O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


wtorek, 31 lipca 2012

Falafel w Istambule, czyli Wielki Test Wegetariańskich Fast Foodów, część 2

Dziś zapraszam Was do lektury kolejnego gościnnego wpisu. DK opisywał dla Was ostatnio fast foody z North Fisha. Tym razem postanowił wziąć udział w naszym teście wegetariańskich fast foodów i opisał dla Was falafel z Istambuł Kebab na Paderewskiego. Ja pisałem o tym miejscu dwa razy, po drugim wypadzie nie zaglądałem tam już, więc z ciekawością przeczytałem tę recenzję. Was również zachęcam i żeby już nie przedłużać:


Idąc w ślady bossa Street Food Polska, również postanowiłem ruszyć szlakiem wegetariańskich fast-foodów w Kielcach. Jakkolwiek moim faworytem w tej kwestii pozostaje niedościgniony Saray, dziś wyjątkowo zamiast kierować swoje kroki na ul. Sienkiewicza, postanowiłem zmierzyć się z knajpą Istambuł położoną na Paderewskiego.
Dotychczas miałem okazję jeść tam tylko raz, ponad rok temu, około 3 w nocy wobec czego nie miałem wyrobionego zdania na temat kebabów serwowanych w tym miejscu. Bijąc się z myślami, zmusiłem się do skierowania wprost do drzwi wejściowych i rzuciłem okiem na menu. Pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy brzmiała mniej więcej „motyla noga, dużo tego”. Po chwili namysłu, bez pośpiechu zdecydowałem się na „wegetariański durum” – do wyboru był falafel bądź grillowane warzywko (bodaj bakłażan). Nie chcąc skazywać na niecierpliwość wyjątkowo miłej pani stojącej za kasą, poprosiłem o falafel. Na pytanie o sosy udzieliłem wcześniej przygotowanej odpowiedzi – „mieszane”. Czyli łagodny połączony z pikantnym.
Po złożeniu zamówienia, rzuciłem okiem na wystrój wnętrza – jest generalnie w porządku. Nie przykuwa uwagi żadnymi szczególnymi cechami, ale też w żaden sposób nie odbiera chęci zjedzenia czegoś na miejscu. Ot, poprawnie. Na uwagę zasługują trzy możliwości oferowane przez warunki lokalowe – można zjeść przy jednym ze stolików mieszczących się na zewnątrz, można zająć miejsce w środku, w pomieszczeniu w którym znajduje się lada, lub pokonać kilka schodków i dokonać aktu konsumpcji w małym, nieco odizolowanym pokoiku. Ze względu na sprzyjające warunki pogodowe, wybrałem tę pierwszą opcję i usadowiłem się w ogródku, dzierżąc w dłoni plastikową plakietkę z numerkiem 44, którą wręczyła mi miła pani po przyjęciu zamówienia.
Czas oczekiwania na wegetariański durum z falaflem (falafelem?) był dosyć długi, spędziłem na zewnątrz jakieś 15 minut, obserwując ruch uliczny, który o tej porze (między 16 a 17) był wysoce interesującym zjawiskiem.
Po kwadransie, gorący posiłek trafił pod mój nos, zaś w zamian pani dostarczycielka zabrała numerek, do którego zdążyłem się już mocno emocjonalnie przywiązać.

Przystępując do jedzenia, nie byłem nastawiony optymistycznie, cały czas myślałem, że niedaleko znajduje się Saray, który pozostaje moim ulubionym fast-foodem w Kielcach. Po pierwszym kęsie wszelkie negatywne myśli zostały rozwiane i mogłem cieszyć się doskonałym smakiem jedzenia. Pierwsze wrażenie – ciasto jest cieńsze niż w Saray, natomiast wyjątkowo mocno czułem smak świeżych warzyw. Sosy są poprawne, trudno było mi jednoznacznie je ocenić – nie wyróżniały się ani na plus, ani na minus. Bogate wypełnienie placka kryło w sobie kilka doskonałych falafli, które smakowo były dosłownie identyczne jak te, które serwowane są w moim ulubionym punkcie.


Dodatkowy ser, za który dopłaciłem bodaj 1 lub 2 złote (łącznie wyszło 11), był świetnym dodatkiem. Całość była gorąca, za pięknym zapachem szedł doskonały smak, który zaspokoi nawet najbardziej wymagające, fast-foodowe podniebienia.
Reasumując, jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Wegetariańskie jedzenie w Istambule okazało się równie dobre co w Saray. Na korzyść Istambułu przemawia fakt, że wegetariański durum jest nieco tańszy (jednak kosztem odrobinę mniejszego rozmiaru). Moim zdaniem, tego typu posiłek może być interesującą i bardzo sycącą odmianą dla wszystkich mięsnych ludków.
Polecam!

Autorem tekstu i zdjęć jest DK.

poniedziałek, 30 lipca 2012

Furia Aschette, czyli Tempo profanuje zupę botwinkową

Dzisiaj kolejna nadesłana recenzja. Aszka po zachwycie nad pizzą "Pod Trójką" tym razem zapragnęła zjeść zupę botwinkową. Okazało się, że w Kielcach o nią niełatwo. A jak już jest, to... Zresztą przeczytajcie sami:


Na początek muszę się Wam do czegoś przyznać. Nie przepadam za zupami. Rosół zawsze jest dla mnie za tłusty, pomidorowa za bardzo smakuje jak rosół – słowem bywam zrzędliwa na zupnym tle - często z byle powodu. Ale nie zawsze. Dobra grzybową akceptuję, to samo ze szczawiową z jajkiem – największa miłością jednak dążę zupę BOTWINKOWA. I właśnie ta miłości sprawiła, że ruszyłam na poszukiwanie zupy botwinkowej w Kielcach.
Moja słabość do botwinkowej zaczęła się już w domu. Babcia była botwinkowym guru. Potem przyszła kolej na następną odsłonę botwinkowej, tym razem w Krakowie. W Restauracji Polakowskiego. Tak naprawdę to typowa jadłodajnia, ale przypuszczam, że nazywa się tak dlatego aby podkreślić jej tradycyjny wymiar – bo Polakowski działa od 1889 roku.
Zjadłam tam botwinkową mojego życia. Dużo ziemniaków. Dużo buraczków i botwinki. Gęsta zupa o pięknym czerwonym kolorze. Doskonała w smaku. Porcja duża za cenę 7 zł. Ostatnio spożywaliśmy ja w 6 osobowym gronie – każdy mówił to samo – genialna! 



Rozochocona doskonałym smakiem Polakowskiego ruszyłam na poszukiwania ideału botwiny w Kielcach.
I się zaczęło. Po pierwsze ciężko ja dostać.
Wpadałam do Jadłodajni Tempo. Nie mają, ale będzie jutro. Myślę – super! Przychodzę następnego dnia – dostaję porcję na wynos – 3,30 zł plus 50 gr pojemnik – prawie biegnę do domu, ślinka mi cieknie. Wchodzę, wlewam do miski…ostatkiem sił biegnę po aparat aby uwiecznić ten wyjątkowym moment, zanurzam łyżkę, patrzę… i baranieje. W moje zupie botwinkowej pływa mięso! Całe mnóstwo wielkich kawałków boczku i kiełbasy (lub czegoś w ten deseń?). Oceniam szanse wybrania tego świństwa z mojej wymarzonej zupy – niestety ilość mięsa stanowi praktycznie 1/5 zupy więc jak to zrobić? Zupa pachnie wędzonym prosiakiem. Ale nie poddaję się – próbuję. Przeżywam kolejny szok. Otóż Tempo podarowało mi botwinkę o smaku wędzonego boczku! Zupa jest cienka i ledwo różowa, składa się z mięsa i dużej ilości kartofli, botwinki jak na lekarstwo, trochę buraczków. Niosę Babci – mówię – próbuj. Ona próbuje i pyta - CO TO?
Koniec. Już wiem, że to koniec. Zupa ląduje na stole, nikt nie chce jej zjeść a zapach świniaka rozchodzi się po domu.
Poleciałam do komputera i sprawdziłam w wyszukiwarce przepisy na zupę z botwinką – że z jajkiem, że z ziemniakami, że ze śmietaną - zgoda. Ale z wędzonym boczkiem?!
Strzeżcie się moi drodzy Tempa i ich zupy botwinkowej, bo chodź cena niewielka – to profanacja prawdziwej botwinkowej haniebna!!! Wstyd droga jadłodajnio! Wstyd!!!
To mówiłam ja – zniesmaczona Aszka.
Ps. Zupa została wylana do muszli. Takiej co to w domu występuje a nie nad morzem!



Autorką zdjęć i recenzji jest Aschette.

sobota, 28 lipca 2012

Średnie, a cieszy, czyli Harry Angel zapiekanki na Statoilu je

Na stacjach benzynowych można zjeść różne rzeczy. Hot dogi, zapiekanki, kanapki... Ja na Statoilu jadałem tylko hot dogi, dlatego ucieszyłem się, kiedy Harry podesłał recenzję zapiekanki. Czy warto? Tego dowiecie się z recenzji. Zapraszam do lektury:


Mam ostatnio jakiś ciąg dotyczącyzapiekanek. Możliwe, ze wszelakie kebaby, hot-dogi i „inne” mnie już znudziły, a organizm się automatycznie broni, jednocześnie kierując moje myśli w stronę bardziej tradycyjnych przekąsek.
Tym razem (albo jak to niektórzy mówią „Tą razą”) miałem okazje zawitać na Statoil na ul. Źródłowej. Oczywiście na stacjach, naturalnym wyborem wydają się hot-dogi francuskie, które zazwyczaj są niezłe. Jednak jak zaznaczyłem we wstępie, jakoś ostatnio nie wchodzą mi te standardowe fastfoody, więc mój wybór padł na zapiekankę. Dodatkowo po porażce w „Budzie koło Szpitala”, chciałem zobaczyć czy nie za ostro oceniłem tamtejszy produkt.
Do rzeczy. Wybrałem zapiekankę z salami za 6 PLN (właściwie to 5,99 PLN, ale grosz nikogo nie zbawia). Po złożeniu zamówienia, zapiekanka na moich oczach trafiła z przeszklonej lodówki do… urządzenia. Zakładam, ze jest to piec lub opiekacz, ale ze względu na szybkość z jaką działa, chciałoby się to urządzenie nazwać „szybko-piecem”. Po dwóch minutach oczekiwania, bardzo miła Pani zapytała się mnie jakie sobie życzę sosy. To dość mocna strona stacji marki Statoil, że w ofercie mają dużo różnych i dość smakowitych sosów. Ja zażyczyłem sobie czosnkowy, ponieważ w swoim smaku i konsystencji najbardziej przypomina majonez z wyczuwalną nutą czosnku. Dodatkowo poprosiłem o posypanie zapiekanki prażoną cebulką. Pani spełniła moją prośbę, bez znanego mi z innych miejsc „za cebulkę trzeba zapłacić 50gr więcej”, co szczerze mówiąc mnie uradowało.
No więc po chwili zabiegów upiększających moją zapiekankę do moich rąk trafiło coś takiego:


I zaprawdę powiadam Wam, ze było to dobre.
Idąc od dołu (jak w przypadku wcześniejszej zapiekanki). Pieczywo dobre. W smaku przyzwoite, ale faktycznie gdzieś na finiszu przywodziło na myśl mrożone zapiekanki. Nie wiem czy to przypadkiem nie wytwór mojej wyobraźni, spowodowany wyglądem bułki. Mimo tego faktu, całkiem smaczne i przyjemne. Farsz pieczarkowy również przyjemny w smaku, ja może bym go trochę lepiej przyprawił, ale nie można się do tego przyczepić. Ser przyjemny, roztopiony, ale nie wybijający się jakoś specjalnie smakiem. Powiedziałbym, ze po prostu dobrze się komponował z resztą zapiekanki. Salami, wyczuwalne, ale nienachalne. Sos jak już opisywałem wcześniej to mocna strona Statoil’ów.
Całość została do samego końca chrupiąca i ciepła co również ucieszyło moje podniebienie. Jest jednak pewien minus w tej sielance. Rozmiar owej zapiekanki. Niestety, a głodny byłem poważnie, nie zapchałem się zapiekanką. Pojadłem przyjemnie i zaspokoiłem głód, ale nie czułem tego błogiego stanu nasycenia się. Jestem wręcz w stanie zaryzykować stwierdzenie, ze takie zapiekaneczki to mógłbym zjeść dwie.
Podsumowując powiem, że się nie rozczarowałem, a właściwie byłem mile uradowany tym posiłkiem. Sześć złotych o trzeciej w nocy to niewiele, a można zjeść smacznie, chrupiąco i na ciepło. Jedyne „ale”, to fakt, że mogłoby być więcej.

Autorem tekstu i zdjęcia jest Harry Angel.

piątek, 27 lipca 2012

Kebab niejedno ma imię, czyli Wielki Test Wegetariańskich Fast Foodów, część 1

Okazało się, że wśród osób czytających bloga jest sporo osób nie jedzących mięsa. Z myślą o nich podjąłem się bardzo karkołomnego dla mnie zadania - testowania wegetariańskich fast foodów. Karkołomnego, bo o ile często w domu gotuję bez mięsa, o tyle jeśli chodzi o fast foody do tej pory jedynie rejestrowałem kątem oka, że coś takiego istnieje.  Na blogu również nie pisaliśmy o daniach stricte wegetariańskich - czas więc tę lukę zapełnić. Miałem co prawda wiele wątpliwości co do tego testu - nie byłem pewny, czy moje recenzje będą miarodajne - wszak podchodzę do tego, jako zdeklarowany mięsożerca. Postaram się jednak zachować pełna obiektywność.
Zaczynamy więc Wielki Test Fast Foodów Wegetariańskich. Nie odważę się (przynajmniej na razie) codziennie tak jeść, ale do końca wakacji na pewno opiszę  kilka miejsc. Ponieważ lubię dania przygotowywane w lokalach oferujących kebab, od tychże lokali nasz test zaczniemy. Na dobry początek Kanapka Falafel z Troy Kebap.


Falafel to smażone małe kuleczki lub kotleciki z przyprawionej ciecierzycy (najczęściej). Danie to bardzo popularne jest w krajach arabskich, a w Polsce cieszy się wielką popularnością wśród wegetarian. Jeść można w postaci kanapki lub na talerzu. Ja wybrałem wersję fast foodową. W Troyu kanapka falafel kosztuje 8 zł. Powiem szczerze - łamałem się chwilę, bo jak to: zapłacić 8 zyla za coś, w czym nie ma mięsa?! Ale słowo się rzekło, falafel u płota. Wszedłem i zamówiłem. Kiedy spojrzałem na falafele leżące w szklanej gablocie, ścisnęło mnie w dołku - kotlecik średnicy może 4 -5 cm. 8 zł ZA TO? Po chwili moje obawy jednak nieco się rozwiały - do kanapki wchodzą 3 sztuki. Gwoli ścisłości - kanapka falafel robiona jest nie w chlebie, lecz cienkim cieście, czyli można rzec - taka wege tortilla. Reszta dodatków taka sama, jak w przypadku kebabów mięsnych - surówki i sosy. Ja poprosiłem o mieszany. Po zawinięciu składników całość trafiła jeszcze na elektryczny grill do zapieczenia. Odebrałem więc swoje zamówienie i wyszedłem. Wielkość kanapki taka, jak standardowego lavasza:


Ciasto było gorące i chrupiące. Trzeba przyznać, że w Troyu robią je bardzo dobrze. A potem nadszedł moment, kiedy musiałem w końcu ugryźć. No to ugryzłem. Pierwsze wrażenie - nie czuję mięsa. Drugie - wyczuwam coś ... innego. Otworzyłem oczy i przyjrzałem się wsadowi:


To co zobaczyłem nie wzbudziło we mnie niepokoju, więc już zupełnie spokojnie zająłem się konsumpcją. Z każdym kęsem coraz bardziej przekonywałem się do tego dania. Falafel okazał się dobrze przyprawiony i bardzo smaczny. W połączeniu z surówkami nasyca tak samo, jak kebab mięsny. Sosy doskonale podkreślały smak całego dania - pod koniec dominował ostry i powiem szczerze, że następnego falafela będę zamawiał na ostro. Ponieważ kotleciki były trzy, ich smak towarzyszy nam od początku do końca. Po zjedzeniu połowy nie myślałem już o tym, że nie ma tu mięsa, a jedynie skupiałem się by wyciągnąć jak najwięcej smaku z tej kanapki. O ile pierwsze kęsy sprawiały wrażenie, że danie jest nieco suche, o tyle następne przekazywały sygnał - jest dobrze! Zarówno sosy, jak i warzywa odpowiednio nawilżyły kotleciki, a chrupiące ciasto świetnie się z tym komponowało. Zjadłem z apetytem, dziwiąc się sobie, że wcześniej nie odważyłem się na taki eksperyment.
Reasumując: za 8 zł najadłem się tym, jak kebabem mięsnym. Po kilku godzinach od zjedzenia stwierdzam jednak, że czas nasycenia w stosunku do dania mięsnego jest krótszy, mięso jednak dłużej zalega w żołądku.
W przyszłym tygodniu następna część naszego testu, a Was namawiam, by od czasu do czasu spróbować takiego wegetariańskiego street fooda, dla mnie okazało się to bardzo ciekawym doświadczeniem. A może wege foody już za Wami i możecie mi polecić miejsce następnego testu?

czwartek, 26 lipca 2012

Shahrazada, czyli bardzo dobrze się zapowiada

Na nieocenionym Forum Kibiców Korony Kielce dostałem informację, że otworzył się w Kielcach nowy lokal serwujący kuchnię arabską. Popędziłem więc do miasta szukać owego przybytku, bo akurat miałem chęć na kebab. Lokalizacja, wg mnie, jest dla tej restauracji nieciekawa - niby wszyscy wiedzą, gdzie ulica Piotrkowska się znajduje, ale nie każdy wie gdzie kiedyś mieścił się klub Luvr, przemianowany obecnie na Euforię. Poza tym, po przebudowie, wejście do obu lokali jest schowane i jedynie potykacz z Coca-Coli zwraca uwagę, że można tam coś zjeść. Podpowiadam więc - jest to budynek na Piotrkowskiej 12, na wprost parkingu wielopoziomowego, wejście z boku, od strony Hotelu Dal.


Uwaga! Restauracja i klub mają wspólne wejście! Do Euforii skręcamy w prawo, do Shahrazady w lewo.
Wystrój lokalu spodobał mi się. Bez fajerwerków, kolory stonowane, siedzących miejsc mamy około 30 - tu.


Menu: w ofercie oprócz dań typowo "talerzowych" znajdziemy (co mnie bardzo ucieszyło) bardzo duży wybór street foodów: sandwiche z grilla lawowego, sandwiche wegetariańskie, kebab sandwiches... Zarówno mięsożercy, jak i wegetarianie mają naprawdę duży wybór. Ceny, jak na restaurację, bardzo umiarkowane, najdroższe danie 22 zł, średnia cena "talerzowca" to 17 zł.
Ja jednak nie na obiad tam wpadłem, lecz celem zaznania arabskiego fast fooda. Po chwili zastanowienia zdecydowałem się na potrawę z grilla lawowego pod nazwą Kofta Grill. W tej kategorii  nie mamy możliwości wyboru pieczywa. W przypadku np. kebab sandwich możemy wybierać miedzy chlebem arabskim lub tortillą.  Dania fast foodowe Shahrazada oferuje, podobnie jak Saray, w trzech wielkościach: małe, średnie i duże. Z grilla lawowego wybieramy zaś miedzy porcją średnią, a dużą.
Ponieważ trafiłem na promocję (wszystkie dania 20% taniej) zdecydowałem się na wersję dużą. Normalnie średnia kosztuje 12 zł, duża 14 zł, ja po rabacie zapłaciłem 11,20 zł.
Pora wyjaśnić, co to jest ta Kofta Grill. Otóż w cieniutkim cieście dostajemy... UWAGA!... cielęcinę z surówkami i sosem. Wreszcie! Wreszcie doczekałem się cielęciny w kieleckim fast foodzie! Ciasto po napełnieniu i zwinięciu trafiło jeszcze na elektryczny grill, gdzie zapiekło się na chrupko. Odebrałem swoje zamówienie i wyszedłem:


Dzięki zapieczeniu ciasto było gorące i bardzo chrupiące. Do samego końca! A co w środku? Mięso cielęce. Nie w takich dużych płatkach jak w EFES, tutaj pocięte było dość drobno. Jednak nie suche wiórki, a soczyste kawałki dobrze doprawionego mięsa. Bardzo smaczne. Jest go dużo, towarzyszy nam od pierwszego do ostatniego kęsa. Do tego sałatki. Tutaj mały zgrzyt - ogórek kiszony, którego np. do zrazów lub wódki uwielbiam, ale w kebabie nie lubię. Na szczęście nie było go dużo. Poza tym standardowo: kapusta, cebula (ta z kolei świetnie podmarynowana, surowa) świetnie zaostrzająca  smak. Warzywa są świeże, chrupiące, nie jest ich przesadnie dużo, dobrze nawilżają zawartość ciasta, a w smaku nie dominują. Sosy - selfmade, co zawsze mnie niezmiernie cieszy. Jako, że to pierwsza wizyta i nie wiedziałem czego się spodziewać, poprosiłem o mieszane. Okazały się bardzo smaczne i ciekawie doprawione - lekko zaostrzały smak dania, nie moczyły go, po prostu były i odzywały się wtedy, kiedy akurat powinny.


Reasumując: pierwsza wizyta nastawiła mnie do tego lokalu bardzo pozytywnie. Za 11 zł (pamiętajmy, że to promocja!) zjadłem dużą i nasycająca porcję bardzo dobrego street fooda. Jeśli wierzyć arabskiemu przysłowiu, miarą szacunku gościa do gospodarza jest ilość spożytego jedzenia - ponieważ Shahrazada oferuje 4 rodzaje mięsa (kurczak, cielęcina, wołowina i baranina) sądzę, że jeszcze nie raz swój szacunek gospodarzom okażę ;) Tym bardziej, że w najbliższym czasie zamierzam przyjrzeć się wegetariańskim wersjom kebabów, więc i tam przetestuję falafel lub grillowanego bakłażana.
Polecam lokal Waszej uwadze i jeśli się tam wybierzecie - liczę na relację :)

środa, 25 lipca 2012

Gyros Special na frytkach, czyli dużo, tanio i bardzo smacznie

Ladies and Gentelmen! Czasami człowiek musi, inaczej się udusi. Nie tylko w bułce czy tortilli, ale i na talerzu kebab zjeść od czasu do czasu trzeba. Przechodziłem akurat w pobliżu bazarów na Seminaryjskiej i wtedy stanęły mi przed oczami dwa teksty: pierwszy, gdzie zarzucono mi (cytuję) "człowiek Twojego pokroku zje wszystko, byle dużo było." Drugi, z fan page'a SFP na Facebook dotyczącego jedzenia w Chabo: "A co do wielkości porcji to po gyrosie na frytkach to myślałem że urodzę tylko nie wiedziałem co." 
Skoro więc ponieważ mianowicie byłem blisko to zaszedłem do Chabo  Minirestaurant, by owego Gyrosa popróbować, a przy okazji sprawdzić, czy faktycznie jest taki duży.


Gyros Special na Frytkach - wg opisu "Cudowna kompozycja frytek, mieszanki sałat, świeżego ogórka i pomidora oraz Gyrosa Special i sosów na talerzu. Chabohit!" Cena - 13,90 zł.


To co mi w Chabo bardzo pasuje, to to, że mięso tam jest świeże, nie mrożone. Kawałki kurczaka zamarynowane w oliwie, papryce i cebuli trafiły do woka, gdzie na ostrym ogniu były kilka chwil przesmażane. Szkoda, że nie wiedziałem, bo zrobiłbym zdjęcie - w pewnym momencie wok jest przechylany, a mięso na sekundę zostaje podpalone - wygląda to bardzo efektownie. Ziemniaki w paski cięte wylądowały we frytkownicy. Po usmażeniu na frytkach wylądowała reszta składników: mięso, warzywa i sosy - ja poprosiłem by było "na ostro" - czosnkowy i paprykowy. 


Porcja jest... ogromna. Naprawdę robi wrażenie:







Wielkość wielkością, ale co ze smakiem? Otóż, moi gastroseksualni Przyjaciele, jest doskonały! Nie przesadzam. Zresztą nie tylko ja tak myślę, podczas mojej wizyty przewinęło się kilka osób, które sądząc po rozmowach są stałymi klientami i klientkami tego lokalu. A więc po pierwsze i najważniejsze - mięso. Jeśli przyzwyczailiście się, że w Kielcach shoarma lub gyros to spieczone na skwarki kawałki mięsa - tutaj tego nie znajdziecie. Kurczak jest bardzo soczysty, świetnie doprawiony, kawałki są spore, więc czuć wyraźnie, że jemy mięso. I co ważne - jest go naprawę dużo! Ponieważ nie jadłem nic od poprzedniego wieczora, byłem naprawdę głodny, z rana tylko dwie kawy i kilka papierosów (nie lubię jeść na pusty żołądek). Rzuciłem się więc na jedzenia, jak komornik na szafę. I powiem Wam, że w połowie dania zacząłem powoli odczuwać nasycenie. O mięsie wspomniałem. Pod nim znajdziemy świeżą sałatę lodową, ale niezbyt dużo, co jest akurat zaletą - chrupała miło, ale nie nadała gorzkiego posmaku (co zapewne by nastąpiło gdyby było jej więcej). Do tego sałata zwykła, papryka, cebula, ogórek i pomidor - wszystko smaczne, soczyste i w ilościach dobranych odpowiednich. A kiedy już przebijemy się przez warstwę mięsa i dodatków, dotrzemy do bardzo smacznych frytek. Bardzo dużej ilości smacznych, usmażonych na chrupko frytek. Całości dopełniają sosy - paprykowy gęsty i ostry, jednak łagodzony przez czosnkowy. W smaku doskonałe, nie tłumiły go, lecz podkreślały. Porcja jest faktycznie tak duża, że trzeba być bardzo głodnym, by wszystko zjeść. Mnie się nie udało - trochę frytek zostawiłem, bo po prostu nie byłem w stanie zjeść do końca. Za 13,90 zł dostajemy równoważność dwudaniowego obiadu.
Reasumując - jeśli chodzi o kurczaka Chabo poprzeczkę zawiesiło bardzo wysoko! Moim zdaniem jest to w tej chwili najlepszy w Kielcach lokal z daniami z kurczaka. Wszystko świeże, robione od podstaw, doprawiane własnym sposobem, obsługa świetna, miła i pomocna. Trzecia wizyta i trzeci raz wyszedłem bardzo zadowolony. Jeśli lubicie kurczaki to wybierzcie się tam koniecznie (można też zamówić do domu lub biura), na pewno nie będziecie żałować. Powiem zupełnie szczerze - KFC dla mnie nie istnieje, na kurczaka tylko do Chabo! Następnym razem popróbuję skrzydełek albo zapiekanki. Bo następne razy będą, możecie być pewni.
  

wtorek, 24 lipca 2012

No i coś się stało, czyli zapiekanki pod Szpitalem

Zła passa tego miejsca trwa. Ostatnio ja narzekałem na fatalnego hot doga maxa, dzisiaj Harry Angel opowie Wam o swoich spotkaniu z zapiekankami. A tak dobrze tam kiedyś karmili....


W ostatni piątek, zawitali do mnie znajomi spoza miasta. Tacy nasi, kieleccy emigranci. Ponieważ chwilkę ich nie było w naszym pięknym mieście wojewódzkim, zwrócili się do mojej skromnej osoby, o zorganizowanie im wieczoru. No i tak się zaczęła noc. Po kilku głębszych i mocniejszych, padła idea by gdzieś się posilić, a że pora była już prawie poranna, to moje myśli pobiegły w stronę Budy „Kebab”, tej koło szpitala na Kościuszki.



Pamięć mnie nie zawiodła i faktycznie, miejsce było otwarte. Pozostał jeszcze wybór dania do zapchania żołądka. Mój wybór padł na zapiekankę z pieczarkami, serem, salami, boczkiem i szynką (?), w cenie 8,50 PLN. Dlaczego zapiekankę, a nie bardziej standardowy kebab? To dość proste. Jako bywalec kieleckich klubów i kawiarni, nie raz zdarzało mi się ratować posiłkami z tego miejsca, a pieczywo na zapiekanki zawsze było wyborne w tym miejscu.
Po chwili oczekiwania (zbyt długiej jak na mój gust, ale w końcu była okolica szóstej rano, wiec zgoniłem to na karb zaspania Pani ekspedientki), w moich rękach pojawiła się, w końcu upragniona zapiekanka. Popatrzyłem na nią i byłem zachwycony. Długa, dość ciężka, z odpowiednią ilością keczupu, a ciepło było odczuwalne nawet przez kartonik.



Zachwycony tym widokiem, czym prędzej przystąpiłem do pożerania mojej ofiary… I w tym miejscu właściwie wszystko co mogło poszło źle. Szczerze mówiąc użyłbym innego frazeologizmu korzystającego z połączenia słowa „poszło” z innym słowem zaczynającym się na „p….”, ale jest jeszcze przed 22-gą, a na blogu mogą być osoby niepełnoletnie, muszę więc korzystać z innego słownictwa.
Ale po kolei, a dokładniej idąc od dołu. Pieczywo było nawet całkiem niezłe i to chyba najmocniejszy element omawianej zapiekanki. Chrupkie i całkiem smaczne, jednak z początkowego ciepła jakim na początku emanowała zapiekanka, po czwartym gryzie pozostało tylko wspomnienie. Bułka do samego końca pozostała chrupiąca i nie zrobiła się gumowata co można w sumie zaliczyć na plus, jednak jakbym chciał zjeść tylko dobrą bułkę to bym poszedł do piekarni. Na pieczywie znalazły się pieczarki, a właściwie farsz pieczarkowy. Znośny w smaku, ale nawet nie złapał ciepła podczas podgrzewania zapiekanki, więc w efekcie przypominał bardziej maź pieczarkową niż pieczarki. Ser również ucierpiał na procesie podgrzewania, ponieważ nie zdążył się praktycznie stopić. W związku z tym pieczarki i ser raczej przypominały plastelinową masę niż podstawę smakową zapiekanki. No i dochodzimy do tak zwanych „dodatków”. Salami… No jak to salami na zapiekankach. Tanie, proste, tłuste. Również ten element był zimny, a przez co nie cało się go normalnie odgryźć z zapiekanki, tylko zsuwało się z zapiekanki razem z innymi dodatkami i keczupem. Szynka… zgodnie z opisem była. To tyle co mogę na jej temat powiedzieć, bo w smaku w ogóle jej nie zauważyłem. No i boczek, gwóźdź do trumny tej zapiekanki. Również zimny, z chrząstkami (nie… to że chrzęściło pomiędzy zębami nie dodawało smaczku) i równie nieprzegryzalny co salami. Oczywiście efektem tego było upstrzenie otaczającego mnie chodnika kawałkami zapiekanki i dużymi plamami keczupu. Aha… no i jeszcze keczup. W sumie w smaku niezły i nie przypominał tych tanich keczupów w formie zabarwionego na czerwono żelu, ale był zimny jakby go właśnie wyciągnięto z lodówki nastawionej na +3C.
Podsumowując. Za 8,5 PLN dostajemy zapychacz, którego najlepszym elementem jest pieczywo, a cała reszta smakuje jak plastelina polana zimnym keczupem. Nie jest to zapiekanka, która należy omijać szerokim łukiem, ale są w Kielcach miejsca gdzie zjemy smaczniej, szybciej i taniej. Osobiście zawiodłem się bardzo na tej zapiekance.                                                                                    
Autorem tekstu i zdjęć jest Harry Angel.

poniedziałek, 23 lipca 2012

W krainie prahamburgera, czyli oklaski dla pljeskavicy

Dzisiaj mam dla Was kolejny, (po relacji z Afryki) wakacyjny wpis. Tym razem wspomnienie Pawła Kotwicy z Serbii. Paweł opowie Wam o pljeskavicy, czyli jugosłowiańskiej wersji hamburgera. Ponieważ tekst jest dość obszerny, nie będę już przedłużał. Powiem tylko, że na portalu utworzymy osobny dział "Ugryźć Świat"(nazwa robocza), gdzie będziecie mogli poczytać takie właśnie relacje. Zapraszam do lektury!




Mimo że od mojego dwutygodniowego pobytu w Serbii, a zasadniczo w Belgradzie, minęło już kilka miesięcy (byłem tam przy okazji mistrzostw Europy w piłce ręcznej), to za namową admina Street Food Polska postanowiłem odświeżyć swoje wspomnienia związane z tamtejszą kuchnią. A w zasadzie z tamtejszym fastfoodem, albowiem on był podstawą diety mojej i kilkuosobowej grupy moich przyjaciół – dziennikarzy, co przy „hojności” naszych redakcji dziwić nie powinno. Jak się okazało, uliczne jedzenie to rytuał większości Serbów i nic nie straciliśmy, nie stołując się w restauracjach.
Zawsze jadąc gdzieś w świat albo w Polskę, a zdarza się to kilkadziesiąt razy w roku, zawczasu staram się przyswoić maksymalnie dużo informacji dotyczących kultury danego kraju czy zakątka Polski. Ponieważ kuchnia to część kultury, naturalnym jest, że przed wyjazdem podkręcam poziom soków trawiennych informacjami o specjałach miejscowych kuchni.
Nie inaczej było przed wyjazdem do Serbii. I czegóż się dowiedziałem? Że to kuchnia ciężka, mięsna, wegetarianie są tam kamionowani, a w najlepszym wypadku ich zdjęcia wiszą w hipermarketach z podpisem „Tych klientów nie obsługujemy”. „Coś dla mnie” – pomyślałem z optymizmem, mimo że kilka przewodników sugerowało, że Serbia to jakiś kulinarny skansen Europy. Nie bójmy się tego słowa – zadupie.
Po przebyciu tysiąca kilometrów doznałem wielkiego, pozytywnego szoku. Mięsne żarcie? Owszem, wszędzie, na każdym kroku, na każdym rogu, w każdym zaułku. Ale jakie! Fastfood? Taaak, w każdym okienku, w każdej budce… Ale jaki!!! Można sobie nieodwracalnie wypaczyć pojęcie fastfoodu. Żadnych mikrofali, żadnych mrożonek, żadnych surówek ze słoików, żadnych gumowatych buł, żadnego mięsa oddzielanego mechanicznie, żadnej soji, żadnych naciągniętych olejem frytek… Można cytować niezapomnianego Maksia z „Seksmisji”: - Jaki skansen? Jakie eksponaty? Świeżuteńkie wszystko…
Różnorodności przekąsek można Serbom doprawdy pozazdrościć. I cen – w centrum stolicy najjesz się do syta za równowartość 6-10 złotych. I niesamowita ilość miejsc, w których są serwowane te specjały… A w nich, czego dusza żarłoka zapragnie. I okienka z pizzą sprzedawaną na kawałki – jedynym „napływowym” jedzeniem, które pojawiło się tam dopiero niedawno. I burek – kruche ciasto na gorąco lub zimno, nadziewane mięsem lub serem, a dla wegetarian również szpinakiem. I zwykłe kebaby (margines). I grille, a na nich żeberka, rumiane goloneczki, kotleciki jagnięce, szaszłyki, szaszłyki z mielonego mięsa, čevapčiči (wałeczki z mielonego mięsa) - wyraźny dowód na to, że Serbia przez kilkaset lat była pod turecką opieką; i mocno paprykowane kiełbaski – to z kolei wpływy graniczących z Serbią od północy Węgier (którzy sprowadzają tam również przepyszną, 45-procentową, przepalaną śliwowicę, w cenie, uwaga, 19 złotych za litr!); i wielkie czerwone papryki nadziewane mięsem z ryżem… Do tego jogurty, kwaśna śmietana, nieprzytłaczające smaku mięsa sosy…
Co ciekawe, grillowanie mięsa obywa się praktycznie bez wyszukanych przypraw: tylko papryka, pieprz i nieco soli. Dla przejedzonych mięsem lub, za przeproszeniem, dla wegetarian, warzywne sałatki (wbrew temu, co się często pisze w Internecie, Serbowie mają hopla na punkcie świeżych i produkowanych wyłącznie naturalnymi metodami warzyw) z dodatkami serów, również kozich i owczych. Wszystko to jedzone na stojąco, albo na ławce, albo na murku, albo na półeczce pod ścianą w ciasnej salce, albo wprost na trawniku, z tacki, serwetki albo na wynos, do biura, do domu…
I wreszcie to, co było moim celem: PLJESKAVICA, danie w Serbii wręcz kultowe. Szlachetna, endemiczna prawersja hamburgera. Choć za samo porównywanie z nim tej niebiańskiej strawy powinienem smażyć się w piekle.
Skąd ta nazwa? Otóż „pljeskać”, to po serbsku tyle, co klaskać. Tak wygląda technologia produkcji tego specjału Bałkanów - składniki po wymieszaniu są uklepywane, „klaskane”.
Knajpkę o nazwie „Sarajevski Čevap”, mieszczącą się kilkaset metrów od ścisłego centrum Belgradu, przy ulicy Kraljice Marije (Królowej Marii), mieliśmy o jedną zmianę świateł od naszej kwatery, na rogu, po drugiej stronie ulicy. Ale odkryliśmy ją dopiero po kilku dniach pobytu. I można powiedzieć, że te kilka dni straciliśmy bezpowrotnie. Zajrzeliśmy tam, wracając z wieczornego piwa, czy też miodowej rakiji, czy też pysznej gruszkówki, a najpewniej jednego, drugiego i trzeciego, w kolejności już wymienionej. Zwabił nas zapach grilla i tłumek kłębiący się przed wejściem, mimo że było w okolicach północy. W ogonku sami aborygeni, a wiadomo, gdzie miejscowi, tam dobre, tanie jedzenie i picie.
Lokal o powierzchni około 6 metrów kwadratowych plus bar i maleńka kuchnia prowadziła urodzona w Sarajewie, czyli obecnej Bośni, Serbka, która wzięła nas początkowo za Rosjan. Nie czekając na kolegów zamówiłem osławioną pljeskavicę, której próbowałem wcześniej w Chorwacji i Słowenii. Panie i panowie… jest różnica!
Rumiany kucharz o gabarytach średniej wielkości czołgu (i dobrze, jakoś nie mam zaufania do cooków z objawami anoreksji, zwykle duży kucharz = duże porcje dobrego jedzenia) dziarsko wziął się do mieszania świeżutko zmielonej wołowiny, wieprzowiny i baraniny (przesadziłem – po zmieleniu mięsko musi godzinę poleżakować w lodówce), dodał do tego przepuszczoną przez maszynkę (koniecznie!), surową cebulkę, potem sproszkowaną paprykę i na koniec posiekaną, ostrą papryczkę. Cała ta jazda na oczach klienta! Z gracją, o którą trudno było podejrzewać 150-kilogramowe chłopisko, można powiedzieć, że nawet z nabożnością i artyzmem, sympatyczne, wielkie bydlę zaczęło formować zgrabnego kotlecika, o średnicy około 13-14 centymetrów, grubości mniej więcej dwóch palców. Na koniec go „wyklaskało”, a po chwili kawał mielonki skwierczał i śpiewał falsetem na płycie grilla. Gdy doszedł (kotlet, nie kucharz), na wierzchu był mocno zrumieniony, ciemnobrązowy, a w samym środku różowawy i soczysty. W tym samym czasie grillowała się bułka, nazywana tu lepinją, chociaż słowo bułka nie oddaje jej wielkości: wygląda bowiem jak niewielki, okrągły chleb.
Zażyczyłem sobie pleskavicę z kajmakiem, o którym wcześniej słyszałem, że to bałkański, a szczególnie serbski specjał. Moi towarzysze biesiady, Leszeczek i Maciuś, słysząc, z czym chcę jeść, jakby nie patrzeć, mielonego kotleta, zaczęli nerwowo przebierać nogami, z nagłym zainteresowaniem wyglądać przez zaparowane okno, jeden zbierał się już do dzwonienia na 112… Ale wyjaśniłem im, że serbski kajmak to zupełnie co innego, niż podpowiadają im ich rozbuchane wyobraźnie. U nas kajmak to ciastko z wafli przekładanych toffi i polanych czekoladą, a u naszych braci – południowych Słowian, to rodzaj masła z owczego mleka, z konsystencji i koloru przypominający fetę. Tyle, że kajmak to nie ser, w zetknięciu z gorącym kotletem rozpuszcza się, nasącza zrumienioną bułę maślanym smaczkiem. Wprawdzie trzeba było ostro i zgrabnie manewrować, żeby gorąca lawa nie popłynęła po brodzie, ale nawet gdyby tak się stało, to jakie to miało znaczenie, gdy miało się do czynienia z fastfoodowym Absolutem…
Oprócz mięsa i kajmaku, w lepinji była kolejna porcja cebuli (tym razem siekanej) i, z mojego wyboru: sałata, pomidor i piekielnie ostre, sproszkowane chilli. Ale można sobie zażyczyć również śmietanę, majonez, musztardę, świeże lub kiszone ogórki czy pomidory. Całość wyglądała jak średniej wielkości tort urodzinowy. Ale gdzie kupisz tort za równowartość 9 złotych polskich?
Pljeskavica dostępna jest również w wersji „gurmańska” - do mięsa dodaje się wędzoną słoninę i również wędzony, żółty ser i jeszcze kilku innych, zależnie od rejonu byłej Jugosławii. Każdy rodzaj pljeskavicy można jeść również bez buły, jak naszego mielonego, na talerzu, z frytkami i sałatką z pomidorów, ewentualnie z sosem tzatziki, a najlepiej oryginalnym, bałkańskim ajwarem.
Wracając do mojej pljeskavicy. Sympatyczna właścicielka sprzedała nam do niej piwo (najpopularniejszy w Serbii „jelen” – całe 3 złote za półlitrową puchę), mimo że po godzinie 22 w Serbii panuje częściowa prohibicja (alkohole można kupić tylko w dyskotekach i niektórych …kioskach z gazetami, nie ma sklepów nocnych), co po obcowaniu z chilli było zbawienne dla moich kubków smakowych. Nic nie trwa wiecznie, więc kiedy było już po wszystkim, czyli po bankiecie, wychwaliłem pod prawosławne niebiosa kucharza (co spowodowało, że róż na jego polikach zamienił się w głęboką purpurę), pobłogosławiłem znakiem krzyża jego, na trzy pokolenia wstecz jego rodzinę, jego sarajewską szefową, cały čevap i ze łzami w oczach, częściowo wywołanych pożegnaniem z tak zacnym lokalem i towarzystwem, a częściowo mocą papryczki, udałem się na spoczynek. Nie muszę dodawać, że następnego wieczora byliśmy w „Sarajevskim čevapie” ponownie…
Co ciekawe, w całym Belgradzie, mieście 1,8-milionowym, znaleźliśmy tylko jednego McDonaldsa! Jak wyjaśnił mi jakiś autochton, to przez wrodzoną niechęć do Amerykanów, którzy kilkanaście lat temu bombardowali Belgrad w ramach akcji NATO (bardziej nie lubi się tam tylko Chorwatów). W rzeczonym „maku” siedziało tylko kilka osób, na oko wszyscy to obcokrajowcy. Śladów działalności KFC, poza jednym banerem na ścianie, nie stwierdziliśmy w całym mieście. O Burger Kingu, Pizzy Hut, Subwayu, nie słyszeli najbardziej bystrouszy i wygłodniali belgradczycy…
Reasumując – Serbowie wypracowali własną jakość fastfoodu, nie posiłkując się żadnymi zachodnimi wzorcami. Zresztą, żeby być sprawiedliwym, ich fastfoodowe specjały mają o kilkaset lat dłuższą tradycję, niż big mac. A smak hamburgera różni się tym od aromatu pljeskavicy, czym krzesło od krzesła elektrycznego…
Talerzowa”, słoweńska wersja pljeksavicy. Ta z Belgradu była dwa razy grubsza i trzy razy smaczniejsza. Tu wygląda jak zwykły hamburger. Ale i tak smakuje lepiej:



Autorem tekstu i zdjęć jest Paweł Kotwica.

sobota, 21 lipca 2012

Baranina w cienkim cieście, czyli powrót do NUR Kebab

Dostało się NURowi ostatnio. Ponieważ jednak ja zawsze wychodziłem stamtąd zadowolony postanowiłem sprawdzić, czy przypadek Suchego był jednostkowy czy faktycznie jeden z najlepszych kebabów w Kielcach pikuje w dół. Noc, tuż przed zamknięciem, drzwi zamknięte, sprzedaż odbywa się już tylko z okienka. Zamawiam dawno nie jedzony "mały kebab barani w cieście". Płacę 9 zł i po kilku chwilach odbieram zamówienie. Pierwsze co konstatuję to: wielkość niezmieniona, a kebab gorący. Wgryzam się z ciekawością, by sprawdzić stosunek mięsa do surówek. I wiecie co? Albo ja mam szczęście, albo właściciele NURa wyciągnęli wnioski z recenzji Suchego. Mięsa dużo, surówek odpowiednio.



Po raz kolejny NUR mnie zadowolił. Mięsa, jak pisałem wyżej, było dużo, jak zwykle świetnie doprawione. Surówki były, ale nie dominowały w smaku, odpowiednio nawilżały danie przez całą długość. Sosy mieszane również bardzo dobre - z lekką przewagą ostrego, ale nie paliły, doskonale współgrały z całością. Ciasto gorące, podpieczone, smaczne.
Reasumując: ja osobiście z cała odpowiedzialnością mogę NUR polecić, ponieważ nie zdarzyło mi się nigdy wyjść od nich niezadowolonym. Kebab był smaczny, gorący i mięso, a nie surówki, były jego głównym składnikiem.
Wcześniejsze recenzje tego miejsca TUTAJ.

piątek, 20 lipca 2012

Fantazja w Daleszycach, czyli bardzo dobra pizza

Będąc w Sukowie nie zjecie fast fooda.  edit: Dostałem informację, że jednak zjecie :)))
Ale w Daleszycach już tak. Są tam, wedle mojej wiedzy, dwa lokale oferujące tego typu jedzenie. Jeden, Dallas, był już u nas opisywany. Z drugim, Fantazją, zaprzyjaźniliśmy się poprzez dowóz. Z uwagi na duże zainteresowanie lokalem i jego wyrobami, na pizzę czekaliśmy 1,5 godziny, ale zostaliśmy o takim czasie poinformowani podczas składania zamówienia. Żeby wyrobić sobie sensowna opinię zamówiliśmy dwie pizze, na każdej dwie różne połówki. Nie miałem ulotki i doinformowaliśmy się przez telefon, więc nie jestem pewien, czy nazwy pizz podaję właściwie.  Zamawialiśmy duże, na moje oko wielkość placka waha się między 40 a 50 cm.
Najpierw powiem o cieście. Ortodoksi lubiący cienkie ciasto mogą już przerwać lekturę. Ciasto bowiem w Fantazji jest grube. I jak dla mnie mistrzostwo świata. Po pierwsze pizzę w stylu chicagowskich uwielbiam. Po drugie - w Fantazji wypiekają je rewelacyjnie. Nie jest suche, mimo grubości placek nie ma zakalców, skórkę i brzegi posiada chrupkie, a środek soczysty. Naprawdę rewelacja!



A teraz do rzeczy, czyli pizz. 
Tuńczyk z pieczarkami. Tuńczyka jest naprawdę dużo. Pieczarek również. Sera też nie żałują. Ogólnie smak bardzo dobry, wyrazisty.
Frutti di mare. Tutaj miałem małą zagwozdkę. Otóż owoce morza nie zostały zapieczone na serze, a pod nim. A ponieważ, jak wspomniałem wyżej, sera w pizzerii nie żałują, dla mnie smak frutti di mare po prostu ... umknął. Do tego duża ilość oliwek. Szwagier stwierdził, że owoce morza czuje nader wyraźnie, ale gdybym nie wiedział, że są, to bym tego nie powiedział. Mimo wszystko pizza smaczna.



Pepperoni. Lekko ostra, z dużą ilością papryczek, z mniejszą ilością salami.  Salami smaczne, dobrze doprawione. Ogólnie smak bardzo OK, zjadłem z apetytem. Ale salami powinno być więcej jednak. Nawet zdecydowanie więcej.
Kebab. Mięsa z kebaba drobiowego nie pożałowano. Jest równomiernie rozłożone na całej powierzchni placka i nie brakuje go nigdzie. Jest jednak nieco za mało (wg mnie) doprawione. To znaczy jest łagodne, ja osobiście wolałbym bardziej pikantne, wyraziste. Ale jest smaczne i soczyste. Nie wiem natomiast po co świeży pomidor do tej pizzy? Rozmydla smak. Łagodny kebab nie potrzebował zupełnie słodyczy pomidora. Ale na szczęście dużo go nie było i po wyjęciu pizza smakowała dużo lepiej.



Sosy. Na ogół nie jadam, ale z obowiązku próbuję. Zamówiliśmy dwa: salsę meksykańską i czosnkowy. Salsa bardzo smaczna, dla mnie za mało ostra, jednak wyraźnie paprykowa. Polecam. Czosnkowy - konsystencja kremowa, więc przypuszczam, że podrasowany majonezem lub kremem majonezowym. Czosnek łagodnie wyczuwalny, wolałbym mocniejszy, ale rozumiem, że nie każdy lubi więc odpuszczam. Smaczny, warto.
Reasumując: za dwie duże pizze i dwa sosy zapłaciliśmy 40,50 zł. Pizza dotarła gorąca. Ciasto zjawiskowe, na składnikach naprawdę nie oszczędzają, cztery dorosłe osoby się najadły. Polecam z czystym sumieniem.

czwartek, 19 lipca 2012

Najlepsza pizza z centrum w natarciu! Czyli Aschette Pod 3-jką

Dzisiaj przed Wami kolejna nadesłana recenzja. Tym razem Aschette opowie Wam o najlepszej jej zdaniem pizzy w centrum. Ja tam jeszcze nie byłem, ale po tej recenzji zamierzam się wybrać. A może ktoś z Was już był? Jakie wrażenia? Piszcie w komentarzach, chyba, że macie ochotę dołączyć do grona recenzentów, wtedy piszcie mejla na streetfoodpolska@gazeta.pl. A teraz, żeby nie przedłużać, zapraszam do lektury:

Doczekałam się wreszcie w śródmieściu hitu cenowo - jakościowego z dziedziny pizzy.
Centrum pełne jest pizzowego zamieszania – że nie wspomnę już o samym Rynku, gdzie mamy trzy pizzerie – jak na mój gust wszystkie za drogie i w godzinach szczytu czeka się na podanie pizzy zdecydowanie za długo, bo ponad godzinę!!! Ostatnio przybyło nam jeszcze jedno miejsce z pizzą na ulicy Sienkiewicza 3 – Pizzeria pod Trójką. Lokalizacja ta przyniosła poprzednim  właścicielom pecha – wcześniej była już tam jedna pizzeria – wytrzymała pół roku, potem mini kawiarnia z tartami, która po tym samym czasie padła.  Mam jednak nadzieję, że Trójka przerwie tą złą passę i jak na razie wszystko na to wskazuje, bo pizzę mają dobrą i bardzo tanią.
Najdroższa pizza kosztuje 22 złote (duża 40 cm – spokojnie starcza na dwie bardzo głodne osoby), przeciętna cena to około 17 zł. Za każdym razem jadłam tam różne kombinacje hawajskiej (raz z kukurydzą, raz z szynką, ale zawsze z ananasem) – składniki świeże, nie pożałowane, ciasto wypieczone, ale nie spalone, czas oczekiwania 12 minut!!! Sosy w trzech smakach – czosnkowy – prawdziwie czosnkowy, a nie z Makro, pomidorowy: ostry lub łagodny– oba dobre w cenie 50 groszy(!!!). Do tego świetne promocje: litr soku jabłkowego za  5 zł czy litr coli za złotówkę przy zakupie powyżej  20 zł.
Jak do tej pory trzymają poziom – byłam dwa razy i za każdym razem wyszłam zadowolona. Znajomi też się wybrali i nadal są pod wrażaniem.
Pizza spod 3-ki to na pewno najlepiej wydane 20 zł jeśli chodzi o szybki obiad na mieście dla dwóch osób.  Jako brakujące ogniwo między człowiekiem i żółwiem ninja z nie jednego pieca pizzę jadłam i mówie to z pełną świadomością: wrócę po trzecią do czego i Was namawiam!


Autorką recenzji i zdjęć jest Aschette.
Inne recenzje "Trójki" TUTAJ

środa, 18 lipca 2012

KONKURS vouchery

Ponieważ dochodzą do mnie informacje, że niektórzy z Was nie dostali mejli z informacją o odbiorze nagrody, proszę: sprawdźcie w spamie (może moje wiadomości tam wylądowały) lub napiszcie na streetfoodpolska@gazeta.pl i podajcie numer telefonu - oddzwonie i umówimy się na odbiór !!!

Kolacja pod afrykańskim niebem, czyli żryć nie umierać

Ponieważ mamy wakacje, dzisiaj wpis gościnny i typowo wakacyjny. Krakowski Korespondent Street Food Polska z podróży, poszukiwacz smaków Mariusz Glejzer, opowie Wam o grillowaniu pod tunezyjskim niebem. Gdybyście wybierali się do Tunezji - informacja z cyklu "jak znalazł". Jeśli się nie wybieracie, to poczytajcie, by na chwilę uciec od nie najlepszej aury, jaka ostatnie kilka dni za oknem panuje. Mariusza witam w gronie stałych współpracowników, a Was zapraszam do lektury:



Tunezja, pierwszy raz jestem tutaj. Hotele jak hotele, raz czyściej, raz brudniej... ważne, że jest słońce i morze.
Ale po kąpielach morskich i słonecznych jeść się chce. 
Prysznic, świeże ubranko i idziemy do restauracji. Jest nieźle, dość duży wybór ale mimo tego iż jestem łakomczuchem szerokim łukiem omijam większość parujących witryn z brunatnoszarą mamałygą. Na tarasie grill do którego stoi pół hotelu. 
Nie mam szans na chociażby najmniejszego szaszłyczka. 
Jak się okazało, i dobrze bo... szczęściarze którym starczyło sił na odstanie 40 minut 
w kolejce płakali, że mięsko było jak kawałki opony, czarne i nie do pogryzienia. 
Zjadłem kawałek arbuza i zrobiliśmy to co zawsze, czyli ruszyliśmy pomiędzy autochtonów w celu zaznajomienia się z lokalną kuchnią!



Wbrew temu co mówią rezydenci, wybraliśmy się piechotką do pobliskiego OuetBatten.
kilkanaście minut drogą, obok posterunku policji, gdzie dla dodania pikanterii wieczornej przechadzce właśnie prali po pysku jakiegoś faceta... przyspieszyliśmy kroku.
Za mostem wyszliśmy z ciemności wprost na światła przydrożnych sklepów. Ale jakich! Rzeźnia, ryby, owoce … na wystawach pełno dobra wszelakiego. 
Daktyle, świeże migdały hmmm.



W sklepie z rybami na stosie z doradami otoczonym ośmiornicami i krewetkami leży wielki miecznik. Tuż obok grill - El Kendil. Kupujesz sobie w sklepie rybkę lub inne mięsko
i dajesz facetowi na grilla. Przesympatyczny pan w fartuchu przyrządza na naszych oczach dorady, ośmiornice i sepie, które właśnie kupiliśmy. Na dokładkę bierzemy jeszcze jagnięcinę. 

Przysięgam to było chyba najlepsze grillowane jedzenie jakie w życiu jadłem. 

Dwie dorady, kilogram ośmiornic i dwie duże sepie (mątwy), pół kilo jagnięciny 3 herbaty (the a la menthe – zielona, mocna, słodka herbata z listkami świeżej mięty) butla coli plus 
frytki. 55 dinarów czyli jakieś 110 zł ... Żryć nie umierać :)

Autor: Mariusz Glejzer

wtorek, 17 lipca 2012

Duża, ostra i smaczna, czyli pizza z Crazy Piramid Pizza

Po gorączce sobotniej nocy w niedzielę byliśmy zbyt zmęczeni i rozleniwieni, żeby gdzieś się ruszyć. Około 21.30 stwierdziliśmy jednak, że pizzę to byśmy zjedli. Najbliżej mamy do Crazy Piramid, gdzie próbowałem już zapiekanek, kanapek i pizzy w rożku i zawsze byłem zadowolony. Pomyślałem więc, że skoro to sieć pizzerii, to może warto w końcu przetestować to, w czym się specjalizują. Weszliśmy na stronę internetową CPP i zajrzeliśmy do menu. Ilość dostępnych kombinacji pizzy robi wrażenie: 66! Ceny umiarkowane, za największą (rodzinną) pizzę z dużą ilością składników zapłacimy średnio około 30 zł. Spośród 66 pozycji zdecydowaliśmy się zamówić do domu połówkę "Wściekłej Nefretete" i połówkę "Przygody na pustyni". Placek oczywiście największy, czyli 57 cm. Warto zaznaczyć, że w CPP pizzę można zamówić w 4 rozmiarach: małą (26 cm), średnią (32 cm), dużą (42 cm) i rodzinną (57 cm). Jeśli chodzi o ciasto, to jest tylko jedno. Średniej grubości. Niezbyt grube ale nie cienkie, dla mnie OK.
Po około pół godzinie dostawca zapukał do drzwi. Zapłaciłem 32 zł i odebrałem wielkie pudło z pizzą oraz trzy duże pojemniki z sosami.
Po otwarciu pudełka buchnęła para (pizza dotarła naprawdę gorąca!) i wywołujący ślinotok zapach. Muszę to powiedzieć: pizza rodzinna jest naprawdę rodzinna! Położyłem obok pudełko zapałek, żebyście mogli zobaczyć wielkość:


Wściekła Nefretete: na tej pizzy znajdziemy ser, sos, salami, paprykę pepperoni, cebulę, czosnek i tabasco. Pizza jest smaczna. Czuć w niej ostrość, co akurat bardzo lubię. Nie jest to może ostrość paląca, ale taka w sam raz, wyraźna lecz nie zmuszająca nas do ciągłego sięgania po napój. Salami jest dobre, było go jednak nieco za mało - na jednym kawałku 3 plasterki, a na innym tylko jeden. Gdyby na każdym kawałku były 3 nie miałbym uwag, bo całość była naprawdę smaczna. Pizza smak ma wyrazisty, ciasto chrupiące i dobrze doprawione. Całość oceniam na 4 punkty w 5 stopniowej skali, jeden punkt odjąłem za małą ilość salami. Na małej czy średniej taka ilość by wystarczyła, jednak na ogromnym placku rzuca się to w oczy.
Przygoda na pustyni:  różni się od poprzedniczki  tym, że zamiast salami mamy kebab drobiowy, brak też papryczek pepperoni, a reszta składników jest taka sama.  Przewaga nad Nefretete to duża ilość mięsa. Kebab drobiowy bardzo dobrze doprawiony, jest go dużo, przykrywa całą pizzę. Całość soczysta, odpowiednio ostra i smaczna, smak bardzo wyrazisty. Bardzo mi smakowała. Ocena: 5/5.


Sosy: ja akurat nie polewam pizzy żadnymi sosami, wolę czuć smak ciasta i składników. Jednak z obowiązku recenzenckiego spróbowałem po trochu każdego (dzieciaki natomiast częstowały się sosami bez krępacji, bo łagodziły one ostrość tabasco). I tak:
pomidorowy - kwaskowy, czerwony, łagodny. Ja jednak wytrwale stwierdzam, że ŻADEN sos pomidorowy podawany w lokalach i na wynos mi nie smakuje. Tak już mam.
majonezowy - różowawy, łagodny. Wg mnie poprawny, ale nie przekonał mnie zbytnio. EDIT: jem go właśnie w toście, jest lekko ostry, zaczyna mi coraz bardziej smakować.
czosnkowy - to właściwie jedyny sos, jaki lubię. Tutaj okazał się smaczny, łagodny, bez zbytniego posmaku czosnku, więc do przełknięcia nawet dla tych, którzy czosnku nie lubią.
Reasumując: pizza w obu wersjach okazała się smaczna. 57 cm to wielkość, dzięki której naje się 5 osób. Ciasto jak najbardziej OK, dobrze wypieczone, chrupiące, bez zakalców, dotarło gorące. Składniki dobrej jakości, drobiowego kebaba było naprawdę dużo. Za 32 zł jak najbardziej polecam.

poniedziałek, 16 lipca 2012

Ser Wuja Toma, Serrano i Hot Louie, czyli znowu VooDoo

Marcin opisał ostatnio pizzę w VooDoo. Opisał ją tak smakowicie, że kiedy zastanawialiśmy się z żoną, gdzie by tu na pizzę pójść, od razu pomyślałem o tym właśnie miejscu. Około 20-tej dotarliśmy do lokalu. Na start wzięliśmy Kasztelana (duży 6 zł, mały 5 zł) i zaczęliśmy studiować kartę, zagryzając marynowanymi w oliwie z ziołami oliwkami, które podano nam jako czekadełko. Jako przystawkę wybraliśmy Ser Wuja Toma, bo oboje przepadamy za serami pleśniowymi, a w VooDoo camembert podawany jest inaczej niż gdzie indziej. Mianowicie grillowany ser polewany jest sosem malinowym i podawany z ananasem. Takie połączenie okazało się bardzo ciekawe, moim zdaniem ser smakował dużo lepiej niż z żurawiną. Jego słoność została przełamana słodyczą leciutkiego sosu malinowego i ananasa. Cena 12,90 zł - polecam, warto spróbować.


Po zjedzeniu przystawki przyszła pora na pizzę. Postanowiliśmy spróbować dwóch smaków, których w menu tymczasowym nie było, a mianowicie Serrano i Hot Louie. Wzięliśmy więc po połówce.
Po kilku minutach pizza wylądowała na naszym stoliku. Pachniała i wyglądała bosko:


Serrano: na placku znajdziemy ser, sos, naprawdę dużą ilość szynki serrano posypanej startym parmezanem, rucolę i pomidorki koktajlowe. Smak doskonały, jakość i ilość składników nie budzi zastrzeżeń, jedyny zarzut - pomidorki i rucola były chyba w ostatniej chwili wyjęte z lodówki, więc nieco schłodziły tę część placka. Ale smakowi do zarzucenia nic nie mam i polecam.
Hot Louie: nie ukrywam, że tej pizzy byłem najbardziej ciekaw. Uwielbiam kindziuk, a on właśnie stanowi tutaj główny składnik. Oprócz kindziuka na pizzy znajdziemy sos, ser, cebulę i papryczki chili. Wziąłem kawałek i... już wiem, że znalazłem swój smak. Soczysty, świetnie przyprawiony kindziuk doskonale komponował się z cebulą i ostrymi jak piekło papryczkami. Uwierzcie mi, że HOT w nazwie ma pełne uzasadnienie. Papryczki paliły przełyk na tyle, że musiałem zamówić 50 g czystej wódki by przynieść ulgę płonącemu gardłu. Tak, ta pizza to od dziś mój numer jeden!
Do pizzy podano nam oczywiście dwa rodzaje oliwy i po raz kolejny stwierdzam, że jest to duża lepsza opcja niż tzw. sosy do pizzy.
Cena pizzy: 22,50 zł. Polecam gorąco!
Reasumując: VooDoo Steak House & Pizza po raz kolejny pokazało klasę. Wszystko było bardzo smaczne, na jedzenie nie czeka się długo, obsługa jest kompetentna i pomocna. Polecam to miejsce, zarówno na romantyczną kolację, jak i wypad z przyjaciółmi.
P.S. Zauważyłem, że wprowadzili kartę win (średnia cena 40 zł za butelkę), więc przydałaby się może jeszcze deska serów? Albo fondue? My osobiście chętnie skorzystalibyśmy z takiej oferty.
Inne recenzje lokalu TUTAJ.

sobota, 14 lipca 2012

Dwa rozmiary przyjemności, czyli hot dogi z Tortilla Mini Bar

Mały, niepozorny lokalik ukryty w dzikim przejściu między ulicami Ściegiennego, a Zgody. Tortilla Mini Bar. Jadłem tam już tortillę i kanapki. I zawsze byłem zachwycony. Doskonała jakość jedzenia w połączeniu z niskimi cenami sprawiły, że zaczynam tam zaglądać coraz częściej. Tym razem na warsztat wziąłem hot dogi. Po pierwsze - uwielbiam je. Po drugie - danie tak proste, że ciężko je zepsuć, jeśli więc komuś się to uda, to wiem, że takie miejsce należy omijać szerokim łukiem. Bardzo więc byłem ciekaw, czy w TMB mi posmakują. Na pierwszy ogień poszedł hot dog mały. Kosztuje zaledwie 3,50 zł. To co bardzo mi się w Tortilli podoba, to fakt, że hot doga komponujemy sobie samemu - od sosów po dodatki!
Parówka została pokryta żółtym serem i trafiła do mikrofali, zaś bułka na elektryczny grill. Kiedy obie były gotowe i gorące, nastąpiło namiętne połączenie - parówka osłonięta prowokacyjnie jedynie prześwitującą warstwą stopionego sera bezwstydnie przywarła do perwersyjnie rozchylonej bułki. Do tego trójkąta (bułka, parówka, ser) czym prędzej dołączyły dodatki: cebula surowa i prażona, ogórek świeży i konserwowy oraz pomidor. Atmosferę podgrzewał dodatkowo ostry jak piekło sos sambal. Całość okazała się po prostu zjawiskowo pyszna! Bułka zgrillowana idealnie - chrupiąca z wierzchu, nie przesuszona, gorąca. Parówka soczysta, mięsna, dobrze doprawiona. dodatki świeże i chrupiące, a sos, mimo, że gotowy, okazał się smaczny i ostry. Polecam bo warto, a za 3,50 zł to nawet grzech nie zjeść!



Skoro mały okazał się tak dobry, postanowiłem spróbować hot doga maxa. Dzień później stawiłem się więc powtórnie by skonsumować dużą bułkę z dwiema parówkami. Tego typu fast food jadam zwykle pod szpitalem na Kościuszki lub w 4Mobiles/Kebab. Ostatnio jednak hot dog max pod szpitalem bardzo mnie zawiódł, więc tym bardziej byłem ciekaw, czy chcąc zjeść dobrego dużego hot doga będę musiał biegać na Astronautów lub Paderewskiego.
W Tortilla Mini Bar wszystko jest tanie, więc i hot dog max okazał się najtańszym dużym hot dogiem, jakiego dotąd kupiłem. Zapłaciłem 5,50 zł. Produkcja jest identyczna, jak w przypadku małego, tyle, że bułka jest dwa razy dłuższa, a parówki są dwie. Tym razem do hot doga wybrałem: cebulę surową i prażoną, bo mi do parówki bardzo pasują i pikle: ogórka konserwowego i papryczki pepperoni. Jeśli chodzi o sos, to zdecydowałem się jedynie na musztardę. Wszystko komponowało się idealnie, wszystko było świeże i bardzo smaczne. Max jest może mniejszy niż np. pod szpitalem, ale kosztuje tylko 5,50 zł i jest bardzo smaczny. Jak widać na zdjęciu, to parówki, nie bułka, są tutaj wiodącym składnikiem. Na tema parówek, bułki i dodatków pisałem wyżej, dodam więc tylko, że i tutaj była to pierwsza liga.



Reasumując: hot dogi zdecydowanie godne polecenia. Tortilla Mini Bar to miejsce, gdzie można zjeść smacznie, tanio i świeżo. Polecam zdecydowanie. Szkoda, że na okres wakacyjny lokal czynny jest tylko od poniedziałku do piątku. Ale... może to i dobrze, inaczej cały tydzień żywiłbym się fast foodem :)

piątek, 13 lipca 2012

Nie zawsze może być kawior, czyli hot dog max spod szpitala

Uwielbiam to miejsce. Niejeden raz nocną porą ratowało mi życie. Ostatnio posiłkuję się tam zapiekankami, a kiedyś jadałem zawsze hot dogi maxy. Takiego też hot doga przedwczoraj w nocy przemożnie mi się zachciało. No i poszedłem. Buda pod szpitalem na Kościuszki. Środek tygodnia więc ludzi niedużo, około 6 osób. Zamawiam hot doga maxa chili. Płacę 7,50 zł i grzecznie odchodzę na bok. Akurat dopaliłem papierosa, kiedy moje zamówienie było gotowe. Odebrałem i spacerkiem udałem się w stronę domu. Pierwsze co zwróciło moja uwagę to bułka. Znowu inna niż ostatnio. Długa, dwie parówki są, dodatków sporo, ale mniej niż kiedyś:



Wgryzam się więc i... fala potwornego rozczarowania zalewa mnie od stóp do głów. W tym miejscu zawsze mieli świetne pieczywo. Nawet klasyczne bułki potrafili tak podgrzać, że smakowały jakby wyszły prosto z pieca. Nie tym razem. Bagietka którą dostałem była czerstwa jak dowcipy w Familiadzie. Mimo iż zagrzana nie chrupała. Smakowała jak typowe stare, suche pieczywo, które tylko na chwile trafiło do opiekacza. Paskudna. Parówki nieco ratowały całość. Po staremu podają dobrej jakości wieprzowe parówki, soczyste, z wyczuwalnym wyraźnie smakiem mięsa, dobrze doprawione. Dodatki - tych też jest mniej niż kiedyś, 80% to kapusta pekińska. Sos chili - ech... Niby smaczny, ale kiedyś chili na tych hot dogach było ostre jak piekło. W połowie maxa człowiek był mokry i trzeźwiał od razu. Powiem szczerze - zawiodłem się na całej linii, gdyby nie parówki wyrzucił bym to od razu. Po zjedzeniu około 1/3 hot doga skupiłem się już tylko na wyjedzeniu parówek i ogórka, a resztę zostawiłem ptakom na trawniku.
Reasumując: porcja duża i najeść się można. 7,50 zł to też nie jest cena z kosmosu. Ale jakość tej potrawy drastycznie spadła i skutecznie pohamowała mój entuzjam do hot dogów w tej budzie. Mam nadzieję, że to jednorazowa wpadka, ale póki co jeśli będę tamtędy wracał, nadłożę nieco drogi i na hot doga maxa pójdę raczej do 4 Mobiles. W tej chwili nie ma on w Kielcach moim zdaniem realnej konkurencji.

czwartek, 12 lipca 2012

Kebab Sandwich w Galerii Echo, czyli naprawdę dobra kanapka

Nienawidzę robienia zakupów w galeriach handlowych. Nie znoszę wprost organicznie. Ilekroć zmuszony jestem udać się do takiego molocha, tylekroć staram się osłodzić sobie ten fakt zakupem książki lub... jedzenia. Tak było i tym razem. Zgoniony i zaszczuty przewalającym się po galerii tłumem, zdezorientowany nowym układem pieter, spocony jak ruski termos, dotarłem w końcu na poziom drugi, gdzie mieszczą się punkty gastronomiczne.  Znajdziemy tu stoiska zarówno dużych sieci: McDonald's, Subway czy KFC, jak i mniej znanych firm. Ponieważ ostatnio jadłem zarówno w KFC, Macu, jak i Subwayu, North Fisha opisali zaś DK& PD, swoje kroki skierowałem ku boksowi oznaczonemu szyldem "Turkish Food Kebab". Do wyboru mamy kilka dań, od zestawów typu kebab na frytkach po kebaby w tureckiej picie, bułce, tortilli i... i coś, co od razu wiedziałem, że spróbuję. Na tablicy znajduje się pozycja pod nazwą "kebab sandwich". Kanapki na gorąco uwielbiam, więc od razu poprosiłem o takiego sandwicha. Kosztuje 9,90 zł. Nie wiem, czy poza kurczakiem mają inne mięso, na rusztach bowiem był tylko drób. Po chwili odebrałem swoje zamówienie:


W środku znajdziemy mięso z kurczaka oraz dodatki: ogórek świeży i konserwowy, pomidor i kapusta pekińska. Na wierzchu sosy: pomidorowy i biały, jak mniemam czosnkowy. Zacznijmy od bułki: jest to pieczywo typu panini, wrzucone na elektryczny grill było gorące i chrupiące. Smakowało mi bardzo. Bułka, jak widać na zdjęciu, jest duża. Składników również jest dużo, przede wszystkim mięsa - jest ono naprawdę głównym składnikiem i towarzyszy nam do samego końca.



Kurczak jest soczysty, dobrze doprawiony, smaczny. Warzywa również nie odstają od reszty - świeże i chrupiące świetnie komponowały się z bułką i mięsem. Ogórek konserwowy - ten dodatek, podobnie jak kukurydza z puszki, zawsze mnie w kebabach irytował. Tutaj jednak jakoś pasuje - może dlatego, że to kanapka, a nie klasyczny kebab.
Najsłabsze w tym zestawie są sosy. Niby fajnie, że nie dominują smaku, ale wg mnie były po prostu... mdłe. Tak naprawdę mógłbym się bez nich obejść. Nie są złe, są po prostu nijakie i nic do tej kanapki nie wnoszą. Ale po prawdzie też i nie przeszkadzają (no, może trochę, bo z uwagi na "konstrukcję" kanapki leją się po palcach).
Kebab Sandwich w Turkish Food bardzo przypomina kanapki z House of Kebab na Sienkiewicza (ale ma więcej mięsa) lub z "Kebab" na Paderwskiego/4Mobiles  (ale nie ma frytek).
Reasumując: jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym sandwichem. Porcja jest naprawdę duża, mięsa nie żałują, całość okazała się nadspodziewanie smaczna. Duży plus za pieczywo! Następnym razem spróbuję czegoś, czego dawno już nie jadłem, czyli tureckiej pity. Za 9,90 zł polecam jak najbardziej!

środa, 11 lipca 2012

DUŻE jest piękne, czyli meksykańska tortilla w Chabo

Zachciało mi się na ostro. I to jak! Przeglądając w necie oferty różnych punktów gastronomicznych wszedłem też na stronę Chabo, gdzie moją uwagę przykuła Tortilla meksykańska. Wg opisu "Nasza sezonowa, pikantna tortilla w stylu meksykańskim! Panierowane polędwiczki, kukurydza, papryka, chrupiąca sałata i nachos - nadają tej tortilli niepowtarzalny smak!" 
Po tym jak zjadłem u nich Chaboburgera stałem się fanem tej minirestauracji, bo w przeciwieństwie do KFC kurczak u nich zawsze jest soczysty, kawałki duże i dobrze doprawione. Udałem się więc na ulicę Seminaryjską 20D, gdzie mieści się Kwatera Główna Chabo i zażądałem gromko tortilli meksykańskiej. Placek trafił na elektryczny grill, świeżo podane z kuchni polędwiczki na głęboki tłuszcz. Następnie na cieście wylądowały: sosy, warzywa, nachosy i polędwiczki. Zwinięta tortilla , trafiła jeszcze raz na elektryczny grill, by ostatecznie wsadzona w pudełeczko  wylądować w moich łapkach. Zapłaciłem 10,90 zł i wyszedłem.
Zacznę tak: tortilla jest DUŻA. Naprawdę duża! I wypakowana po brzegi, tak, że nie jest zwijana ciasno tylko w formie szerokiego walca. Wpakowanie jej w kartonowe pudełko bardzo ułatwia jedzenie - po pierwsze ciasto dłużej trzyma ciepło (a trafiła do mnie naprawdę gorąca!), po wtóre zmniejsza ryzyko wystąpienia na ubraniu kompromitujących plam z sosów:




Poczyniwszy te błyskotliwe spostrzeżenia, Wasz korespondent nie tracił już czasu na pitu-pitu tylko zapalczywie wgryzł się w pachnącą i gorącą tortillę.
Acha, jeszcze pokażę od góry zawartość placka:




A teraz do meritum: placek jest chrupiący i dobrze zapieczony, dzięki temu chrupie, a składniki pozostają gorące. W środku znajdziemy polędwiczki z kurczaka - smażone w głębokim tłuszczu, przez co panierka na nich była chrupiąca, a zamknięte w środku mięso pozostało soczyste. Kurczak jest naprawdę dobrze doprawiony - smak panierki nie przytłacza smaku mięsa, który jest dobrze wyczuwalny. Mięsa jest dużo - towarzyszy nam od pierwszego do ostatniego kęsa. Po raz kolejny stwierdzam, że Chabo kurczaka ma dużo lepszego niż KFC. Kolejnym chrupkim składnikiem (i dość zaskakującym przyznacie)  tego dania są... nachosy. Kukurydziane nachosy, ostre i nie zwietrzałe, nadają całości pikanterii i niecodziennego posmaku. Z nachosami i mięsem doskonale komponują się warzywa: krucha sałata, kukurydza i papryka. Warzywa są wyczuwalne, ale nie przytłaczają, kurczak pozostaje smakiem dominującym. Całość wieńczą sosy - wydaje mi się, że były dwa, ale nie spytałem jakie. Na mój smak na pewno jeden z nich to meksykański. Sosy również dobrane są idealnie - podbijają smak, nadają lekkiej ostrości, ale kręcą się gdzieś w tle, nie wysuwają na pierwszy plan, gdzie bryluje kurczak.
Reasumując: tortilla meksykańska w Chabo to potrawa równie nasycająca co klasyczny obiad. Duża, smaczna, gorąca, ostra, soczysta, chrupiąca...  Niecodzienne połączenie składników, mieszanie się różnych smaków sprawiają, że chce się jeszcze. Ale to za jakiś czas, ja po zjedzeniu miałem brzuch jak kobieta w zaawansowanej ciąży. Danie polecam zdecydowanie. A na pewno na duży głód.    

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...