O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


środa, 28 września 2011

Do trzech razy sztuka, czyli jednak można

Wczorajszy dzień zapowiadał się bardzo spokojnie.
Jednak moje nadzieje rozwiały się wraz z odebraniem jednego telefonu - trzeba udać się na Krakowską, w celu uzupełnienia czegoś tam. Ponieważ pogoda sprzyjała spacerom, postanowiłam z tej właśnie formy skorzystać, na myśl o zatłoczonym autobusie w taki gorąc, dostałam mdłości.
Sprawę załatwiłam dość szybko, a ponieważ Małż miał skończyć swoje zajęcia wcześniej i chcieliśmy usiąść gdzieś na kawie/piwie, postanowiłam coś po drodze zjeść.
Podejście pierwsze:
Kebab turecki, przy ul. Jana Pawła II 15.
Do lokalu wchodzi się po schodach, na wprost wejścia wisi menu. Wybór kebabów (standard, max, yaffa) oraz hot dogi. Żadnych frytek, hamburgerów, itp.
Coś w głowie wrzeszczało do mnie uciekaj, uciekaj stamtąd!
Na szczęście pracownik robił na moich oczach kebab innemu klientowi. Gdy tylko zobaczyłam straszną, grubą, suchą bułkę - zwiałam. Tak, bułka standardowo typowa w kieleckich lokalach. Nie wiem, czy wrócę tam jeszcze, mimo, że w sumie nie zjadłam nic.
Postanowiłam natomiast cofnąć się kilka metrów, do Piekarni pod Telegrafem.
Podejście drugie:
Ponieważ Piekarnia to miejsce sprawdzone, w którym naprawdę można zjeść smaczne coś na ciepło, zamówiłam mój stały zestaw: trójkąt salami (1.9zł) i rożek z szynką (3.10zł). Gorące, chrupiące, nic dodać nic ująć. I to był dobry wybór.
Podejście trzecie:
Wieczorem zadzwonili znajomi, ktoś tam z Irlandii przyjechał w odwiedziny, spotkajmy się na mieście, bla, bla, bla.. Ok.
Po kilku piwach jedyny posiłek, zjedzony w dodatku kilka godzin wcześniej, wyparował jakoś ze mnie. A że zgłodnieliśmy wszyscy, to idziemy coś zjeść.
W pierwotnym zamyśle był Sułtan, jednak w momencie, gdy dochodziliśmy już po lokal, krata została opuszczona, a pracownicy rozeszli się do domów.
Zatem najbliżej znów Strefa Chilli. Skusiłam się na hamburgera max.
Jak zauważył Żorż, był on poprawny, jednak kotlet w moim smakował jakoś tak, jakby nie pasował do całości. Smakował mięsem mielonym, ale jakoś dziwnie. Albo był za zimny, albo źle przyprawiony. Poza tym poprawny, ale dokładając 50gr w Sułtanie, porcja jest zdecydowanie większa. A niby to i to max.
Za to dziewczyny zamówiły zapiekanki.
Jedna z keczupem, druga z dresingiem i wszyscy wymienialiśmy się doświadczeniami.
Zapiekanki są godne polecenia. Chrupiące, odgrzewane w piecu, dużo pieczarek i dużo sera. Mniam. Naprawdę. Następnym razem w Strefie Chilli zamówię właśnie zapiekankę. Za 4.5zł, solidną, aby nie skłamać - bodajże 38cm. Polecam.

piątek, 23 września 2011

Wspomnień czar i kubeł zimnej wody czyli po staremu, po nowemu, inaczej.

Kolejny dzień, kolejne sprawy.
Z tą samą kumpelką, co w poprzednim poście, zestresowaną dodatkowo sprawami uczelnianymi, znów jak te dwa krążowniki snułyśmy się po Sienkiewce, aż dopadł nas stary znajomy głodzio. Ponieważ byłyśmy pod uczelnią, naszło nas na wspomnienia i chciałyśmy przypomnieć sobie stare czasy, kiedy to w Strefie Chili spędzałyśmy przerwy w zajęciach, bądź okienka, itp.
Dla mnie te wspomnienia sięgają znacznie dalej, kiedy jeszcze otwarta była Dziurka pod teatrem Żeromskiego, a ja wraz z moimi znajomymi często tam bywałam, zdarzało nam się wylecieć na przeciwko po coś do jedzenia.
Śmieję się, ale ze Strefą Chilli byłam sentymentalnie związana, podobnie jak z lokalem na Żytniej.
Piszę byłam, ponieważ to co zobaczyłam ostatnio, skutecznie mnie wyleczyło ze wszystkich sentymentów.
Skusiłyśmy się na kebab standard za 9zł/szt. Tak, ja zjadłam kebab w bułce. Po chyba dwóch czy nawet trzech latach unikania tegoż. I szczerze powiedziawszy przypomniałam sobie, dlaczego nie jadam kebabu w bułce.
Po pierwsze - Ramzes umarł, Kryzys żyje, więc mimo podniesienia cen, porcje się skurczyły. Kiedy dostałam swój kebab standard, patrząc na niego doszłam do wniosku, że cheeseburger w Sułtanie jest większy.
W sumie można go było zjeść bez widelca.
Mięso drobiowe, odgrzewane w mikrofali, ale dobrze przyprawione.
Dodatki to ogórek, pomidor, ogórek konserwowy i cebula, czyli nic nadzwyczajnego, ale całość w miarę uratowały pyszne sosy.
Czosnkowy i czerwony ostry, najprawdopodobniej robione, nie kupne wręcz mnie urzekły.
A mięso z tymi sosami i warzywami, jak sugerował Żorż w innym lokalu z pewnością lepiej zgrałyby się na frytkach.
W sumie pierwszy głód zaspokoiłyśmy, ale pozostał jakiś niedosyt.
Kebab w Strefie Chilli to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. Za to wiem, że mieli tam pyszną quasadię, kiedyś jadłam, nie wiem jak jest teraz, może tam wrócę niedługo, żeby sobie przypomnieć.
Póki co zostawiam sprawę Strefy Chilli otwartą, jednak kebabu już tam nie zjem na pewno.

