O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


poniedziałek, 31 grudnia 2012

Jak zerwać laskę na kebab, czyli Doner Burger w Prosiaczku

Wracałem z przedwczesnego Sylwestra w Mehehe. Było dobrze po północy, a mnie zachciało się czegoś dobrego. Więc skręciłem w Świętego Leonarda i skierowałem się do Prosiaka. Najpierw myślałem o zapiekance albo frytkach z sosem, ale przypomniał mi się Doner Burger. Poprzednio jadłem wersję małą, ciekaw więc byłem, jak wygląda w wersji dużej. Zapłaciłem 9,50 zł i po kilku chwilach szedłem już ulicą dzierżąc dumnie w dłoniach coś takiego:


W wersji małej było to zapakowane w klasyczną bułkę hamburgerową. W wersji dużej dostajemy 1/4 bułki do kebaba. Ale absolutnie nie oznacza to, że mięsa jest mniej niż w kebabie! Jest go dużo. Dużo pasków dobrze doprawionej "baraniny". Soczystej.


Bułka była chrupiąca i mięciutka. Surówek i warzyw było akurat - nie za dużo, tyle, żeby nawilżać potrawę, ale nie dominować w smaku. Sos... Poprosiłem o ostry. I taki dostałem. W połowie jedzenia łapałem powietrze, jak karp w Wigilię, po plecach mi się lało, a gardło krzyczało: wody! Ostra jucha! Naprawdę ostra! Git smaczek i dobrze mi ten sos zrobił.

Doner burgera je się moim zdaniem dużo wygodniej niż klasyczny kebab. Dobrze się go trzyma w ręku, nie potrzeba widelca, a mięsa jest tyle co w średnim/dużym kebabie.


Podsumowując: dużego Doner Burgera w Prosiaku polecam. Nasyca, jest bardzo smaczny i wygodny do jedzenia w biegu. Dobrze wydane 9,50 zł.

Ach... W tytule jest "Jak zerwać laskę na kebab". Otóż... Nie wiem. Ale jeśli macie jakieś pomysły to piszcie w komentarzach.

sobota, 29 grudnia 2012

O tym jak wreszcie zaspokoiłem bóla, czyli duży kebab w 4 Mobiles

Uch! Ależ mi się chciało! Takiego kebaba w bułce! Wczorajsza tortilla tylko mnie podrażniła. Więc poszedłem do Chabo. A tam zonk - zamknięte :/ Wróciłem do domu i myślałem co z tym fantem zrobić. Wtedy naszła mnie myśl, żeby skoczyć w miejsce, gdzie do tej pory wszystko mi smakowało, ale kebaba tam jeszcze nie jadłem. Wsiadłem w samochód i pojechałem na ul Astronautów, gdzie mieści się 4 Mobiles Bar.

Menu bardzo się rozbudowało. Już nie tylko kanapki, ham i cheeseburgery, kebaby i hot dogi. Jest w ofercie kiełbasa z patelni, pierogi (15 szt. za 10 zł), kartacze... Miłośnicy frytek też powinni być zadowoleni - za jedyne 13 zł można nabyć... kilogram tego przysmaku. Ja jednak wiedziałem czego chcę. Za 11,50 zł zamówiłem duży kebab w bułce. Poprosiłem tylko, żeby był lekko ostrzejszy niż klasyczny.


Bułka została zgrillowana idealnie - chrupiąca i mięciutka jednocześnie, gorąca. W środku zaś...


W środku dominuje mięso. Stanowi jakieś 75% zawartości bułki. To co mi w 4 Mobiles pasuje bardzo, to sposób w jaki traktują mięso. Po ścięciu z belki kurczak nie wysycha pod opiekaczem, tylko trafia do elektrycznej patelni, gdzie czeka pod przykryciem, cały czas się grzejąc. Jednak dzięki przykryciu mięso jest soczyste. Soczyste i dobrze doprawione. Oprócz mięsa w kebsie były jeszcze surówki (w ilości nie przesadnej, tak w sam raz) oraz ogórek kiszony i świeży pomidor. I surowa cebulka, co bardzo mi się spodobało, bo taka cebulka z mięskiem to para doskonała. Sosy - były. I podobnie jak surówki - ich ilość dobrana idealnie. Nawilżały środek, ale nie moczyły bułki. Podkreslały smak, ale nie dominowały. Ponieważ poprosiłem o doprawienie nieco ostrzej niż w standardzie, entree było piekielne, bo do zaostrzenia posłużył sos sambal. Cudnie.

Podsumowując: zaspokoiłem bóla na typowego, fast foodowego kebaba. Było pysznie. Kebab w bułce uznaję tylko w tureckim pieczywie, tutaj jednak nie miałem się do czego przyczepić. 4 Mobiles kolejny raz udowodnił, że jest to miejsce gdzie za rozsądne pieniądze można dobrze i smacznie zjeść. Polecam!

piątek, 28 grudnia 2012

Kebab z pizzerii, czyli solidna tortilla z Gastrofazy

Jak się Polak uprze, to święty Boże nie pomoże. A ja się uparłem, że zjem w końcu kebab. Rano się nie udało, ale nie załamałem rąk, tylko po południu wsiadłem w samochód i podjechałem na ulicę Pocieszka 3, gdzie mieści się lokal pizzerii Gastrofaza.

Jak na pizzerię to menu mają bogate, bo oprócz kilku rodzajów pizzy, zestawów obiadowych, frytek i opiekanych ziemniaczków, w ofercie znajdziemy także zapiekanki, nuggetsy, skrzydełka, hamburgera i... sushi. Ja jednak przybyłem tam opanowany obsesyjnie jedną tylko myślą: że wreszcie zjem kebab!

