko w ilościach śladowych. Żadnego sosu, a ta przyjemność kosztowała mnie 6zł 10gr. Cheesburger kierowcy wcale nie prezentował się lepiej, a kosztował 30gr więcej.
Nie dość, że czekaliśmy na niego dosyć długo, bo około 10 minut, to również był zimny (pani w tym czasie zmieniała rolki w kasie fiskalenj i wyszła zapalić). Całość była podobna do mojej, z tym, że znajdował się tam jeszcze jakiś mały glucik, który, jeśli się uważnie przyjrzeć, mógł przypominać plaster sera. Wszystko suche i bez sosów, bez żadnego sosu!
Zatem na koniec hot dog. Oboje wykończeni jazdą, brakiem snu i tym okropnym jedzeniem pokładaliśmy w nim ostatnią nadzieję. Jednak i tu spotkało nas srogie rozczarowanie. Bułka (a jakże!) zimna, czerstwa, parówka grilla chyba na oczy nie ujrzała i sos, który wizualnie był podobny do keczupu, jednak keczupowi to on mógł jedynie buty wiązać. I ów hotdog kosztował całe 4 złote.
Aż baliśmy się to ruszyć. I baliśmy się również zamówić kawę, więc rzuciliśmy się łapczywie na Pepsi, bo kofeina, poza tym Pepsi słynie ze swoich właściwości odkażających.
Uff... dobra, ruszamy dalej, do domu. Koszmar to mało powiedziane, to co nas spotkało na owej stacji, to była maskara w najczystszej postaci. Niestety tym razem nie obyło się bez odchorowania. Kiedy pojawiłam się u mamy, rozmawiała ze mną przez drzwi od łazienki...i nawet hektolitry Pepsi nie pomogły...
Kierowca zeznał, że też było mu bardzo źle.
Na sercu, żołądku i duszy...
Jedyne czego żałuję, to że nie zarejestrowałam nazwy miejscowości, w której znajduje się rzeczona stacja Bp. I ciarki mnie przechodzą, bo w menu widziałam również flaczki, schabowego i kilka pozycji czysto knajpianych, nie fastfoodowych.. Bosch, jak oni to robią, co muszą przeżywać ci biedni kierowcy, którzy tam trafiają?
Strzeżcie się stacji Bp na trasie Kraków-Kielce, po stronie pasa jadących do Kielc, za wzniesiem, bliżej Jędrzejowa. Stacja nie jest oznakowana szyldem WildBean Cafe, więc jeśli już musicie się tam zatrzymać, to tankujcie, korzystajcie z toalety, kupujcie papierosy, czy coś tam, ale broń Boże nie jedzcie tam!!!

P.S. jak mówi stare przysłowie, do trzech razy sztuka. Moje trzy koszmary juz były, a teraz przyszedł brat i idziemy na tortillę do Troya. :) Zatem jutro kolejna recka.

sobota, 20 sierpnia 2011

Historia o Kurczaku, który najlepiej czuł się w bułce :) czyli Creperia i jej możliwości :)

Creperia - naleśniki francuskie

ulica Sienkiewicza 17, Kielce

Dziś na tapecie Sienkiewiczowska Creperia i jej kanapki.

Ten lokal, stworzony z myślą o dostarczaniu mieszkańcom Kielc naleśników, dla mnie stał się jedną z najlepszych kanapkowni w Centrum. A bywam w trzech. Weź Mnie i Creperia to zdecydowanie moje ulubione. Jeśli zostanę z powodu pozytywnych opinii o Weź Mnie posadzona o kumoterstwo, trudno – poddaje się bez walki:)

Zacznijmy od tego jakie kanapki grillowane możemy w Creperii zjeść. Mamy do wyboru dwa rodzaje pieczywa typu ciabatta: białe i ciemne z ziarnami, gorąco polecam to drugie. Do tego dodatki. I tak np. kanapka włoska to ser mozzarella, rukola, orzeszki pini, oliwki i pomidory, do tego wybrany sos. Jest bardzo smaczna, ale muszę przyznać, że zwykle rezygnuję z orzeszków.

