O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


wtorek, 28 lutego 2012

KONKURS - PRZEDŁUŻENIE

Ponieważ nie nadeszła żadna poprawna odpowiedź, przedłużamy konkurs do niedzieli do północy. Naprawdę nie pamiętacie, jak nazywa się ta FASCYNUJĄCA kanapka???


Odpowiedzi ślijcie na misza67(at)gmail.com. W tytule mejla wpisujcie "Konkurs Weź Mnie", w treści odpowiedź. Trzy duże kanapki do wygrania!

poniedziałek, 27 lutego 2012

Wielki come back, czyli Weź Mnie wraca!

W zeszłym tygodniu zadzwonił do mnie Michał z Weź Mnie. Drgającym ze wzruszenia głosem oznajmił, że Weź Mnie wraca na kielecki rynek gastronomiczny. Ucieszyłem się bardzo, bo jak wiecie z postów na tym blogu, jadłem tam najlepsze kanapki w Kielcach. Byłem tak zachwycony smakiem, że nawet objęliśmy jako Street Food Polska patronat nad lokalem. Niestety, na skutek różnych zawirowań lokal na Wesołej został zamknięty, a ja zostałem pozbawiony najlepszych hamburgerów, jakie jadłem. Brakowało mi również burrito oraz Ostrego Misia, które tyle razy stawiały mnie na nogi podczas nocnych powrotów z knajp, z sentymentem wspominałem czas, kiedy to "Uwiódł mnie Konkretny Henryk, żona flirtowała z Chrupką Lolą". 
Więc zadzwonił Michał i zaprosił mnie na sesję zdjęciową kanapek. Oczywiście skorzystałem z okazji, bo nie dość, że będę mógł się dopytać o wszystko związane z powrotem Weź Mnie na rynek, to jeszcze będę miał okazję przypomnieć sobie smaki tych kanapek. Stawiłem się więc o określonej porze w określonym miejscu. Tak, dopiero teraz mogłem zobaczyć, jak brakowało w Kielcach tej kanapkarni! 
Na początek może przypomnę menu, bo nie zmieni się ono w stosunku do tego, co pamiętacie (chodzi mi o kanapki):
Urocza Danka
Marta Fit
Klasyczna Zofia
Uprzejmy Leszek
Ostry Miś
Konkretny Henryk
Fascynacja Fabiana
Chrupka Lola
WeźBurger
Burrito
Ceny Kanapek: Urocza Danka mała 4,50 zł, duża 5,50 zł; Marta Fit, Klasyczna Zofia, Uprzejmy Leszek, Ostry Miś, Konkretny Henryk, Fascynacja Fabiana oraz Chrupka Lola - mała 5,50 zł, duża 7,50 zł. WeźBurger i burrito 8 zł (jeden rozmiar). W menu znajdą się również zupy-kremy, koktajle i soki ze świeżych owoców, ciastka, kawa... Michał przygotował również dania specjalne, które pojawiać się będą w weekendy, jakie to dania? Póki co to tajemnica, ale powiem Wam, że zapowiada się super! Wypytałem tez dokładnie o składniki i ich pochodzenie. Otóż całość produkowana będzie z produktów kupowanych u świętokrzyskich producentów. Bułki na przykład robione będą na zamówienie w piekarni Piekiełko, majonez i musztarda z kieleckiego Społem, warzywa od świętokrzyskich rolników (przez cały rok! W zimie również, tylko "spod folii") itd. Oczywiście kanapki będą wg uznania Klienta podawane na ciepło lub zimno, Weź Mnie uruchamia również catering - zarówno dania z menu, jak i opracowywane na indywidualne zamówienia. Ja osobiście nie mogę się doczekać otwarcia nowego lokalu - póki co obowiązuje ścisła tajemnica, ale mogę Wam zdradzić, że: lokal będzie w ścisłym Centrum, a otwarcie nastąpić ma w pierwszej połowie marca. Śledźcie fan page Weź Mnie i nasz na Facebooku, tam znajdziecie wszystkie informacje. Warto też "polubić" oba fan page, bo dla fanów wspólnie z Weź Mnie szykujemy sporo niespodzianek! 
Pora więc na kilka fotek z sesji.
Na poczatek mój ukochany WeźBurger:

Konkretny Henryk, czyli:
Duża grillowana bułka z ciemnego pieczywa z ziarnami  napełniona sałatą, wołowym pastrami, bekonem, ogórkiem kiszonym, cebulą, sezamem i sosem musztardowo - miodowym.



A tutaj Chrupka Lola w całej krasie:  sery lazur i camembert  (w wersji na gorąco rozkosznie roztopione), mix sałat, mix kiełków, papryka i prażone nasiona.


A tę kanapkę pamiętacie? Wśród osób, które napiszą na: misza67(małpa)gmail.com i w tytule wiadomości wpiszą "Konkurs Weź Mnie" a w treści podadzą nazwę kanapki, wylosujemy TRZY OSOBY, które wygrywają tę kanapkę w wersji dużej - nagroda będzie do odebrania w lokalu (oczywiście po otwarciu). UWAGA! KONKURS ZACZYNAMY DZIŚ O 13.00, KOŃCZYMY JUTRO O 13.00 - NAZWISKA/NICKI ZWYCIĘZCÓW OPUBLIKUJEMY NA FAN PAGE'U WEŹ MNIE! ZE ZWYCIĘZCAMI SKONTAKTUJEMY SIĘ MEJLOWO! A WIĘC JAK SIĘ NAZYWA TA KANAPKA:



piątek, 24 lutego 2012

W samo południe, czyli bekonburger w Roy Benie

Wczoraj zadzwonił kolega i spytał, czy mam ochotę zmierzyć się z daniem, które on od jakiegoś czasu zamawia na lunch i nigdy jeszcze nie zjadł go do końca. Perspektywa spędzenia godzinki lub dwóch w dobrym towarzystwie przy jedzeniu nastroiła mnie bardzo pozytywnie. Choć pogoda ostatnio typowo jesienna, depresyjna i nie skłaniająca do wyjścia na dwór, przyjąłem wyzwanie i z radością w samo południe stawiłem się na placu boju, czyli w restauracji Roy Ben na ulicy Sienkiewicza. Wchodzi się "z ulicy", sam lokal mieści się w kamienicy na wprost Teatru Żeromskiego. Kilka słów o wystroju lokalu. Roy Ben stylizowany jest na brytyjski pub. Ściany oblepione angielskimi gazetami, flagi, blaszane reklamy, plakaty - mnie osobiście kojarzy się to bardziej z okresem "swingin' sixities" - dużo w tym brytyjskości, ale i sporo amerykanizmu. Samo wnętrze jest bardzo przytulne, dominuje kamień i drewno, po swojsku zagracone różnymi pubowymi gadżetami. Miejsc siedzących sporo, zarówno dla 2-3 osób, jak i dużych grup. W piwnicach znajduje się część "klubowa" z miękkimi fotelami, część górna to część typowo restauracyjna, dwupoziomowa. Na dole (lub raczej środku) znajdziemy: bar, salę dla dużych grup, lożę gdzie siądzie 2 x po 4 osoby, część centralna to trzy loże po 4 osoby, jeden wolno stojący stolik na 4 osoby i 3 stoliki dla 2-3 osób. My zdecydowaliśmy się zjeść na antresoli, gdzie znajdziemy: 1 stolik dla 6 osób, 1 na 4 osoby i 2 trzyosobowe. 



Tyle o wystroju, pora na menu. Tu troszkę się zdziwiłem, bo pomimo iż lokal reklamowany jest jako "angielski" to kuchnia jest raczej mocno mieszana. Obok potraw, które można podciągnąć również pod kuchnię angielską, spotkamy w menu dania włoskie czy wschodnie. Lekturę karty zaczynamy od starterów (ceny 9,90 zł do 14,90 zł), następne są zupy (tylko trzy, ale Anglicy zup nie lubią, traktują je raczej jako przekąski, więc OK. Ceny zup w przedziale 8,50 zł - 9,50 zł), Specjały Roy Bena (tutaj znajdziemy zarówno "Bekonburgera" za 14,90 zł jak i tzw. "Dużego Bena" za 55,50 zł, czyli zestawu mięs z ziemniaczkami dla 4 osób). Następnie mamy kartę dań klasycznych, w której oprócz polędwiczek czy steków znajdziemy też szaszłyk czy shoarmę, zakres cen 13,90 zł do 28,90 zł za "befsztyk Lancelota". Po kuchni klasycznej spotkać możemy tzw. Włoskie klimaty, gdzie typowo włoskie dania noszą angielskie nazwy (11,90 zł - 14,90 zł), sałatki (12,90 zł - 15,50 zł), ryby i owoce morza (18,90 zł - 22,90 zł), desery i napoje.
My zamówiliśmy bekonburgera, o którym kolega mawiał, że jeszcze nigdy tego dania nie udało mu się zjeść w całości. Chętnie podjąłem to wyzwanie, bo danie niby restauracyjne, a street foodowe trochę, więc na pierwszą recenzję lokalu w sam raz.
Po około 10 minutach od złożenia zamówienia na stoliku wylądowały talerze. Sapnąłem z uznaniem, bo porcje ogromne. 


Na talerzu wielkości klatki piersiowej kolegi znalazły się: gigantyczny hamburger w bułce, sterta frytek i surówka. Zacząłem od hamburgera. Ogromny plus, że kotlet robiony i smażony na miejscu, nie kupowany gotowy. Jednak: wielkość burgera to około 1/3 - 2/5 bułki, nawet fakt, że jest dość gruby nie potrafił ukryć rażących dysproporcji między nim a pieczywem. Bekonu w bułce był jeden plaster, do tego spalony. Wielkość kotleta byłbym jeszcze w stanie zaakceptować, gdyby nie to, że  również był moim zdaniem przetrzymany na ogniu i stracił tę tkliwą, chwytającą za serce soczystość mielonego mięsa. Reszta zawartości bułki to ser, cebula, sałata, sosy i inne typowe dodatki. Gdyby nie za suchy kotlet i spalony bekon, uznałbym tego hamburgera za bardzo dobrego, a nawet rewelacyjnego, a tak... było tylko dobrze. No, na pewno dużo lepiej niż w wypadku hamburgerów kupowanych w miejscach, gdzie kotlet jest "kupny" i przypomina raczej placek ziemniaczany niż burgera. 


Frytki. Nie dość, że jest ich naprawdę bardzo dużo, to jeszcze bardzo smaczne. Idealnie wysmażone, soczyste i chrupiące jednocześnie, bardzo przypominały mi frytki z McDonald's. Samymi frytkami można zaspokoić głód.
Surówka. Z białej kapustki z dodatkami również bardzo smaczna i idealnie pasująca do reszty.
Reasumując: porcja naprawdę gigantyczna i za 14,90 zł można się najeść (ja dałem radę, ale kolega 1/3 frytek i surówki zostawił bo nie zmęczył). Wielkość ma jednak swoje wady - jeśli ktoś nie wchłania jedzenia z prędkością światła, to końcówkę będzie jadł zimną. Edit: danie wyszło do nas naprawdę gorące, po prostu duża powierzchnia talerza sprzyja wychłodzeniu, więc to nie zarzut.
Stosunek ilość - cena: idealny
Stosunek jakość - cena: dobry plus. Jak pisałem, gdyby nie za suchy kotlet i spalony bekon, mniejsza bułka lub większy kotlet - byłoby idealnie.
Powiem szczerze - różne opinie na temat jedzenia i obsługi w Roy Benie czytałem, ale dzisiejsza wizyta nastawia mnie raczej pozytywnie do tego miejsca. Obsłudze nie mam nic do zarzucenia, jedzenie które zamówiliśmy poza drobnymi (acz drażniącymi) uchybieniami również zadowoliło. Za 15 zł najadłem się po pachy i jeśli poprawią kotleta to nie będę miał więcej uwag. 
Podkreślam, że nie jadłem tam wcześniej, więc moja opinia dotyczy tylko i wyłącznie zestawu "Bekonburger". Zdjęcia robiłem telefonem bez lampy, więc jakość jest jaka jest. 