Do wyboru mamy kebab w bułce (10,99 zł) i w tortilli (11,99 zł). Ponieważ bułkę oferują tę typowo gastronomiczną, zdecydowałem się na tortillę. Po 10 minutach odebrałem zamówienie i poszedłem do samochodu. Na wynos kebab pakowany jest w taką oto estetyczną torbę:


Sama tortilla, zawinięta w folię aluminiową, nie jest długa. Jest za to gruba:


Rozwijam. Gryzę. Naleśnik jak naleśnik - miękki, nie grillowany, gumowaty. I lekko ciepły tylko. Na szczęście wsad okazał się całkiem OK:


Choć na zdjęciu tego nie widać, w środku znajdziemy dużo mięsa. Naprawdę dużo soczystego kurczaka, dobrze doprawionego. Mięso towarzyszy nam od początku do końca, nie trzeba go szukać, dominuje w smaku. Reszta wsadu to: surówki, pikle, świeże warzywa i sos.

Surówki klasyczne, oprócz nich było sporo pomidora i kiszonego ogórka. Sos - łagodny czosnkowy. Było go dużo, co miało swoje plusy (doskonale nawilżał cały środek), jak i minusy - lał się po palcach. Na szczęście w zestawie na wynos dostajemy także widelec i serwetki.

Podsumowując: za 12 zł dostajemy solidną tortillę. Gdyby była gorąca, a nie tylko ciepła, byłoby doskonale. Mimo to uważam, że warta była swojej ceny, bo choć na to nie wyglądała, okazała się bardzo sycąca i ... smaczna. Następnym razem skuszę się tam na "zapiekankę PRL".

czwartek, 27 grudnia 2012

Powróćmy jak za dawnych lat, czyli hamburger w Crazy Piramid Pizza

Po świątecznym wypasie postanowiłem spłukać smak tradycyjnych potraw. Najlepiej kebabem. Poszedłem więc do Crazy Piramid Pizza by zmierzyć się z ich wersją narodowego dania Polaków. Niestety - mięso gotowe miało być najwcześniej za 20 minut, a czasu za bardzo nie miałem.

Jadłem tam ostatnio hot doga z pieca i był pyszny. Kiedy więc zobaczyłem na potykaczu ofertę na dużego hamburgera - stwierdziłem, że popróbuję. Hamburger sprzedawany jest w jednym rozmiarze, kosztuje 7 zł. Kotlet niestety nie jest własnej produkcji, kupowany gotowy, pomyślałem jednak, że po rozpasaniu slow burgerami przyda mi się kontakt z hamburgerem typowo fast foodowym.

Kanapka jest duża, zaprzeczyć nie można:


A co w środku?



Mnóstwo dodatków: surówki, pikle w postaci ogórków i papryki oraz kotlet. No i sos. Jaki? Nie wiem :D Czuć go było w tle, ale nie na tyle, żeby wyłowić konkretny smak. Nawilżał jednak bułkę, więc swoją robotę wykonał.

Bułka - klasyczna hamburgerowa. Miękka, ale dość szybko wystygła. Na szczęście nie była ani sucha ani gumowata. Kotlet - jak to kotlet typu fast foodwego. Szału ni ma, tragedii też.



Całość smakowała, jak typowy fast food od lat sprzedawany we wszelkich tego typu przybytkach. Nasyca, bo dodatków jest dużo, w smaku nienajgorszy, więc jeśli macie chęć na coś innego niż zapiekanka albo hot dog, a chcecie pozostać w kręgu fast foodowej klasyki, to od czasu do czasu można zjeść. 7 zł to nie majątek, a kanapka napycha na jakiś czas.
Moim zdaniem jednak ich hot dogi XXL, nie dość że tańsze o 0,50 zł, są o niebo smaczniejsze. I następnym razem, jeśli kebaba nie będzie, to skuszę raczej na hot doga z pieca właśnie, albo grillowaną kanapkę.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Życzenia

Wszystkim Czytelnikom składamy serdeczne życzenia spokojnych i smacznych Świąt Bożego Narodzenia. Niech ten czas będzie dla Was odpoczynkiem w gronie osób, które kochacie.
Życzymy Wam sterty prezentów pod choinką i niczym nie skrępowanej radości biesiadowania w dobrym towarzystwie! Do zobaczenia po Świętach!

Ekipa Street Food Polska


niedziela, 23 grudnia 2012

Włoska robota 2, czyli o kanapkach na Statoil ponownie

Wracając z zakupów stanęliśmy na Statoil. Oprócz benzyny nabyliśmy także po włoskiej kanapce. Tyle, że nie jedliśmy na miejscu, a zabraliśmy ze sobą. Można i tak, bo kanapeczki są zapakowane w folię. Jedyny ból, że na stacji trafiają do piecyka, gdzie czas podgrzania jest perfekcyjnie obliczony, a w domu trzeba eksperymentować.


Byliśmy na stacji dość późno, więc wybór kanapek był już mocno ograniczony. Dokładnie to zostały dwie: opisywana przez Harrego Toskańska z bekonem i bodaj Mediolańska - z salami i oliwkami.

Toskańską Harry opisał szczegółowo, nie mam w zasadzie nic do dodania. Pokażę Wam tylko jak wygląda przed zapieczeniem:


Mediolańska. Przed zapieczeniem wygląda tak:



Opiekałem w elektrycznym grillu. Jasne pieczywo okazało się równie smaczne, co ciemne. Ta kanapka była jednak bardziej wyrazista w smaku niż Toskańska. Wpływ na to miało zarówno salami, jak i oliwki. Salami w kanapce jest więcej niż na niejednej pizzy - 10 plasterków! Wyraziste, słonawe i soczyste stanowi serce kanapki. Doskonale łączy się ze słonymi zielonymi oliwkami, a smak dodatkowo podbijają ser, zioła (oregano i bazylia) oraz pomidorowy sos, rozsmarowany na dolnej połówce pieczywa.  Naprawdę można się najeść.