wtorek, 20 września 2011

Zrobiłem to dwa razy w ciągu dnia, czyli poprawny hamburger i pyszny kebab

Jak mawiali przed bitwą Indianie Dakota, "dziś jest dobry dzień do umierania". Po ostatnich porażkach postanowiłem się zmierzyć z demonami, czyli po raz kolejny spróbować fast foodów, które mnie ostatnio zawiodły lub nie do końca spełniły pokładane w nich nadzieje. Pożegnałem się z rodziną, spisałem testament i ruszyłem w miasto z mocnym postanowieniem iż tym razem zjem w dwóch różnych miejscach. W każdym miałem zamiar spróbować czegoś innego.

Strefa Chili, czyli poprawny hamburger

Na pierwszy ogień postanowiłem zjeść hamburgera. Byłem ciekaw, czy poza moją ulubioną budą pod szpitalem i nieocenionymi WeźBurgerami, są jeszcze w Kielcach miejsca, gdzie robią zjadliwe bułki z kotletem. Mój wybór padł na lokal o nazwie Strefa Chili na Sienkiewicza 25, na wprost Teatru Żeromskiego. SCh specjalizuje się w ponoć w burrito, ale mają też całą klasykę polskiego fast fooda, od frytek i hot dogów po kebab. Ja jednak po ostatniej porażce postanowiłem zjeść dużego hamburgera. Mają takowego, nazywa się hamburger max i kosztuje 7 zł. Zamawiam, płacę i czekam. Po chwili dostaję onego hamburgera i zaczynam jeść, analizując jednocześnie, za co zapłaciłem. Bułka: klasyczna, duża, ale mniejsza niż ostatnio - za to wypakowana po brzegi, poza tym gorąca. Kotlet: duży, ale typowo przemysłowy, płaski, jednak rozmiaru bułki. Dodatki: klasyczne, od ogórka po sałatki i prażoną cebulkę, której na próżno by szukać w tych pożal się Boże XXL-ach, które ostatnio testowałem. Całość smaczna, choć do doskonałości im daleko, ale jako, że nie robią kotletów na miejscu, nie można się było niczego innego spodziewać. W każdym razie, nie miałem poczucia, że przepłaciłem, bo porcja duża i najeść się można (na mały głód akuratna). Myślę, że jeśli przechodzicie w pobliżu Placu Artystów, to  macie dwa miejsca, gdzie bezpiecznie zjecie hamburgera: Strefa Chili i Sułtan.

Istambul Kebab, czyli jest dobrze!

Późnym wieczorem, kiedy hamburger był już zneutralizowany przez Cukrową wódeczkę, poszedłem testować drugi tego dnia fast food, czyli turecki kebab. Przyznam się szczerze, że nigdy jeszcze w Istambule nie byłem, choć wiele razy tamtędy przechodziłem. Jakoś nie mogłem się zdecydować, może bałem się podświadomie, że dostanę tam "kebab po kielecku"? Ale ponieważ z tureckich kebabów w Centrum po niekoniecznie mnie przekonującym w Imbiss Istambul Kebap, po Sarayowym niebie w gębie i zawiedzionych nadziejach w Troyu, tylko Istambul Kebab nie został przeze mnie przetestowany, wybór był oczywisty. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to ceny. Istambul jest najdroższy ze wszystkich do tej pory testowanych kebabiarni. No nic, zamawiam oczywiście dużego z baraniny w grubej bułce, płacę 13 zł i podświadomie czekam na wyrok, czyli pszenną bułę. I tu... ZONK! Ale jakże pozytywny! Nie pszenna buła, ale przaśny turecki chlebek, tak przeze mnie ubóstwiany! Już wiedziałem, że będzie dobrze. I faktycznie, w środku znalazły się paski baraniny, dobrze doprawione, surówki i dodatki, sos mieszany i... na samej górze, jako dodatek, którego kompletnie się nie spodziewałem, krojony w ósemki kiszony ogórek. Hmmm.... nie wiem, kto zasugerował ów dodatek, ale na pewno nie jest to dobry pomysł. Na szczęście w środku już go nie było, bo zepsułby smak. Całość gorąca, sycąca i bardzo smaczna. Byłem zadowolony. Zatanawiam się jednak, czemu ceny w Istambule są wyższe niż gdzie indziej. Jakość i smak nie usprawiedliwiają takiego posunięcia, równie dobry kebab jest 200 m dalej w Sarayu, a cena niższa. Jest też w pobliżu Troy dla tych, którzy wolą baraninę bardziej po kielecku (w pszennej bułce) i tam też jest taniej. I Troy i Saray są czynne 24 h na dobę, więc... Nie wiem ile osób było w tym samym czasie w Sarayu czy Troyu, ale w Istambul byłem jedynym gościem. Wyższe ceny chyba nie do końca były przemyślanym posunięciem, to że jest się na rynku dłużej niż konkurencja, nie znaczy, że klienci będą wierni jednemu lokalowi. Ale w temacie jakości i smaku do zarzucenia Istambulowi nic nie mam. Polecam!
 EDIT: Istambul Kebab mieści się na ulicy Paderewskiego 27,  na wprost Restauracji Monte Carlo.

