O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


wtorek, 27 grudnia 2011

Dobry pomysł się rozprzestrzenia, czyli kanapkowa inwazja w mieście.

Kilka dni przed świętami, kiedy to trzeba było obskoczyć znajomych na tzw. opłatkach,
wracając do domu zaczaił się na mnie głód, bo jedno piwko, drugie, jakiś drink i częste
przemieszczanie się w ciągu dnia, dały o sobie znać.
Zatrzymałam się więc w lokalu przy Paderewskiego, obok Telepizzy, o którym już pisałam, nie dość, że po drodze, to jeszcze sprawdzony.
W pierwszym zamyśle chciałam zdecydować się na hamburgera, ale kiedy weszłam do środka, miło zaskoczyła mnie nowość na tablicy menu: kanapki.
Szybki rzut oka na składniki i rozmiary, zdecydowałam się na to, co w innym lokalu nazwane zostało Kanapką Michała, czyli mięso kebab, frytki, surówki i sosy. Mała 4,5zł.
Pani bardzo szybko uwinęła się z moją kanapką, co wyjątkowo mi się spodobało.
Bułka była odgrzana w piecu, bardzo ciepła i chrupiąca,
mięso wołowe (można też wybrać drobiowe), chude kawałki, dobrze podgrzane, przyprawione bez przesady. Do tego surówki, również w rozsądnej ilości i sosy.
Małą kanapką można się najeść solidnie, duża, dwa razy większa od małej, to już chyba na
mega maksymalny głód.
Do wyboru jest kilka rodzajów kanapek, z różnymi składnikami, m. in.
z szynką, oliwkami i wegetariańska. W sumie bliżej, niż do budki 4Mobiles, więc pewnie w najbliższym czasie przetestuję więcej tych kanapek. Ceny, w zależności od składników i rozmiaru kanapki zaczynają się od 4zł, za małą, a kończą bodajże na 8zł za dużą. Polecam każdemu, kto nie ma ochoty na standardowy fast food, a na mieście został zaatakowany głodem.
EDIT: Nie mogę wstawić linków do recenzji miejsc, do których odwoływałam się w niniejszym poście. Blogger ustawił jakąś durną ankietę i nie mogę tego obejść, nawet po wypełnieniu. Może kiedy to zniknie, uda mi się zalinkować post.

niedziela, 25 grudnia 2011

No to... życzenia.

Nieco spóźnione, ale szczere życzenia wesołych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia od Street Food Polska Crew oraz przyjaciół z Elitgraf-u!


poniedziałek, 19 grudnia 2011

NUR kebab, dobry kebab!

Tyle razy tamtędy szedłem, a do głowy mi nie przyszło, żeby wejść i spróbować! W końcu kolega mnie zaciągnął. I bardzo się cieszę, że to uczynił, bo okazało się, że Saray Kebab ma wreszcie realną konkurencję, co dla mnie oznacza, że mam dwa punkty z pewnym kebabem. NUR mieści się w niewielkim (3 stoliki) lokalu na Sienkiewicza, obok Krokodyla (wejście z bramy, lub sprzedaż z okienka), idąc od Placu Wolności przed sklepem zabawkarskim. Do rzeczy: kebab można zamówić barani lub z kurczaka, w bułce, cienkim cieście lub tortilli, w dwóch rozmiarach - mały i duży. Ja na pierwszy raz zamówiłem barani mały w cienkim cieście (9 zł). Mały okazał się wcale nie mały !!! Moim zdaniem ma wielkość co najmniej średniego w innych miejscach, a realnie (biorąc pod uwagę ilość mięsa) plasuje się w kategorii dużych. Co mogę napisać, poza tym, że całość była idealna? Mięsa naprawdę dużo, dobrze doprawione w połączeniu z sosem mieszanym i surówkami, zgrillowane w cieniutkim cieście tworzyło arcysmaczną kompozycję. Na miejscu można nabyć również dania obiadowe na bazie kebaba, ale także gotowe produkty tureckie, jak na przykład ayran czy faszerowane warzywa. Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony, bo miejsce nie wyglądało na takie, w którym można zjeść smaczne tureckie jedzenie. Zawsze myślałem, że to kolejny punkt, gdzie podaje się chłamowaty fast food, a tu taka niespodzianka!!! Gorąco polecam, jeśli macie ochotę na fantastyczny kebab, a do Saraya za daleko, to NUR jest idealnym przystankiem. Szkoda, że nie jest czynny 24 h (zamyka się bodaj o 23.00), ale jeśli nie jadacie po nocach to koniecznie się tam wybierzcie, ja na pewno częściej będę wpadał, jeśli będę tamtędy przechodził.