Podsumowując: za 7,99 zł dostajemy smaczne i sycące kanapki. Podane na ciepło smakują rewelacyjnie. Jeśli zatrzymacie się na stacji Statoil - spróbujcie. Najecie się tym bardziej niż kosztującą tyle samo tortillą lub hamburgerem. I na pewno będzie to smaczniejsza alternatywa dla owych przekąsek. Proste, smaczne, sycące i godne polecenia.

sobota, 22 grudnia 2012

Fast foodowe przygody w Makro, czyli jak nie zjedliśmy kurczaka

W hali makro na ul. Transportowców od długiego czasu było puste miejsce po stoisku piekarni Hiestand. Ostatnio zajrzeliśmy do Makro celem nabycia serów pleśniowych, patrzymy, a tu coś nowego: estetyczne siedzenia, stoliki i duża tablica, na której zachęcająco prezentowały się zdjęcia przedstawiające kurczaka w przeróżnych konfiguracjach. Przez chwilę myślałem, ze Chabo otworzyło swoją filię. Ale nazwy potraw inne niż w Chabo, choć asortyment niemal identyczny. Postanowiłem spróbować kurczakburgera albo tortilli, bo akurat komuś taką tortille pakowano i wyglądała kusząco.

Niestety, okazało się, że z powodu późnej godziny (byliśmy tuż przed 19-tą, a punkt właśnie o 19.00 jest zamykany) kurczaka już nie dostaniemy. Daliśmy się jednakowoż namówić na zapiekankę i francuskiego hot doga.

Zapiekanka: klasyczna bagietka z grzybami i serem. Koszt: 6,50 zł. Wyglądała dobrze:



Ugryzłem... Pierwszy kęs bardzo w porządku - bułka chrupie, ale jest miękka, smak typowo PRL-owski. A potem było coraz gorzej - wydaje mi się, że zapiekanka dochodziła w mikrofali, bo stygła zastraszająco szybko. Ser zastygał i ciągnął się, owszem, ale razem z grzybami, odkrywając bułkę. Końcówka była smutna, jadłem mechanicznie, bo głodny byłem. Ale zapiekanka to pikuś w porównaniu do

Hot doga francuskiego, który co prawda był tani (3,50 zł), ale wyglądał tak:


Bułka nadziana została na szpikulec, nie była grillowana. Nie była więc chrupka, jak bułki w Żabce czy na stacjach benzynowych. Była... gumowata. Duża, bo to pół bułki do zapiekanki, ale gumowata i niesmaczna. Parówka też przeciętna. Za 3,50 zł można się napchać, ale radości z jedzenia żadnej.

Podsumowując: fast foody fatalne, ale następnym razem skuszę się jednak na coś z ich firmowego menu. Wtedy ostatecznie zadecyduję, czy warto tam od czasu do czasu wpaść czy odpuścić sobie bez żalu.

piątek, 21 grudnia 2012

Pljeskavica w Jam-Jam, czyli Mateusz zjada bałkańskiego hamburgera w Olsztynie

Dzisiaj Mateusz opowie Wam o pljeskavicy w olsztyńskim Jam-Jam. Kto czytał relację Pawła Kotwicy z Serbii, ten wie, że jest to bałkańska odmiana hamburgera. Czy w Olsztynie można zjeść równie dobrą pljeskavicę co w Serbii? Przeczytajcie sami:

Kochany  Żorż narobił nam smaku swoim wyjazdem do stolicy, my tutaj w północnej Polsce nie mamy takich rozrywek, a jeszcze teraz, w zimie, to w ogóle ciężko wyrwać się z tej zasypanej śniegiem i zamrożonej Syberii. Razem ze znajomym sukcesywnie nakręcaliśmy się na burgery już od dłuższego czasu, mieliśmy robić, jednak jak to na studiach bywa, wciąż brakuje czasu. Dostaliśmy cynka, że na mapie olsztyńskich knajpek znajduje się pewien bałkański bar, specjalizujący się w grillowanej wołowinie i serwowaniu jej we własnej wersji. Nazywa się Jam-Jam. 

Spragnieni wołowiny, nie wiele zastanawiając się umówiliśmy się na spróbowanie tej nowości. Wypijamy wcześniej po 2 butelki piwa, aby nasze ślinianki zaczęły pracować intensywniej a i ocena konsumencka pozostała niezachwiana. W środku jest przyjemnie i ciepło, grill jest opalany drewnem. W karcie zaledwie 5 pozycji, plus ich modyfikacje. Obsługa jest miła i uprzejma, bez mrugnięcia okiem odpowiada na wszelkie nasze pytania. Wołowinę przygotowują sami, bułki piecze im lokalna piekarnia, warzywa są świeże. 