wtorek, 21 lutego 2012

Karm dobrze albo giń, czyli polemika

Dostałem wczoraj od koleżanki linka do bloga. Do bardzo fajnego bloga, dodajmy. Fajnego, bo jest o gastronomii, bo jest co poczytać, bo dobrze napisany. Blog ten nazywa się Gdzie Zjeść. Z przykrością jednak stwierdzam, że autorzy bloga forsują szkodliwy moim zdaniem punkt widzenia. Szkodliwy z punktu widzenia konsumenta i rynku gastronomicznego. Chodzi mi tutaj o artykuł Talerz.. obrazem frustracji? Autorzy bloga stawiają tam tezę, że podczas wizyty w restauracji należy szukać wyłącznie dobrych stron. OK, rozumiem założenie: " Przecież idziemy tam, by odpocząć, by cieszyć się towarzystwem, z którym spędzamy wspólne chwile, by dobrze zjeść". Jak najbardziej. Zgadzam się. Jednak ciężko mi szukać dobrych emocji w fakcie, że zamawiając zupę gulaszową nie znajduję w niej mięsa. Nie widzę NICZEGO pozytywnego w daniu wielokrotnie odgrzewanym, ze starych składników, za które płacić mam jak za danie pełnowartościowe. Nie będę wyrozumiały dla opryskliwego kelnera, który ma akurat zły dzień. Jeśli ma zły dzień, niech zostanie w domu. Nie będę pobłażliwy dla właściciela lokalu, który oszczędza na składnikach i próbuje mi wmówić, że mam zapłacić 35 zł za carpaccio, które zrobione jest z żylastego mięsa pociętego w kawałki, które ciężko jest nożem (sic!) przekroić. Trudno mi cieszyć się jedzeniem, na które czekam godzinę i dostaję zimne, bo obsługa nie potrafi się porozumieć z kuchnią. Bo to JA wydaję w restauracji pieniądze i JA mam prawo wymagać by dostać to, za co zapłaciłem, odpowiedniej jakości. Oczywiście rozumiem, że każdy ma gorsze dni. Ale nie będę w sobie szukał współczucia dla człowieka, który bierze ode mnie pieniądze i z premedytacją sprzedaje mi towar niepełnowartościowy. Nie przychodzę do restauracji wysłuchiwać skamlenia o złych dostawcach, nieuczciwej obsłudze itp. Zmień dostawcę, zmień obsługę i nie każ mi płacić za swoje problemy. Jak nie znam się na naprawie samochodów, to nie otwieram warsztatu. 
Nie należę do osób, które idą coś zjeść z negatywnym nastawieniem. Wręcz przeciwnie - jak mam zły humor to idę zjeść by go sobie poprawić, sama świadomość, że za moment będę cieszył się jedzeniem (sam lub w towarzystwie) poprawia mi nastrój. Nie przyczepię się do dekoracji talerza i sposobu podania, bo liczy się dla mnie smak. Nie szukam dziury w całym, bo ze smakiem jest jak z d..pą - każdy ma swój. Jeden będzie zajadał się kawiorem, drugi na widok ikry ma odruch wymiotny. Jednak nigdy nie wybaczę, gdy za moje pieniądze próbuje się zrobić ze mnie głupka. Są pewne standardy, których należy się trzymać. Dlatego uważam tezy stawiane przez autorów artykułu za złe z punktu widzenia konsumenta (bo każe mi, jako konsumentowi stulić uszy i wmawia we mnie poczucie winy, że śmiałem skrytykować coś, za co płacę) i z punktu widzenia rynku gastronomicznego (bo każe przymykać oczy na złe praktyki). 
W sekcji "o blogu" piszecie Państwo tak: Jedna niezadowolona osoba potrafi przekazać swoją krytykę dziesięciu znajomym. Jedna zadowolna osoba, przekaże pochwałę góra dwóm. Bardzo często wytykamy czyjeś błędy, a zdecydowanie zbyt rzadko chwalimy. Dlatego to nie jest blog, w którym przeczytasz wyłącznie posępne opinie o długim oczekiwaniu na zamówienie, nie dopieczonym mięsie, mdłej sałatce, czy niemiłej obsłudze w restauracji. To nie jest blog, gdzie każdy post będzie opatrzony fotką ukradkiem zrobioną pod stołem lokalu, bo przecież ta potrawa jest podana na złym talerzu!
Nie sztuką jest krytykować! Chociaż robimy to bardzo często, niestety bywa, że nieświadomie. Zdedydowanie lepiej jest chwalić i stale poznawać.. uczyć się smaków, zapachów i radości z życia!
Chwalmy tam, gdzie na pochwałę zasługują, ale na litość boską - tępmy zachowania rodem z głębokiego PRLu, gdzie klient z góry skazany był na porażkę w starciu z restauratorem, bo często nie miał po prostu alternatywy. To chyba logiczne, że jeśli gdzieś spotkam się z chamskimi kelnerami albo oszukiwanym jedzeniem ostrzegę przed tym innych zamiast po cichu wspierać złodzieja, który sięga po nasze pieniądze i sprzedaje nam syf. Jak najbardziej chwalmy lokale, gdzie można dobrze zjeść, gdzie obsługa jest miła, gdzie mamy poczucie dobrze wydanych pieniędzy. Ale wskazujmy palcem błędy i wypaczenia - jeżeli restaurator nie potrafi wyciągnąć wniosków z krytyki, niech zamknie lokal! Dlaczego ma oszukiwać innych ludzi? Wolny rynek - wolny wybór. Ale i dostęp do informacji, również tej nie zawsze przychylnej restauratorowi. Po prostu KARM DOBRZE ALBO GIŃ (z rynku).
p.s. Używam tutaj słowa restaurator, ale myślę również o właścicielach pubów, budek i straganów, oraz wszystkich parających się gastronomią.