poniedziałek, 19 września 2011

Dzień na wariackich papierach czyli śniadanie obiad i kolacja w jednym

Dziś gorąco.
Gorąco wrześniowo, przyjemnie, ale nie na załatwianie.
Zostałam niemal siłą zerwana z łóżka kilkoma telefonami, więc chcąc nie chcąc trzeba było wyruszyć z domu.
Oczywiście w pośpiechu, nie było zatem czasu nawet wypić kawy, nie mówiąc już o śniadaniu. Zatem po kilku godzinach, kiedy wreszcie mogłam już odpocząć, odezwał się znajomy głód.
A, że byłam umówiona z psiapsiółą, oczywiście do domu nie było sensu wracać.
Nasz wybór padł na lokal Sułtan, znajdujący sięna rogu Sienkiewicza i Leśnej, tuż obok Tabakiery.
Mają tam szeroki wybór menu, kiedyś jadłam tam jakieś frytki i pamiętam, że były smaczne, posypane jakąś mieszanką przypraw.
Te właśnie frytki zamówiła sobie Aga, a ja postawiłam na cheeseburgera max (7,5zł).
Pominę fakt, że pani blĄdi sprzedawczyni jakoś nie usłyszała co do niej mówiłam, dopiero wręczając frytki Adze przypomniała sobie o mnie.
Zrobiła go bardzo szybko i rzeczywiście był max.
Bułka standardowo hamburgerowa, mocno podgrzana, w środku dwa kotlety, również standardowe, te kupne, ale jakieś takie dobre.
Dodatków było tyle, że zjeść to bez widelca było wyczynem na miarę księgi Guinnessa.
Sosy - najpewniej robione, w metalowych kubełkach, nalewane chochlą, czosnkowy mnie urzekł niezmiernie.
Oprócz czosnkowego był jeszcze czerwony, również smakowity. A dodatki, mniam. Pomidor, ogórek świeży, konserwowy, sałatka z kapusty pekińskiej, papryka żółta i czerwona (obie marynowane) i to co kocham, czyli prażona cebulka na wierzchu.
Oprócz tego oczywiście gruby plaster sera, który ciągnął się i wylewał już pod koniec jedzenia, a jego smak delikatnie przebijał się w każdym kęsie.
Aga śmiała się ze mnie, że idę i robię zdjęcie mojemu jedzeniu na ulicy, ale warto naprawdę. Nie wiem jak reszta menu, kebab turecki na pewno jest polski, bo choć pracuje tam Turek, baraniny nie uświadczysz, a bułki są kupione w Makro.
Jeśli chodzi o frytki, cheese- i hamburgery, napewno mogę polecić.
Pycha.
Nowością dla mnie był fakt, że mają tam również chickenburgera i bekonburgera, w cenie 5 i 7zł od sztuki, pewnie spróbuję jeszcze kiedyś.
Zdjęcie wrzucę jak wrócę, bo znów mnie wzywa telefon... trzeba iść.

KONKURS - przypomnienie

Uwaga, uwaga! Zgodnie z zapowiedzią startujemy z konkursem! Zadanie jest proste: napisz recenzję zjedzonego przez siebie street fooda i wyślij ją na adres misza67@gmail.com. Wszystkie recenzje będą publikowane na blogu streetfoodpolska.blogspot.com Spośród nadesłanych recenzji wybierzemy DWIE, które nagrodzimy koszulkami ze sklepu Hash-House! Koszulki możecie oglądać tutaj: http://w.hawwsh-house.pl/
Więc do dzieła!

niedziela, 18 września 2011

Maddogowo, czyli trafiamy na salony ;)