Bierzemy oczywiście największą możliwą kanapkę, nazywa się to Pleskavica Gurmańska, 210 gramów mięcha z dodatkiem siekanego boczku i czosnku. Cena 17 złotych, ma być ostro! Nasza prośba aby nie zabijać mięsa i wysmażyć je średnio nie przynosi zaskoczenia. Po kilkunastu minutach, pani prosi o wybranie dodatków i sosów. Zdajemy się na jej gust, warzywa : pekińska, cebula, pomidor, ogórek kiszony. Sosy: paprykowy, śmietanowy, odrobinę czosnkowego i jakieś diabelstwo serko podobne. Wygląda to tak:




Pierwszy gryz, bum ! Mięso jest soczyste i wysmażone tak jak prosiliśmy. Czuć nutę czosnku, boczek gdzieś przepadł. Nie przeszkadza nam to wcale. Kolejne kęsy, utwierdzają nas w przekonaniu, że było warto. Przede wszystkim dla smaku doskonałego mięsa. Bułka jest odrobinę za gliniasta, powinna być lżejsza i bardziej hamburgerowa, sosy nie urywają dupy nie ma co się oszukiwać, warzywa nieźle komponują się ze smakiem, jednak nie są niezbędne.



Słyszeliśmy także, że posiadają jakiś diabelsko ostry sos, który trzeba dawkować w kroplach. Głodni nowych doznań, poprosiliśmy obsługę o spróbowanie. Po chwili postawiono:



Diabeł ! Wykręca straszliwie, naładowani kapsaicyną śmiejemy się jak dzieci a łzy kapią nam na burgera, którym próbujemy zagryźć uczucie bólu. Polecam każdemu ! Osobiście zmieniłbym odrobinę kompozycję kanapki, białą cebulę zastąpił krążkami czerwonej, pekińska jest zbędna, jako sos wybrałbym tylko ketchup i majonez. Całe szczęście obsługa zapewniła mnie, że następnym razem nie będzie najmniejszego problemu aby skomponować taką kanapkę. 

Podsumowując: całość trąca trochę kebabem, jednak przy odrobinie modyfikacji, możemy zrobić sobie niezłego burgera. Plus za mięso, naprawdę niezłej jakości, smak bardzo bardzo dobry, stopień wysmażenia odpowiedni. Cena jako taka do przyjęcia, po zjedzeniu jesteśmy pełni na dobrych kilka godzin. Wpadnę tam przy następnej okazji, spróbować jak smakuje w mojej wersji.

Autorem tekstu i zdjęć jest Mateusz Suchecki.

czwartek, 20 grudnia 2012

4 razy po francusku jednego wieczoru, czyli hot dogowy dzień

Po dyskusji na fan page SFP dostałem niemalże ślinotoku na myśl o hot dogu. Do tego stopnia mi się zachciało, że wsiadłem w samochód i podjechałem w dwa miejsca, gdzie można hot dogów doznać. Żadne tam srutututu z sałatkami. Proste, klasyczne "francuzy" Bułka, parówka i sos. Tego chciałem.

Hot Dogi we Fresh Cafe (Żabka), czyli alternatywa dla stacji benzynowych.

O hot dogach sprzedawanych w Żabce pod szyldem Fresh Cafe już pisałem. Na ulicy Wojska Polskiego, niemal na wprost Polikliniki, otworzono ostatnio nową Żabkę. Wszedłem i zaordynowałem sobie kawę mokka i dwa hot dogi: parówka chili i kabanos.

Kawa okazała się bardzo dobra - w gorącym, spienionym mleku znalazło się dużo miejsca na świeżo mieloną, aromatyczna kawę. Porcja około 200 ml. Smak doskonały, a cena jeszcze bardziej.
Wszystkie kawy, a także czekolada na gorąco kosztują we FC 1,99 zł. Dostępna jest również herbata.


Popijając kawę zabrałem się za hot dogi. Jako pierwszy wylądował w moich ustach hot dog z parówką chili, do którego dobrałem sobie sos barbecue. Parówka mięciutka, soczysta, lekko ostra, dobrze doprawiona. Sos - nie takie BBQ, jak podają w burger barach, bardziej jak ketchup, bez tej nuty śliwki, ale do hot doga pasował doskonale. Bułeczka - poezja. Naprawdę świetne pieczywo - zgrilowane, gorące, chrupiące z wierzchu i mięciutkie w środku. Doskonały hot dog.


Po chili nadeszła pora na kabanosa. Ten hot dog również doskonały, z sosem czosnkowym komponował się idealnie. Kabanos twardawy, ale soczysty, czuć w nim mięsko. Doskonale doprawiony, bardzo mi smakował, nawet chyba lepszy od chili.



Hot dogi w Żabce kosztują 2,49 zł, jedynie klasyczna parówka 1,99 zł. Jakościowo w żaden sposób nie ustępują tym ze stacji benzynowych, a kosztują o połowę taniej. Jeśli macie chęć na kawę i hot doga, a macie w pobliżu Żabkę z punktem Fresh Cafe - walcie jak w dym. Cenowo i smakowo mistrzostwo świata.

Duży i mały na Orlenie, czyli mega parówka i kebab.

Z Żabki podjechałem na Orlen na Ściegiennego. Tam zamówiłem hot doga kebab i nowość, czyli mega parówkę.



Hot doga Kebab wziąłem z sosem kebab - byłem ciekaw tego smaku. W połączeniu z sosem faktycznie smakował jak kebab. Kiełbaska soczysta, czuć w niej przyprawy do kebaba, sos również dobrze doprawiony. Bułka - świetna. Zgrillowana idealnie - chrupko z wierzchu, mięciutko w środku. Polecam. Koszt: 4,49 zł.

Na koniec zostawiłem sobie hot doga z mega parówką. Bardzo byłem go ciekaw, bo na Statoilu ichni hot dog XXL jakoś mnie nie przekonał. Wgryzam się... Jest rewelacja. Parówka soczysta, dokładnie tak samo, jak w klasycznych, małych hot dogach. Doprawiona idealnie i do tego chyba o połowę większa. Sosy -  wybrałem musztardę i meksykański, dzięki czemu całość miała smak lekko pikantny. Bułka - właściwie połowa bagietki. Podobnie jak w mniejszym bracie idealnie zgrilowana. Pieczywo na Orlenie mają po prostu doskonałe. Za hot doga z mega parówką zapłaciłem 6,49 zł i zdecydowanie wart był on swojej ceny.