EDIT: z niepokojem zauważam dziwną tendencję w kieleckich kebabach, a mianowicie wrzucanie ogórków kiszonych lub z octu do kebabów. Mnie osobiście pasuje to jak pięść do nosa. Ogórki są dobre, jako zakąska do wódki, ale w kebabie po prostu psują mi smak.

czwartek, 15 grudnia 2011

Tuńczyk pływa "Pod Telegrafem", czyli całkiem dobra zapiekanka

Lekki czując głód szedłem sobie ulicą Paderewskiego i myślałem co by tu zjeść. Pomyślałem o piekarni "Pod Telegrafem", gdzie można zakupić sporo różnorakich zakąsek. Pisała o niektórych Marika, ja również kilkukrotnie miałem okazję tam zjeść i raczej byłem zadowolony. Wszedłem więc i rozejrzałem się po półkach. W oczy rzuciła mi się promocja na zapiekankę z tuńczykiem - jedynie 2,99 zł. Nabyłem więc i poprosiłem o podgrzanie. Zapiekanka robiona jest na solidnej bułce, grubej, długości około 35 cm. Cała pokryta rozdrobnionym tuńczykiem, serem i czarnymi oliwkami oraz kukurydzą. Dostałem ją pięknie podgrzaną, tak jak być powinno, czyli skórka chrupiąca, środek soczysty. Gorąca i smaczna.  Wydaje mi się, że zagrzano mi ją w piecu, bo nie stygła tak szybko, jak z mikrofalówki i nie zrobiła się gumowata. Polecam z czystym sumieniem, bo za 3 złote zjadłem ze smakiem i zaspokoiłem mały głód.

p.s. Przypominam o KONKURSIE !!!

środa, 14 grudnia 2011

Hipnotyczny Wzrok Oszalałej Kawki. W Lemoniadzie- na ''nie – lemoniadzie''

Po bardzo długim okresie milczenia nareszcie zaczynam obiecane recenzje kawy na jaką możemy natknąć się w naszych kieleckich kawiarnio- klubo- barach.

I ku memu zaskoczeniu, bo zawsze byłam przekonana, że moją recenzję rozpocznę od ukochanej kawy w Centrum, czyli białej z Chocco Obsession, lub od tak samo uwielbianej kawy z Galerii, czyli latte z Coffee Shop Company, a padło na... latte z Lemoniady.
Chciałabym usprawiedliwić przed wami i po części także przed sobą samą właśnie taki wybór:)
Lemoniada to przede wszystkim miejsce, które aż prosi się o promocję i o to, aby ktoś o nim napisał i to napisał dobrze. Przesympatyczna obsługa (właściciele?) zrobiła na mnie duże wrażenie – Pani pamiętała, ze ostatnio poprosiłam cynamon do kawy a to zawsze bardzo milo zaskakuje. Wystrój lokalu jest niesamowity, przypomina mi bardzo chilloutowe kluby krakowskie z serii – płacisz 4 złote a piwko, winko i wódeczka lub zakąseczka – są twoje! Internet działa jak sam diabeł – fb chodzi, aż milo popatrzeć a piec wstawiony do drugiej sali sprawia ze jest tam ciepło i przytulnie. Ale dość o tym...będą zdjęcia, zobaczycie sami. Może faktycznie w pierwszej chwili Lemoniada wygląda jak lekcyjna sala szkolna …ale daj Boże aby w takich warunkach przyszło się uczuć dzieciakom, jeśli chodzi o mnie chyba nadal byłabym uczennica na poziomie szkoły podstawowej:)

Teraz o kawie. Wyraźny smak. Z dużą ilością mleka, ale nie z przesadna ilością pianki, czego powiem wam szczerze, nie cierpię – poczekajcie na recenzje latte z CoffeeHeaven – 1/3 kubka to pianka z mleka – można oszaleć! Do tego zawsze brałam z chudym mlekiem 0,5 % wiec nie wiem jakim cudem osiągnęli taki efekt.
Kubek 0.3 l to duża kawa, wiec można sie naprawdę poczuć smak a nie dostać naparstek z kawą i wypić go na raz. Z całym szacunkiem dla Taboo które lubię i CKMu – to juz bez jakiegokolwiek szacunku – jak będę chciała napić się kawy w ilości do której dostrzeżenia powinno się nosić składany mikroskop w wersji do damskiej torebki to chętnie zacznę ja tam masowo kupować.