Drukują nas w magazynie Maddogowo! Czujemy się wyróżnieni, bo Maddogowo to jedyny taki magazyn w Sieci. Inteligentny, ciekawie redagowany, różniący się od innych tego typu projektów. Jeżeli lubicie czytać, to zaglądajcie tam często, bo warto. Jak pisze założyciel Maddogowa, Przemo "Mad Dog" Saracen:


Dwa lata temu temu uruchomiłem projekt Maddogowo, który jest internetowym magazynem, swego rodzaju sieciową czytelnią, gdzie czytelnik znajdzie zróżnicowaną ofertę.
Maddogowo skierowane jest do ludzi aktywnych, ceniących aktywny odpoczynek. Ludzi, którzy mają swoje zdanie, ale nie interesują się polityką. Mało tego, w ogóle nie chcą o niej rozmawiać, bo wolą porozmawiać i filmie, książce, sztuce.
To ludzie, którzy są aktywni. Podróżują, lubią dobrą kuchnię. Są pozytywni, elokwentni, stawiają sobie wysokie wymagania. Cenią rozmowę w dobrym towarzystwie, w restauracji, na koncercie, w pubie.
Lubią ciekawe historie, bo wierzą, że każdy ma coś do powiedzenia, a człowieka należy przyjmować wraz z jego zaletami i słabościami.
To do nich skierowany jest internetowy magazyn Maddogowo, który konsekwentnie unikając polityki pozyskuje nowych czytelników.

piątek, 16 września 2011

Natchnienia dla podniebienia, czyli wiele wariantów jednej kanapki

Z początkiem września, kiedy brat potrzebował kilku rzeczy do szkoły, bezradni, z powodu nicości w centrum, skierowaliśmy swoje kroki do Galerii Echo.
To była moja pierwsza wizyta od wielkiego otwarcia, zatem ciekawość również miała w tym swój udział. Po zakupach i tzw. obczajeniu co, gdzie i jak, padnięci i głodni skierowaliśmy się w stronę pasażu restauracyjnego.
Naszym pierwotnym zamiarem było KFC, jednak dziki tłum i strasznie długa kolejka skutecznie nam ten pomysł wyperswadowali.
Kolejno odrzucaliśmy następne miejsca, a bo nie mamy na to ochoty, może jutro, eee, nie... aż dotraliśmy do SUBWAY. I tu zgodnie stwierdziliśmy, że chętnie spróbujemy sandwicha, zachęciła nas możliwość własnej kompozycji.
Kolejka akurat nie była duża, mieliśmy chwilę na zastanowienie, na pierwszy ogień rzucamy kurczaka teriyaki.
Do wyboru cztery rodzaje pieczywa: jasne, ciemne, parmezanowe oraz z miodową posypką. Oboje z bratem komisyjnie wybieramy ciemne.
Rozmiary kanapek przedstawił Paweł, mnie osobiście wystarczy mała, natomiast brat po dwudaniowym obiedzie godzinę wcześniej potrafi wchłonąć dużą bez problemu.
Bardzo ważne jest dla mnie, na co również uwagę zwrócił Paweł, aby widzieć, jak przygotowywane jest jedzenie.
Dodatki i sosy wybieramy spośród wielu, m. in. sałata, pomidor, ogórek, pikle, czarne oliwki czy ostra papryczka (naprawę ostra), zatem jeśli mój brat oliwek nie lubi, dostaje kanapkę bez nich.
Pieczywo zgrillowane z serem i mięsem czeka już na dodatki, zatem po kolei, wszystkiego po trochu. sosy również wybieramy sami, do wyboru ostry kowbojski, Cezar(jogurtowo-czosnkowy),musztarda, słodka musztarda, BBQ, keczup, majonez i kilka innych, których niestety nie spamiętałam.
Na koniec obsługa pyta, czy życzymy sobie przyprawy; sól, pieprz, parmezan, oregano.
Gdy już dostajemy naszą kanapkę, jest to chwila bardzo podniosła i szczęśliwa.
Poza tym, że Subway jest doskonałą alternatywą dla kebabu, czy innych fast foodów, cena również jest zbliżona do tychże ( mały kurczak teriyaki 10.9, duży +6zł), jest zapewne o niebo zdrowszy, a walory smakowe wprost nie do opisania.
W sumie Subwaya odwiedziliśmy trzy, czy cztery razy i za każdym razem jesteśmy pozytywnie zaskakiwani kanapką.
Niby to samo, a inaczej. Za każdym razem inaczej.
Brat stwierdził, że chce takie kanapki w domu, a ja dodaję od siebie jedynie, że lepiej nie zjadłam nigdzie wcześniej.
Jedyną wadą Subway jest to, że znajduję się on tylko w Galerii Echo, a jeśli jeszcze gdzieś indziej na terenie Kielc, to nic mi o tym nie wiadomo.