Podsumowując: zarówno Żabka, jak i Orlen oferują bardzo dobre "francuzy". Na korzyść Żabki przemawia cena - 2,49 zł za hot doga i 1,99 zł za kawę to bardzo dobra oferta. Jakościowo nie ma się do czego przyczepić i warto punktów Fresh Cafe wypatrywać. Orlen zaś to sprawdzona marka, ich hot dogi nigdy mnie nie zawiodły. Dodatkowo mega parówka może nasycić i za 6,49 zł jest doskonała alternatywą dla np. zapiekanki czy fast foodowego hamburgera.
Zaspokoiłem bóla i do domu wróciłem szczęśliwy. Czego i Państwu życzę.

P.S. taka ciekawostka na koniec: na początku lat 90-ych na kieleckich plantach mieściły się bazary. Tamże egzystował prowadząc budkę Chińczyk lub Wietnamczyk. Chodziłem do niego na mega zajebiste hot dogi. Bułka była klasyczna, natomiast nadzienie składało się z dwóch sajgonek, z sosem sojowym i azjatycką surówką. Bożesz Ty mój, ależ to było dobre !!!!

środa, 19 grudnia 2012

Bułka z kotletem i sałatka dla królika, czyli jak nie robić burgerów

Zachciało mi się hamburgera. Dobrego, soczystego burgera w miękkiej bułce z piklami i sosami. Po wizycie w Warszawie i ostatnio w VooDoo, moje oczekiwania co do tej kanapki są jasno sprecyzowane: soczysty, duży kotlet wołowy, mięciutka bułka, pikle lub chrupiące warzywa i sosy. Całość ma się ledwo mieścić w ustach, a sok ma spływać po palcach i brodzie. Bekon mile widziany. Nie pogardzę również apetycznie roztopionym wyrazistym serem.

W Kielcach nie jadłem jeszcze hamburgerów w dwóch miejscach: Gin - Ger i Yummie. Ponieważ byłem akurat w Galerii Echo postanowiłem skorzystać z okazji i udałem się do restauracji Yummie. Zamówiłem Yummie Burgera (19 zł - frytki w cenie) i małą Pepsi (4 zł), zapłaciłem, usiadłem i czekam.

Po około 15 minutach dostałem swoje zamówienie:


Sałata podana osobno mnie zdziwiła - to dla królika? Nie mam. Ach... Należy ją sobie samemu włożyć do bułki lub jeść osobno. Osobliwy pomysł jak dla mnie. Spróbowałem. Porwana w kawałki sałata, trochę marchewki i kilka piórek cebuli, sterta kiełków na wierzchu i w tle daleko wyczuwalny jakiś sos na bazie torebki typu Knorr Sałatkowy. Łeeeee, nie dla mnie. I na pewno do burgera nie pasuje. Odstawiłem i już nie wracałem.

Frytki posoliłem, popieprzyłem i zaczynam jeść. Szału nie ma. Twardawe, w ogóle nie chrupkie. Połowę zostawiłem, bo po wystygnięciu były po prostu niesmaczne.

Ale, ale. Głównym bohaterem wieczoru miał być Yummie Burger. Spokojnie, nie zapomniałem. Chciałem tylko wprowadzić Was w klimat. Na pierwszy rzut oka spoko - duży jest:


Ale jak zajrzałem pod bułkę...


No to już k...wa jakieś jaja są! Nawet w najgorszych fast foodach ser jest ZAPIEKANY ! Położenie 3 zimnych plasterków sera topionego nie na kotlecie, ale na zimnym kiszonym ogórku na pewno nie spowoduje jego rozpuszczenia, szczególnie jeśli bułka była ledwo letnia. Ogórek - 3 grube, twarde plastry. Dodatkowo wychładzały kanapkę. Bułka - góra sucha, dół miękki. Żadnego sosu! Całość równie sucha co Kanapka Zbójnicka w McDonald's. Gdyby nie Pepsi zatkałbym się tym jak zlew po osiemnastce.
Sam kotlet znośny - zaledwie znośny. Właściwie jedyny jego plus to wielkość. I tyle. Nie najlepiej doprawiony i za długo smażony. Brak mu było tej soczystości, którą posiada choćby McRoyal, czy slow burgery z burger barów. Jadłem, bo naprawdę starałem się znaleźć w nim coś pozytywnego, ale niestety. W końcu dałem sobie spokój.

Podsumowując: za 19 zł wolę kupić dwa McRoyale lub Luizjana Burgera. Gdyby do tej kanapki dodano jakieś sosy, może byłoby to zjadliwsze. Ale to co dostałem było kompletną porażką. Nie warte tych pieniędzy. Wydumane podawanie sałaty osobno działa zdecydowanie na niekorzyść - wolałbym jeden liść dobrej, chrupiącej, nieprzyprawionej niepasującym sosem sałaty w kanapce niż surówkę dla królików w misce. A brak sosów jest już dla mnie kompletnie niezrozumiały. Gdyby burger był odpowiednio wysmażony, być może własnym sosem nawilżyłby tę kanapkę. Tutaj czułem suchą bułkę, twarde kiszone ogórki i źle doprawione mięso. To na pewno nie był smak dobrego hamburgera. Raczej bułki z kotletem mielonym, takiej, jaką zabiera się na szkolną wycieczkę. Sama wielkość burgera nie wystarcza, przynajmniej nie mnie.

