O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


czwartek, 29 marca 2012

Wiesz co pijesz?, czyli o słodzie jęczmiennym

Kochani. Dzisiaj polecam gościnny wpis Łukasza "Młodego" Małka na temat tego, co oznacza termin "słód jęczmienny". Ciekawa rzecz, nie tylko dla miłośników złotego trunku. Artykuł pierwotnie ukazał się na blogu Łukasza - "Lubię Piwo". Zapraszam do lektury:


Zapewne niektórym znana jest taka choroba jak celiakia. Jest to schorzenie osób uczulonych na "gluten". Związek ten występuje między innymi w słodzie jęczmiennym, stąd też niektórzy mają tę niedogodność, że piwa pić raczej nie powinni (pomimo, że zdarzają się piwa bezglutenowe, które są dopuszczone do spożycia przez osoby na gluten uczulone, zdarzają się ludzie, którzy wciąż spierają się, że nawet te piwa mimo to są szkodliwe. Tak naprawdę wypadałoby się z tym pytaniem skierować do specjalisty). Więc o co chodzi? Przede wszystkim polskie prawo skonstruowane jest tak, że wymaga od producentów, by Ci umieszczali informację o zastosowaniu środków alergicznych. Sformułowanie wszystkim dobrze znane - "Zawiera słód jęczmienny" - przekazuje informację alergikom, ale nie obliguje do uchylenia rąbka tajemnicy, co tak naprawdę zostało dodane do piwa. Równie dobrze może to być mieszanka słodów oraz różnych farfocli, by zniwelować koszty produkcji.  W przypadku, gdy producent decyduje się na umieszczenie składu produktu na kontretykiecie, zobowiązany jest umieścić tam wszystkie zastosowane składniki (Ciekawe, czy potencjalny konsument kupowałby piwo z ryżu, kukurydzy, syropu maltozowego lub z dodatkiem skrobi ziemniaczanej). Niektórzy musieliby umieszczać tam całą tablicę Mendelejewa (co raczej nie świadczyłoby na korzyść produktu, a także mogłoby zniechęcać do zakupu). Innym powodem może być także fakt, że Producent stosuje składniki niesłodowe, takie jak kukurydza itd. itp. Wniosek z tego taki - Browar chwalić się nie musi, ale gdyby miał czym, z pewnością by nie omieszkał.
Nie jest to więc oznaka, że gdy piwo "Zawiera słód jęczmienny", to już "nie ma chmielu", jest "bez chmielu". Nic bardziej mylnego, nie twórzmy więc dalekosiężnych szarych teorii. Mit o żółci bydlęcej mówi, że do piwa dodaje się tej oto substancji, by nadać mu goryczy. No i też nie do końca. Tu bowiem pojawia się problem wymieniony wyżej - KASA. Być może ta wymyślna plotka ma jakieś prawdziwe podłoże, nie mniej jednak zastosowanie chmielu, bądź też ekstraktu chmielowego jest dużo bardziej ekonomiczne i opłacalne, a jak już wszyscy wiemy, w Inwestycji chodzi do maksymalizacji zysków. Pomijam fakt, że gdyby do piw dodawano żółć bydlęcą, to Wielkie Korporacje miałyby na głowie "Zielonych", Obrońców Praw Zwierząt oraz Wegetarian - Więcej byłoby z tego kłopotu i smrodu, jak zysku. Niewykluczone, że ktoś komuś chciał podłożyć świnię. Może to po prostu prywatne utarczki między właścicielami konkurencyjnych zakładów produkcyjnych.
Ten niewinny napis przyczynił się do tego, że pomiędzy nami piwoszami utarło się przekonanie, że piwo warzy się (lub nie) z chmielu. To też nie do końca prawda. Piwo warzy się ze słodu jęczmiennego. Zapewne wiele osób zna równanie reakcji alkoholowej. Chmiel stosowany jest w piwie jako przyprawa, nie wpływa na fermentację. Nie sprawia także, że piwo jest mocniejsze.
Dociekliwość konsumentów oraz spostrzegawczość natrafiły również na kolejnego ćwieka. Nie ma składu, nie ma także procentowego udziału ekstraktu (pomimo, że słód jęczmienny "zawiera"). No właśnie, może i zawiera, ale nie jest powiedziane "ile". Parówki z cielęciną to nie parówki cielęce, a lody z wanilią, to nie lody waniliowe - Tłumacząc ten niuans na dość prostych przykładach. Każdego bowiem dnia grupa krawaciarzy pracuje nad tym, by jakoś ominąć przepisy, które są przepełnione od luk prawnych. I to właśnie ta dociekliwość zmusiła Producentów do ujawnienia jakże niewinnego szczegółu. Ten "niewinny szczegół" budził wiele kontrowersji, zażenowania oraz oburzał. Bowiem piwo o zawartości alkoholu 5.7% miało raptem 11.5% ekstraktu, podczas gdy piwo czeskie Taxis ma 6.0% alkoholu i 14.0% ekstraktu. Na zdjęciu po lewej zaprezentowano także piwo Dawne Niepasteryzowane, gdzie parametry porównywalne są do tego drugiego, wyżej wymienionego trunku. O co więc chodzi? Ano właściciel zakładu jest zobowiązany płacić akcyzę od zawartości ekstraktu w piwie, aniżeli od ilości alkoholu. Gdyby zmienić nieco przepisy, rzeczywistość byłaby nieco bardziej kolorowa.
Reasumując - Stwierdzenie, że coś "zawiera słód jęczmienny" ma dość niekorzystny wydźwięk, choć z całą pewnością prezentuje się dużo lepiej, niż rozpiska składników na parówkach. Nieprawdą jest, że gdy na butelce zawarta jest wyżej opisywana formułka, to do trunku dodana została żółć, oraz bujdą jest fakt, że piwo warzy się "z chmielu", piwo jest jedynie przyprawiane chmielem, stricte mówiąc - jest chmielone.





środa, 28 marca 2012

Wzorzec hamburgera znajdziecie w Kielcach, czyli VooDoo po raz drugi (i na pewno nie ostatni).

Podczas mojej  poprzedniej wizyty w VooDoo Steak House & Pizza, obiecałem sobie zawrzeć bliższą znajomość z serwowanymi tam kanapkami. Do ostatniej chwili walczyła we mnie chęć spróbowania Po'Boya, ale ostatecznie wybór padł na coś, co w karcie tymczasowej nazywa się Luizjana Burger. Pomyślałem, że dobrze będzie porównać tego hamburgera (a właściwie cheeseburgera, bo jest z serem) z innymi dużymi burgerami w mieście. I w sumie dobrze zrobiłem, bo dowiedziałem się, że w stałej karcie, która ma wejść lada moment, hamburger w bułce będzie tańszy, ale bez frytek, natomiast sam kotlet pod inną nazwą będzie podawany w zestawie z frytkami lub ziemniakami z pieca i surówkami. Zamówiłem więc swoją kanapkę i korzystając z chwili czasu dopstrykałem kilka zdjęć:





Szczególne wrażenie robi piec do pizzy opalany drewnem, który można zobaczyć obok baru (fot. 3 od góry). Na mojego burgera czekałem około 15 minut. Skąd ten czas? Ano stąd, że wszystkie potrawy przygotowywane są na bieżąco, co oznacza, że burger tworzony jest od podstaw, mięso jest mielone na miejscu, przyprawiane i smażone. Wiem bo miałem okazję podejrzeć. Wg zapewnień kucharza niczego nie zamrażają, tylko codziennie dowożą świeże składniki. Ma to swoje odzwierciedlenie w smaku, o czym za chwilę. 
Przyniesiono mi więc owego Luizjana Burgera i szczęka mi opadła. Powiem tak: jadłem już różne hamburgery, ale takiego dostałem w swoje ręce po raz pierwszy. Ogromna bułka (pieczona na zamówienie w piekarni Piekiełko) kryła w sobie gigantyczny wręcz kotlet wołowy z dodatkami. Takiego hamburgera to do tej pory oglądałem tylko na zdjęciach z amerykańskich knajp. Generalnie zestaw podobny, jak w Roy Benie, ale: frytek zdecydowanie mniej, za to kotlet 3 razy większy. Dostałem oczywiście nóż i widelec, na początku myślałem, że to pomyłka (no, widelec do frytek, ok), ale jak postawiono przede mną kanapkę i wziąłem ją do rąk, zrozumiałem po co. Po prostu ktoś o mniejszym rozstawie szczęk będzie miał bardzo duży problem, żeby ugryźć tego potwora. Co składa się na tę kanapkę? Otóż:
  • ogromna, podpieczona na chrupko bułka
  • ogromny wołowy kotlet, nie dość, że duży to jeszcze gruby
  • ser
  • dodatki: czerwona cebula, pomidor, ogórek świeży i kiszony, sałata i sos musztardowy


Kotlet soczysty i świetnie doprawiony, sos idealnie podkreślający smak, dodatki chrupiące, bułka również - całość stanowi wzorzec cheeseburgera! Na początku wydawało mi się, że ilość frytek jest drastycznie mała w porównaniu do zestawu z Roy Bena, ale kiedy uporałem się z burgerem stwierdziłem, że tak naprawdę nie są one w ogóle potrzebne. Chcąc stwierdzić, czy da się tym najeść nie jadłem cały dzień i poszedłem do VooDoo około 14.30 głodny, jak wilk. Jednak wielkość Luizjana Burgera sprawia, że kiedy już się z nim uporacie, na 99% poczujecie się, jak po sutym obiedzie. Frytki mają bardzo smaczne, ale ja skubałem je tylko z łakomstwa, bo byłem już najedzony po pachy. 
Reasumując: słuszną decyzje podjęli właściciele VooDoo, że Luizjana Burger będzie tańszy i bez frytek. On po prostu tak nasyca, że nic więcej już mu nie potrzeba. Doskonały kotlet znajdzie swoje miejsce w zestawie z frytkami lub ziemniakami z pieca i surówkami, jako osobne danie. Kosztowała mnie ta przyjemność 15,70 zł i absolutnie nie miałem żalu. Wręcz przeciwnie - Luizjana Burger wchodzi do mojego menu na duży głód na stałe. Lepszego burgera nie jadłem i polecam każdemu. Jeśli macie do wydania na fast fooda 15 zł (nie wiem ile LB będzie kosztował w nowej karcie), chcecie zjeść robionego na miejscu, a nie kupowanego w hurtowni hamburgera, to tak naprawdę w Kielcach możecie wybierać między bekonburgerem w Roy Benie (jeśli wolicie frytki niż burgera), zestawem powiększonym w McDonald's (jeśli wolicie dużo coli) i Luizjana Burgerem w VooDoo. Dla mnie wybór jest oczywisty - VooDoo rządzi, zarówno pod względem smaku, jak i jakości. Oczywiście, można za te pieniądze zjeść normalny obiad lub taniej innego fast fooda, ale nic nie dorówna smakowi LB! Dzięki wystrojowi i sączącej się z głośników muzyce (blues, jazz, zydeco) czułem się jak na południu Stanów ;) I o to chodziło!
Pora na Po'Boya, z którym postaram się w najbliższym czasie zaprzyjaźnić.

poniedziałek, 26 marca 2012

VooDoo Steak House & Pizza, czyli Nowy Orlean nad Silnicą.

W tym miejscu było już kilka knajp: Feniks, Prowansja, pub, a ostatnio restauracja kubańska. Choć lokalizacja wręcz idealna (ścisłe Centrum), żadna z tych miejscówek długo się nie utrzymała. Od piątku działa tam nowa knajpa VooDoo Steak House & Pizza. Działa, dodajmy, testowo. Znaczy to, że wejść i zamówić można, ale menu nie jest jeszcze domknięte. Najważniejsze jednak, że lokal już otwarty. Udaliśmy się więc z Ponimirską w sobotni wieczór na rekonesans. Skusiła nas informacja, że mają tam piec opalany drewnem, a jak wiadomo pizza z takiego pieca smak ma zupełnie inny niż z elektrycznego. VooDoo mieści się na Sienkiewicza 25, między Strefą Chili a sklepem CCC. Wchodzi się z ulicy w klatkę schodową by przez bardzo fajnie zaaranżowany przedsionek (materiał na ścianach!) zejść do piwnic. Na dole znajdziemy 3 sale: jedna z barem, gdzie mieści się jeden stolik na 4 osoby i jeden na 2 osoby. Stamtąd przechodzimy do drugiej, największej sali, gdzie znajdziemy: 3 loże na 8 osób, 2 stoliki 4 osobowe i jeden 2 osobowy. Na końcu znajduje się ostatnia sala z 4 stolikami 4 osobowymi. Wystrój inspirowany ewidentnie Nowym Orleanem i klimatami VooDoo (figurki, lampki, ornamenty itp.). Ściany w kolorach białym ZIELONYM i śliwkowym/wiśniowym (?) - rozróżniam tylko 7 kolorów, więc wybaczcie :) W lokalu się nie pali!




Karta dań, jak pisałem wcześniej, nie jest jeszcze skończona. Pomimo tego można wysnuć wniosek, że VooDoo Steak House & Pizza stawia na kuchnię mieszaną z dominującą włoską i cajuńsko - kreolsko - amerykańską.
Z tej pierwszej znajdziemy w menu makarony (12 zł - 19 zł), pizzę ( 15 zł - 27,50 zł) oraz sałaty (12,90 zł - 18,90 zł)  i desery (np. Panna Cotta - 5 zł).
Tę drugą reprezentują głównie zakąski (np. Skrzydełka VooDoo - 8zł, krewetki z patelni 19,90 zł) oraz dania główne (np. najdroższe danie w karcie - stek z polędwicy wołowej w sosie z zielonego pieprzu - 44,90 zł, T-Bone stek, Luizjana Burger - 15,70 zł czy sztandarowy nowoorleański fast food, czyli kanapka Po'Boy z soczystą wołowiną). W karcie znajdziemy też zupę Gumbo (7,50 zł) - niestety nie dopytałem w jakiej wariacji jest w VooDoo podawana. Oprócz gumbo można też zjeść rosół lub cebulową (6,50 zł). Ale i popularną w Kielcach shoarmę (14,90 zł) też można zamówić. My skusiliśmy się na pizzę. Jest ich w karcie kilka (chyba 7 lub 8). Miałem straszna ochotę na pizzę Serrano (22,50 zł), ale niestety szynka nie dotarła jeszcze z Hiszpanii. Tak, tak - z Hiszpanii! Zamówione są te szynki w Barcelonie i właśnie do Kielc jadą. Kiedy dotrą będzie można je podziwiać koło baru i zamówić również na przekąskę. Wobec tego zdecydowaliśmy się na pizzę mieszaną: połowę 4 Sery (21,50 zł cała), a połowę Pepperoni (17,50 zł cała). Poinformowano nas przy okazji, że jeśli kiedyś zdecydujemy się na całą pizzę cztery sery to: jest ona krojona na 8 kawałków i każdy ser znajduje się na dwóch kawałkach. Dzięki temu, że sery nie są mieszane pizza ta zyskuje tak naprawdę 4 smaki. Po około 10 minutach dostaliśmy nasz placek na stolik.
Wszystkie pizze maja jeden rozmiar - 35 cm i pieczone są na cieniutkim cieście. Jeśli ktoś jadł pizzę w Fabryce Pizzy to wie o czym mówię. Jak wiecie, mnie najbardziej smakuje pizza na grubym cieście, więc bardzo byłem ciekaw czy ta z VooDoo zdoła mnie choćby zainteresować. I powiem Wam, że ... jest to najlepsza pizza jaką w Kielcach jadłem od 3 lat! Pizza, jako się rzekło, pieczona jest w piecu opalanym drewnem, co sprawia, że smak jej jest wyjątkowy. Ciasto cieniutkie i wypieczone, brzegi chrupkie. Cztery Sery zachwyciły nas cudowną mieszanką aromatów i smaków - od łagodnego (chyba mozarella) po bardzo ostry (obstawiam Lazur Błękitny lub podobny). Kremowy, delikatnie roztopiony camembert to coś nie do opisania! Czwartego sera nie rozpoznałem, ale dopytam przy okazji. Sos na cieście w żaden sposób nie dominował, jedynie podkreślał smak. Rewelacja! Jeśli nie boicie się bomby kalorycznej to polecam gorąco. Druga połówka to Pepperoni. Ta pizza jest z lekko ostrym sosem, który idealnie podbijał smak kiełbasy pepperoni. Nie potrzeba wielu składników by osiągnąć kulinarną rozkosz! Przepyszne! Całość pochłonęliśmy w milczeniu, przepijając Carslbergiem (8 zł) i Kasztelanem (6 zł). Bardzo, bardzo polecam, moim zdaniem takiej pizzy w Kielcach brakowało. Podobno ma się w karcie znaleźć pizza z kindziukiem - bardzo jestem jej ciekaw bo kindziuka uwielbiam i już się cieszę na jej poznanie. Również wegetarianie znajdą pizzę dla siebie - widziałem zamówioną przez kogoś pizzę Popeye ze szpinakiem i serem gran padano oraz pomidorkami koktajlowymi. Jedna uwaga - jak pisałem, pizze mają średnicę 35 cm, więc jeśli ktoś nastawia się na ilość może być nieco zawiedziony. Jeśli jednak nad ilość przedkłada jakość to narzekał nie będzie. I jeszcze jedno - nie proście o "sosy do pizzy", poproście o oliwy! Dostaniecie dwie: czosnkową i ostrą paprykową. Wycieranie takiej oliwy brzegiem z ciasta i zjedzenie go później to dodatkowa przyjemność.
Popijając piwo porozglądałem się po lokalu i (wiem, że to nieładnie) pozaglądałem trochę ludziom w talerze. Duże wrażenie zrobił na mnie Luizjana Burger. Jest to zestaw podobny, jak w Roy Benie, czyli hamburger w bułce plus frytki. Jednak tutaj kotlet był wyraźnie większy, choć frytek mniej. Doinformowałem się i okazuje się, że: wołowina oczywiście mielona na miejscu, kotlety wsadzane w bułki pieczone na zamówienie w piekarni Piekiełko, do tego czerwona cebula, ser, ogórek, pomidor. Nie wiem co jeszcze, bo głupio by było podejść komuś do stolika i ściągnąć wierzch bułki w celach badawczych :) Nic to, wkrótce zamierzam się mu przyjrzeć nader dokładnie, więc zdam szczegółową relację. Podsumowując: VooDoo Steak House & Pizza zapowiada się bardzo, bardzo interesująco i zamierzam tam kilku rzeczy jeszcze popróbować. Ceny nie są wygórowane, a pizza na pewno najlepsza. Jeśli macie ochotę posiedzieć w fajnym miejscu i zjeść coś dobrego to ten lokal spełni Wasze oczekiwania.
Acha - maja też ryby (doradę i łososia).

czwartek, 22 marca 2012

Stara dobra marka, czyli Saray na tapecie.

Ostatnimi czasy jakoś omijałam fastfoodowe miejsca, ale raz na jakiś czas coś mnie tam wręcz przyciąga.
Tak było i tym razem, kiedy po całym dniu w pracy o kilku herbatach, przemieszczałam się w inne miejsce i akurat dopadł mnie zapach z Saraya. Weszłam, zamówiłam tortillę z baraniny (średnią) i po chwili rozkoszowałam się smakiem.
Żorż miał rację, że to najlepsze tego typu jedzenie w mieście.
Choć tortilla jest bardzo podobna do tej w Troyu, jednak zupełnie inna, smaczniejsza.
Objętościowo, przy tej samej cenie (11 zł), Saray również wypada na plus. Tortilla idealnie zgrillowana, w środku mięso, nie za dużo surówek, do tego sos, który jedynie podkreślał smak, a nie nadawał go (jak to bywa w wielu miejscach). Zapewne będę pojawiać się tam częściej.
A w najbliższym czasie kolejne recenzje - Piekarnia pod Telegrafem odsłona druga i pizza Biesiadowo. Mniam!

wtorek, 6 marca 2012

Na zdjęciu wyglądał lepiej, czyli bajgel włoski w Cube Cafe

A mogłem iść do Xena... Albo do NURa... Ale te miejsca mamy już opisane, a wypadałoby połączyć przyjemne z pożytecznym i od czasu do czasu wrzucić recenzję jakiegoś nowego miejsca. No to mnie podkusiło lecieć przez połowę Centrum do Cube Cafe na bajgla. Lokal mieści się na ul. Sienkiewicza 28 (róg z ulicą Dużą), wcześniej była tam Flerynka, a jeszcze wcześniej Składnica Harcerska. Skusił mnie kolorowy plakat reklamujący bajgle na ciepło, 4 rodzaje pieczywa, ceny bajgli od 6,99 zł (Studencki) do 10,99 zł Bajgel Włoski, który wybrałem. Na zdjęciu prezentował się pięknie, przeczytałem skład i zapałałem żądzą zjedzenia go. Wg opisu na zdjęciu w skład bajgla wchodzą: bajgel z ziarnami, szynka dojrzewająca, mozarella biała, pesto, rucola i suszone pomidory. Zamówiłem i zasiadłem. Ponieważ czekałem na kanapke 11 minut (!), miałem czas rozejrzeć się po lokalu. Wystrój bardzo przyjemny, wręcz minimalistyczny, ale zachcający do siedzenia: ściany w kolorze ciemnej wiśni i bieli, kilka obrazków na ścianach, lampy w suficie i zwieszające się nad stolikami, włoska muzyka (nienachalna), 8 stolików 4 osobowych, przy nich fotele, krzesła i pufy oraz jedna sofa. Siedzi się przyjemnie, tym bardziej, że obsługa nie jest absorbująca, pojawia się wtedy, kiedy akurat jest potrzebna.
W końcu otrzymałem swoją kanapkę. I tutaj zaczęły się schody. Bajgel wielkości jest Big Maca, czyli nieduży (4 duże kęsy). Gorący - plus. Podają go na talerzyku, przekrojony na pół dla wygody jedzącego. Ale czemu na jednej tylko serwetce? Dobrze, że miałem swoje chusteczki, bo na stoliku serwetek nie uświadczysz, a z kanapki kapie. Wsad: rucola była, mozarella biała była, solidny plaster i doskonale roztopiona, suszone pomidory były, pesto wyczuwalne w tle, ale szynka... Porażka totalna! Na zdjęciu widać było ładnie pomarszczoną szynkę dojrzewającą (w opisie również takowa figuruje). Tutaj był to jeden plasterek najzwyklejszej szynki wieprzowej :/ W sumie powiem tak: było to dość smaczne (nie powaliło mnie), ale niezbyt sycące. Taka przekąska na mały głód. Powiem szczerze - za tego bajgla byłbym skłonny zapłacić max 7 zł, nie więcej. Za 11 zł to mam kawałek dalej duży pyszny kebab w NURze, albo 2 półmetrowe zapiekanki w Jaffie. Lub za połowę tej ceny dużą i smaczną kanapkę z kurczakiem na przeciwko (House of Kebab). Teraz już wiem, że do kawiarni to się idzie na kawę, a nie na kanapki.


poniedziałek, 5 marca 2012

Konkurs - rozwiązanie

Zgodnie z umową w nocy zakończyliśmy konkurs. Poprawna odpowiedź to oczywiście Fascynacja Fabiana. Nazwiska zwycięzców opublikował fan page Weź Mnie! Zwycięzcy po otwarciu lokalu mają do odebrania po dużej Fascynacji Fabiana :) Gratulujemy!

