O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


środa, 18 lipca 2012

Kolacja pod afrykańskim niebem, czyli żryć nie umierać

Ponieważ mamy wakacje, dzisiaj wpis gościnny i typowo wakacyjny. Krakowski Korespondent Street Food Polska z podróży, poszukiwacz smaków Mariusz Glejzer, opowie Wam o grillowaniu pod tunezyjskim niebem. Gdybyście wybierali się do Tunezji - informacja z cyklu "jak znalazł". Jeśli się nie wybieracie, to poczytajcie, by na chwilę uciec od nie najlepszej aury, jaka ostatnie kilka dni za oknem panuje. Mariusza witam w gronie stałych współpracowników, a Was zapraszam do lektury:



Tunezja, pierwszy raz jestem tutaj. Hotele jak hotele, raz czyściej, raz brudniej... ważne, że jest słońce i morze.
Ale po kąpielach morskich i słonecznych jeść się chce. 
Prysznic, świeże ubranko i idziemy do restauracji. Jest nieźle, dość duży wybór ale mimo tego iż jestem łakomczuchem szerokim łukiem omijam większość parujących witryn z brunatnoszarą mamałygą. Na tarasie grill do którego stoi pół hotelu. 
Nie mam szans na chociażby najmniejszego szaszłyczka. 
Jak się okazało, i dobrze bo... szczęściarze którym starczyło sił na odstanie 40 minut 
w kolejce płakali, że mięsko było jak kawałki opony, czarne i nie do pogryzienia. 
Zjadłem kawałek arbuza i zrobiliśmy to co zawsze, czyli ruszyliśmy pomiędzy autochtonów w celu zaznajomienia się z lokalną kuchnią!



Wbrew temu co mówią rezydenci, wybraliśmy się piechotką do pobliskiego OuetBatten.
kilkanaście minut drogą, obok posterunku policji, gdzie dla dodania pikanterii wieczornej przechadzce właśnie prali po pysku jakiegoś faceta... przyspieszyliśmy kroku.
Za mostem wyszliśmy z ciemności wprost na światła przydrożnych sklepów. Ale jakich! Rzeźnia, ryby, owoce … na wystawach pełno dobra wszelakiego. 
Daktyle, świeże migdały hmmm.



W sklepie z rybami na stosie z doradami otoczonym ośmiornicami i krewetkami leży wielki miecznik. Tuż obok grill - El Kendil. Kupujesz sobie w sklepie rybkę lub inne mięsko
i dajesz facetowi na grilla. Przesympatyczny pan w fartuchu przyrządza na naszych oczach dorady, ośmiornice i sepie, które właśnie kupiliśmy. Na dokładkę bierzemy jeszcze jagnięcinę. 

Przysięgam to było chyba najlepsze grillowane jedzenie jakie w życiu jadłem. 

Dwie dorady, kilogram ośmiornic i dwie duże sepie (mątwy), pół kilo jagnięciny 3 herbaty (the a la menthe – zielona, mocna, słodka herbata z listkami świeżej mięty) butla coli plus 
frytki. 55 dinarów czyli jakieś 110 zł ... Żryć nie umierać :)

Autor: Mariusz Glejzer

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...