O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


piątek, 31 sierpnia 2012

Tour de Pizza, czyli Marcin kieleckie pizzerie testuje

Dzisiaj znowu o pizzy. Tym razem Marcin, którego znacie już z recenzji pizzy w VooDoo, odbył Tour de Pizza po Kielcach i postanowił się z Wami podzielić swoimi spostrzeżeniami. Zapraszam więc do lektury:



POD TRÓJKĄ (Henryka Sienkiewicza 3)

Jako fanatyczny miłośnik pizzy w ostatnim czasie nie omieszkałem skorzystać z trzech lokalnych pizzerii sprawdzając ich ofertę. Na pierwszy rzut poszła najnowsza z opisywanych pizzerii "Pod Trójka" na kieleckim deptaku. Pizza z trzema dowolnymi składnikami w cenie 20 zł plus jeden sos gratis. Przy ładnej pogodzie można posiedzieć na ogródku pod parasolem w przyjemnej atmosferze. Pizza w rozmiarze 40 cm, żadnych talerzy ani sztuców, wszystko na tekturowych tackach, sosy w plastikowych pojemnikach i sztucach ma to swój specyficzny klimat, a właściciele na pewno dzięki temu mogą obciąć koszta działalności na poczet niższych cen . Na chwilę obecna jedzenie dostępne tylko w lokalu, lecz podobno ma być także dowóz. Wracając do pizzy na której o znajdziemy dużo składników, ciasto średniej grubości w sam raz dla dwóch osób, a całość dopełniona sosami własnej produkcji. Jest to najtańsza oferta dla smakoszy włoskiego specjału w tej części miasta, porównując pizzerie na rynku czy placu wolności na którą wybór padł w następnych dniach .Podsumowując "Pod Trójką" było skromie, ale smacznie. 


PIEPRZ I BAZYLIA (Plac Wolności 1)

Jako druga w kolejce ustawiła się pizzeria "Pieprz i Bazylia". Otworzona w pierwszej połowie bieżącego roku w związku z czym na pewno  jeszcze mało znana kieleckim żarłokom pizzy :) Była to moja druga wizyta w ostatnim czasie i na pewno nie ostatnia. Największym plusem lokalu jest posiadanie pieca opalanego drewnem oraz ogródka letniego na zapleczu zakrytego wielkim parasolem Kampanii Piwowarskiej, który także służy za miejsce składowania i rąbania drewna do pieca co nadaje miejscu dodatkowy przyjemny klimat. Jednak przyszedłem tam zjeść dobrą pizzę, a nie oglądać się na otoczenie zatem zabrałem się do przeglądania menu, które nie jest zbyt rozbudowane zawiera kilkanaście rodzajów pizzy, napoje ciepłe i zimne oraz co mi się bardzo spodobało to dwa rodzaje wina z beczki. Niestety tego wieczoru byliśmy nastawieni na piwo więc rehabilitując się przy najbliższej wizycie nie ominę z moją towarzyszka tego specjału w cenie 150 ml za 5 zł. Wspólnymi siłami wybraliśmy pizzę na śmietanowym sosie z bekonem i cebulą popularnie nazywaną carbonara lecz w Pieprzu i Bazyli ukryta jest pod nazwą Bianco Crema, a do niej sos pomidorowy. Po kilku minutach nadszedł wyczekiwany moment i duża pizza w rozmiarze 45 cm wylądowała na naszym stoliku, podana na drewnianym desce z rączką oraz wyrytą przy niej nazwą pizzerii w co jest miłym dodatkiem  niespotykaną ciekawostką na kieleckim rynku. Pizza równomiernie wypieczona, prawie cała pokryta śmietanowym sosem, obsypana duża ilością sera z pozostawianymi małymi brzegami ciasta. Najmocniejszym atutem w tym lokalu jest idealnie wypieczone ciasto zarówno przy pierwszej i teraz drugiej wizycie, przy podniesieniu kawałka pizzy utrzymuje swój kształt, a składniki nie spadają czy zsuwają na stół. Po raz kolejny przekonałem się nad przewagą pieca opalanego drewnem, w którym pizza nie wysycha, a ciasto jest świetne. Do dyspozycji klientów są także dwie oliwy, jedna naturalna i druga o aromacie ziół dzięki którym pizza jest wyśmienita. Ma to także swój plus przy finalnej rozkoszy i przyjemności konsumowania nasączonych krawędziach pizzy w  tejże oliwie Przy takich dodatkach chowa się każdy, nawet najlepszy sos do pizzy.  Pizza kosztowała 24 zł, zatem ceną nie odbiega średnią od lokalnego rynku, natomiast smakiem go wyprzedza. Po moich dwóch wizytach jest to obecnie ścisła czołówka kieleckich pizzerii.Na pewno tam wrócę z przyjemnoscią. 