czwartek, 16 lutego 2012

Wielkość to nie wszystko, czyli Szefowie się nie postarali

Wybierałem się, wybierałem i wybrać nie mogłem. W końcu, jako że dziś Tłusty Czwartek, zmobilizowałem się do odwiedzenia lokalu, który od dawna mnie ciekawił swoimi wielkimi (wg ulotki 70 cm) zapiekankami. Mowa o pizzerii Biesiadowo. Lokal ów mieści się na rogu ulic Koziej i Orlej, w tym samym budynku co Radio FaMa, tuż obok Urzędu Miasta, wejście od ulicy Koziej. Spojrzałem na menu, ale tak naprawdę poszedłem do Biesiadowa w jednym tylko celu: spróbować wreszcie czegoś, co w menu figuruje jako Zapiekanka Szefów. Jest to najdroższa zapiekanka w ofercie Biesiadowa i jak rozumiem flagowa, skoro nazwę firmują szefowie. Na starszych ulotkach, które do mnie docierały nie było podanego składu, więc wyobraźnia pracowała na zwiększonych obrotach. Dodam jeszcze, że wszystkie zapiekanki w Biesiadowie sprzedawane są w dwóch rozmiarach: mała (35 cm) i duża (70 cm). Ja zdecydowałem się na dużą. Zapłaciłem 10,50 zł, usiadłem i zacząłem rozglądać się po lokalu. Jest on nieduży, z zewnątrz szyby wyklejone menu i logiem, co sprawia, że jedzący widzą to co dzieje się za oknem, samemu nie wystawiając się na spojrzenia ciekawskich. Wystrój lokalu stylizowany jest na "wiejski", a może raczej "ludowy" (bo nie odważę się stwierdzić, że "rustykalny"), ale bez przesady. Ta ludowość przejawia się w szerokich, drewnianych stołach (których jest 6), dostawionych do nich ławach, abażurach i wzorach na ścianach.  No i przede wszystkim w menu, w którym nazwy odbiegają bardzo od tych spotykanych zwykle w pizzeriach (np. Lis w kurniku, Piejo kury piejo, Mincho z grzybem itp.). Acha, jest też kącik dla najmłodszych. Tyle o samym lokalu, pora na meritum, czyli zapiekankę. Po około pięciu minutach (nie jest to zarzut, w menu napisane jest, że zapiekanki są z pieca, więc rozumiem, że trzeba poczekać) dostałem na ogromnym (EDIT: dużym) talerzu ... dwie zapiekanki! Hmmm... W sumie to rzeczywiście było 70 cm, ale myślałem raczej, że będzie to długaśna JEDNA zapiekanka.


No nic, my tu gadu-gadu, a jedzenie stygnie. I to bardzo szybko stygnie! Naprawdę, pierwsza zapiekanka była zjedzona dopiero w połowie, a już była zimna. Normalnie jakby wyszła z mikrofali, a nie z pieca. Drugą jadłem oczywiście zimną zupełnie. No dobra, czas opisać składniki:

  • bagietka -  posmarowana sosem pomidorowym, z wierzchu chrupka w środku miękka. Gdyby nie stygła tak szybko byłbym bardzo zadowolony.
  • pieczarki - skrojone w grube plasterki, soczyste
  • kebab - mięso z kebaba z kurczaka, nie przesadnie dużo, ale kawałki dość spore, nie spalone, soczyste
  • ser - zapieczony odpowiednio, ilościowo dość mało
  • sos majonezowy - ilość jak widać na fotce
  • ananas - ten składnik sprawił, że ostatecznie nie ocenię tej zapiekanki dobrze. 
Dlaczego? Ano dlatego, że wyjęty był chyba przed samym podaniem z lodówki. Kawałki duże, ale zimne, jakby miały trafić do deseru lodowego, a nie do zapiekanki. Momentami zęby mi mroziło, od połowy pierwszej zapiekanki systematycznie ananas lądował już na boku. 


Reasumując: wielkość i fajne nazwy w menu nie wystarczą żeby było dobrze. Do takiego miejsca idę coś zjeść, a nie zachwycać się menu. Nie jadłem tam wcześniej, więc nie wiem, czy duże zapiekanki zawsze podawane są jako dwa kawałki czy nie. Ale jeśli w menu używa się liczby pojedynczej, to należałoby się tego trzymać. A jeśli z jakichś powodów jedna długa bułka się nie sprawdzała lub jej zabrakło - wypadałoby o tym poinformować klienta. 
Ale mój największy zarzut dotyczy zapiekanki, którą zamówiłem. Naprawdę, szedłem tam nastawiony bardzo pozytywnie. Naprawdę miałem ochotę na mega zapiekankę. Ale kompletnie nie miałem ochoty płacić za zimną bułkę i lodowatego ananasa, który zresztą pasował do tej kompozycji, jak pięść do nosa (moim zdaniem). Następnym razem, jak będę chciał wydać 10 zł na fast fooda to pójdę na kebab do NURa. Albo na pitę z karkówką kilka metrów dalej do Jaffy, dostanę smaczne i gorące. Pizzy już raczej też w Biesiadowie nie zamówię, bo jeśli zapiekanka stygła w pół minuty, a składniki były zimne, to nie wydam prawie 40 zł na eksperyment pod tytułem "uda się czy się nie uda". Szkoda, bo lokal przyjemny, obsługa takoż i widać potencjał w tej sieci. Ale potencjał łatwo roztrwonić niedbałością. Tak, drodzy Państwo, czasami nie ILOŚĆ, lecz JAKOŚĆ.