Kanapka wegetariańska to kombinacja sezonowych warzyw, a kanapka z kurczakiem – moja ulubiona- to kawałki piersi kurczaka ( nie w formie gyrosa, tylko kawałków przyprawionych i wrzuconych na patelnię), kapusta pekińska, zielony ogórek, pomidor, ser żółty, cebulka i sos czosnkowy. Wszystko to zapieczone w gorącej grillowanej bułce. Ser świetnie się w kanapce roztapia a ciabatta apetycznie chrupie. Sos czosnkowy prawdziwy, chemii nie czuć. Wspominając o tym cennym dodatku do kanapek. Sosy w Creperii są świetne. Ostatnio próbowałam barbecue – genialny – dałabym sobie głowę odciąć, że miał posmak wędzonej śliwki!:)



Bardzo podoba mi się to, jak kanapki w Creperii są pakowane. Na środku papieru w jakim się je podaje, jest dziurkowana linia, dzięki której przerywa się papier dokładnie w połowie i można wygodnie zjeść kanapkę. Czasem jednak nie da się zjeść jej wygodnie, a to dlatego, że bardzo miłe Panie robią tak wielkie porcje, nie żałując mięsa, dodatków i sosu, że czasem nadmiar wszelkie dobra po prostu z nich wypada. Wiec jeśli idziecie na randkę i chcecie dobrze wypaść to dosłownie są stworzone:)

Dla miłośników ryb Creperia także przygotowała coś dobrego , mianowicie kanapkę z łososiem. Bardzo dobra, ale na pierwszy ogień polecam jednak kanapkę z kurczakiem. Dodatkowo w menu znajdują się też kanapki z szynką i salami.

Ceny wahają się od 5 zl do 7,5. Te najdroższe to kanapka z kurczakiem i łososiem. Cena nie jest wygórowana, jeśli weźmie się pod uwag to, że kanapkami z Creperii naprawdę da się zastąpić obiad, a przynajmniej drugie danie.

Jedna rzecz jaka mogę podąć na niekorzyść i muszę o tym napisać, ponieważ nie byłabym sobą, to fakt, ze raz podano mi do kanapki mięso z kurczaka nie pierwszej świeżości, nie obraziłam się jednak trwale na Creperię, ponieważ jedząc przez rok kanapki stamtąd (średnio 2 razy w tygodniu) tylko raz mnie rozczarowali. Sądząc po ilości osób jakie tam się żywią, było to tylko jednorazowe odstępstwo od normy i typowa wpadka przy pracy.

Podsumowując – dla pędzących przez centrum miłośników kanapek, którzy maja ochotę wiedzieć i widzieć co dostają w bułce, nie chcą truć się makdonaldo podobnymi wyrobami z budek , ale zjeść dobrze i stosunkowo tanio, kanapki z Creperii są stworzone.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Proszę Państwa - oto Miś, Miś jest bardzo ostry dziś!

Tak się złożyło, że dwa dni po intensywnym spożywaniu kanapek z Weź Mnie, znowu wylądowałem na Wesołej i ... skusiłem się na kanapkę, której od dawna chciałem spróbować. I po raz kolejny się nie zawiodłem. Ostry Miś to coś, co polecam miłośnikom pikantnych potraw, ale również tym, którzy wracając do domu z piwa chcą nieco przetrzeźwieć. Za 7,50 zł  dostałem wielką, chrupiąco zgrillowaną  bułę z ciemnego pieczywa z ziarnami, która napakowana była soczystym bekonem, sałatą, cebulą, papryką, zielonym pieprzem i ostrym sosem chilli. Sos Michał robi z papryczek habanero, a jak sam się przyznał, ostatnio użył nieco większej ich ilości. Całość naprawdę bardzo smaczna i sycąca, polecam jeść na ciepło! Ja pod koniec byłem spocony, jak dziewica przed nocą poślubną :) Tak lubię! I chyba czas przetestować jakieś hot dogi czy zapiekanki, bo się od kanapek w Weź Mnie uzależnię. Polecam!