TELEPIZZA (Ignacego Paderewskiego 34)

Na sam koniec przyszedł czas na pizzę dla mas, chyba poza pizza hut najdłuższa stażem sieciówka w mieście, a mianowicie Telepizza. Było poniedziałkowe popołudnie, zmęczeni spacerem przechodząc Paderewskiego dobiegło do naszych uszów lecące z głośników zapraszanie:  "Mała pizza w każdy poniedziałek za 5 zł". To było to ,zwieńczenie poniedziałku, dnia za którym większość ludzi nie przepada. Wchodzą do lokalu zaskoczyła Nas ilość klientów i pizz czekających na wypieczenie, byliśmy w szoku, gdyż przechodząc obok tego lokalu zwykle świecił pustkami. Od razu na wejściu nastąpiła konfrontacja wizualnych doznań patrzących na wydawane pizzę kontra cudowne zapachy roznoszące się po pizzerii, cały proces produkcji pizzy można obserwować stojąc czy siedząc przy kasie. Promocyjna pizza za 5 zł jest dostępna z 1 dowolnie wybranym składnikiem, następny dodatkowy jest po dopłacie w wysokości 1 złotego. Mój wybór padł na szynkę z ananasem, towarzyszka wybrała z pieczarkami. Czas oczekiwania nie był długi, czas można umilić sobie czytając codzienna prasę dostępną na 1 piętrze. Po przyniesieniu przez obsługę pizzy jeszcze nic nie wskazywało na nieuchronną porażkę smakową Telepizza. Od tej pory wszystko potoczyło się po linii pochyłej, pierwszy kęs i szok o  gumowate ciasto,idąc dalej za smakiem zamiast sera otrzymujemy coś sero podobnego, a na dopełnienie tragizmu to sos pomidorowy który z pomidorami nie miał za dużo wspólnego.Katastrofalną sytuację ratują smaczne składniki dzięki którym pizza jako tako ma możliwość wybrnięcia z trudnej sytuacji.  Podsumowując za 5 zł pizzy nigdzie nie zjemy, jest to na pewno inna pizza niż serwowana w mniejszych lokalnych pizzeriach, czuć w niej masową produkcją która dla niektórych ma swoje plusy, takie jak bardzo podobna jakości i smak danego dania w całym kraju.Mnie osobiście ta pizza nie przekonała do siebie, wyratowała ją niska cena i smaczne składniki.







 pozdrawiam, Marcin

Zdjęcia i tekst: Marcin

Inne recenzje opisanych miejsc:

Pod Trójką

Telepizza

czwartek, 30 sierpnia 2012

Szybki konkurs z Yerba Mate

Mam dla Was dziś szybki konkurs. Trwa do soboty, do północy. Z powodów technicznych adresowany jest do mieszkańców Kielc i okolic. Do wygrania 5 razy yerba + alfajores (ciasteczko), do spożycia w sklepie - pijalni  Fuente de la yerba. Wystarczy odpowiedzieć na 3 proste pytania:


1. Skąd pochodzi Yerba Mate?
2. Jak nazywa się Yerba Mate przyrządzona z sokiem?
3. Jak nazywa się proces przygotowania naczynia do użytku?