Sama kawa, którą serwuje Lemoniada jest włoskiej firmy Lavazza.
Włosi jako pierwsi w Europie docenili smak kawy, chociaż jej początki w tym kraju były dość trudne. Przez dłuższy czas uznawano ją za napój szatański i za jej picie groziła nawet ekskomunika. Świetnie – pewnie w tamtych czasach byłabym juz ze trzy razy spalona i z pięć razy wyklęta :)
Kawa i jej pobudzające działanie świetnie pasują do włoskiego porywczego temperamentu i stylu życia. Ciężko stwierdzić czy jest on wynikiem kawy czy ilości testosteronu w organizmie:) Mówi się, ze szybkie skutery Włochów tez są napędzane kawą stad ich szaleńcza jazda. Ogólnie jeśli chodzi o marketing – kawa i Włochy, włosi i kawa świetnie się kojarzą i dobrze sprzedają.

Historia marki Lavazza zaczęła się w 1884 roku kiedy to Luigi Lavazza otworzył sklep wielobranżowy w którym zaczął miedzy innymi parzyć kawę. Wychodziła mu ona tak dobrze, ze mógł pozwolić sobie na dalsze inwestycje w nowoczesne wynalazki służące propagowaniu picia W 1925 roku wprowadził na rynek pergaminowe opakowania na produkowana przez siebie kawę. Dzięki szczelnemu paczkowaniu produkty Lavazzy mogły trafić teraz również do konsumentów poza Turynem, a firma zaczęła słynąć z kawy, która najdłużej zachowuje aromat i smak. Stawiało to ją ponad konkurencją. I tak rozpoczęła sie historia kawy która jeśli chodzi o Włochy jest numerem 1. Na świecie Lavazza znana jest ze swoich oryginalnych pomysłów – wprowadziła np. niezwykły napój „Passion me”. Podawany w specjalnym naczyniu kawowy drink jest połączeniem espresso, soku z marakui i mięty. Pił ktoś z Was cos podobnego?

Dorzucę jeszcze moje 3 grosze w temacie Lavazzy – bardzo popieram tę firmę, jeśli chodzi o dobór fotografów którzy brali udział w sesjach reklamowych tej kawy (głównie kalendarze). Bardzo często byli rewelacyjni fotografowie np. przedstawiciele Agencji Magnum ( kocham!). Jeśli ktoś chce zobaczyć jakie perełki wyczarowali...proszę bardzo link poniżej.

Wracając jednak do meritum sprawy. Lavazza jaka możemy wypić w Lemoniadzie to moim zdaniem robusta mieszana z arabicą. Musze dopytać. Ale taki skład przeważa w większości kawiarni jakie znałam, więc obstawiam, ze dobrze obstawiam:)

Smak intensywny, ale nie nachalny. Na pewno pobudzi, ale nie zmiecie z nóg. Kawa podawana jest z brązowym cukrem lub białym, jak ktoś sobie życzy. Niestety ubolewam nad brakiem słodzika. Mleko w idealnych – jak dla mnie – proporcjach w stosunku do esspresso. Słowem – bardzo dobra kawa. Na pewno będzie konkurować z Kawą z Chocco Obsession o koronę najlepszej kawy w centrum. Jeśli chodzi o cynamon, o który poprosiłam za pierwszym razem i od razu zaproponowano mi go za drugim, to komponował się świetnie, do tego bardzo mila Pani, o której juz wspominałam, proponowała mi tez syropy do kawy. W gratisie! Świetny PR jak na początek:)

To mi przypomina o największej porażce jeśli chodzi o obsługę klienta w czymś co chyba miało uchodzić za kawiarnie a de facto jest wyspą w Galerii Echo. Nazwa Empik kojarzyła mi z książkami i kultura, odkąd piłam kawę w Empik Cafe kojarzy z czymś zgoła innym. Nawiasem mówiąc – kawa sama w sobie była dobra, ale nie wiem czy po tym jak mnie obsłużono mogłam w ogóle ją docenić. Ale o tym następnym razem:)

Cenowo – jak na Centrum – w standardzie. Cena dużej kawy w kubku 6 zł. Wzmocnionej 7 zł. Mała 5 zł.