środa, 17 sierpnia 2011

Uwiódł mnie Konkretny Henryk, żona flirtowała z Chrupką Lolą

A więc... spędziliśmy wczorajszy wieczór z gorącą i bardzo atrakcyjną parą. Żeby nie było jak zawsze, ja skusiłem się na pana, żona na panią. Taka mała odmiana okazała się bardzo satysfakcjonująca obie strony, aczkolwiek nie ukrywam, że w pewnym momencie (by dodać spotkaniu pikanterii) na chwilę wymieniliśmy się partnerami.
Zacznę od siebie. Konkretny Henryk za 7,50 zł  okazał się bardzo, bardzo smaczną kompozycją. Duża grillowana bułka z ciemnego pieczywa z ziarnami  napełniona została sałatą, wołowym pastrami, bekonem, ogórkiem kiszonym, cebulą, sezamem i sosem musztardowo - miodowym, który arcywspaniale podbijał smak. Wszystkie składniki świeże i pyszne. Całość stanowi dla mnie kanapkę idealną, polecam.
Żona miała ochotę na Chrupką Lolę (duża 7,50 zł), tyle, że zamiast w bułce zamówiła w tortilli. Duże kanapki można w Weź Mnie tak właśnie zamawiać, cena jest taka sama. Lola zalotnie odziana w tortillę, miała pod spodem sery lazur i camembert rozkosznie roztopione, mix sałat, mix kiełków, paprykę i prażone nasiona. Moim zdaniem lepiej by się to sprawdziło w chrupiącej bułeczce niż w tortilli, ale tak chciała, to tak dostała. W każdym razie całość bardzo smaczna.
Dzieciaki zamówiły hamburgery (8 zł). Musieliśmy trochę poczekać, bo mięso na hamburgery mielone było dopiero po (!) przyjęciu zamówienia. To stanowi moim zdaniem siłę Weź Mnie - nie zamrożone gotowe kotlety, tylko świeżo przygotowywane. Taka świeżo mielona i grillowana wołowina to mistrzostwo świata. W środku oczywiście świeże warzywa i sosy. Całość - rewelacja.
Reasumując - Weź Mnie kolejny raz potwierdza klasę, jeśli chodzi o kielecki street food. Z czystym sumieniem polecam wszystkim, bo warto!

Hamburger:


Konkretny Henryk przed:


Konkretny Henryk w trakcie:

wtorek, 16 sierpnia 2011

Love Krove, czyli o krakowskich hamburgerach słów kilka

Przedstawiamy krótką recenzję autorstwa Ul :
'Love Krove' powstało na krakowskim Kazimierzu, teraz druga restauracja została otworzona w Warszawie. Początkowo do każdego hamburgera były dodawane łódeczki ziemniaczane, ale chyba ze względu na duże porcje cenę zmniejszyli, a łódeczki można dokupić osobno. Duży wybór hamburgerów o pięknych nazwach np. Napoleon z sosem żurawinowym, szpinakiem i camembertem. Wszystko jest świeże, robione na miejscu przez ludzi zakręconych (pozytywnie jak właściciele "weź mnie")doprawione tak jak trzeba, a bułka ciepła i chrupiąca. Żeby nie było tak pięknie niestety ceny nie są niskie, z tego co pamiętam sięgają aż 17 zł, ale za ten smak jestem w stanie kilka razy w miesiącu się poświęcić i ze studenckiego konta wyciągnąć dwie dyszki na hamburgera i fritz colę.