Odpowiedzi na wszystkie pytania znajdziecie w tekstach o Yerba Mate, które ukazały się na blogu: TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ

Odpowiedzi nadsyłacie jak zwykle na streetfoodpolska@gazeta.pl

środa, 29 sierpnia 2012

Najlepsze co może Cię spotkać o 1 w nocy, czyli dobry, ostry i gorący kebab

W nocy w Kielcach wybór miejsc z jedzeniem jest bardzo ograniczony. A o 1 w nocy w dzień powszedni to już w ogóle. Wracając ze Skandalowego piwka zmieniłem swoją stałą trasę, więc kiedy docieraliśmy z kolegą do Paderewskiego od razu pomyślałem o kebabie. Na lewo Istambuł, na prawo Troy, a środkiem Saray świeci. No to poszliśmy prosto. O, jakże dawno już nie jadłem kebab w tureckim chlebie! Ciągle tylko tortille i tortille! Więc wchodząc do Saraya wiedziałem już co zamówię. Kolega stwierdził, że bierze to samo. A więc średni kebab "barani" w tureckim chlebie. Oczywiście na ostro, żadnych kompromisów, piwo lubi pikanterię. Zapłaciliśmy po 10 zł i otrzymaliśmy gorącą herbatkę, która umiliła nam oczekanie. Po około 5 minutach na stoliku wylądowały nasze kebaby, podane w miseczkach. Zdecydowaliśmy jednak, że zjemy idąc. Kebab choć średni, to tak naprawdę wyglądał na duży. Chlebek gorący, a na wierzchu ciesząca zmysły kompozycja mięsa, czerwonego, ostrego sosu i świeżego ogórka:


Nie ma co się rozpisywać. Saray trzyma poziom. Pierwsza warstwa to duża ilość soczystych pasków mięsa, jak zwykle w tym miejscu dobrze doprawionego, gorącego. Sos okazał się ostry i smakowity, po kilku kęsach zacząłem się pocić, a język zaczynał interesująco drętwieć. Drugą warstwę stanowią warzywa, które były smaczne i zwilżały całość, ku swojej radości nie znalazłem kiszonego ogórka. Na dnie znowu mięso. Chlebek - genialny wynalazek. Chyba w niczym kebab nie smakuje tak dobrze, jak właśnie w tureckim pieczywie. Chrupiący, gorący, soczysty, dla mnie równie ważny element, jak mięso. Niech się schowają wszystkie tortille! Jak pisałem wzięliśmy "średnią" porcję. Nie pamiętam jak duża jest porcja "duża", ale średnią jadłem idąc Paderewskiego do Żytniej, stamtąd w Ogrodową, a jeść skończyłem na światłach na Rogatce. Nasycające i smaczne to było. Myślę, że chyba odpoczywając od pizzy, którą ostatnio jadłem nieprzyzwoicie często, dla odmiany przerzucę się na kebaby w tureckim chlebie. Taki mały teścik, a co!

wtorek, 28 sierpnia 2012

Aschette na tropie, czyli Bar Parkowy w Myślenicach

Dzisiaj kolejna recenzja nadesłana przez Aschette. Tym razem relacja z myślenickiego Baru Parkowego, gdzie Aszka jadła MIĘSO (!!!) i nie tylko. Zapraszam do lektury:


Nie wiem ilu z Was miało okazje być - w oddalonych od Krakowa około 35 kilometrów - Myślenicach, ale Ci którzy jeszcze się tam nie zjawili, powinni naprawić swoje niedopatrzenie – chociaż by ze względowi kulinarnych.
Ostatnio zauważyłam, obserwując gusty gastronomiczno-kulinarne moich znajomych, że coraz częściej na wypadach poza domem mamy ochotę właśnie na domowe jedzenie. Kiedyś wychodząc do restauracji czy nawet do kebabowni – zamawiało się głownie to czego w domu z różnych względów zrobić się nie mogło, czy nie chciało – bo było to zbyt czaso i pracochłonne. Teraz ten trend się zmienia – zaczynamy szukać domowego jedzenia na mieście, bo obiady z prawdziwego zdarzenia jemy coraz rzadziej. Też macie takie odczucia?
W każdym razie – ja wiedziona potrzebą znalezienia domowej kuchni i zjedzenia domowego obiadu - będąc na wycieczce w Myślenicach trafiłam do Barku Parkowego. Jak sama nazwa wskazuje bar znajduje się w parku, na terenie Zarabia – rekreacyjnej części Myślenic. Jednym z powodów dlaczego właśnie tam, a nie gdzie indziej postanowiłam zjeść był fakt, że przed barem stała cała masa…uwaga…motorów w typie Harley Davidson! Niezły widok! Dopiero potem okazało się, że Bar Parkowy to właśnie niepisany bar motocyklowy oraz, że cała rodzina właściciela kocha motory i wszystko co ich dotyczy. Tak więc –Panowie motocykliści (i Panie!) – przybywajcie!