Z wad – ale to już tylko czysto marketingowych – szkoda, ze nie ma pieczątek czy naklejek dla stałych klientów. To zawsze przywiązują do marki.
I ten słodzik, niestety pozostałość po diecie Dukana…zwracam na to uwagę:)

Wrócę na pewno.
I polecę innym.
W skali hipnotycznego wzroku oszalałej kawki – daje 4,5/5.


Obiecane linki:

Lavazza:
http://www.lavazza.com/corporate/en/lavazzastyle/showcase/magnum_photos.html


Lemoniada:
http://www.echodnia.eu/apps/pbcs.dll/article?AID=/20111024/JEDZENIEIZABAWA0107/730382286

Kraków, dzień drugi, czyli Indianie i Szwedzi

Drugi dzień w Krakowie. Po przejedzeniu sobotnim niedziela miała być odpoczynkiem dla żołądka.

Indianie na Rynku, czyli tex-mex a la Sphinx. Obiad zjadłem w restauracji sieci Sioux. Lokal mieści się na krakowskim Rynku. Pierwsze, co rzuca się w oczy to wystrój, nawiązujący do stylistyki Dzikiego Zachodu. Biorę kartę i przeglądam. Nie wiem czy Sioux i Sphinx są w jakiś sposób powiązane, ale wiele na to wskazuje. Podobnie skonstruowana karta, wiele dań wręcz wydaje się wspólna (karta "egipska"), aczkolwiek większość nawiązuje do kuchni tex-mex (przynajmniej nazwą). No nic, dywagacje na bok, czas coś zjeść. Wybrałem danie figurujące w menu jako Humor Jacka Londona. Kosztuje około 28 zł i składa się z karkówki, frytek i sałatek. Na ogromnym talerzu dostałem swoje zamówienie. Hmmmm, jedzenia było dużo, ale jakichś fajerwerków kulinarnych się nie spodziewajcie. Karkówka, którą dostałem nie była soczystym stekiem, ale dwoma cienko rozbitymi kotletami. Osobiście wolę karkówkę nie rozbitą. Lekko żylasta, ale dobrze doprawiona. Frytki i sałatki standard. Krótko mówiąc - można się najeść, a nawet przejeść, bo porcje rzeczywiści ogromne, ale smak dość przeciętny. Jeśli jednak chcecie zjeść coś innego i jesteście bardzo głodni, to do 30 zł Sioux jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Słowem,  jeśli jedliście w Sphinxie, to wiecie czego się spodziewać. Ja osobiście trochę żałuję, że nie skusiłem się na Siouxowego hamburgera, bo sądząc po cenie musiał być ogromny.

Hot dogi za złotówkę, czyli oszczędna Ikea. Przed wyjazdem udaliśmy się jeszcze na zakupy do Ikei. Nie ukrywam, że mnie najbardziej kusił ikeowski barek, bo o przekąskach tam serwowanych słyszałem, że są smaczne i bajecznie tanie. Zdecydowałem się na hot dogi. No bo hot dog za złotówkę??? Kolega mówił, że w kasie dostaje się "podstawkę", czyli parówkę i bułkę, po czym samemu dokłada się sosy i dodatki. Odstałem swoje w kolejce, biorę "podstawkę" i szukam reszty. Okazało się, że z tej reszty pozostały tylko sosy (keczup i musztarda), natomiast ogórek czy prażona cebulka już nie są udostępniane. No cóż. W sumie czego można się spodziewać za 1 zł? Sam hot dog składał się z gotowanej parówki i małej bułeczki. Bułka nie jest grillowana tylko podgrzana, co sprawia, że nie jest chrupka tylko mięciutka. W sumie smaczne, ale jak chcecie poczuć, że coś zjedliście to bierzcie od razu 5 sztuk. Moim zdaniem jednak lepiej iść na drugą stronę ulicy i kupić hot doga na stacji Orlenu. Droższy, ale większy i o niebo smaczniejszy.