P.S. Nie jestem w swojej ocenie odosobniony - obejrzyjcie sprawozdanie Mocnego.

wtorek, 18 grudnia 2012

Halo, Halo, jest tu kto? Czyli jak zamówić metr pizzy w dobrej cenie

Poniedziałek wieczór. Czyli tak koło 19-ej. Chce nam się pizzy. Dobrze by było zamówić ją skądś, skąd jeszcze nie zamawialiśmy. No to dzwonimy. Jedna pizzeria - zajęte. Druga - zajęte. Trzecia - nikt nie odbiera. Czwarta - zajęte. Piąta - po drugiej próbie - jest zgłoszenie! Halo Pizza, w czym mogę pomóc? Bingo! A więc zamawiamy. Ze strony internetowej dowiedzieliśmy się o promocji - druga pizza 50% taniej. Zdecydowaliśmy się więc na dwie pizze - każda 50 cm. Czyli razem metr. Dracula (31 zł) i Peperoni (28 zł) - po rabacie 45 zł za obie.

Trochę mieliśmy obaw, bo na fan page SFP opinie na temat tej pizzerii były różne. A to komuś dowieźli zimną, a to ciasto zakalcowate było... Dostawca zapukał, odebrałem pudełka i... Pierwsza wiadomość dobra - pizza dojechała gorąca! No to jemy. Jako pierwszą otworzyliśmy

PEPERONI

Skład wg ulotki: sos pomidorowy, ser mozarella, salami, pieczarki, papryka pepperoni, oregano.


Wiadomość numer dwa - obie pizze wzięliśmy na cienkim cieście i... zero zakalców.
Ciasto okazało się bardzo smaczne - nie była to ta jakość i chrupkość co z pieca opalanego drewnem, ale jak na sieciową pizzę - uwag nie mam. Składników nie pożałowano i na każdym kawałku występowały w ilości bardzo przyzwoitej. Salami soczyste, pieczarki mocno wyczuwalne, a papryka ostra. Nie jest to jednak pizza dla miłośników "piekła w gębie" - papryki pepperoni nie jest dużo, pizza jest właściwie łagodna, jedynie po zgryzieniu papryczek czuć pieczenie. Spokojnie można zjeść bez popijania. 


Pizza smaczna i sycąca, składników dużo, ciasto dobre - warto. Potem przyszła pora na

DRACULĘ

Ta pizza to bogatsza wersja Peperoni . Oprócz wymienionych wcześniej składników wzbogacono ją o bekon, polędwicę i cebulę. Papryczek pepperoni było zdecydowanie więcej niż na poprzedniczce, więc i sama pizza była ostrzejsza. Tutaj również składników mamy dużo i nie trzeba się ich doszukiwać. 


Wyraźniejsza w smaku, ostrzejsza i bardziej sycąca. Jedna z najlepszych sieciowych pizz, jakie jadłem. Stosunek ilość - jakość - cena wręcz wzorowy. 50 cm placka dokładnie pokryte wędlinami i pieczarkami, bogato przetykane ostrymi papryczkami pociętymi razem z pestkami. Bałem się, że taka ilość wędlin, w tym boczku, który podobnie jak pieczarki lubi puszczać sok, sprawi, że ciasto będzie "mokre" i ciężkie. Na szczęście okazało się, że tutaj również nie ma się do czego przyczepić.


Podsumowując: metr pizzy za 45 zł to bardzo dobra cena. Biorąc pod uwagę, że obie pizze okazały się bardzo smaczne, byliśmy naprawdę miło zaskoczeni. Było to moje pierwsze większe spotkanie z Halo Pizzą (mniejsze miałem na KielceCom, ale tam zjadłem tylko jeden kawałek) i okazało się bardzo udane. Raz jeszcze podkreślę - to nie jest oczywiście smak, jak z pieca opalanego drewnem, ale jak na sieciową pizzę z elektrycznego pieca - bardzo OK. Ciasto naprawdę niezłe, składników dużo i dobrej jakości. Na stronie www pizzeria oferuje kilka promocji, dzięki którym każdy znajdzie coś dla siebie. Kciuk w górę i tak trzymać.
Halo Pizza w Kielcach dostępna jest na telefon lub poprzez zamówienie internetowe, "stacjonarnie" możecie jej spróbować w Plejadzie na Rynku.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Jak dobrze napchać wora, czyli Luizjana Cheeseburger w VooDoo.

Po powrocie z Warszawy do Kielc najbardziej brakowało mi hamburgerów. Dużych, soczystych, podanych w pieczonej na miejscu bułce. Dlatego kiedy padł pomysł, by w sobotę spotkać się na wódeczce w VooDoo, od razu wiedziałem co sobie do jedzenia zamówię. Wybór mógł być tylko jeden - Luizjana Cheeseburger. Tak też uczyniłem.

Kiedy po kilku minutach kelner postawił przede mną talerz, łzy wzruszenia napłynęły mi do oczu. To było jak spotkanie po latach z przyjacielem, jak spłata ostatniej raty kredytu, jak pierwszy seks - coś, czego się nigdy nie zapomina.



Ogromna, pieczona na miejscu bułka kryła w sobie 200 g (na oko) soczystej wołowiny, bekon, ser, pomidora, ogórka, sałatę i... majonez.


Całość wieńczyły chrupiące fryteczki, które od razu posoliłem i posypałem pieprzem. A potem wgryzłem się... I odjechałem. Eksplozja smaku i soczystości.