Wracając do jedzenia. W środku baru – czystko i schludnie, chociaż skromnie, na tyłach piękny ogródek z grillem. Tam właśnie się udaliśmy. Menu bardzo bogate – wszystkie potrawy począwszy od jajecznicy po nawet frytki…na zdjęciach. I słusznie, bo je się też oczami. Ceny drugiego dania średnio od 10 zł do 22 zł (o ile dobrze pamiętam), zupy w okolicy 5 zł.
Zamawiamy po licznych debatach.
Ostatecznie padło na dania dnia czyli rybę morszczuk i łosoś w sosie szpinakowym z frytkami i sałatkami oraz kotlet z piersi kurczaka (tak – jadłam mięso!) i analogiczne dodatki.

Danie dnia z rybami w roli głodnej - bardzo dobre – ryba świetnie przyrządzona i przyprawiona. Najlepszy jednak sos ze szpinakiem, czosnkiem - świeży, pachnący…podkradłam go co chwila, bo idealnie pasował też do piersi z kurczaka. Duża ilość frytek i wspaniałe surówki – 4 rodzaje – marchewka, czerwona kapusta, biała kapusta i biała kapusta z kukurydzą i dodatkami. Ilość serwowanych sałatek jest imponująca, tu nikt niczego nie skąpi, nie odmierza gramatury, dostajesz tyle ile się mieści na talerzu – a na sałatkowym zmieściło się naprawdę dużo.



Danie z piersią kurczaka w roli głównej też spisało się na medal. Jedyny zarzut jaki mam – to fakt, że kotlet panierowany był tłusty od oleju (serwetka mi raz dwa rozwiązała sprawę, bo odsączyłam co trzeba), za to wiem, że kotlet był świeżo bity, bo słyszałam!!! :)



Cena cena dnia 15 zł, dania z piersią z kurczaka – 18 zł.
Jeszcze słów kilka o przemiłej obsłudze. Przy takiej ilości zamówień i klientów Pani kelnerka była dla nas bardzo mila i poświeciła nam swój czas i uwagę, zresztą nie tylko nam, ale każdemu. Strasznie fajna sprawa, jak ktoś nie pracuje za karę, a do tego jeszcze ma ochotę komuś doradzić - tak właśnie trafiło na nasz stół danie dnia, bo w menu go nie było. Wiadomo – danie dnia to musi być coś zaskakującego. I tak właśnie było.
Z czystym sercem polecam Bar Parkowy każdemu z motorem, skuterem, samochodem a także tym którzy na nogach przemierzają świat, pod jednym jednak warunkiem – dużego głodu i chęci do dobrego jedzenia! Bo innego tam nie mają! Pozdrawiam!!!

BAR PARKOWY, MYŚLENICE-ZARABIE, UL. PARKOWA 1G


Tekst i zdjęcia: Aschette




poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Rozwiązanie konkursu z Subway

Uff... Konkurs cieszył bardzo dużym zainteresowaniem, nadeszły aż 153 odpowiedzi! Każdy mail z prawidłowymi odpowiedziami otrzymał numer (w kolejności nadsyłania). Następnie zapisałem te numery na karteczkach, karteczki wrzuciłem do miski, zamieszałem i losowałem. W ten sposób szczęście uśmiechnęło się do: dagmara.mizera, krzyzanowski100, lorraine, maria.kulikowska i d.szczesniak. Nagrodami są vouchery na DWA dowolne 15 cm sandwicze z oferty Subway. Zwycięzcom gratuluję i proszę o przesłanie danych teleadresowych - muszę je przekazać Sponsorowi konkursu, ponieważ to on wyśle Wam vouchery !