wtorek, 13 grudnia 2011

Kraków, dzień pierwszy: pizza, golonka i zapiekanka

Jako, że udało mi się sobotę i niedzielę spędzić w dawnej stolicy na szkoleniu (swoją drogą polecam gorąco szkolenia prowadzone przez Bartka Raka z Socjomanii), skorzystałem skwapliwie z okazji by zinfiltrować kilka tamtejszych przybytków kulinarnych, zmierzyć się z legendą i napaść brzucho przysmakami. Po kolei i w porządku chronologicznym:

Fabryka Pizzy, czyli cienko i smacznie po włosku. Obiad zjadłem w Fabryce Pizzy. Jak pisałem już kiedyś, jestem zwolennikiem pizzy w stylu chicagowskim, czyli na bardzo grubym cieście. W FP ciasto jest cieniuteńkie, taki prawdziwy chrupiący podpłomyk. O dziwo - bardzo mi smakowało! Wybrałem "pół na pół", połowę pizzy stanowił Ser Osioł, drugą połowę Ostre starcie. Ser Osioł - salami, feta, czarne oliwki, pomidor. Zestawienie ciekawe i smaczne, pizza raczej dla lubiących "na słono". Ostre Starcie - pieczarki, szynka, bekon, salami, papryka, tabasco i starty czosnek, dodatkowo podany osobno. Mięsna, smaczna, lekko pikantna. Wielkość pizzy - 32 cm i to jest pizza duża (mała 28 cm). Niewielkość i cienkość placka rekompensują dobrej jakości składniki i sosy. Całość oceniam bardzo dobrze i polecam.

Pod Wawelem - Kompania Kuflowa, czyli solidnie, smacznie i niedrogo.  Kompania Kuflowa mieści przy Hotelu Royal pod Wawelem. Wystrój i menu nawiązują do ukochanego przeze mnie klimatu mocno przedwojennych lokali, ktoś kto czytał/oglądał "Zaklęte rewiry", ten wie o czym mówię. Na stolik ZAWSZE się tam czeka, pomimo naprawdę dużej ilości miejsc, ale warto odstać swoje, żeby zakosztować podawanych tam dań. My (byliśmy we trzech) wybraliśmy golonkę po węgiersku z ziemniakami farmerskimi (19,90 PLN) x 2 i ser gouda z szynką w garniturze panierowany z frytkami i sosem tatarskim (15,90 PLN). Sera nie próbowałem, ale kolega twierdził, że jest świetny. Porcje dają ogromniaste! Golonka po węgiersku to właściwie gulasz z golonki na ostro, ale z minimalną ilością sosu, do tego opiekane w ostrej papryce ziemniaczki i surówki. Całość po prostu REWELACYJNA!!! Golonka mięciutka, soczysta i ostra, ziemniaczki ostre, z chrupiącą skórką i aksamitnie mięciutkim wnętrzem. Czekając na dania ciepłe zamówiliśmy alkohole. Piwo można zamawiać w małych (0,4 l) lub dużych (1 l) kuflach, wódeczkę na kieliszki lub butelki. Ceny bardzo przyzwoite - 0,5 l Stocka 60 zł. Do wódeczki Firma podaje doskonałą zakąskę, czyli ogórki kiszone i kiszoną kapustę. Na zakończenie gratis od Firmy - kieliszeczek wiśniówki lub cytrynówki. Trzy dania obiadowe (solidne!!!), 3 piwa, 2 x 0,7 l wódki - 288 zł. Zdecydowanie polecam!!! Na pewno będąc w Krakowie tam wrócę by popróbować innych specjałów. Acha! Wielki ukłon dla Pana Piotra, który tego wieczoru nas obsługiwał! Pełny profesjonalizm, chapeau bas!!!