środa, 15 lutego 2012

4 zł za pół metra, czyli poradnika jak tanio zjeść ciąg dalszy

Tak się złożyło, że Kielce zasypało. Zaspy w mieście ogromne i wracając do domu, na Rynku byłem spocony i głodny. Mieści się tam sprawdzony punkt gastronomiczny "Jaffa Grillroom". Pomyślałem, że warto zajrzeć, bo dawno mnie tam nie było. A w kieszeni miałem 4 zł, więc od razu sprawdzę, czy za taką kwotę da się zjeść coś więcej niż zakąski "Pod Telegrafem" czy kurczakburgera z McDonald's. Opisywała te zapiekanki Marika, opisywałem i ja. Pisaliśmy też o jaffowych pitach. Do tej pory zapiekanki jedliśmy tam z dodatkami, tym razem postanowiłem przetestować "podstawkę", czyli najbardziej klasycznego polskiego fast fooda, a mianowicie zapiekankę z grzybami i serem. Wszedłem więc do środka i poprosiłem o najzwyklejszą zapiekankę. To co mi się w Jaffie podoba, to to, że nie mają tam mikrofali, tylko piecyk. Zapłaciłem 4 zł i po kilku minutach dostałem swoją zapiekankę. Proszę Państwa: pół metra przyjemności! Niby trzy składniki, niby proste, niby tanie, a jednak radości dostarczyło dużo.

  • bagietka - długa na ok. 50 cm, doskonale chrupka i miękka jednocześnie
  • pieczarki - cięte w kawałki, soczyste, dobrze doprawione
  • ser - starty na dużych oczkach, doskonale zapieczony, ciągnący się
Całość została polana ketchupem, ale odpowiednio,  tak, że nie zabił smaku a tylko go podbijał.
Jeśli jesteście w Centrum, jeśli jesteście głodni, jeśli w kieszeni macie tylko 4 zł - walcie tam jak w dym, bo warto! A jak macie 5 zł to weźcie zapiekankę z dodatkiem - jest ich kilka do wyboru.


Po francusku na Orlenie, czyli Chili

Pisałem już o hot dogach francuskich na stacjach Orlenu. Ostatnio jadąc na zakupy wypadło mi tankować autko na jednej z tych stacji, skorzystałem więc skwapliwie z możliwości ponownego posmakowania tychże hot dogów. Mój wybór padł na hot doga z kiełbaską chili. Jako, że chili to sos wziąłem meksykański. I ponownie okazało się, że Orlen "francuzy" robi doskonałe. Bułka grillowana, cieplutka i chrupiąca, kiełbaska soczysta i gorąca a sos idealnie pasujący. Cóż można dodać - za 4,50 zł otrzymujemy wspaniałą przekąskę na gorąco, której właściwie nie ma co zarzucić. Hot Doga jadłem na małej stacji, nie należącej do sieci Orlen Stop Cafe, a jednak w przeciwieństwie do BP był tak samo smaczny, jak na dużej stacji. Polecam.


czwartek, 9 lutego 2012

ZaNURzony w smaku, czyli wreszcie dobry kebab z kurczaka

Wracałem sobie wczoraj do domu ulicą Sienkiewicza i wpadła mi do głowy myśl, że może warto sprawdzić co słychać w Nur Kebab, ostatnim razem byłem bardzo zadowolony jedząc tam, więc od razu skierowałem swe kroki do owego baru. Poprzednio jadłem tam kebab z baraniny, tym razem postanowiłem się przełamać i zjeść kebab z kurczaka. Dawno takowego nie jadłem, bo w Kielcach trudno było swego czasu o dobry kebab, a w miarę jak pojawiały się tureckie bary z baranimi kebabami wybierałem baraninę. W odległych czasach kilka razy kupiłem np. na Rynku coś co nosiło nazwę kebab z kurczaka, a okazywało się jakimś kulinarnym koszmarkiem. Powiem tylko, że normą były skóry z kurczaka mające imitować mięso, więc unikałem kurczakowych jak ognia, albo brałem mieszane z baraniną, samego kurczaka jednak nie ryzykując. Ale jak wspomniałem, w Nur barani był tak dobry, że postanowiłem spróbować z kurczaka. Pomny wielkości tamtejszych kebabów zamówiłem mały w cienkim cieście. Kosztował mnie 8 zł. Otrzymałem solidną porcję jedzenia zapakowaną w grillowane cieniutkie ciasto. Tureckie przysłowie mówi: Nadzieja jest kapitałem życia, więc trzymałem się owej nadziei, modląc się duchu, bym się na niej nie przejechał. I co się okazało - podjąłem bardzo dobrą decyzję! Kebab z kurczaka w Nur Kebab jest naprawdę godny polecenia. Mięso soczyste i dobrze doprawione, nie wiem czy to kwestia tego, że dawno kebaba z kurczaka nie jadłem, ale wydawał mi się nawet lepiej doprawiony niż barani (nie sądziłem, że kiedyś to napiszę!). Standardowo surówki, ale tym razem na szczęście bez ogórka kiszonego (i bardzo dobrze!), sos mieszany, który lekką swą ostrością podbijał smak całości, odpowiednio dawkowany nie wylewał się na ręce podczas jedzenia. Całość oceniłbym na 5 punktów z 5 możliwych. Naprawdę rewelacja! Jakość jedzenia i obsługi sprawia, że chce się tam wracać. szkoda tylko, że Nur Kebab nie jest czynny całą dobę, a jedynie do 22.00 w dni powszednie. Nie zrobiłem zdjęcia bo byłem tak zaaferowany jedzeniem, że zapomniałem. Ale uwierzcie mi na słowo - jeśli lubicie tureckie jedzenie, to po wizycie w Nur Kebab będziecie bardzo zadowoleni. To było naprawdę dobrze wydane 8 zł.
P.S. czy ta czujka do alarmu w lokalu musi tak złośliwie pikać? Mocno to rozprasza!