Bułka pyszna. Chrupiąca skórka i mięciutkie wnętrze. Zdziwiło mnie trochę, że zamiast klasycznych sosów posmarowana była obficie majonezem, ale po kilku kęsach przekonał mnie ten zabieg. Majonez ciekawie zmieniał smak burgera, a jednocześnie dobrze całość nawilżał. Świeże warzywa chrupały w ustach i dobrze się komponowały zarówno z sosem, jak i mięsem. Roztopiony ser krył pod sobą soczysty i wyrazisty bekon. I to co najważniejsze - burger. Jak pisałem - na oko kotlet miał ze 200 g. Wysmażony perfekcyjnie - wierzch ścięty, środek różowy:


Mięso soczyste i doskonale doprawione, dawało ogromną radochę z jedzenia. Sok i sos spływały mi po palcach i brodzie, więc często sięgałem po serwetki, zagryzałem chrupiącymi frytkami, które posypane pieprzem i solą rewelacyjnie uzupełniały smak cheeseburgera. Jadłem i byłem szczęśliwy, a o to przecież chodzi. I ta cena... 15,70 zł to wręcz śmieszne pieniądze za taką ucztę.

Żałuję bardzo, że właściciele VooDoo nie rozszerzają oferty hamburgerów. Chciałbym by mieli do wyboru z 5 - 6 różnych burgerów, miałbym wtedy swój mały raj na ziemi, a przypuszczam, że amatorów na dobre burgery znalazłoby się w Kielcach całkiem sporo (mam rację, Mocny?).

U moich współbiesiadników królowała pizza, więc skubnąłem kawałek. Ta, której próbowałem była komponowana samodzielnie, na margheritę dorzucono pomidorki koktajlowe, świeży szpinak, czerwoną cebulę i tarty parmezan. Mimo iż bezmięsna, bardzo mi smakowała. Zauważyłem, że w VooDoo powiększyli wielkość placków:



Ciasto rewelacyjne, pizza z pieca opalanego drewnem smakuje po prostu o niebo lepiej niż pieczona w piecu elektrycznym. Bardzo smaczna kompozycja, polana oliwą z ostrymi papryczkami nabrała dodatkowego smaczku. Po burgerze byłem jednak tak najedzony, że wcisnąłem tylko jeden kawałek.

Podsumowując: kolejna wizyta w VooDoo Steakhouse & Pizza potwierdziła, że jeśli chodzi o burgery, to w Kielcach konkurencji nie mają (nie jadłem jeszcze burgerów w Gin Gerze),  śmiało mogą konkurować pod względem smaku i wielkości z tymi warszawskimi. Cena wręcz nieproporcjonalnie niska w stosunku do wielkości i jakości burgera. Kto jeszcze nie jadł, niech koniecznie spróbuje!

Na koniec jeszcze raz dodam, że domagam się większego wyboru burgerów! VooDoo - nie dajcie się prosić!

EDIT: video recenzja TUTAJ

sobota, 15 grudnia 2012

Gruzja w Krakowie, czyli Aszka w Chaczapuri

Dzisiaj kolejna recenzja Aszki. Tym razem w swoim ukochanym Krakowie zajadała się gruzińskimi przysmakami w restauracji Chaczapuri. Zapraszam do czytania:


Przyznam szczerze, że jestem wielką wielbicielką Gruzji w każdym wymiarze. Niestety tylko w teorii, bo nie miałam nigdy przyjemności być w tym pięknym kraju, za to kuchnia gruzińska nie jest mi tak całkiem obca, podobnie jak muzyka czy kultura, a nawet sytuacja polityczna Gruzji.

Co do sieci restauracji gruzińskich Chaczapuri, z której będą pochodzić opisywane dziś dania, miałam zdanie wyrobione i było ono raczej kiepski. Cztery wizyty i każda w jakiś sposób rozczarowująca, być może zamawiałam po prostu zbyt ‘’mało gruzińskie rzeczy’’...bo ostatnie potrawy były naprawdę smaczne.

W każdym razie tęsknota z smakiem zbliżonym choć trochę do gruzińskiego była silniejsza i będąc w Krakowie znowu wylądowałam w Chaczapuri.

Zamówiłam Chaczapuri z adżapsandałem oraz serem gruzińskim. Do tego w zestawie były dwie sałatki – które z Gruzją za dużo wspólnego nie miały – klasyczny colesław i czerwona kapusta. Nie mam pojęcia kto je robił, ale chyba był niezłe zakręcony – parodia dobrego jedzenia w każdy wymiarze!!
Jako przystawka – chlebek – gorący, świeży słowem – pyszny i trzy sosy. Zdecydowanie nie torebkowe. Najlepszy czosnkowy z koperkiem. 



Samo danie główne – duża porcja, warzywa bardzo dobre (adżapsandał - duszone warzywa, których bazą jest bakłażan), świetnie doprawione, ser niepożałowany. Tylko placka za dużo. Odkroiłam i zostawiłam połowę, chociaż mi smakował. Cena 21 zł.




Druga potrawa jaką zamówiliśmy była mięsna. Lawasz z mięsem wieprzowym i serem gruzińskim. Cienki chlebek, twardy, strasznie smaczny, łamiący się jak kruchy wafel. Nie jestem w stanie porównać tego do niczego innego – ale z czystym sercem polecam. Mięso smaczne i dobrze doprawione (tylko jeden kawałek tłusty!). W nadzieniu dużo sera i…sałaty, która w smaku sprawia wrażenie jakby była połączona z orzechami, co w Gruzji jest dość często spotykane – nie każdemu to będzie pasować. Dla mnie jest okej. Do tego te sałatki z horroru. Cena ok. 21 zł.