Turek potrafi, czyli jak nas w Saray Kebab gościli

Właściwie recenzję tę, w myśl tureckiego przysłowia "Nie mów wiele, spuchnie ci gęba", można by ograniczyć do jednego słowa: rewelacja! Ale przyzwoitość wymaga, bym podzielił się z Wami opisem miejsca, gdzie wóciła moja miłość do tureckiej kuchni.
Po ostatniej wizycie w tureckim kebebie mocno moje zaufanie do takich przybytków osłabło. Jednak prawdziwy street foodowiec się nie poddaje. Po wódeczce w Cukrze udaliśmy się z bratem i kuzynem na poszukiwanie czegoś do zjedzenia. Weź Mnie nieczynne, Grill Room przetestowany, chciałem spróbować czegoś w innym miejscu. Snuliśmy się po Sienkiewicza, kiedy brat powiedział, że vis-a-vis Riffa otworzyli turecki kebab. "Wcześniej był tam sklep z dobrymi butami, to może i kebaby trzymają poziom" stwierdził. Postanowiliśmy zaryzykować. Lokal bardzo przyjemnie zaaranżowany, spora przestrzeń, kilka stolików, wygodne krzesła, w ladzie chłodniczej multum różnych sałatek i potraw. Szybki rzut oka na menu i decyzja: ja i kuzyn baranina w donerze, brat w cienkim cieście. Ja mam zwyczaj, że tureckie lokale z kebabem testuję po raz pierwszy biorąc kebab w bułce. Jeżeli dostanę faktycznie w bułce, to więcej tam nie wracam. Tutaj aż mi się micha radośnie rozciągnęła - przaśny chlebek, czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Chlebek zacnie zgrillowany, napełniony mięsem (tak jak lubię, czyli paskami baraniny), do tego trzy (!) rodzaje surówek, świeży ogórek, pomidor i sos (ja wziąłem mieszany). Całość po prostu rewelacyjnie smaczna. Taki kebab ostatni raz jadłem na Wesołej, w miejscu gdzie teraz mieści się Weź Mnie. Ech, niby kebab to proste danie, a jednak nie każdy potrafi je przyrządzić. W Saray Kebab potrafią to po mistrzowsku! Spróbowałem też od brata kawałek w cieście i tutaj również rewelacja - ciasto chrupkie, właściwie to nie wiem czy to był naleśnik czy ciasto, jak na pitę, w każdym razie niesamowicie smaczne. Kosztowało nas to po 10 zł i powiadam Wam - warto! Kiedy kończyliśmy jeść zostaliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni ze strony załogi - podano nam po kawałku baklavy i herbatę, jako gratis od firmy. Baklava to (jeśli ktoś nie wie) "deser rozpowszechniony zarówno w kuchni tureckiej, ormiańskiej, bułgarskiej jak i bałkańskiej. Klasyczną bakławę przygotowuje się z ciasta półfrancuskiego - zwanego niekiedy korą (bałkańska nazwa) lub ciastem filo (grecka nazwa) - przełożonego warstwami pokrojonych orzechów (włoskich lub migdałów) z cukrem lub miodem. Całość zapieka się, a następnie kroi w romby, trójkąty, kwadraty i inne formy, a następnie polewa lukrem lub syropem zrobionym z wody, cukru i soku cytrynowego. Górę posypuje sie zmiażdżonymi, niesolonymi orzeszkami pistacjowymi." (WIKIPEDIA).
Baklava i herbata (podana w takich śmiesznych, fajnych małych szklaneczkach) były również bardzo smaczne.
Podsumowując: Saray Kebab to lokal z cudownym jedzeniem i wspaniałą obsługą. Dla mnie obecnie numer jeden jeśli chodzi o kieleckie kebaby. Gorąco polecam, lokal czynny jest 24 h i naprawdę wart by do niego wracać, można zjeść klasyczne kebaby "na wynos", jak i dania obiadowe (np. gulasz barani), oraz dania z grilla (np. Tavuk Sis, czyli szaszłyk z kurczaka  albo Saray Koftel - grillowany kotlet z baraniny po saraysku). Dań jest w ofercie naprawdę dużo, ja zamierzam częściej tam wpadać, by popróbować innych specjałów. A jeśli najdzie mnie ochota na klasyczny kebab, to też nie będę już kombinował - tylko Saray. No dobra, od czasu do czasu będę musiał zjeść gdzie indziej, by móc Wam zrecenzować inne miejsca, ale obawiam się, że Saray Kebab poprzeczkę ustawił baaaardzo wysoko.

EDIT:
Zapomniałem napisać, że kebab jest do wyboru: z kurczaka lub baraniny, a grill... to prawdziwy grill, czyli nie elektryczny tylko węglowy, zapach węgla drzewnego towarzyszył nam podczas konsumpcji i miło się komponował z całością - wystrojem i jedzeniem.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Prawie udany zamach na moje życie i nocne koszmary