środa, 8 lutego 2012

Po włosku Pod Telegrafem, czyli smacznie za 4 zł.

Tak się złożyło, że znowu zawędrowałem dziś do piekarni Pod Telegrafem. Ostatnim razem jadłem tam zapiekankę z tuńczykiem, dziś skusiłem się na dwie przekąski we włoskim stylu, mianowicie pizzę parmeńską i trójkąt salami.


Na pierwszy ogień poszła pizza parmeńska. Za 1,99 zł dostajemy prostokątny kawałek ciasta (puchaty) pokryty sosem pomidorowym, zapieczoną szynką w cieniutkich plasterkach (ale nie zaryzykuję stwierdzenia, że parmeńską)  i serem. Całość smaczna i warta tych dwóch złotych. Ot, taka niezobowiązująca tania przekąska:


Następnie zająłem się trójkątem salami. Jest nieco droższy, ale moim zdaniem lepszy. Za 2,20 zł dostajemy trójkąt z puchatego ciasta z 3 plasterkami salami, sosem pomidorowym i kawałeczkami papryki. Wielkość - mniej więcej 1/8 standardowej dużej pizzy. Smakowo lepsze od pizzy parmeńskiej, wyraźniejsze. Polecam.


Reasumując: za 4,19 zł zaspokoiłem mały głód i było to lepsze w smaku niż niejeden tani hamburger. Gdybym miał do wyboru przeciętnego hamburgera za 6 zł lub 3 przekąski pod telegrafem, bez wahania wybrałbym te drugie. Dowożone dwa razy dziennie i pieczone na miejscu są po prostu smaczne i co najważniejsze świeże. Jedyny minus to taki, że odgrzewane w mikrofali, ale jeśli traficie na moment wyjmowania ich z pieca to już lepiej trafić nie mogliście.

poniedziałek, 6 lutego 2012

O piwach różnych i zakąskach do nich, czyli jest taki sklep...

Benjamin Franklin powiedział kiedyś: Piwo jest dowodem na to, że Bóg nas kocha i chce, byśmy byli szczęśliwi. Miał sporo racji! Ostatnio mogliście przeczytać ciekawy artykuł Antka Stalicha na temat angielskiego piwa, dziś chciałem podzielić się z Wami moimi odczuciami na temat zakąsek do piwa, jakie ostatnio miałem okazję testować. Po kolei: zachciało mi się piwa, ale piwa innego niż zwykle pijam. Udałem się więc do niepozornego sklepu na ulicy Romualda 15 w Kielcach, gdzie jeszcze nie byłem, ale dużo o nim słyszałem. Parterowy budynek mieści się obok Agencji Rynku Rolnego, nad wejściem szyld "AGA". Po wejściu do środka poczułem się, jak Harry Potter podczas pierwszej wizyty w Miodowym Królestwie. Bardzo duży wybór piw z całego świata i zakąsek do nich. Sklep prowadzony jest przez dwóch bardzo sympatycznych birofilów - ojca i syna, obdarzonych kolosalną wiedzą na temat piwa. Łukasz prowadzi zresztą bloga o piwie - polecam. Po bardzo ciekawej rozmowie wyszedłem stamtąd zaopatrzony w kilka zakąsek i dwa różne piwa, których do tej pory nie miałem okazji spróbować. Dotarłem do domu i zabrałem się do degustacji powyższych.
Na pierwszy ogień poszło piwo Breznak. Dobre, gorzkawe, takie jak lubię. Alkohol 6,5%, cena 5 zł + 0,50 zł kaucja za butelkę.




Otwierając piwo otworzyłem od razu przekąski. Zacząłem od prażonego słonecznika. Nie są to obrane ziarna, tylko uprażone w łupinkach, z solą i przyprawami. Smak słony, momentami ostry, mocno "dymny", przypalony. Fajne i smaczne, szczególnie polecam osobom lubiącym łuskać ;) Cena to jedyne 1,50 zł, a zabawy dużo.




Następnie otworzyłem ukraińskie sucharki z chleba, cięte w "zapałkę" suszone kawałeczki chleba. Pierwsze,  o smaku śmietanki z ziołami zachwyciły mnie jednocześnie intensywnym ale delikatnym smakiem, drugie, bekonowe, lekko rozczarowały, bo spodziewałem się mocniejszego posmaku bekonu. Ale jedne i drugie jak najbardziej godne polecenia, moim zdaniem lepsze od chipsów. Pakowane po 35 g kosztują tylko 1,90 zł. Polecam gorąco, nie tylko do piwa, ale i jako alternatywę dla chipsów.





W miarę, jak w butelce ubywało piwa, przyszedł czas na gwiazdy wieczoru, czyli suszono -wędzone kalmary i suszonego dorsza na ostro. Kalmary - macki kalmarów cięte w plasterki, jak chipsy, charakteryzują się bardzo wyraźnym rybnym smakiem, lekko gumowate można je żuć, jak gumę. Dla mnie rewelacja! Cena 40 g paczki to 4,40 zł i moim zdaniem warto tyle wydać, bo do piwa idealne.




Na sam koniec pozostał więc suszony dorsz w ostrej posypce. Ta ryba z kolei cięta jest w cieniutkie paseczki. Pierwsze wrażenie po otwarciu paczki to bardzo intensywny zapach, nie każdemu pewnie przypadnie do gustu, porównałbym go do zapachu karmy dla rybek akwariowych ;) Natomiast kiedy już zdecydujecie się spróbować - nie będziecie żałować. Ta ryba podobnie, jak kalmary, jest gumowata, więc można sobie żuć nie tylko do piwa :) Poprzez ostrą posypkę i wyraźny rybny smak jest wg mnie idealną zakąską do piwa. Cena 40 g paczki to również 4,40 zł. Polecam gorąco, nie tylko piwoszom, ale i osobom lubiącym od czasu do czasu podjadać. 