Zapiekanki u Endziora, czyli Kazimierz nocą. Późno już było, kiedy dotarliśmy na krakowski Kazimierz bym mógł zmierzyć się z legendarnymi zapiekankami. Kilka okienek, a do każdej kolejka, jak za PRL-u po mięso. Odstałem chyba ze 20 minut, zanim dotarłem do okienka by zamówić swoją zapiekankę. Wybrałem z bekonem i sosem diablo. Tu mały zonk. Kolega mówił, że sosem wypisują na zapiekance różne rzeczy, więc spodziewałem się go w małej ilości, natomiast moja zapiekanka została W CAŁOŚCI pokryta piekielnie ostrym sosem! Nie dało się tego jeść, po kilku kęsach musiałem zrzucić sos na ziemię, by móc poczuć smak zapiekanki. I tu już było jak najbardziej OK. Bułka typu prostokątnego, idealnie zapieczona, czyli chrupka z wierzchu, soczysta w środku, grzyby, ser i bekon. Porcja solidna i smaczna, ale sosu Diablo jednak nie polecam (na pewno nie w ilościach przemysłowych). Koszt, jeśli dobrze pamiętam, 9 zł. Warto udać się nocą na Kazimierz by w oparach fin de sieclu spałaszować takową zapiekankę.



Jutro ciąg dalszy. A ja przypominam o KONKURSIE!!!



poniedziałek, 12 grudnia 2011

Portret

Gdyby ktoś chciał rysowany portrecik, np. na świąteczny prezent, to Krzysiek Płódowski, który zrobił nam logo, poleca swoje usługi:

Hamburger z pieca, czyli bezpieczna klasyka w Papajo Pizza

Kilkukrotnie przechodząc obok nowej pizzerii w Kielcach zwącej się Papajo Pizza, widziałem na tablicy zachętę do nabycia "hamburgera z pieca" za jedyne 4,50 zł. W końcu uległem. Powiem tak: myśląc z pieca spodziewałem się dużego hamburgera zapieczonego na chrupko. W rzeczywistości jest to zwykła kanapka tego typu. Bułka hamburgerowa, kotlet również klasyczny, co mnie nieco zmartwiło, bo miałem nadzieję na samodzielnie robionego hamburgera. Do tego sałatki i sos. I już. Nie jest to porcja na duży głód, mniejsza niż w Strefie Chili, ale smaczna i tania - za 4,50 ciężko kupić zjadliwego hamburgera. Jeśli nie jesteście bardzo głodni, a macie ochotę przetrącić jakiegoś fast fooda, to hamburgery w Papajo są idealnym wyjściem. Najeść się nie najecie, ale narzekać też nie będziecie. Papajo mieści się na Paderewskiego 33, bliżej ul. Sienkiewicza.

czwartek, 8 grudnia 2011

Śladami "Kanapki Michała", czyli wrócimy tu jeszcze

W minioną sobotę miałam wybrać się do przyjaciela na spóźnione imieninowe przyjęcie.
Jak to przy sobocie, autobusy jeżdżą rzadziej, a ja niestety spóźniłam się na ten, którym miałam jechać. Zrobiłam sobie zatem spacer przez kilka kolejnych przystanków, a kiedy dotarłam do przystanku Źródłowa/Jarońskich na tablicy wyświetlił się mój autobus za bodajże 23 minuty.
Nie bardzo wiedziałam co ze sobą zrobić, nie chciało mi się iść dalej, a dosyć lekki i dawno zjedzony obiad zdążył już wyparować.
Oczekiwanie na autobus postanowiłam umilić sobie spacerem do miejsca, które ostatnio opisał Żorż. Rzut oka na menu, kilka ciekawych pozycji, jednak nie do końca przekonuje mnie usytuowanie miejsca.
Zamawiam jednak małą kanapkę kebab. Pani przyjmuje należność - 5,5zł i zabiera się do roboty. Po dosłownie chwili dostaję kanapkę, dziękuję i oddalam się w stronę przystanku kontemplując to co dostałam. Bardzo miłym zaskoczeniem była bułka, nie napompowana, nie sztuczna, prawdziwie chrupiąca, gorąca, w środku mięso, również mocno podgrzane, dobrze przyprawione, dalej surówki, ale raczej przemieszane z tym mięsem.
Kiedy odchodząc od budki przyjrzałam się mojej kanapce, widziałam tylko bułkę i mięso. Już myślałam, że to będzie okropność i masakra, jednak myliłam się.
Surówki były idealnie wkomponowane w kanapkę, nie było ich za dużo, dokładnie w sam raz. Największym zaskoczeniem - bo inaczej tego nie mogę nazwać, były dla mnie sosy. Do połowy kanapki zastanawiałam się, czy w ogóle tam są, bo jakoś niby czułam, ale nie widziałam, zdezorientowałam się trochę.
Później jednak wyraźnie dotarło do mnie, że sosy są. I również dawkowane z umiarem, idealnie. Podkreślały smak kanapki, nie wysuwały się na pierwszy plan, nie były główną przyprawą, czy wiodącym smakiem w daniu, jak to bywa w wielu miejscach.
Całość jak dla mnie rewelacja. W najbliższym czasie mam plan zaciągnąć tam brata i przetestować inne kanapki. Polecam, naprawdę warto.

KONKURS !!!

14 X 1947 roku Charles "Chuck" Yeager przekroczył po raz pierwszy barierę dźwięku. My dzisiaj, 8 XII 2011 roku przekroczyliśmy barierę 10 000 unikalnych wyświetleń!!! Dziękujemy Wam, tym bardziej, że osiągnęliśmy to właściwie bez reklamy, na zasadzie "jedna pani drugiej pani" :)
Postanowiliśmy uczcić to małym konkursem. Zasady są proste: na mail misza67@gmail.com wysyłajcie Wasze przepisy na ulubioną kanapkę. Trzy najlepsze przepisy wygrywają nagrody. Jakie? Za pierwsze miejsce  koszulka Hash-house, za drugie i trzecie  książki. Konkurs kończymy 8 stycznia 2012 roku. Zwycięzców i nagrody przedstawimy tutaj i na fan page'u SFP na Facebooku. A więc... Czas start i powodzenia!
EDIT:
Wszystkie nadesłane propozycje będziemy publikować tutaj i na fan page'u. Wygrywają trzy przepisy, które zdobędą największą liczbę "lajków" na fan page'u SFP.

Sałatka z hot doga, czyli OSTRY w Aslanie

Środek tygodnia, godzina 22 z minutami... Zgłodniałem :/
Lęcę więc na Rynek, a tu prawie wszystko pozamykane.
Na szczęście lub nieszczęście przypomniało mi się o lokalu pt. "Osama vs Obama" na ul. Bodzentyńskiej, testowanego onegdaj przez Żorża.
Gdy dotarłem zdziwiła mnie zmiana nazwy na "Aslan". Po wejsciu zauważyłem, że oprócz nazwy zmieniło się również menu, a raczej poprostu bardziej rozbudowało.
Od razu w oko wpadła mi karkówka z grilla, ktorej oczywiście dla mnie musiało braknąć. Skusiłem się więc na Hot-Doga w wersji minimalistycznej gdyż warzyw nie toleruję, a pani z drugiej strony kontuaru upierała się żeby z hot-doga uczynić sałatkę z hot-dogiem...(bułka+parówka+odrobina białej kapusty+pikle+prażona cebulka+ketchup i musztarda).
Wyglądało nawet przyzwoicie ale niestety wygląd to nie wszystko :|
Już przy pierwszym kęsie moja żuchwa nie bardzo chciała z owym posiłkiem współpracować, a w miarę dalszej konsumpcji było tylko gorzej. Parówka w smaku odmrażana od 10 do 20 razy, bułka z mikrofali, dobrze że obyło się bez niestrawności ale to prawdopodobnie zawdzięczam tylko spożywanej poźniej karmelówce... 
Na mojej skali niejadalności(1-10) hot-dog z Aslan'a dostaje 5.


Autor: OSTRY

środa, 7 grudnia 2011

Sałatka zamiast mielonego, czyli Magda poleca itbar

....do obiadu dwie godziny, w perspektywie mielony z buraczkami:)....ale przez dwie godziny można oszaleć
wstąpiłam więc do IT BAR-u.
Sałatka grecka-od zawsze ją lubię-POPROSZĘ :)
Za 5 zł dostałam porcję, za którą gdzie indziej zapłaciłabym 14 zł. Pomijam fakt, że zamiast sałaty lodowej była kapusta pekińska, bo to normalna praktyka w czasach kryzysu.
Sałatka była sałatką!!!!! HUUUURRRRAAAA! 
Mam dość kupowania miski kapuchy przyozdobionej plasterkiem pomidora i jedną oliwką. 
To na serio jest sałatka! Do tego delikatny sosik. Mniam. :)
IT BAR serwuje też pasty....nie wykluczone, że następnym razem porcja makaronu wygra z domowym obiadkiem.
POLECAM :)

Autor: Magda Malasińska

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Istambul Kebab, czyli jak zepsuć wszystko

Będąc w centrum postanowiliśmy z kolegą wpaść na jakiś fast food. Uzgodniliśmy, że mamy ochotę na tureckie jedzenie, więc decyzja była oczywista - Saray. Niestety, okazało się, że jest awaria prądu. Byliśmy głodni, więc postanowiliśmy nie czekać tylko poszukać czegoś w pobliżu. Przypomniałem sobie, że przecież rzut beretem znajdziemy inny turecki lokal, a mianowicie Istambul. Jadłem tam we wrześniu i byłem zachwycony. Więc... idziemy. Oczywiście zamawiamy duże, ja w chlebku, kolega w tortilli. I pierwszy zonk. Gdzie się podziały te tureckie chlebki?! Zostały zastąpione jakimiś bułkami !!!! Zresztą mniejszymi. No nic, siadamy do jedzenia. I z każdym kęsem miny nam rzedną. Jedzenie zimne, a ilość surówek przekracza powoli ilość mięsa, którego też jest zdecydowanie mniej niż kiedyś. Sos mieszany okazał się kompletnie mdły i pozbawiony smaku. Całość na pewno nie warta tych pieniędzy, które wydaliśmy (ja 13 zł, kolega 14 zł). Potworne rozczarowanie! Raczej skreślam ten lokal z listy miejsc, do których chodzę jeść. A szkoda, bo kiedyś naprawdę dobrze tam karmili...

czwartek, 1 grudnia 2011

Dwa razy smacznie i po włosku, czyli pizza z Moltobene

A więc stało się. W odpowiedzi na Wasze sugestie na Street Food Polska będziemy recenzować również pizzę. Zaczynamy od restauracji Moltobene na kieleckim Rynku. W lecie byłem tam z córką na lodach i okazały się bardzo smaczne. Wiedziałem, że Moltobene to głównie restauracja, ale do tej pory jakoś nie składało się, żeby tam coś poza lodami zamówić. Aż do wczoraj, kiedy to wieczorem naszła nas ochota na pizzę, a w domu nie było składników. Więc szybka decyzja: zamawiamy. Wybór padł na Moltobene, ponieważ grube ciasto mają w standardzie. Ja jestem zwolennikiem pizzy w stylu chicagowskim, czyli właśnie na grubym cieście. Nasz wybór padł na dwie pizze: Neapolitanę i Frutti di mare, oczywiście duże i na grubym cieście. Duża pizza w Moltobene to 45 cm, czyli raczej standard. Dlatego na 5 osób zamówiliśmy dwie. Zwykle jest to dla nas akuratna ilość. A tym razem... połowa została.  Ale po kolei.
Pizza zamówiona, dostarczona, otwieramy pudełka. Grube ciasto - hmmm... Na pewno jest grubsze, ale nie aż tak, jak się spodziewałem. Brzegi grube, ciasto "cienieje" w kierunku środka. Ale... bardzo dobre. Plus. Na pierwszy ogień poszła Neapolitana. Składniki to oliwki zielone, całe papryczki jalapeno i salami pepperoni. Plus oczywiście sos i ser. Pizza okazała się bardzo smaczna, jedyny mój zarzut to papryczki, spodziewałem się surowych, czyli pizzy typu "piekło w gębie". Tutaj papryczki są z zalewy, więc pizza ostra nie jest. Ale powtarzam - bardzo smaczna.

Spróbowaliśmy Neapolitany, pora na Frutti di mare. Ciasto takie, jak w poprzedniej pizzy, czyli smaczne. Składniki to suszone pomidory, owoce morza, anchois i tuńczyk, plus sos i ser. Pizza mocno doprawiona oregano, co podbiło smak. Duży plus za zapieczenie anchois pod serem, dzięki temu aromat i smak przeszedł wyraźnie na całą pizzę. Krótko mówiąc ta pizza również okazała się bardzo smaczna.

Pisałem na początku, że zwykle dwie pizze tej wielkości zjadamy bez problemu na raz. Tym razem kilka kawałków zostało na drugi dzień. po prostu pizze okazały się tak sycące, że nie dojedliśmy przy pierwszym podejściu. Całość kosztowała nas 59 zł i było to dobrze wydane 59 zł. Z czystym sumieniem mogę polecić Moltobene, jako pizzerię. Pizza dojechała gorąca, była sycąca i smaczna.

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...