Podsumowując – jeśli znajdziecie się już w Restauracji Chaczapuri, zamawiajcie koniecznie potrawy typowo gruzińskie, przynajmniej z nazwy.
Wszelkie shormy i inne podobne twory odradzam z całego serca. Jadłam poprzednio – i tak ohydnego kurczaka jeszcze w ustach nie miałam! Wyobraźcie sobie górę tłustego mięsa, która kiedyś mogła być kurczakiem – ale wcale nie musiała – w całej masie przypraw i do tego te nieszczęsne sałatki oraz ociekające olejem frytki. Dziękuję postoje!
To mówiłam ja Aszka.
Ps. Zdjęcia niestety nie oddają uroku tych pysznego chlebka i placka. Nie oddają też należycie ohydy niejadalnych sałatek.

Autorką tekstu i zdjęć jest Aszka.

Restauracje Chaczapurii w Krakowie znajdziecie na ulicach: Floriańskiej, Grodzkiej, Siennej i Świętej Anny.


piątek, 14 grudnia 2012

Najadłem się i zadowolony wyszedłem, czyli McWrap, kawa i ciastko w McDonald's

Po, nie bójmy się tego powiedzieć, fatalnej Kanapce Zbójnickiej mój entuzjazm do jedzenia w Maku nieco opadł. Na szczęście Czytelnicy Street Food Polska czuwają i nie pozwolą bym nie spróbował czegoś dobrego ;) Kilka osób namawiało mnie na spróbowanie tortilli makowej, czyli McWrapa. Przyznam się, że po SnackWrapie raczej nie planowałem zapoznania się z jego większym bratem. Ale czego ja dla Was nie zrobię :) Ostatecznie przekonała mnie do spróbowania McWRAPA Ania M. - tak mi o nim napisała, że postanowiłem się osobiście przekonać, co Wam tak smakuje.

Udałem się więc do McDrive'a na Armii Krajowej. Na fan page'u SFP pisaliście, żeby wybrać wrapa miodowo - musztardowego. O takiego tez poprosiłem. Niestety - okazało się, że tego akurat dzisiaj nie dostanę. No więc wziąłem klasycznego (9,30 zł). A ponieważ chyba w ciąży zimowej jestem, to sobie jeszcze ciastko z jabłkami wziąłem (3,50 zł), choć ciastek nie jadam. A jak ciastko to i kawa - duża biała (5,30 zł).

McWRAP 

podawany jest w takim oto fajnym pudełeczku:


Otwieram i co widzę:


Panierowany kurczak, sałata, pomidor, rozpuszczony ser i sos. Sam naleśnik chłodny, za to kurczak gorący. Tortilla lekko gumowata, ale dzięki temu całość nie rozpada się, składniki trzymają się kupy i je się to po prostu wygodnie (Ania M. - miałaś 100% racji!).

Na początku wydawało mi się, że kurczaka jest nieco mało, jak na coś, co kosztuje ponad 9 zł. Ale kiedy doszedłem do połowy - zmieniłem zdanie. Pierwsza część McWrapa to pół na pół kurczak z warzywami. Ostry sos moim zdaniem ciekawie podkreślał smak i jadłem z coraz większym apetytem.
A od połowy...


Od połowy mamy właściwie McWRAPA mięsnego. Praktycznie sam kurczak z ...TA-DAM!... rukolą! Ha! Podobuje się mnie to bardzo! Rukola podkreśla smak kurczaka, lekko zaostrza i nadaje tego jedynego w swoim rodzaju ziołowego posmaku. I tak już do końca:


Bardzo mi smakowało. Nastrój mi się poprawił, jak hipisowi po trawie i sięgnąłem po

Ciastko z jabłkami

Nie wiem co mi odbiło, bo ciast nie jadam. Idąc na kawę nigdy nie zamawiam ciastka/tortu/pączka/rurki z kremem ni innego słodycza. Chyba zimowa ponurość sprawiła, że masakrycznie wprost poczułem potrzebę dosłodzenia sobie. Dlatego zmierzając do McDrive'a, ciastko z jabłkami miałem wpisane w zamówienie. Kosztuje jedyne 3,50 zł, a dostajemy je w praktycznym i estetycznym pudełku:


Opakowanie ma kilka zalet, oprócz tego, że można je zabrać ze sobą, to dodatkowo chroni palce przed oparzeniem oraz utłuszczeniem. No to wysunąłem:


Trochę zdążyło wystygnąć, kiedy jadłem wrapa, ale środek był gorący. Wierzch to chrupiące i słodkie, jak babcia po rencie, ciasto. A środek...


Gorące kawałki jabłek z cynamonową nutą w czymś rodzaju jabłkowego puree. Nie znam się na ciastkach, więc piszę, jak to widziałem - wybaczcie :) No kurde - nie spodziewałem się, że za 3,50 zł można zjeść takie dobre ciastko! Wchłonąłem je niczym pewne radyjo świadectwa udziałowe. Ciacho popijałem

kawą

Mocna i aromatyczna, ale ... w sieciówkach moim zdaniem kawową palmę pierwszeństwa dzierżą Starbucks i BP. Ta makowa jednak kopa dała i z ciastkiem komponowała się doskonale.


Podsumowując: za 18 złotych i 10 groszy najadłem się, napiłem i wyszedłem szczęsliwy. McWRAP  tak mi posmakował, że w najbliższym czasie przejdę się spróbować jego miodowo - musztardowej odmiany. Ciastko z kawą przekonało mnie do częstszego łączenia tych dwóch przyjemności. Jednym słowem - dobrze było i chętnie powtórzę.

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...