No właśnie, skupiłem się na zakąskach i zapomniałem o drugim piwie. Nazywa się Pinta Atak Chmielu, alkohol 6,1%. Opis z etykiety sprawił, że zostawiłem je na koniec, bo wydawało mi się, że do zakąsek nie będzie pasować: " Perfekcyjnie nachmielone piwo w stylu American India Pale Ale. Czerwono-miedziane, treściwe ze smakiem i aromatem cytrusowym, kwiatowym, żywicznym, sosnowym i owocowym pochodzącym od amerykańskiego chmielu". I wszystko to prawda, tylko, że bardzo miło mnie zaskoczyło - żadne tam słodko-perfumowane piwo dla kobiet! Otóż pierwsze wrażenie smakowe to, owszem, delikatne posmaki, ale finisz ma bardzo gorzki. Rewelacyjne piwo,bardzo orzeźwiające, to będzie chyba mój faworyt na gorące, letnie dni. Cena tego piwa to 6,90 zł i zdecydowanie warto od czasu do czasu przepłukać nim swoje kubki smakowe. 




To był zdecydowanie bardzo udany piwno-zakąskowy wieczór. Przede mną jeszcze niejedna wizyta u tych przesympatycznych piwoszy, tym bardziej, że jeszcze sporo zakąsek stamtąd mam do spróbowania, jak choćby suszoną wołowinę. No i ogromną ilość piw, których do tej pory nie próbowałem. Jeśli chcecie czegoś nowego spróbować albo dowiedzieć się o piwie - walcie tam jak w dym! Warto!

piątek, 3 lutego 2012

Szedłem na mrozie deptakiem jedząc kanapkę z kurczakiem

W swych wędrówkach po fast foodach dotarłem w końcu do miejsca opisanego onegdaj przez Aschette, kiedyś istniejącego pod nazwą Creperia, obecnie nazywającego się House of Kebab. Menu spore, od zestawów typu frytki + mięso, poprzez kebaby oraz kurczaki z rożna i sałatki po klasyczne fast foody - tosty, zapiekanki, kanapki grillowane, hamburgery itp. Ja skusiłem się na reklamowaną przez Aschette grillowaną kanapkę z kurczakiem. Nie ma już ciabatt w dwóch rodzajach, obecnie te kanapki to klasyczne panini. Bułka: okrągła i płaska,  złożona na pół i zgrillowana, do końca pozostała gorąca i chrupka. Nadzienie:

  • kurczak (cięty w kawałki, ale nie "kebabowy", tylko z rożna), miękki, soczysty i doprawiony
  • świeży pomidor
  • kukurydza konserwowa
  • kapusta pekińska
  • ogórek konserwowy i świeży
  • sosy - czosnkowy i ketchup
Ilość warzyw nie przesadna, powiedziałbym, że dobrze zbalansowana z ilością mięsa. Sosy: ketchup, jak ketchup, ale czosnkowy fajny, łagodny z początku, potem wyraźniejszy, przypominający sos tzatziki. Ilość sosów również dobrze dobrana. Kosztowała mnie ta kanapka 6 zł i muszę przyznać, że była smaczna. Zdecydowanie warto wydać na nią 6 zł. Acha, kanapki podawane są w papierowej torbie, dzięki czemu ryzyko pobrudzenia się sosem lub wypadającym składnikiem jest minimalne. Myślę, że zajrzę tam jeszcze, bo kilka pozycji z menu mnie kusi. Polecam to miejsce, bo choć zmieniło się od czasu Creperii, to kanapkę dostałem naprawdę smaczną.


czwartek, 2 lutego 2012

English Ale, oh, English Ale, oh, jak wielbię English Ale

Dziś nieco nietypowy wpis. Specjalnie dla nas Antek "Niecny Książę" Stalich pisze o szantach, a przy okazji o angielskim piwie. Myślę, że miłośników "złotego trunku" wśród naszych Czytelników nie brakuje, więc przeczytacie ten tekst z zainteresowaniem.

"Mała knajpa w starym porcie,
Gdzie w powietrzu wisi chmiel:
Zgrabna Nancy walczy z korkiem
By uwolnić English Ale.

Ucichł gwar i szum na sali,
A gdy wreszcie puścił szpunt... [razem!]

Ref. W górę szkło i pij na chwałę
Za angielskie, pyszne Ale.
W górę szkło i pij na chwałę,
Niech nam żyje English Ale.

English Ale, oh, English Ale,
Och, jak wielbię English Ale
"



Te piękne słowa Marka Razowskiego powstałe w czasach Pereł i Łotrów Szanghaju są do dzisiaj śpiewane na koncertach, a fani na ostatnie dwa wersy refrenu wznoszą w górę kufle i szklanki z naszym pysznym krajowym piwem. Rzekłby ktoś, że naturalnie, w piosence mowa o piwie angielskim. Wizyta w dowolnym nieco lepiej zaopatrzonym supermarkecie powinna umożliwić nam zatem  zakup piwa angielskiego importowanego z Wielkiej Brytanii, w czym więc problem? Sęk w tym, że angielskie piwa typu "ale" dostępne u nas w puszkach patentu Guinnessa czy charakterystycznych kapslowanych butelkach to "ales", lecz nie są to Prawdziwe Ale. Podobnie, importowana herbata Lipton jest - jak to okreslił znajomy Anglik - "produktem, który cudzoziemcy maja uznawać za esencję angielskości, ale my tutaj, wiesz, pijemy masowo produkowaną herbatę z dolnej półki"...

