O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


czwartek, 31 maja 2012

40 000 odsłon - KONKURS

Ponieważ przekroczyliśmy wczoraj 40.000 odsłon bloga (DZIĘKUJEMY !!!), mam dla Was szybki konkurs. Oto pytanie:

Który z blogów o fast foodach jest wg Ciebie najlepszy i dlaczego jest to blog Street Food Polska? ;)


Odpowiedzi jak zwykle ślijcie na streetfoodpolska@gazeta.pl. Konkurs trwa do niedzieli 2.06.2012, do północy. Nagrodą są książki.

EDIT: Dziękuję wszystkim za nadesłane odpowiedzi! Jesteście WIELCY! Spośród wszystkich mejli wybrałem trzy. Nagrody (książki) wygrywają: suchy86, Aleksander C. i jkbck. Ksiązki zamówione, przesyłki spodziewam się około środy, jak tylko odbiorę - skontaktuję się z Wami i ustalimy jak odbierzecie nagrody. Raz jeszcze dziękuje i gratuluję zwycięzcom!

środa, 30 maja 2012

Nowości z Gniewosza - Gniewosz Wiśniowy, Limonkowy, Grejpfrutowy

gniewosz smakowy limonkowyNie tak dawno temu mogliśmy być świadkami nowinek ze strony "Gniewosza". Browar Gontyniec już jakiś czas temu planował wejść na giełdę aby zwiększyć fundusz na rozwój produkcji oraz sieci sprzedaży. W związku z tym moce przerobowe miały wzrosnąć nawet o 60 tysięcy hektolitrów piwa rocznie (jak na mały browar jest to naprawdę ogromna liczba). Oczywiście piw pod marką Gniewosz przybywa. Właściciele prawdopodobnie chcą nadgonić pozostałe browary i zrobić im nielada konkurencję. Ostatnimi czasy bowiem pojawiło się piwo korzenne, miodowe, aczkolwiek najświeższym wyrobem jest piwo Gniewosz Wiśniowy, Gniewosz Limonkowy oraz Gniewosz Grejpfrutowy. Spółka miała uruchomić także swój własny zakład produkcyjny, i faktycznie coś w tym może tkwić. Patrzymy bowiem na etykietkę, a na niej jak byk umieszczono adres (tuż koło loga, stąd ciężko ten fakt przeoczyć). Przejdźmy jednak do samego piwa. Otóż nie ukrywam, że od początku mnie zainteresowały, gdyż lubię czasem wypić piwo smakowe, a zwłaszcza o smaku grejpfrutowym, wiśniowym, bądź też jabłkowym (Kiedyś także piłem piwo Bananowe, było całkiem sympatyczne). No i właśnie. Mam sporą skalę porównawczą co do piwa Wiśniowego, toteż postanowiłem je przetestować, grejpfrut także był na widelcu. Gdybym miał porównać te dwa piwka, pragnę zauważyć, że grejpfrut był dużo lepszy. Mało cytrusów, mało aromatów, za to sympatyczna doza goryczki. W przypadku Gniewosza Wiśniowego, piwo to jest trochę słodkie. Podczas degustacji, pierwszy łyk przywodzi na myśl Witnicę - Dosłownie zbliżony smak, niewykluczone, że zastosowano te same aromaty. Piłem wiele piw wiśniowych, natomiast to jakoś na kolana mnie nie powaliło. Przede wszystkim nie ma tutaj jakiegoś określonego kierunku (ani to piwo zwykłe, ani to piwo smakowe). Tak jak gdyby ktoś po prostu zrobił brand, by ten konkurował z pozostałymi. Nie czuję głębszej satysfakcji, choć nie ukrywam, że piwo jest bardzo łagodne i orzeźwiające. Co innego grejpfrut, który był "nawet nawet", choć grejpfruta tam naprawdę niewiele. Co przykuwa uwagę, to dość nietypowy kształt butelek (te bowiem są nieco inne niż zwykle, już nie tzw. "granaty). Skąd ta nagła zmiana ze strony browaru? Nie mam bladego pojęcia. Do tego dochodzi fakt, że kapsel nie jest dedykowany (co jest zwyczajnie dziwne, ponieważ wszystkie piwa z Gontyńca miały dedykowany kapselek, czasem to czerwony, czasem zaś zielony). Czego mogę się jeszcze przyczepić, no cóż - Pijąc to piwo, nie opuszcza mnie wrażenie, jakbym po prostu pił piwo z dodatkiem jakiegoś najzwyklejszego syropu. Mało tego, dziwnie znajome są także parametry piwa. Znów to skojarzenie z witnicą, być może się czepiam, ale... 4.2% Alkoholu, jak w przypadku serii "Lubuskie {smak}". Nie urzeka, nie powala, nie zniewala - jest O.K., ale nie wybitnie. Niewykluczone, że kiedyś do tego piwa wrócę, by przekonać się, czy coś zmieniono, ale na dłuższą metę nie będę fanem tegoż oto trunku. Zbyt dużo "aromatu", a faktycznie za mało smaku. Brak konkretnego nurtu oraz ukierunkowania. Być może wszystko to brzmi jak szukanie dziury w całym, ale wierzcie mi - tylko brzmi. Jeżeli chodzi o piwa smakowe, Gniewosz w chwili obecnej stoli daleko, daleko za ścisłą czołówką, a do trzeciego miejsca brakuje mu przynajmniej jakieś cztery.Być może piwo to znajdzie swoich sympatyków, nie mnie to jednak oceniać! Czas zweryfikuje. Gorąco polecam na upały, piwo to jest orzeźwiające, acz nie wstrząsające - pozostanę jednak przy Wiśni Fortuny. Limonki nie piłem, więc nie będę komentował. Etykietki są bardzo przyjemne, czytelne, choć na pierwszy rzut oka nie przypominają piwa. Myślę, że swoją nowatorskością będą przyciągać wzrok konsumentów, którzy na pozór będą mylić to piwo z napojem, co ma pewien punkt odniesienia w napojach (wspólnym mianownikiem są aromaty, choć świadom smaku obydwóch sięgnąłbym po Tymbarka). Kolorystycznie też niczego sobie, choć tak naprawdę niewiele różni się od piwa z domieszką syropu, bądź jak kto woli "soku". Bez zbędnych rewolucji, w końcu to "tylko" piwo. Spróbujcie sami!

wtorek, 29 maja 2012

Tortilla z tuńczykiem bez tuńczyka i nowa definicja kotleta, czyli Gruby Benek cienko karmi

Udaliśmy się wczoraj do Leclerca celem nabycia kiełbas chorizo. Przy okazji postanowiliśmy wdepnąć do pizzerii należącej do sieci Gruby Benek. Mieści się ona w pawilonach na przeciwko Leclerca, na ul. Massalskiego 8H.


Stoliki na zewnątrz, w środku dwie sale ze stolikami w sumie na 30 osób, bilard i dwa automaty z grami zręcznościowymi. Spory wybór piwa (w tym regionalne) - w sumie świetne miejsce na spotkanie. Pod warunkiem, że nie zamawia się jedzenia. Zapewne w pizzeri powinno się zamawiać pizzę. My jednak chcieliśmy spróbować na początek innych przekąsek. Ale po kolei: córce zamówiliśmy

grzanki 

z dodatkami (2 szt.), czyli serem i salami. Za 4,90 zł (!!!) dostajemy 2 kromeczki z bułki nakryte plasterkiem dwoma plasterkami salami i kawałkiem sera. Za 5 zł?! No ale przynajmniej, jak się potem okazało, jako jedyne podano je gorące.


Bo potem było już tylko gorzej. Ja skusiłem się na kanapkę z menu "Duża kanapka Benka 20 cm". Jest ich w sumie 6 do wyboru i kosztują wszystkie 9,90 zł. Mój wybór padł na

Benburgera, 

reklamowanego w ulotce jako kanapkę z: sosem pomidorowym, kotletem mięsnym, serem, sałatą, pomidorem, cebulą i dressingiem. Dressingów jest kilka do wyboru, niestety doczytałem o tym później, a ponieważ nikt nas o nie nie spytał dostaliśmy je wg uznania kuchni. A teraz o samej kanapce: moją czujność powinno wzbudzić określenie "kotlet mięsny". No bo pod taką nazwą kryć się może przecież cokolwiek. Mimo wszystko, przygotowany byłem na bułkę z solidnym mięsnym wsadem. Przygotowany byłem na kotlet firmowy, bo wszak to sieć i kanapka nazwą nawiązuje do marki. Ale to, co dostałem... Nie, na to zdecydowanie nie byłem przygotowany:


To co na zdjęciu wygląda, jak kawałki grzybów (te ciemne punkty), okazało się być właśnie kotletem. Ale Gruby Benek idzie dalej, wyznacza ewidentnie nowe trendy w kulinariach: nie dość, że oferuje "kotlet mięsny" to jeszcze prawie w proszku. Kawałki mięsa przywodziły na myśl mielonego, ale takiego nie dokońca mielonego, tak jakby w pewnym momencie kucharz stwierdził, że mielić już nie będzie i dokroił trochę mięsa. W sumie w kanapce wylądował nie kotlet, tylko jakieś mięsne odpadki, suche i bez smaku, rozrzucone tak, by pokryć jak największą powierzchnię bułki. Ale nawet to się nie udało - w 2/3 długości kanapki  "mięso" występowało, 1/3 pozostała kanapką z surówkami. Bułka typu ciabatta jest duża, to fakt. Ale na litość boską - nie płacę 10 zł za bułkę z kilkoma plasterkami warzyw! Całość oczywiście zimna. Prawie połowę zostawiłem, nie byłem w stanie tego jeść i odradzam stanowczo.
Żona zamówiła sobie

tortillę z tuńczykiem 

- cena również 9,90 zł.  Zamawiając tortillę spodziewam się dostać jeśli nie oryginalne ciasto, to chociaż dobrze opieczonego na chrupko naleśnika. W Grubym Benku możecie o tym zapomnieć. Czy jak Wam powiem, że dostała zimny naleśnik z lodowatymi miejscami warzywami z puszki i kilkoma kawałkami świeżych to uwierzycie? Bo tuńczyka w tym daniu nie było... Całość nie dość, że zimna to jeszcze niesmaczna. Zdecydowanie odradzam.



Reasumując: do Grubego Benka więcej nie pójdę. Nie skuszę się na pizzę za (uśredniając) 30 zł by przeżyć podobne rozczarowanie, jak w przypadku kanapki czy tortilli. Mówiąc szczerze, czuję się oszukany bo sprzedając takie produkty, jak opisane powyżej, GB po prostu wyłudza pieniądze od klientów. Nie, nie i jeszcze raz nie dla tej sieci. Brrr... Po upływie 14 godzin od zjedzenia jeszcze mnie otrząsa. Kolejny punkt, który trafia na listę "Strzeż się tych miejsc".

piątek, 25 maja 2012

Nie wszystko srebro co się świeci, czyli Silver Bar

Myślałem o tym miejscu i myślałem. Nawet żona w końcu zaczęła mnie namawiać: idź, ulżyj sobie, widzę, że aż cię aż skręca. Ciągle jednak kończyło się na tym, że przejeżdżając obok, patrzyłem i obiecywałem sobie, że kiedyś na pewno... Aż w końcu na facebooku padła od jednego z fanów Street Food Polska propozycja bym przybytek ten w końcu odwiedził. No jak tak, to tak. Wsiedliśmy z żoną w samochód i pojechaliśmy. Mowa o wolnostojącym pawilonie na ulicy Szczecińskiej 42 o nazwie Silver Bar. Pawilon stoi na parkingu przed wejściem na basen.


W ofercie baru znajdziemy zarówno klasyczne fast foody, jak hamburgery (8 zł) czy hot dogi, poprzez  kebaby (11,50 duży w bułce) i kurczaka z rożna (19 zł cały) po dania obiadowe - żurek z białą kiełbasą (8 zł) czy kebab na frytkach (14 zł). W środku znajdziemy 2 stoliki na 4 osoby plus stolik na zewnątrz. Lokalik bardzo czysty! Powitała nas bardzo miła pani, jeśli chodzi o obsługę to mogę tylko komplementować. I tutaj właściwie kończy się dobre. Bo jeśli chodzi o jedzenie...
Zamówiliśmy cheeseburgera (9 zł!!!) i duży kebab w tortilli (12 zł). Po kolei:

Cheeseburger

Jest naprawdę duży. I ma sporo dodatków. Bułka - zwykła w takich miejscach, klasyczna "sezamówka", duża, podgrilowana (góra nawet za bardzo). Kotlet - na wierzchu zapieczony ser, jak widać na zdjęciu duży, lecz cieniutki, kupowany gotowy. Nie mam pretensji, wszak to nie restauracja. Dodatki - mnóstwo i świeże. Sos - musztardowy, poprawny, gotowy. W sumie całość może nasycić i smakuje... nieźle, naprawdę nieźle, jeśli zapomni się na chwilę, że są miejsca, gdzie kotlety i bułki robią na miejscu. Powiem tak: za 6 zł nie narzekałbym, ale 9 zł to zdecydowana przesada. Mimo wszystko, jeśli ktoś lubi smak typowego fast fooda to będzie zadowolony. 


Kebab w tortilli

Po wczorajszym durumie w Imbiss, postanowiłem zamówić kebab również w tortilli, po pierwsze dlatego, że w takim miejscu nie ma co marzyć o tureckim chlebie, po drugie trafiła się okazja by porównać. Kebab oferowany jest wyłącznie drobiowy, za to pani zachwalała, że robią go sami z podudzi. No OK, myślę sobie, w sumie przełamałem swoja niechęć do drobiowych kebabów dzięki zjedzeniu takowego w NUR Kebab. No to odczekałem swoje cierpliwie. Po około 5 minutach dostałem swoją tortillę. I ... rozczarowałem się potwornie. Naleśnik bowiem okazał się ... zimny. Tyle dobrego, że nie prosto z lodówki. Ja wiem, że pogoda już letnia, ale mimo wszystko kebab zdecydowanie wolę na gorąco. Mimo wszystko postanowiłem go zjeść, bo głodny byłem. Fakt, był duży. Ale przez zimny naleśnik stracił na starcie połowę smaku. Jeśli dodać do tego bardzo dużą ilość surówek, nie udało mi się właściwie w ogóle wyczuć mięsa. Dopiero pod sam koniec kilka kawałków zachowało resztki ciepła, ale przy tej ilości surówek smak mięsa i tak gdzieś się zagubił. Sosy gotowe, mieszane, z przewagą ostrego. W gorącym dałyby radę, w zimnym przeszkadzały. Być może to mięso świetnie by się sprawdziło z frytkami. Być może, ale ja już nie sprawdzę. 



Reasumując: kebaba nie polecam (chyba, że ktoś lubi chłodny, mocno warzywny), na cheeseburgera skusiłbym się być może jeszcze raz, ale za cenę 6 zł. W sumie, jak pisałem wcześniej, jedynie obsługa i czystość lokalu zachęca by wejść, bo jedzenie zdecydowanie nie daje rady, a na pewno nie za te pieniądze. 

czwartek, 24 maja 2012

Prosiaczek po turecku, czyli dużo i tanio

Minął rok od czasu, gdy po raz pierwszy jadłem kebab w barze należącym do sieci Prosiaczek na ul. Świetego Leonarda 15. Wtedy zafiksowany byłem na tureckim chlebie do kebaba i inny mi nie smakował. Ale tortillę mieli niezłą. Po dobrych lawaszach w Sarayu, NURze i Troyu oraz zjawiskowym Bejti w Efesie, zacząłem częściej zerkać w stronę kebabów typu durum. Co prawda po wizycie w Antalya Kebap, gdzie podano mi przysmak zombie mój entuzjazm  mocno podupadł, ale ... Pomyślałem sobie, że może warto sprawdzić co przez ten rok w Imbiss Istanbul Kebap się zmieniło.
Jeśli chodzi o lokalizację to wszystko zostało po staremu - do Imbissa nadal wchodzi przez bramę.


Zanim w nią jednak wejdziemy, warto zwrócić uwagę na potykacz wylepiony menu i promocjami:


Lokal mieści się w niedużym podwórku, gdzie wystawione są parasole i ławki, w sumie zmieści się na nich około 20 osób. W samym lokalu zaledwie jeden stolik 5 osobowy.


Wszedłem więc do środka i zamówiłem sobie duży barani durum kebap z mieszanymi sosami. Zapłaciłem 10 zł i po około 3 minutach miałem go już w łapkach. Pierwsza uwaga: jest naprawdę duży!


Ciasto dobrze opieczone, ale tutaj mam prośbę: następnym razem durum chciałbym naprawdę gorący. Ten który dostałem był ciepły. Zacząłem jeść i muszę powiedzieć, że z każdym kęsem brwi unosiły mi się ze zdziwienia: ilość mięsa w tym kebabie jest porażająca. Powiedziałbym, że stosunek surówek do mięsa jest 1:9. Wow!



Sałatki  z uwagi na małą ich ilość nie dominują w żaden sposób, podkreślają jedynie smak. Podobnie z sosami - mieszane, więc niezbyt ostre, są wyczuwalne, ale nie ingerują w smak.
Reasumując: za 10 zł najadłem się po pachy. Ilość mięsa naprawdę robi wrażenie, jest ono soczyste i smaczne, choć moim zdaniem nie tak dobrze przyprawione jak w NUR . Tak czy siak, całość jest smaczna i warta tych 10 zł. Gdyby jeszcze kebab dotarł do mnie gorący, nie miałbym żadnych uwag. Ale na duży głód polecam jak najbardziej.

środa, 23 maja 2012

A na wieczór "Pinta Dobry Wieczór"

Pinta Dobry wieczór jest to piwo nie tylko na wieczory. Bardzo ekskluzywne, "ciastko owsiane". Ciekawostką jest fakt, że możemy to piwo znaleźćna ratebeer.com (Ogólnoświatowy portal internetowy, gdzie internauci oceniają piwo. Sam fakt, że piwo trafiło do ogólnoświatowego rankingu świadczy o tym, że jest naprawdę zacne). Przejdźmy jednak do informacji z etykiety: Masz ochotę na ciastko czekoladowe posypane płatkami owsianymi? - Co to niby ma znaczyć? Ano to, iż do piwa dodano trochę płatków owsianych. Brzmi to całkiem ciekawie, a skład prezentuje się równie imponująco (słody Weyermann®: pale ale, Caramunich® (II), Caraaroma® (II), Carafa® (I), płatki owsiane; chmiel East Kent Golding (UK), drożdże Safale US-04.). Co mi się podoba w Pintach, to sam fakt, że informacja jest naprawdę kompletna. Wielki szacunek należy się pomysłodawcom, za uchylenie rąbka tajemnicy, oraz profesjonalne podejście do klienta. Dla tych, którzy nie wiedzą, czym jest Stout - jest to piwo górnej fermentacji, ciemne. Dokładne miejsce pochodzenia jest ciężkie do określenia, ponieważ wielu spiera się, iż jest to Irlandia, niektórzy zaś twierdzą, że Anglia. Nie udało mi się niestety natrafić na historyczną wzmiankę, która rozwiałaby wszelkie wątpliwości, nie mniej jednak żyłem i nadal żyję świadomością, że piwo to korzeniami wywodzi się z Irlandii. W smaku jest to klasyczny stout, najprawdziwszy, bez ogródek. Mocno kawowy, na początku krótka słodkość, która szybko przechodzi w długi wytrawny finisz, coś ciekawego i godnego uwagi. Naprawdę poważny rywal dla niektórych piw zagranicznych. Czarne jak smoła, pachnące niczym poranna kawa, ciemne jak wieczór - Zabawna nazwa, choć nie jestem w stanie określić, skąd tak naprawdę się wzięła. Na podstawie domysłu wnioskuję, że być może chodzi o kolorystykę tegoż oto piwa. Cena tego trunku oscyluje w granicach od 6 zł do 6,50 zł. Jak już pisałem przy okazji Ataku Chmielu, Browar Pinta jest browarem kontraktowym. Gorąco polecam, piwa warzone są w Browarze na Jurze, w Zawierciu.


Zapach: Coś miłego. Zbożowy, delikatny, a zarazem przyjemny. Od czasu do czasu na podniebieniu boryka się także zapach palonych słodów. Od czasu do czasu wyczuwalny jest także średnio intensywny, karmelowo - kawowy impuls.
Kolor: Ciemne, nieklarowne. Przy brzegach szklanki spostrzec można opalizujące refleksy, choć piwo jest kompletnie zmętniałe, czarne, smoliste.
Piana: Bez dwóch zdań wyborna, nie opada za szybko, jest sztywna. Wpada w przyjemne, beżowo - kawowe odcienie. Coś wspaniałego.
Smak: Trochę się opiszę. Przede wszystkim bardzo przyjemny smak. Na pierwszym planie gryzło niemal coś palonego. Bardzo intensywny smak palonego słodu. Powiedziałbym nawet, że zbyt intensywny. Przypominał mi trochę smak Podpiwku Warmińskiego. Trochę wyczuwalna ta owsiana nutka, początkowo jednak jest ona tłumiona przez tą paloną nutę, która na języku zdecydowanie tryumfuje. Chmiel gra tu drugorzędną rolę, a w zasadzie nie przykuwa zbytnio wiele uwagi. Piwo to mimo wszystko jest gorzkie. Jak na stouta przystało - moim zdaniem bez zastrzeżeń.
Opakowanie:
Zdecydowanie inaczej, jak wcześniej. Jest to po prostu odsłona "Wesołych Świąt" pod postacią "Dobry Wieczór". Moim zdaniem etykieta ta jest bardziej stylowa. Bardziej nowoczesna i przyjemna. Piwo to nie kojarzy się z jakąś kiczowatością. Jak na nową odsłonę Pinty przystało, piwo zaszpuntowane kapslem dedykowanym.
Parametry:
4.5% Alkoholu, 13.1% Ekstraktu

wtorek, 22 maja 2012

Tortilla Szefa, czyli mała rzecz, a cieszy

Upał jak w Meksyku niemalże. Termometr w cieniu wskazywał 26 stopni Celsjusza. Pomyślałem, że  pogoda idealna, by zaprzyjaźnić się z nowo otwartym punktem "Tortilla Mini Bar", sugerującym nazwą gorące i pikantne doznania fast foodowe. Otwarto ten przybytek zaledwie kilka dni temu. Mieści się w bardzo niedogodnym moim zdaniem punkcie,  mianowicie w przejściu między ulicami Zgoda i Ściegiennego (kiedyś przez lata był tam punkt fotograficzny). Idąc od Rogatki w stronę Stadionu Korony, jeśli nie zatrzymamy się na przystanku MPK (na wprost WDK), mamy marne szanse by bar ten dojrzeć. A szkoda!



Zanim przejdę do opisu tego, co zjadłem słów kilka o wystroju i menu. Wystroju właściwie nie ma. Bo też miejsce jest nader oszczędne w wolną przestrzeń. 75% powierzchni zajmuje lada chłodnicza, kontuar i kuchnia. Dla chcących zjeść w środku pozostaje mała wnęka, pomieści 2 osoby. Miejsc siedzących brak. Lokalizacja jednak sugeruje, że lokal nastawiony jest na ludzi lubiących street food, czyli jedzących "w biegu" :) W końcu obok jest przystanek MPK, a także szkoły i biblioteka. Jeśli tak na to spojrzeć, brak możliwości zjedzenia na miejscu nie jest przeszkodą. Menu: oszczędne, około 12 pozycji. Ale... Ceny robią wrażenie! One również sugerują, że bar chce trafić do uczniów i studentów, którzy jak wiadomo groszem nie śmierdzą. W karcie znajdziemy sałatki, 3 rodzaje kanapek na ciepło (3,00 do 3,50 zł !!!), w tym także wegetariańską - kanapki podawane są w bułkach typu ciabatta, hot dogi (francuski i klasyczny) w cenie 3,50 zł, hamburger (6 zł) i cheeseburger (6,50 zł) oraz tortille. Ja wybrałem najdroższe danie z menu, czyli Tortillę Szefa za 8,50 zł. Skład: naleśnik, kurczak w ostrej panierce, warzywa: sałata lodowa, cebula, świeży ogórek, świeży pomidor, sosy. Tortilla i kurczak zostały wyjęte z lodówki i trafiły najpierw do mikrofalówki. Już miałem się zjeżyć, kiedy pani uruchomiła jednocześnie piecyk elektryczny. Zrozumiałem, że mikrofalówka użyta została jedynie do wstępnego zagrzania tych składników. Byłem jednak czujny, bo nie ma nic gorszego niż jedzenie z tej szatańskiej, robiącej "ding!" maszyny. Podgrzana tortilla trafiła jednak na blat roboczy gdzie z jednej strony ułożono warzywa, z drugiej zaś kawałki kurczaka w panierce. Padło pytanie o sosy. Jest ich kilka do wyboru, niestety nie robione na miejscu, tylko standardowe, spotykane w większości tego typu przybytków. Poprosiłem o ostre, pani zasugerował jeszcze czosnkowy. Zgodziłem się i powiem szczerze, że nie żałowałem później tej decyzji. Po zawinięciu składników, tortilla trafiła na około 3 minuty do elektrycznego piecyka, gdzie została zagrzana na tyle, że parzyła nawet przez papier i pozostała ciepła do końca. Wziąłem, podziękowałem i wyszedłem, by wgryźć się w gorący naleśnik.
Uwaga: porcja wydaje się nieduża na pierwszy rzut oka. Jest długości mniej więcej hot doga francuskiego:


Jednak ilość składników sprawia, że mimo optycznie niewielkich wymiarów Tortilla Szefa potrafi nasycić. Dzieje się tak głównie za sprawą kurczaka. W środku znajdziemy bowiem kilka kawałków panierowanej piersi, kawałków dość sporych moim zdaniem. Obstawiam, że jedna kurza pierś w takim naleśniku znajduje się na pewno. Kurczak jest dość soczysty, nie przesuszony, smaczny. W połączeniu z sosami i świeżymi, chrupiącymi warzywami stanowi bardzo smaczną kompozycję. Ostre sosy są naprawdę ostre, w połączeniu z sosem czosnkowym danie nabiera nowego wymiaru, staje się wyraziste i ciekawe, słodkie warzywa świetnie równoważą się z ostrymi sosami.



W sumie te 8,50 zł, które zapłaciłem za Tortillę Szefa uważam za dobrze wydane. Nie jest to może porcja na bardzo duży głód, ale nasyca, jest smaczna, ze świeżymi składnikami. Nie jest idealnie, ale jest dobrze i z szansą na progres. Czemu nie idealnie? Z dwóch powodów: naleśnik mógłby być bardziej przypieczony (na chrupko), choć nie wiem, czy taka ilość świeżych warzyw na to pozwoli. Po drugie - sosy. Przy świeżych składnikach i przy kurczaku, jak mniemam, "domowej roboty", aż się prosi o sosy własnej produkcji. Sos czosnkowy a la tzatziki plus sos z ostrych papryczek i byłoby niebo w gębie.  Jak pisałem, lokal czynny jest dopiero kilka dni, więc moich uwag nie traktujcie jako ataku, a jednie rad udzielonych przez potencjalnie stałego klienta. Następnym razem spróbuję tych bajecznie tanich kanapek w ciabacie. And last but not least - obsługa. Duży plus, można przyjemnie pogawędzić w oczekiwaniu na jedzenie, poza tym kompetentna i pomocna.
Reasumując: lokal polecam na przetestowanie, myślę, że jeśli utrzymają poziom będzie to miejsce, do którego warto wracać. Tanio i świeżo - czego chcieć więcej?

poniedziałek, 21 maja 2012

Tapas, czyli zakąski, darmowy grill i cudowny ogródek

O Tapas wspominałem już przy okazji II Kieleckiej Gastrofariady. Obiecałem wtedy, że napiszę coś więcej o tym lokalu. Z recenzją czekałem jednak do czasu, aż przetestuję sukcesywnie wprowadzane do oferty pubu zakąski. Na wstępie parę słów o wystroju: wcześniej mieścił się tu Gaudi Club i wystrój pozostał niezmieniony, a więc nawiązujący do prac katalońskiego architekta. Pomimo upływu lat, wnętrze nadal robi wrażenie. Zresztą, jeśli nie byliście to możecie obejrzeć zdjęcia na fan page'u Tapas na Facebooku. Tapas posiada jeszcze jedną rzecz, która odróżnia go od wielu innych pubów w Kielcach: ogródek, który jest tak umiejscowiony, że siedząc w nim jesteśmy odcięci zarówno od tego co dzieje się w lokalu, jak i od ulicy. Oczko wodne z rybkami, dwa grille, parasole - idealne miejsce na letnie posiadówki. Najważniejsze jednak - dla klientów lokalu grill jest darmowy, wystarczy więc zamówić napoje lub alkohole w barze, a kiełbaski, kaszanki, mięsa itp na grilla możemy przynieść swoje. Fajna sprawa i często przez mnie i znajomych wykorzystywana.
A teraz przejdźmy do meritum, czyli zakąsek. Jest to jedna z najistotniejszych dla mnie rzeczy w ofercie takich lokali. Po kilku kolejkach robię się bowiem zawsze głodny. Pół biedy, jeśli lokal znajduje się w pobliżu punktów z fast foodem, ale ja generalnie wyznaję zasadę, że do wódki zakąski muszą być. Nie lubię w trakcie imprezy wychodzić z lokalu i szukać czegoś do zjedzenia. Właściciele Tapas wyszli takim ludziom jak ja naprzeciw i oprócz wspomnianej możliwości grillowania w ogródku, wprowadzili do oferty zakąski. Nie są to dania wyszukane, bo też Tapas jest pubem, nie restauracją, ale doskonale pasujące do alkoholu. Karta zakąsek jest jeszcze "ruchoma", ale już teraz możecie zjeść:

Lornetę z meduzą, czyli tradycyjne połączenie aperitifu z przystawką. Jest to galareta wieprzowa (o ile nic się nie zmieniło nabywana w sklepach Henryki Zychowicz), bardzo smaczna, mięsna i moim zdaniem jedna z najlepszych dostępnych w Kielcach. Podawana jest z chlebem (rewelacyjne pieczywo, z jednej z najstarszych kieleckich piekarni - u Gołębiowskiego) i dwoma setkami wódki (Duża Lorneta z Meduzą - 30 zł) lub dwoma pięćdziesiątkami tejże (Mała - 18 zł). Można ją również nabyć bez wódki - kosztuje wówczas 8 zł.

Ziemianina w Warszawie, czyli białą kiełbasę z rusztu. Kiełbasa jest bardzo soczysta, przygotowywana chyba na elektrycznym grillu, zwarta, z pięknie chrupiącą skórką. Do kiełbasy podawane jest pieczywo oraz tradycyjne dodatki, czyli musztarda, ketchup i chrzan. Kosztuje ta przyjemność jedyne 8 zł.

Przysmak Fiszera, czyli śledzie w oleju lnianym. Jedna z najlepszych zakąsek, jakie w kieleckich lokalach udało mi się jeść. Filety pokrojone w kawałki, które da się zjeść "na raz" (jest ich w sumie 10), śledzie leciutko szkliste, więc nie trzymane w chemii, grube, soczyste. Cebulka leciutko twardawa, ale nie twarda - idealna. Zalewa - mistrzostwo świata. Olej lniany charakteryzuje się niesamowitym, lekko orzechowym posmakiem. Te śledzie, jak się dowiedziałem, moczone są najpierw w roztworze octu winnego, a następnie trafiają do zalewy z oleju lnianego z innym olejem. Nie udało mi się niestety wydobyć proporcji - tajemnica handlowa :) Tak, czy siak - za 10 zł otrzymujemy rewelacyjną zakąskę do wódki. Zdecydowanie warto i polecam!

Tosty. Robione z pieczywa jasnego z salami i mozarellą, oraz z ciemnego pieczywa z łososiem wędzonym czarnymi oliwkami i mozarellą. Podawane po dwie sztuki z dodatkami, pieczywo od Gołębiowskiego. Pyszne! Cena - 8 zł.

Na koniec zostawiłem nowość - kanapkę na gorąco ze stekiem z karkówki. Uwielbiam kanapki na gorąco! Ta, którą możemy w Tapas nabyć za 11 zł, jest jedną z najlepszych, jakie jadłem. Najpierw wzrok przyciąga ogromna buła z piekarni, jakżeby inaczej, Gołębiowskiego. Opieczona na elektrycznym grillu staje się chrupka, lecz nie sucha, Potem pikle: papryka, ogórek, cebula... Sercem kanapki jest soczysty stek z karkówki, na którym ciągnie się roztopiona mozarella. Stek jest idealny - mięso jest zwarte, soczyste niesamowicie, lekko twardawe, świetnie doprawione. Całość stanowi genialną w swej prostocie i zjawiskową w smaku kompozycję. Gorąco polecam - bardzo nasycające. Jedyne, czego mi zabrakło to jakiś wyrazisty sos - ale receptura jest już ponoć w ostatniej fazie testów, więc niewykluczone, że na dniach kanapka ta będzie już idealna.





Kiedy spytałem o nazwę kanapki, dowiedziałem się, że nie posiada ona takowej. Od słowa do słowa doszliśmy do wniosku z jej twórcą, że pozycja w menu "kanapka ze stekiem" jest ... mocno trywialna. Postanowiliśmy więc odwołać się do Waszej kreatywności. Nadsyłajcie propozycje nazwy dla tego dania - wśród wszystkich autorów rozlosujemy kupony do Tapas, a zwycięzca może liczyć na fajna niespodziankę. Propozycje nazwy ślijcie jak zwykle na adres streetfoodpolska@gazeta.pl, w tytule mejla wpisując "KANAPKA".

Reasumując: Tapas to bardzo fajny pub, z kapitalnym ogródkiem i świetnymi zakąskami. Dobrze poczują się w nim zarówno ludzie bardzo młodzi (szczególnie do późnego popołudnia - wtedy właśnie młodzieży jest tam najwięcej), jak i ci nieco starsi, chcący posiedzieć przy drinku czy pogadać o sprawach biznesowych. Można przyjść z grupą przyjaciół i zrobić sobie grilla. Właściciele Tapas są bardzo otwartymi ludźmi i wkrótce planujemy tam kolejną kulinarną imprezę, jeszcze nie mogę Wam zdradzić szczegółów, ale obiecuję, że będzie bardzo fajnie.

piątek, 18 maja 2012

Hot Dog nieamerykański i najgorszy kebab świata, czyli fast foody w Realu

Powinienem był zostać w domu. Ale skończył mi się tusz w drukarce i udaliśmy się z żoną do Media Markt. A skoro już byłem w MM, to obok jest hipermarket Real. Przy wyjściu zaś znajdują się dwa punkty gastronomiczne, które od dawna chciałem przetestować. Pierwszy to wózek reklamujący się jako "american hot dog" (lub jakoś tak). Hot dogi pasjami wielbię, więc od razu skierowałem tam swe kroki. No i co? I amerykańskich hot dogów oczywiście nie ma (fast foodowe demony zaczęły działać!). Są "duńskie", za to taniej - 3,50 zł, a nie 4 zł. "Duński" wg informacji na kartce różni się od amerykańskiego tym, że bułka jest grillowana. Tak czy siak, postanowiłem spróbować. Jadłem ostatnio szwedzkiego, to i duński mi krzywdy nie zrobi.
Hot dog składał się z: grillowanej bułki, parówki, surówki z białej kapusty, 4 plasterków ogórka, karmelizowanej cebulki i 3 sosów: musztardowego, ketchupu i majonezowego. Bułka - wrzucona na opiekacz, zbyt krótko zagrzana, na szczęście nie była gumowata, ale wystygła w momencie. Parówka - w normie. Ugotowana, dość soczysta. Mniejsza od bułki o jakąś 1/3. Reszta składników nie odbiegająca od ogólnie spotykanych w takich miejscach. Sosy przeciętne. Reasumując - szału nie ma. Ale za 3,50 zł?


W czasie kiedy zamawiałem i odbierałem hot doga, żona weszła do

Antalya Kebap 

mieszczącego się również przy wyjściu  z Reala. I wiecie co? Po 3 - 4 minutach wyszła niosąc 2 kebaby. No, myślę sobie, ekspresowa obsługa! Wsiedliśmy z tym do samochodu, odwinąłem swojego kebaba z folii alu i... Pomyślałem, że właśnie w kieleckim Realu kręcą Bizarre Food i jesteśmy w ukrytej kamerze. Zanim zacznę narzekać coś wyjaśnię: o Antalya Kebap słyszałem właściwie same pozytywy. Dlatego zaakceptowałem cenę 15 zł za sztukę, bo skoro taki dobry... To co ukazało się moim oczom po rozwinięciu folii nijak nie wyglądało... nawet nie na kebab, ale w ogóle na jedzenie:


Tłusty, ciężki naleśnik budził obawy, że w ogóle nie trafił na opiekacz.Tak też było. Zimny i na wpół surowy !!! Mimo wszystko, nie wierząc jeszcze do końca, że to się dzieje naprawdę, ugryzłem. Raz, drugi, trzeci... I odpuściłem sobie. Tego w ogóle nie dało się jeść !!!! W środku sporo mięsa - podobno wołowiny. I co z tego, skoro: zimnego, niedoprawionego, żylastego... Surówki chyba prosto z lodówki, bo mroziły zęby.


Anthony Bourdain w swojej książce "Świat od kuchni" wspomina o japońskim daniu, którego smak porównał do "suszonego solonego koziego odbytu". Chyba wiem, co miał na myśli...
Do kebabów dostaliśmy jeszcze dwa sosy w pudełeczkach: pomidorowy i czosnkowy. Żaden nie okazał się być tym, za co miał uchodzić. W smaku przypominały... bo ja wiem? W ogóle nie miały smaku. O ile przy pomidorowym przymknąłbym oko, bo jak wiecie nigdy mi "kupny" nie smakuje, o tyle w czosnkowym nie było czosnku. Biały płyn smakujący jak farba do ścian (wiem, bo raz polizałem pędzel). Tyle, że nawet farba ma intensywniejszy posmak. Dopytałem żonę, kto nam to zrobił? I szczęka mi opadła. Polska obsługa, bardzo miła, jedynie podawała. "Kebaby" przygotowywali od początku do końca Turcy. Nie, nie jestem w stanie tego pojąć. Jakim cudem w Centrum Turcy robią cudowny kebab, a w Realu chcą nas zabić? Przecież nic im nie zrobiłem!
Reasumując: taki syf jadłem ostatni raz na Rogatce. Tam też sprzedano mi coś, co miało uchodzić za jedzenie. Wtedy również mój żołądek balansował na skraju przepaści. Ach... Jeszcze jedno:


Czy ja mam uwagi? Mam ich tyle, że mógłbym nimi napchać wielbłąda!!! Ale przekażę tylko jedną: Antalya Kebap trafia na moją prywatną listę "Strzeż się tych miejsc". Nigdy, przenigdy już nie zaryzykuję zjedzenia u was czegokolwiek. I będę wszystkich ostrzegał przed wydaniem 15 zł na coś, co powinno wylądować na śmietniku, a nie w żołądku klienta.
P.S. Piszę to po kilkunastu godzinach od spożycia, a obrzydliwy absmak i zgaga wciąż mnie męczą.

czwartek, 17 maja 2012

Nie bądź taki Szybki Bill, czyli smętne wycie Kojota

Zawędrowałem w końcu do Kojota. Nigdy jakoś się nie składało by tam zajrzeć, więc wykorzystałem okazję, że mój żołądek gwałtownie domagał się hamburgera z frytkami. Restauracja Kojot mieści się na Sienkiewicza 9, na wprost NUR Kebab. Wejście z bramy, lokal zajmuje piwnice kamienicy.






Restauracja zgodnie z nazwą, wystrojem i menu oferuje kuchnię Tex-Mex. Lokal składa się z kilku salek wyposażonych w 2,3 i 4 osobowe stoliki, jest również sala dla większej grupy. Wystrój ścian to głównie portrety indiańskich wodzów i  totemy.



Całkiem przyjemnie, problem jest jednak z zasięgiem sieci komórkowych, co może być przeszkodą np. przy spotkaniach biznesowych.
Jak pisałem wyżej, miałem chęć na hamburgera z frytkami. W karcie Kojota jest taka pozycja. Nazywa się Szybki Bill i kosztuje 13,90 zł, czyli jak na restaurację na deptaku - niedrogo. Tym bardziej, że hamburger znajduje się w ofercie śniadaniowej i w cenę wliczoną mamy kawę lub herbatę do wyboru. Ja wybrałem kawę i po chwili na stoliku pojawiła się filiżanka Segafredo. Kawa smaczna, wybrałem białą, więc i pianka była. Pojawiły się też dwie sosjerki - jedna z sosem pomidorowym na ostro, druga z czosnkowym a la tzatziki. Oczywiście od razu spróbowałem, by nie eksperymentować na jedzeniu. Pomidorowy - ostry, ale dla mnie bez wyrazu, do bólu klasyczny sos na pizzę moim zdaniem. No ale mnie nigdy nie smakują sosy pomidorowe w knajpach i pizzeriach. Czosnkowy - dużo lepiej, wyrazisty, smaczny, gęsty. Plus.



Szybki Bill pojawił się na moim stoliku po 20 minutach od złożenia zamówienia - czyli w dopuszczalnym czasie. Tutaj muszę pochwalić obsługę - nie mam żadnych zastrzeżeń, miła i kompetentna kelnerka pojawiała się wtedy, kiedy była potrzebna, nie była nachalna.



Hamburger ten reklamowany jest w karcie, jako trzywarstwowy, co pozwalało mi mniemać, iż posiada dwa kotlety. Tak też jest.


Pociekła Wam ślinka? Mnie na początku też. Ale później było już tylko gorzej. Zacznę może od składu: bułka, dwa kotlety, ser, sałata, pomidor, ogórek, cebula, sos musztardowy.
Bułka - porażka totalna. Zwykła hamburgerowa bułka, dostępna w każdym markecie. Na litość boską, toż to nie buda przy dworcu, tylko restauracja na głównej ulicy wojewódzkiego miasta! Każda szanująca się restauracja sprzedająca hamburgery podaje je w bułce albo samodzielnie pieczonej, albo zamawianej w lokalnej piekarni! No naprawdę - tego się nie spodziewałem... (Ten sam błąd popełnia Roy Ben). Nie spełniła ona zupełnie moich oczekiwań, co prawda podano mi sztućce, ale hamburgera w bułce zawsze jem rękami. Ta bułka, przekrojona na trzy części nie wytrzymywała obciążenia poszczególnych warstw, w konsekwencji dolna część rozpadła się po dwóch kęsach, gdyby nie ser miałbym niezły bałagan na talerzu...
Kotlety - są dwa, robione na miejscu na szczęście. I tyle dobrego można o nich rzec. Nieduże, cieniutkie, jak dla mnie przesuszone.
Warzywa - tutaj było OK, ale zabrakło mi tak istotnej w hamburgerach czerwonej cebuli (była tylko biała).
Frytki - tutaj polegli ostatecznie. Cieniutkie, niedosmażone, niesmaczne. Próbowałem ratować je sosami, ale nic nie pomogło. Połowę zostawiłem.
Reasumując: porcja jak na restaurację w Centrum miasta spora i tania. Smakowo jednak... fatalnie. Dopłacając 2 zł kilkadziesiąt metrów dalej, w VooDoo, zjemy większego i co ważne - o niebo lepszego hamburgera (Luizjana Cheeseburger). Póki co nie widzę w Kielcach dla niego alternatywy. Jeśli ktoś chce posiedzieć w restauracji i tanio zjeść, to pewnie będzie z Kojota zadowolony. Jeśli jednak przedkłada nade wszystko smak potrawy, niech szuka innego miejsca. Powiem szczerze - zdarzało mi się zjeść lepsze hamburgery w budach typu przyczepa campingowa za połowę tej ceny. I frytki były na ogół usmażone. Szkoda, bo lokal ma potencjał i gdyby choć zbliżył się do poziomu np. Siouxa, mogłoby być nieźle.
I na koniec jeszcze jedna uwaga - muzyka. Chłamowaty pop jest za głośny i nijak nie pasuje do wystroju, dużo lepiej brzmiałby tam blues lub klasyka amerykańskiego rocka.

środa, 16 maja 2012

Warszawa po turecku, czyli najlepszy kebab jaki jadłem

Wczoraj opisałem Wam kilka fast foodów na warszawskich dworcach. Na naszej trasie znalazł się też  rekomendowany przez kolegę lokal turecki, mieszczący się w Pasażu Muranów, na ulicy Jana Pawła II 41, 

EFES KEBAB.


Efes słynie podobno ze swoich lawaszy, ma jednak w ofercie również kebab w chlebku tureckim. Ceny w ofercie na wynos zaczynają się od 12 zł.


Kolega namówił nas jednak, by nie brać na wynos, tylko zjeść wersję "talerzową". Weszliśmy więc do środka. W oczy od razu rzuca się lada chłodnicza, gdzie obejrzeć można cudownie wyglądające dania tureckie.


W lokalu znajdziemy dwie sale, o wschodnim wystroju, mieszczące 8 stolików na 4 osoby każdy.



Przejrzeliśmy kartę. Ja i kolega wybraliśmy danie Sultan Kebab (26 zł), żona Bejti (30 zł). 
Sultan okazał się najlepszym kebabem, jaki do tej pory jadłem. Danie to składa się z tureckiego chleba, pociętego w kostkę, na którym ułożone są paski cielęciny i baraniny. Do tego pomidor, ostre papryczki i rewelacyjny ayran, czyli gęsty turecki jogurt. Całość polana aromatycznym pomidorowym sosem. Cóż mogę napisać o tej potrawie? Soczyste paski doskonałej baraniny przeplatały się z równie soczystymi paskami cielęciny. Mięso gdzie trzeba twardsze, gdzie trzeba miększe, doprawione idealnie, w połączeniu z chlebkiem i jogurtem stanowiły prawdziwą rozkoszą dla wszystkich zmysłów. Sos pomidorowy jest łagodny, jednak na stołach stoją dzbanuszki z sosami: ostrym paprykowym i czosnkowym. Ostry to mistrzostwo świata - niesamowicie podkreśla smak mięsa, dodając potrawie charakteru. Powtarzam - dla mnie najlepszy kebab, jaki do tej pory miałem okazje jeść.



Moja żona za kebabem nie przepada i jeśli już go zamawia, to tylko w lawaszu. Dlatego też zdecydowała się na Bejti. Jest to również kebab baranio - cielęcy, jednak zawinięty w lavas, zapieczony i pocięty w kawałki. Do tego ryż i warzywa. Bejti okazał się równie smaczny co Sultan. Żona zachwycona była także ryżem, doskonale ugotowany z tureckimi przyprawami, bardzo aromatyczny, nakryty kulką ayrana idealnie komponował się z resztą potrawy. Próbując tego dania zrozumiałem, czemu tyle osób właśnie lawasz uważa za najlepsze danie w EFES KEBAB. Ciasto smakuje rewelacyjnie, a mięso doprawione tak samo, jak w Sultanie, tylko drobniej pocięte.


Za trzy dania obiadowe, dwa duże piwa, 4 pięćdziesiątki Finlandii, 2 pepsi, 1 wodę mineralną i turecką anyżówkę zapłaciliśmy 165 zł i były to naprawdę dobrze wydane pieniądze. Muszę jeszcze pochwalić obsługę, która była bardzo miła i pomocna. Duży plus lokal dostaje także za idealnie czystą toaletę! Przy kolejnych wizytach w Warszawie EFES na pewno znajdzie się na mojej kulinarnej trasie. Polecam wszystkim gorąco, bo stosunek jakość - cena oraz ilość - cena jest doskonały.

wtorek, 15 maja 2012

Warszawa w oparach fast foodów, czyli dworcowe zakąski

W sobotę podążyliśmy z żoną do Warszawy. Cel był jasny: najpierw Food Blogger Fest, potem spacer po Warszawie by przetestować tamtejsze fast foody. I jak to zwykle u mnie, od samego początku wszystko szło nie tak. Najpierw zaspaliśmy, później z przyczyn od nas niezależnych (awaria) nie dotarliśmy na FBF, a dokładnie to nie chcieliśmy wchodzić po 2/3 trwania spotkania. Do tego wyjeżdżaliśmy w ciepełku i pięknej słonecznej pogodzie, a Warszawa przywitała nas deszczem. Jeśli chodzi o fast foody to założyłem sobie, że testować będziemy tylko takie, jakich w Kielcach nie ma, czyli na starcie wykluczyliśmy duże sieci typu McDonalds czy Subway. Restauracje i miejsca typu "Przekąski - Zakąski" również. Po różnych perypetiach ustaliliśmy, że zaczniemy od Dworca Warszawa Zachodnia, bo koniec końców tam wylądowaliśmy.
W podziemiach i okolicach Dworca znaleźć można kilkanaście punktów oferujących jedzenie, głównie na słodko, ale i na ciepło też coś się trafi. Ponieważ umówieni byliśmy z kolegą, który obiecał zaprowadzić nas do swojego ulubionego kebaba, budy z tymże jedzeniem również skreśliłem z listy. Rozglądając się więc w podziemiach dworca, zauważyłem tablicę, która mnie zaintrygowała, głosząc iż można tu nabyć  
"szwedzkiego hot doga" za jedyne 1,40 zł.

Jak wiecie, hot dogi uwielbiam, więc nie mogłem obok takiej oferty przejść obojętnie. Wybór padł na  dwa hot dogi w wersji chili (zarówno parówka, jak i sos). Do hot dogów wzięliśmy jednak dodatki, czyli ogórka i prażoną cebulkę. Dodatki kosztują 1 zł, koszt hot dogów zamknął się więc w kwocie 2,40 zł za sztukę. Sam hot dog jest malutki, mniejszy nawet niż w Ikei, ale bardzo smaczny, Bułka grzana na parze, gorąca, parówka soczysta i smaczna. Ot, mała, niezobowiązująca, lecz bardzo smaczna przekąska. Za 2,40 zł naprawdę warto.


Z dworca Zachodniego zafundowaliśmy sobie spacer w okolice Pałacu Kultury. Miałem bowiem nadzieję, że po drodze znajdziemy kolejny punkt z fast foodem. Okazało się jednak, że w Warszawie, podobnie jak w Kielcach, zaczynają dominować kebaby. A ponieważ kebab był w planach popołudniowych, dotarliśmy bez przekąsek do Dworca Centralnego. Zanim jednak zagłębiliśmy się w podziemia czy okolice owegoż, postanowiliśmy najpierw spożyć

hipsterską kawę. 

Miałem ze sobą iPhone'a i Maca, poczułem się zatem jak najbardziej usprawiedliwiony by wniknąć we wnętrza Starbucks'a. Weszliśmy więc do lokalu mieszczącego się w kamienicy przy Alejach Jerozolimskich 63. W dwupoziomowej kawiarni unosi się piękny zapach kawy, którą można również nabyć w ziarnach. W ofercie znajdziemy także ciastka, owoce, sałatki, słodycze itp. Wybór kaw spory, jednak my zdecydowaliśmy się na najklasyczniejszą chyba w tej sieci, czyli Caffe Latte, w wersji średniej zwanej tutaj Grande. Po chwili na stolik trafiły ogromne kubki pełne parującego, aromatycznego napoju. Kawa okazała się bardzo smaczna, niezbyt mocno palona, pobudzająca. Mleczna pianka gęsta i smakowita. Naprawdę warto wydać 11,90 zł za średni (realnie duży) kubek tej kawy.



Wzmocnieni nieco na duszy i ciele udaliśmy się  poszukać czegoś do jedzenia. Jak pisałem we wstępie, nie interesowały nas duże sieci, restauracje, kebaby i lokale typu "Meta Seta". Okazało się jednak, że w centrum Warszawy nasza misja to bardzo karkołomne zadanie. Z fast foodów dominują wegetariańskie, a jakoś nie miałem na to ochoty, albo kebaby. Zawędrowaliśmy na Chmielną, gdzie w podwórku ujrzałem mały lokal oferujący
wietnamskie kanapki. 

Rzut oka na menu i już się cieszyłem: kanapki na gorąco m.in. z kurczakiem satay lub teriyaki, wołowiną w winie itp. Mała za 7,50 zł. Postanowiliśmy spróbować dwóch różnych. I wtedy ZONK! Okazało się bowiem, że nie dowieźli bułek i jedyne co można zamówić to lody lub ciastka. Coraz bardziej głodni wróciliśmy więc na Dworzec Centralny. Podobnie jak na Zachodnim, również pod Centralnym można natknąć się na punkty gastronomiczne.  My skierowaliśmy swe kroki do pawilonu

o nazwie Oscar, sprzedającego m.in. kanapki na gorąco. 

Jest ich w ofercie osiem. Nasz wybór padł na nr 7, czyli z gyrosem. Za 5,90 zł dostajemy grillowaną kanapkę z mięsem gyros, dodatkami warzywnymi i sosami. Prostokątna, zapieczona na elektrycznym grillu bułka okazała się bardzo dobra - chrupka i soczysta, nie gumiasta. W środku, jako się rzekło, składnikiem głównym ma być mięso z gyrosa. I jest, ale niewiele. Po prostu kilka kawałków. Za to warzyw jest dużo - są smaczne i świeże. Do wyboru jest kilka sosów, ja zdecydowałem się na ostry pomidorowy i czosnkowy. Ostry nie był ostry, ale na szczęście czosnkowy okazał się czosnkowy. Sosy nie dominują w smaku, egzystują sobie gdzieś w tle, więc nie wpływają znacząco na smak kanapki. Całość oceniam na 3,5 w 5 punktowej skali, bo choć mięso było prawie nie wyczuwalne, to całościowo smak naprawdę niezły. Jednak z uwagi na małą ilość mięsa, uważam, że kanapka to powinna kosztować o 1 zł mniej.




Przed samym odjazdem żonie zachciało się czegoś na słodko. W podziemiach Dworca Centralnego odkryliśmy

Auntie Anne's - punkt sprzedający precle. 



Ale nie tylko! Ja bowiem od razu zwróciłem uwagę na parówkę w cieście. Nazywa się to Precel Dog z Serem i kosztuje 6,99 zł. Do tego wziąłem ostry dip. Dip zapakowano mi w pudełeczko, takie jak dodają do pizzy na wynos. Sos kosztował dodatkowe 99 groszy. Żona zaś wzięła precla z orzechami i czekoladowym dipem (5,99 + 0,99 zł). PrecelDog okazał się bardzo smaczną przekąską. Gorący, ciasto chrupiące i smaczne, parówka soczysta. Jednak 7 zł to lekka przesada. Powinno to kosztować moim zdaniem max 5 zł. Sos to porażka. Zwykły kupowany gotowy, owszem ostry, ale bez smaku.


Jutro ciąg dalszy, a mianowicie recenzja najlepszego kebaba, jaki zdarzyło mi się zjeść, czyli warszawskiego EFES KEBAB.

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...