Tym, którym się nie udało dziękuję za udział w konkursie i powiadam: nie upadajcie na duchu - za tydzień następny konkurs! Tutaj decydowało szczęście, w następnym konkursie WSZYSTKO zależeć będzie od Was ;)

niedziela, 26 sierpnia 2012

No to cyk(l), czyli wszystko o yerba mate część 3 - currado

Dziś kolejny odcinek Akademii Yerba Mate. Tym razem wszystko o currado.

Najwłaściwsze naczynie do spożywania Yerba Mate to oczywiście tykwa, czyli niejadalna dynia o silnie przeczyszczającym miąższu oraz zdrewniałej skórce. Takie naczynie, jeżeli już mamy, a jak nie mamy to możemy oczywiście kupić we Fuente de la Yerba, należy wytrawić, tzn. przeprowadzić currado.



Każda tykwa ma suchy mięciutki miąższ w swoim wnętrzu oraz mały bądź większy sterczący do wewnątrz „dzyndzelek”, który od spodniej części jest tzw. dupką. Przy zakupie tykwy należy sprawdzić czy cała skórka jest jednolita bez otarć i pęknięć, które mogą później przeciekać, czasem tykwa ma morfologiczne niby – wady, które nadają tykwie dodatkowego uroku, a nie będą powodem dyskomfortu przy spożywaniu yerby. Dobrze jest tez sprawdzić czy ewentualne okucie czyli wirola, metalowa obręcz kończąca górną cześć tykwy, jest mocno przytwierdzona.



To takie wskazówki odnośnie zakupu, my sprzedając tykwy oglądamy je sprawdzając wszystkie by uniknąć ewentualnych nieprzyjemności- po prostu nasze tykwy są zdrowe.
A wracając do currado…
Tykwa jak pisałam ma w swoim wnętrzu miękką wyściółkę, która powinna być bardzo sucha, wkładając palec do środka wyczuć można że miąższ ten sam odchodzi od skórki, gdy poskrobiemy trochę paznokciem, można właśnie tak trochę poskrobać by później mieć mniej pracy przy wytrawianiu.
Do tykwy należy nałożyć mokrych przesiorbanych fusów ok ½ naczynia i zalać wodą o temperaturze max 75st. C, pamiętając by nalać wody tuż pod wirolę czyli metalowe okucie, by nie lać wody bezpośrednio na nią, gdyż jest ona przytwierdzona do tykwy metalowymi ząbkami, nie jest uszczelniona i dostająca się woda między wirolę a tykwę będzie powodowała że tykwa z czasem zgnije a wirola odpadnie, także staramy się nie zalewać wiroli.
Taką tykwę odstawiamy na 12 godzin by to co jest w środku ładnie namokło. Po tym czasie opróżniamy tykwę z fusów i skrobiemy po ściankach naczynia delikatnie łyżeczką w celu wyskrobania miąższu, jest to fajny sposób na ten środek, gdyż po kilkugodzinnym namoczeniu środek tykwy który należy usunąć jest śliski i łatwo poznać co trzeba usunąć. Oczywiście ważne jest również to by nie uszkodzić „dzyndzelka” ponieważ gdy go zetniemy łyżeczką tykwa od spodu będzie przeciekać. Gdy trochę poskrobiemy ponownie zasypujemy ½ objętości tykwy suchą świeżą yerbą, w celu zaimpregnowania jej na długie lata. Ponownie zalewamy woda j/w odstawiamy na 12 godzin. Później ponownie, jeżeli jeszcze został w środku miąższ, należy go trochę poskrobać , opłukać osuszyć tykwę. Tak przygotowane naczynie jest już gotowe do spożywania yerby.
Tykwa jest naczyniem wymagającym dyscypliny, czego nie wolno robić:
  • