O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


poniedziałek, 30 lipca 2012

Furia Aschette, czyli Tempo profanuje zupę botwinkową

Dzisiaj kolejna nadesłana recenzja. Aszka po zachwycie nad pizzą "Pod Trójką" tym razem zapragnęła zjeść zupę botwinkową. Okazało się, że w Kielcach o nią niełatwo. A jak już jest, to... Zresztą przeczytajcie sami:


Na początek muszę się Wam do czegoś przyznać. Nie przepadam za zupami. Rosół zawsze jest dla mnie za tłusty, pomidorowa za bardzo smakuje jak rosół – słowem bywam zrzędliwa na zupnym tle - często z byle powodu. Ale nie zawsze. Dobra grzybową akceptuję, to samo ze szczawiową z jajkiem – największa miłością jednak dążę zupę BOTWINKOWA. I właśnie ta miłości sprawiła, że ruszyłam na poszukiwanie zupy botwinkowej w Kielcach.
Moja słabość do botwinkowej zaczęła się już w domu. Babcia była botwinkowym guru. Potem przyszła kolej na następną odsłonę botwinkowej, tym razem w Krakowie. W Restauracji Polakowskiego. Tak naprawdę to typowa jadłodajnia, ale przypuszczam, że nazywa się tak dlatego aby podkreślić jej tradycyjny wymiar – bo Polakowski działa od 1889 roku.
Zjadłam tam botwinkową mojego życia. Dużo ziemniaków. Dużo buraczków i botwinki. Gęsta zupa o pięknym czerwonym kolorze. Doskonała w smaku. Porcja duża za cenę 7 zł. Ostatnio spożywaliśmy ja w 6 osobowym gronie – każdy mówił to samo – genialna! 



Rozochocona doskonałym smakiem Polakowskiego ruszyłam na poszukiwania ideału botwiny w Kielcach.
I się zaczęło. Po pierwsze ciężko ja dostać.
Wpadałam do Jadłodajni Tempo. Nie mają, ale będzie jutro. Myślę – super! Przychodzę następnego dnia – dostaję porcję na wynos – 3,30 zł plus 50 gr pojemnik – prawie biegnę do domu, ślinka mi cieknie. Wchodzę, wlewam do miski…ostatkiem sił biegnę po aparat aby uwiecznić ten wyjątkowym moment, zanurzam łyżkę, patrzę… i baranieje. W moje zupie botwinkowej pływa mięso! Całe mnóstwo wielkich kawałków boczku i kiełbasy (lub czegoś w ten deseń?). Oceniam szanse wybrania tego świństwa z mojej wymarzonej zupy – niestety ilość mięsa stanowi praktycznie 1/5 zupy więc jak to zrobić? Zupa pachnie wędzonym prosiakiem. Ale nie poddaję się – próbuję. Przeżywam kolejny szok. Otóż Tempo podarowało mi botwinkę o smaku wędzonego boczku! Zupa jest cienka i ledwo różowa, składa się z mięsa i dużej ilości kartofli, botwinki jak na lekarstwo, trochę buraczków. Niosę Babci – mówię – próbuj. Ona próbuje i pyta - CO TO?
Koniec. Już wiem, że to koniec. Zupa ląduje na stole, nikt nie chce jej zjeść a zapach świniaka rozchodzi się po domu.
Poleciałam do komputera i sprawdziłam w wyszukiwarce przepisy na zupę z botwinką – że z jajkiem, że z ziemniakami, że ze śmietaną - zgoda. Ale z wędzonym boczkiem?!
Strzeżcie się moi drodzy Tempa i ich zupy botwinkowej, bo chodź cena niewielka – to profanacja prawdziwej botwinkowej haniebna!!! Wstyd droga jadłodajnio! Wstyd!!!
To mówiłam ja – zniesmaczona Aszka.
Ps. Zupa została wylana do muszli. Takiej co to w domu występuje a nie nad morzem!



Autorką zdjęć i recenzji jest Aschette.

1 komentarz:

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...