Znowu tortilla. Nie wiem co ja z tym mam, ale jakoś tak mi pasuje, że ciężko zdecydować się na coś innego. Byłam kilka dni temu u znajomych, a że obiad zjedzony dość wczesnym popołudniem, wieczorem kilka drinków, to i głód się aktywował.
W dodatku ciężko przestawić się na nowe bilety i odruchowo wsiadłam w dwójkę na Czarnowie, a dopiero przy wysiadaniu na Żytniej w celu przesiadki uświadomiłam sobie, że bilet jednorazowy skasowany w jednym autobusie to nie bilet godzinny, jak dawniej. Kurde, nie uśmiecha mi się płacić drugie 2,4 zł za przejechanie dwóch przystanków. Zatem spacer, może po drodze uda się coś zjeść.
Z zaznaczeniem, że po ostatniej przygodzie z tortillą budkę na Żytniej omijam, idę dalej. Rozmawiam przez telefon i mijam dwie budki przy Paderewskiego (jedną, z której hamburgera opisałam ostatnio, a druga to słynny Troy), gdzie kolejki są dosyć spore (o ile pamiętam, to był jakiś weekendowy dzień). Zatem został mi w najbliższej okolicy jedynie Smaczek, na rogu Plant i ul. Piotrkowskiej. Podchdzę do okienka, ludzi zero, zamawiam tortillę, płacę 10 zł i czekam. Ciągle nawijając przez telefon widzę jak przygotowywane jest moje jedzenie i znów robi mi się słabo. Rozmowę kończę, bo chwilę grozy wolę przeżywać samotnie. Dostaję rulon i znów najlepszy jest naleśnik. Choć i tu miałam zastrzeżenie: był zimny. Mięso tłuste, pełno skór, zimne, mdłe, ogólnie nędza i rozpacz. Już wiem, że wyrzuciłam 10 zł. Oprócz mięsa był tam jeszcze pomidor w znikomych ilościach, gdzieniegdzie jakieś ziarno kukurydzy, śladowe ilości ogórka i sos czosnkowy. W połowie jedzenia doszłam do wniosku, że jednak chcę żyć i wyrzuciłam niedojedzoną tortillę do kosza. Może bezpańskim kotom nie zaszkodzi na żołądek. Pomyślałam, że matki niegrzecznych dzieci zamiast babą jagą, mogłyby straszyć swoje pociechy tortillą ze Smaczka.W skali od jednego do dziesięciu, Smaczkowa tortilla dostaje minus sto, już chyba ta z Żytniej była lepsza, ale wstrzymuję się z osądem, bo nie wiadomo co mnie jeszcze spotka. W najbliższym czasie po raz kolejny idę do Troya, aby poprawić sobie smak, no i może w końcu uda mi się napisać recenzję z owego przybytku.

sobota, 6 sierpnia 2011

Egzotyczny powiew w środku miasta


Wieczorem przyszedł brat. Standardowy spacer z psem, Młody głodny. Ponieważ zamierzałam wybrać się na pocztę w celu wysłania ziółek moim szwedzkim przyjaciołom, poszliśmy razem w stronę centrum, aby po załatwieniu sprawy na poczcie zlokalizować jakiegoś fastfooda. Młody z powodu przejedzienia zapiekankami i hotdogami w ciągu ostatnich dni stwierdził, że nie ma ochoty na nic podłużnego. Zatem wybór pada na hamburgera. Idąc z poczty głównej, tak aby obojgu nam nie było potem za daleko do domu, zdecydowaliśmy się przetestować lokal przy ul. Paderewskiego, tuż obok Telepizzy, vis a vis przystanku autobusowego. Lokal ów nosi wdzięczną nazwę KEBAB.
Szeroki wybór samych hamburgerów już poprawił nam nastroje. Hamburger max w cenie 7zł, plus 50gr za wybrany dodatek. My zdecydowaliśmy się na ananasa. Zaletą lokalu jest to, że klient doskonale widzi, jak przyrządzane jest jego jedzenie, zarówno stojąc przy okienku od ulicy, jak i w środku lokalu, gdzie jest kilka stlików. Zatem proces powstawania naszych hamburgerów obserwowaliśmy z bratem z niemałym zainteresowaniem. Bułka i kotlet odgrzane były w mikrofali, to jest niestety minus, bo bułka była zbyt zimna i gumowata. Kotlet natomiast dobry, mocno opieczony, przyprawiony. Smakował nawet mojemu wybrednemu bratu :)
Dalej wylądował pomidor, ogórek świeży, drobniutko pokrojony, ogórek konserwowy, kukurydza, surówka z kapusty białej z marchewką i ananas. Sos pomidorowy i musztarda. Dodatków pani nie pożałowała, ananas o dziwo dobrze się zgrywał z resztą. Właściwie oboje z bratem zgodnie stwierdziliśmy, że jedyną rysą na tej nieskazitelnej postaci hamburgera jest właśnie zimna i gumowata bułka. No i w sumie cena 7.5 za hamburgera max, który w rzeczywistości aż taki max nie był, też może trochę zdemotywować. W każdym razie po dwóch pozytywnych doświadczeniach zaczynam łaskawszym okiem spoglądać na hamburgery. A dziś Młody robi domowe, sam, zatem jadę do mamy i nie odpuszczę. Ostatnio wyszły mu świetne :)

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...