Parpary 2011, czyli jak się chce to można

Jest takie miejsce w Polsce, gdzie tradycja smaku i biesiadowania nie zanikła. To miejsce magiczne nazywa się Parpary i działa tam Wielka Konfraternia Zacnego Jadła i Napitku, pod przewodnictwem Witka Cyranowicza. Szukajcie Go na facebooku bo warto. Polecamy Waszej uwadze również projekt pod nazwą Wielki Wspaniały Kościół Gastrofariański, też na FB. A pod spodem możecie obejrzeć wspaniałego hamburgera przygotowanego z 2,5 kg mięsa, 2 kg ogórków kiszonych i 2 kg cebuli. Tak się bawią w Parparach!

czwartek, 15 września 2011

Zawiedzione nadzieje, czyli znowu po turecku po kielecku.

Po wielu entuzjastycznych opiniach znajomych (choćby tej) o smakowitych kebabach w Troyu, wreszcie udało mi się tam dotrzeć. Przy wejściu nic nie zapowiadało, że coś mi nie będzie pasowało: rodowity Turek czuwający nad baraniną, świetna obsługa (ledwo zamówiliśmy jedzenie, gratisowa herbatka już wylądowała na stoliku), zapachy, lokal pełen ludzi... Zamawiamy z żoną klasycznie: ona baraninę w tortilli, ja baraninę w bułce. Oczywiście porcje duże. Moja chyba 12 zł, jej 11 zł. Siedliśmy tak, że widać było wszystkie etapy produkcji. Po porażce z hamburgerem chciałem zjeść tzw. pewniaka, a na takiego mi troyowe kebaby pachniały. I... zonk !!!! Jak wiecie, dla mnie doner kebab MUSI być w tureckim przaśnym chlebku. I niczego innego się po Troyu nie spodziewałem, wszak porównywany bywa z Sarayem, gdzie takowe chlebki mają. A jednak! Zamiast tego dostałem trójkątną pszenną bułkę, jak gdzie indziej ... No naprawdę, tego nawet w najgorszych koszmarach nie przewidziałem. Kiedy już zoczyłem w co mi baraninę spakują, wiedziałem, że raczej nie będę tam częstym gościem, ale być może skuszę się kiedyś na tortillę lub baraninę z dodatkami, jako danie obiadowe. Dostałem swojego donera wsadzonego w garnuszek, żeby było go wygodnie jeść. To miłe, ale na starcie pokazuje, że wersja z Troya nie będzie klasycznym streetfoodem, bo nie da się go jeść  idąc. Bułka jest tak otwarta, że gdyby nie widelec i podstawka, połowa wylądowała by na ziemi, o zagryzieniu z bułką wsadu nie wspomnę. Fakt, porcja naprawdę duża, najeść się można. Ale wielkość to nie wszystko. Po kolei: baranina była jakaś taka żylasta i nie gorąca, ale ciepła - to znów wina bułki, której nie da się tak zgrillować z zawartością, jak przaśnego chlebka. Poza tym nie była tak dobrze przyprawiona, jak w Sarayu. Sałatek zdecydowanie więcej niż w Sarayu, co akurat nie jest zaletą, część z nich zbyt mokra i rozmiękczała bułkę. Sama bułka... no nie wiem, co mogę jeszcze o niej napisać, poza tym, że była? Zdecydowanie nie moja bajka . Zostawiłem nadgryzioną tylko. Jak wspomniałem żona wzięła dużą tortillę. Porcja fest, najeść się można, ale... jak nie jadam tortilli, tak za tę w Sarayu dałbym się pokroić. Ta z Troya... ledwie poprawna. Sosy.. były. I tyle.
Reasumując: nie podzielam entuzjazmu osób zachwalających kebab w Troyu. Idąc tam miałem nadzieję na drugą po Sarayu miejscówkę z pysznym tureckim jedzeniem. Okazało się po raz kolejny, że fakt iż kebab robi się z baraniny to nie wszystko. Na pewno było to o lata świetlne lepsze od tego co zjadłem w Łowiczu, lepsze od tego co zjadłem na Wesołej, ale spodziewałem się czegoś naprawdę innego. Osobiście porównałbym te kebaby do tych, które jedliśmy w Imbiss Istanbul Kebap. Powiem tak: jest baranina, jest świetna, miła obsługa, jest lokal czynny 24 h, ale mnie osobiście czegoś zabrakło. Na pewno gdybym miał wybierać między Troyem, a np. "kebabami" z budek, wybrałbym Troya. Ale póki co, mam ciągle alternatywę w postaci Saraya. Swoją drogą, trzeba tam niebawem pójść, żeby sprawdzić, czy trzymają poziom. Co daj Panie Boże.

Jak Paweł odwiedza Subway

Zapraszamy do recenzji Pawła T., który testował kanapki w Subwayu. Recenzja bierze udział w naszym konkursie.