czwartek, 1 marca 2012

Widły w plecach Palimordki, czyli gdzie jest pepperoni

Dwa tygodnie temu wybrałem się do Biesiadowa na zapiekankę. Obiecałem sobie wówczas, że więcej nie będę tam zamawiał nic do jedzenia. Tak się jednak stało, że kolega wieczorem zgłodniał i postanowił coś zamówić. Jego wybór (mimo moich oporów) padł na Biesiadowo właśnie. No cóż, nie ja płacę, więc jak to mówią, darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby. Poszliśmy. Podkreślam, że nie mam absolutnie żadnych zarzutów do obsługi. Ani poprzednio ani teraz. Pizze zamówiliśmy na wynos, z własnym odbiorem, więc dostaliśmy 10% rabatu. Nasz wybór padł na dużą (57 cm) z dwoma różnymi połówkami. Jedna to Palimordka, druga Widły w plecach. Zapłaciliśmy (po rabacie) 38,70 zł. Po 20 minutach odebraliśmy pudełko i udaliśmy się na miejsce spożycia.
Pizza jest naprawdę duża, te 57 cm robi wrażenie. Ciasto: nie precyzowaliśmy jakie chcemy, więc zakładam, że dostaliśmy standardowe. Dla kolegi było to nieporozumienia (lubi na cieniutkim), dla mnie akurat plus (zdecydowanie wolę pizzę na grubszym cieście) - ciasto puchate, równo wypieczone, smaczne. Teraz składniki:
1. Palimordka: sos, ser, kiełbasa pepperoni, cebula, papryka pepperoni (ze słoika), tabasco. Dość ostra (duży plus, bo jedna z niewielu pizz w Kielcach, w której czuć było ostrość), ale ilość kiełbasy pepperoni... Hmmm... Zobaczcie na zdjęciu - moim zdaniem za pizzę za 40 zł zdecydowanie za mało.
2. Widły w plecach: sos, ser, szynka, bekon, salami, kabanos, cebula, mozzarella. Tutaj ilość składników zdecydowanie większa niż na Palimordce. Typowo "mięsna", smaczna pizza, nasycająca bardzo.


Podsumowując: jesli ktoś lubi puchate ciasto, to będzie mu smakować. Jednak za 40 zł ilość składników na Palimordce jest zdecydowanie za mała - gdybym to ja płacił, czułbym się oszukany. Podoba mi się, że ta pizza jest ostra (nie za bardzo, ale wyraźnie czuć ostrość), ale nie płacę 40 zł za placek drożdżowy, tylko pizzę.  Widły w plecach - jest lepiej pod względem składników, pizza sycąca, dla mnie smaczna. Do pizzy w cenie trzy sosy: pomidorowy (dla mnie za kwaśny, ale ja generalnie nie lubię sosów pomidorowych dodawanych w pizzeriach, jeszcze żaden mi nie smakował), majonezowy (dla mnie za mdły, kolorystycznie wygląda trochę jak 1000 wysp - moim zdaniem majonez z kroplą ketchupu), czosnkowy - mój faworyt, bardzo smaczny. Sosów jest dużo, podane są w dużych prostokątnych pudełkach, myślę, że dlatego iż pizza była w największym rozmiarze.
Czy warto więc wydać 40 zł na 57 centymetrową pizzę w Biesiadowie? Jeśli ktoś lubi puszyste ciasto to raczej tak. Piszę raczej, bo pizzą można się najeść, ale jeśli trafi się na tak mizerną ilość składników na cieście, jak w Palimordce, to zdecydowanie nie. Nie jadłem innych, więc nie wiem, jak to wygląda w przypadku np. pizzy z owocami morza czy z kurczakiem. Gdyby kiełbasy pepperoni było tyle na placku, jak wędlin w Widłach, mógłbym ją polecić, bo smak dobry. A tak... Zobaczcie zdjęcie i sami oceńcie.

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...