Żeglarzom i pozostałym rodakom udającym się w podróż do Wielkiej Brytanii naświetlimy parę tajników dotyczących doskonałego tradycyjnego piwa brytyjskiego znanego jako Real Ale [ri:l ejl].
Ponad trzydzieści pięć lat temu, tradycyjne angielskie Ale znajdowało się w całkowitym odwrocie, wyparte przez piwo beczkowe, filtrowane i transportowane pod ochronną poduszką sprężonego dwutlenku węgla. To współczesne piwo beczkowe, znane jako "keg beer" czy "lager" nie różni się znacznie od piwa produkowanego w Polsce. 
Odwrót "Ale" oznaczał upadek całej masy małych browarów i zagroził tradycyjnym wartościom brytyjskim. W 1971 roku zawiązała się pozarządowa organizacja CAMRA (CAMpaign for Real Ale), grupująca browary, puby oraz freehouses (o tym dalej) i propagująca to szczególne piwo, które nazwano właśnie wtedy "Real Ale", a słowo to weszło do potocznej angielszczyzny.
Real Ale jest piwem pochodzącym - podobnie jak niemieckie Weissbier - z górnej fermentacji. Niefiltrowane, nalewane jest do charakterystycznych beczułek (drewnianych ale i metalowych) z dwoma szpuntami - górnym i dolnym, szczepione drugim rzutem drożdzy i dostarczane do lokalu. Drożdże w beczułce wciąż pracują. Raz otwarta beczułka powinna zostać wypita w ciągu 24 godzin (a nigdy nie dłużej niż w 3 dni), ponieważ w kontakcie z tlenem z powietrza piwo najzwyczajniej w świecie się psuje. Jest to właśnie podstawowy powód dla którego poza lokalem brytyjskim Prawdziwego Ale nie sposób dostać. Smakowo istnieją liczne odmiany Real Ale - od jasnego słodowego o małej zawartości chmielu, poprzez rozmaite odmiany bladych czy gorzkich "ales" do portera i mocnego piwa typu stout. 

Gospodarowanie beczułką Real Ale wymaga od właściciela lokalu prawdziwych umiejętności. Musi on zaplanować najpierw ile beczułek i którego piwa trzeba otworzyć, aby piwo na pewno udało się sprzedać. Następnie, właściciel usuwa dolny szpunt i upuszcza odrobinę piwa tak, aby usunąć z dna nadmiar drożdzy i upuścić ciśnienie. Dolny szpunt wraca na miejsce, a usuwa się górny i podłącza pompkę ręczną. W odróżnieniu od piwa "lager" w Real Ale znajduje się jedynie niewielka ilość rozpuszczonego dwutlenku węgla, piwo pompuje się więc do szklanek ręcznie, nalewa się także piwo pod własnym ciśnieniem, a w Szkocji coraz częściej stosuje się pompki elektryczne. Real Ale podawane jest w temperaturze 12-14 C, jest więc przyjemnie chłodne, lecz nie zimne.
Real Ale zamawiamy na pinty [pajnt] czyli 568 cm3 lub półpinty half pints [ha:f pajnt]. Jak zamawiać? Podchodzimy do baru i dzielnie mówimy "a pint of real ale, please" [e pajnt of ri:l ejl pli:z]. Na dowolne pytanie barmana:
  • Albo pokazujemy na kranik z napisem John Smith lub Greene King, jeśli taki występuje (są to dwie najpopularniejsze marki angielskie)
  • Lub też mówimy odważnie "good local one" [gu:d loukal uan] (bo miejscowe piwo będzie na pewno dobre i świeże)Zapewniam, ze Anglicy docenią nasze zainteresowanie ich ukochanym piwem i zrealizują naszą prośbę z przyjaznym usmiechem.
    Real Ale może nie smakować naszym piwoszom, nie ma bowiem pianki (lub pianki jest niewiele), nie jest zbyt klarowne, a w smaku zamiast przejrzystości cechuje je bogaty smak. Jak to napisał w jednej ze swych powieści angielski pisarz fantasy Terry Pratchett: "Piwo [w domu] było sosem przyrządzonym z chmielu. Miało strukturę. Miało zapach, chociaż czasem człowiek wolał się nie zastanawiać czego konkretnie jest to zapach. Miało gęstość. Ostatnie poł cala w kuflu można było jeść łyżką". Znakomita charakterystyka ciężkiego Real Ale i rewelacyjna angielska autoironia. Według mnie, Real Ale jest niezwykłe i warto je spróbować, a nawet polubić.

    Parę słów o brytyjskich lokalach. Dzielą się one na puby i freehouses. Pub jest piwiarnią sensu stricto, należącą do konkretnego browaru. Nie dostaniemy tam nic poza piwem i przekąskami. Freehouse jest piwiarnią prywatną, której właściciel ma prawo sprowadzać piwa z całego świata i on negocjuje z browarami ceny. We freehouses można dostać za bardzo umiarkowaną cenę około 7 GBP (około 42 zł) danie dnia, składające się z dwóch identycznych potraw. Możemy więc dostać dwie wielkie porcje pysznej ryby z frytkami (fish and chips - nie kupujcie tej potrawy w budce!) czy dwie porcje Yorkshire pudding, albo dwie porcje meatpie i tak dalej. Taki zwyczaj znacznie potania koszty żywienia jeśli jestesmy we dwójke.
    Dariusz Ślewa "Stłukla" (nieżyjący już dziś wokalista Smugglers) polecał odwiedzenie w londyńskiej dzielnicy Putney lokalu szantowego Halfmoon Putney. Jestem pewien, że w lokalu tym można połączyć rozkosze ducha z rozkoszami ciała, w tym piciem Real Ale.

    "Język sięga Ci do pasa,
    Widok cieczy cieszy Cię...
    English Ale, oh, English Ale,
    Och, jak wielbię English Ale
    "

    Kochani, warto spróbować.
    Autor: Antek "NiecnyKsiaze" Stalich

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...