Po przesileniu letnim różnymi rodzajami fastfoodów , czas na dobrą porcję kalorii,ale nie na kebab, frytki , zapiekankę czy też gyros, ale na kanapkę.
Jak się okazuje na niezwykłą , lecz wielorakiego rodzaju i smaku czyli "Jak Paweł odwiedza SUBWAY"
Mimo kolejki jaka się ustawia obsługa jest dość szybka , na tyle , żeby język nam nie uciekł.., wszystko odbywa się na naszych oczach , proces tworzenia kanapki wykonują trzy osoby .Do wyboru najpierw pieczywo, moim ulubionym , a spróbowałem wszystkie jest parmezanowe , kanapki różnia się wielkością pół -15cm i duża 30cm . Oprócz typowych dodatków jak szynka , salami 3 rodzajów, pierś z kurczaka, czy kurczak teriyaki , są boczek , tuńczyk , pierś indycza , ja zasmakowałem w tradycyjnej kanapce z szynką i serem, ponieważ większą wagę przywiązałem do dodatków-oliwek sałaty cebulki czerwonej pomidorów, co z klasycznej kanapki tworzy dzieło o tradycyjnym smaku i zdrowej mieszance składników , bogato okraszonych błonnikiem.
Kanapka podawna na ciepło, LECZ, opiekaniu poddaję się pieczywo , z serem i dodatkami mięsnymi , po wyjęciu z pieca nakładane są  warzywa i dodatki czyli języka nie poparzymy gorącym sosem , a gorący pomidor nie oparzy nam wargi:)
Co do sosów dostępnych jest kilka rodzajów , ja wybrałem majonezowy , do szynki , a dodatkiem który zafundował mi rozkosz były czarne oliwki , co przesądziło o moich dalszych wizytach w SUBWAY.
Całość oceniam wysoko , jakkolwiek to przeciez kanapka , ale niebylejaka, dla twardzieli polecam oliwkę ostrą zieloną  , choć po pierwszym kęsię wygina dziób w fantastyczne kształty .:)
Takie jak kanapki możemy również zamówić wrapy , to alternatywa dla niejadków kanapkowych , jest również sałatka , czyli mieszanka różnych zestawów , lecz takową oceniam niżej niż kanapkę .
Na samym końcu czyli jak przychodzi do płacenia , nie ma dużego zdziwienia, właściwie nie ma go wcale -8,9 za pół , 16,90 za dużą , no chyba , że zażyczymy sobie podwójny ser , lub inny zestaw to ciut drożej , żeby nie było rozczarowania przy kasie można zakupić ciasteczka , dla ciasteczkowego potwora :)
 Więc jak na kanpkę nota 4+, obsługa 4 bo jest młoda , miła i nie skażona jeszcze bredzeniem szefa, czyli ma power do tworzenia dzieła jakim są kanapek na ciepło:)

środa, 14 września 2011

Klatka duża, ptaszek mały, czyli o hamburgerze w rozmiarze XXL

"Przeznaczenie dobrze jest akceptować, pod warunkiem, że jest ci przychylne. Jeśli nie jest, nie nazywaj tego przeznaczeniem nazywaj niesprawiedliwością, zdradą czy zwykłym pechem.." (Joseph Heller, Bóg wie)

Przeraźliwie zachciało mi się hamburgera. Mojego ulubionego cebulowego. Udałem się więc do budki pod szpitalem na Kościuszki serwującej tegoż. Jest to to samo miejsce, gdzie jadłem zapiekankę Diablo tudzież mistrzowskie hot dogi maxy. Niestety, hamburgerów nie było. Ale nie poddałem się. Uznałem, że przeznaczenie chce, bym spróbował hamburgera gdzie indziej. Dosłownie rzut beretem, na rogu ulic Bodzentyńskiej i Kościuszki stoi identyczna przyczepa przerobiona na budkę z jedzeniem. Sprawdzam menu, klasyka. Stoi też kolorowa tablica ze zdjęciami hamburgerów: 4 rodzaje, wg reklamy w każdym kotlecie 120 g mięsa na 100 g kotleta. Cena 7 zł. Już miałem brać, ale zobaczyłem, że za 8 zł są hamburgery XXL. No to... płacę i zamawiam. Po kilku minutach dostaję owego XXL-a. Teraz zastanawiam się, jak Wam to opisać. Hmmm... Bułka owszem - rozmiar XXL, ale zawartość... Naiwnie łudziłem się, że kotlet w onym będzie taki, jak z tej reklamy przed budką. Otóż nie. Kotlety są dwa, tyle, że to te mikro kotleciki z supermarketów czy Makro - małe i płaskie, jak męski biust. Sałatki... tych też było mało na taką bułkę. Sosy - standard. Krótko mówiąc wyglądało to tak, jakby Anję Rubik ubrać w płaszcz uszyty dla Mike'a Tysona. A do tego całość nierówno zagrzana, jedna połowa hamburgera była gorąca, druga ledwo ciepła. Za 8 zł mogłem zjeść naprawdę coś dobrego. Np. zapiekankę na BP.Mówiąc szczerze nie wrócę tam już przetestować tych reklamowanych hamburgerów za 7 zł. W ogóle już tam nie wrócę. No cóż, w końcu to był 13 dzień miesiąca, mogłem coś podejrzewać, ale nie, musiałem zaeksperymentować! No to mi się dostało. A przecież Klaus Mitffoch ostrzegał:
Ciemnych przejść
Późnych pór
Zakamarków, schodów, wind
Baru, park
Końca tras
Brudnych ulic gdzie jest mrok

Strzeż się tych miejsc
Strzeż się tych miejsc

wtorek, 13 września 2011

Na lewo most, na prawo most, a dołem... stacja BP

Plum. Czasem trzeba odpocząć od fast foodów w ogóle (co uczyniłam, przez kilkanaście dni), a czasem trzeba odpocząć od kebabów, tortilli, pity, itp. (co też uczyniłam).
Będąc jakiś czas temu na Czarnowie u mamy, postanowiłam również odwiedzić mojego przyjaciela, który mieszka praktycznie po drugiej stronie ulicy. 
A, że ów przyjaciel zawsze wódkę posiada i zdarza się, że wypijemy drinka, dwa lub trzy (ewentualnie siedem), to stwierdziłam, że warto by coś zjeść.
 Ponieważ z reguły jadam u mamy, a tym razem obiad wyszedł był wcześniej i nie posiadała już nic dla mnie, postanowiłam odwiedzić stację Bp, znajdującą się po drugiej stronie ulicy. 
A ponieważ hot dogi stamtąd już jadłam, zapiekanki testował Żorż, zdecydowałam się na kubełek Chicken Nuggets.
 Jak się okazało nie był to zły wybór. 
Czekałam kilka minut, dostałam mały (wzrokowo) kubełek z nuggetsami w środku, sos do wyboru, więc zdecydowałam się na sos BBQ. 
Przejść przez światła, kilka minut i jestem już u owego kumpla. 
Zasiadam, robię drinki, otwieram moje pożywienie... ciągle ciepłe, mimo kilkuminutowego spaceru, sos choć malutki, wystarczy na każdy kawałek. Mięso kruche, dobrze odgrzane, panierka pyszna... te nuggetsy chodziły za mną od kiedy wiozłam siostrę na lotnisko, udało mi się spróbować dopiero kilka dni temu. 
Nie dość, że dobre, to jeszcze zapychające tak, że dopiero następnego dnia przed obiadem stwierdziłam, że można coś zjeść...
Stacje z szyldem Wild Bean Cafe naprawdę robią pyszne żacie, nie tylko dla kierowców. 
A każdemu, kto ma ochotę na coś innego niż kebab lub jest w okolicy stacji BP polecam Chicken Nuggets lub Chicken Wings (skrzydełka z kurczaka).
 A następna recka będzie dotyczyła Subway, sieciówki, która od niedawana działa w Galerii Echo.

EDIT:
Zapomniałam dodać, że cena za tę przyjemność to 11zł. W zestawie z frytkami i colą bodajże 5 zł więcej.

O tym, jak mnie Diablo dobra zapiekanka uwiodła

Przewleczony wczoraj przez dwie galerie handlowe potrzebowałem czegoś, co ukoi moje roztrzęsione nerwy. Miałem skoczyć do Troya, bo już kilka osób bardzo mi to miejsce polecało, ale ponieważ nie samym kebabem człowiek żyje, to postanowiłem jednak spróbować czegoś innego. Rozważając różne dania i lokalizacje, przypomniałem sobie, że pod szpitalem na Kościuszki stoi sobie buda, z szyldem KEBAB 24 h, gdzie robią najlepsze maxi hot-dogi. A oprócz hot-dogów mają też kebab, hamburgery i... zapiekanki. Tak... zdecydowanie zapiekanka to było to, na co miałem ochotę. Zapiekanek mają kilka rodzajów w dwóch rozmiarach: 28 cm mała i 38 cm duża. Ponieważ naprawdę miałem ochotę na zapiekankę, zdecydowałem się na dużą pod nazwą Diablo. Kosztuje ona 9,50 zł, więc wcale nie mało - w zbliżonej cenie można zjeść wszak kebab. Ale do rzeczy. Diablo to kompozycja pieczarek, boczku, ogórka kiszonego i sosu chili. Czyli dość zbliżona do zapiekanki z Wild Bean Cafe, ale bardziej swojska. Już wyjaśniam: zapiekanki z BP wydają się bardziej europejskie. Robione na ciabacie kojarzą się z włoską pizzerią. Zapiekanki z Kościuszki to z kolei klasyka polskiego fast fooda. Ale ta polska klasyka nie ma tutaj wydźwięku pejoratywnego! To tak, jakby porównać pierogi z łososiem i szpinakiem do domowych pierogów ruskich. Można zajadać się tymi ekskluzywnymi, ale od czasu do czasu wraca się do domowych smaków i wzdycha, że nia ma to jak swojska kuchnia. Tak sobie filozofując doczekałem się wreszcie zapiekanki. Robiona staropolskim sposobem na bagietce w piecu okazała się tym, czego potrzebowałem. Bułka gorąca, chrupiąca z wierzchu, soczysta w środku, pokryta bogato pieczarkami, plastrami bekonu i ogórka kiszonego i polana obficie sosem chili rozczuliła mnie i wywołała przypływ nostalgicznych wspomnień, kiedy to zapiekanki z grzybami były właściwie jedynym fast foodem na polskich ulicach. Początkowo nie wydawała mi się duża, ale ... uwierzcie mi, te 38 cm naprawdę robi swoje. Sos początkowo również nie wydawał mi się przesadznie ostry, ale w połowie jedzenia wiedziałem już, że i najem się tym, jak kebabem w bułce i spocę jak w saunie. W sumie świetna sprawa na lekkie przetrzeźwienie. Reasumując: za 9,5 złotego dostajemy klasykę polskiego fast fooda wzbogaconą o boczek i chili. Porcja jest naprawdę duża, sycąca i smaczna. Jeżeli nie macie ochoty na kebab, a jesteście głodni, to te zapiekanki są naprawdę dobrą alternatywą. Nie jest to może szczyt wykwintności, ale naprawdę smakują i nie wywołują nazajutrz sensacji żołądkowych. Ja osobiście mając do wyboru pseudo-kebaby, jakich w Kielcach nie brakuje (patrz poprzednie recki), lub zapiekanki, zdecydowanie wybieram te pod szpitalem. Miałem chęć przypomnieć sobie smak cebulowego hamburgera tamże, ale nie dałem rady. Byłem tak najedzony Diablo dobrą zapiekanką, że muszę to odłożyć na inną okoliczność.

poniedziałek, 12 września 2011

Konkurs!

Uwaga, uwaga! Zgodnie z zapowiedzią startujemy z konkursem! 


Zadanie jest proste: napisz recenzję zjedzonego przez siebie street fooda i wyślij ją na adres misza67@gmail.com. 


Wszystkie recenzje będą publikowane na blogu streetfoodpolska.blogspot.com 


Spośród nadesłanych recenzji wybierzemy DWIE, które nagrodzimy koszulkami ze sklepu @Hash-House! Koszulki możecie oglądać tutaj: http://www.hash-house.pl/
Więc do dzieła streetfoodowcy! Czas start, kończymy 12 X 2011.

PUT IT IN YOUR MOUTH

A jakie miny Ty robisz jedząc na ulicy? ;) Zdjęcia pochodzą z Vice Magazine

czwartek, 8 września 2011

Pita picie nierówna, czyli Grillroom Jaffa po raz trzeci

Przedwczoraj, nocną porą, udałem się z sąsiadem na Rynek celem spożycia. Nie alkoholu, tylko shoarmy. Sąsiad jeszcze tam nie jadł, więc zaprosiłem go pełen dobrych chęci, by zapoznał się z kielecką kuchnią arabską. Zamówilim duże - on w picie, ja w tortilli, bo choć nie przepadam, to postanowiłem się zmierzyć z reklamowaną przez Marikę mega porcją. I tu... zonk. Jak poprzednio zamówiłem pitę, to porcja była ogromna. Tym razem była... średnio-duża. Tortilla natomiast była solidna, ale chyba nie aż tak, jak Marika pisała. Poradziłem z nią sobie do końca, a 3 godziny wcześniej zjadłem w Gildii potężną porcję tatara. To tyle o wielkości. Co do smaku i zawartości: tu na szczęście nie kombinują. Mięso dobre, jak poprzednio (choć kolega sąsiad krzywił się nieco, że za mocno przypieczone), surówki również OK, sosy po dawnemu smaczne i dawkuje się je samemu. Kolega sąsiad stał się zaprzysięgłym miłośnikiem Saray Kebab, więc najpierw swoją pitę porównał do sarayowych pit i był na nie. Dopiero wyjaśnienie różnicy między kebabem a shoarmą nastawiło go nieco łaskawiej, aczkolwiek zdania nie zmienił i pozostaje monogamicznie zakochany w sarayowych pitach. Ja podsumuję tak: Jaffa smakowo po raz kolejny dała radę, chociaż wielkość nieco nadszarpnęła ich wizerunek w moich oczach. Za jakiś czas wybiorę się tam ponownie i zobaczymy. Na dzień dzisiejszy na pewno tortillą najecie się bardziej niż pitą.

poniedziałek, 5 września 2011

Kulinarne Swingers Party w Kielcach

W najbliższą sobotę, 10.09 w klubokawiarni Cukier odbędzie się IV Edycja SPIKa (SPontanicznej Imprezy Kulinarnej). Tym razem pod hasłem "Kulinarne Swingers Party", jednak zamiast partnerami wymieniać się będziemy jedzeniem ;) Idea pozostaje niezmiennie taka sama: zapraszamy wszystkich, którzy uwielbiają pichcić i biesiadować, wejściówką jest samodzielnie przygotowana potrawa. Dla uczestników SPIKa duże zniżki w barze! Oprócz wspaniałej zabawy, kreatywni kulinarnie, czyli uczestnicy SPIKa będą ugoszczeni niespodzianką przygotowaną przez Kielecką Restauracyę Gildia.
Startujemy o 20.00, kończymy........ któż to wie?
Zapraszają:
Klubokawiarnia Cukier
Miejska Partyzantka Kulinarna
Street Food Polska

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...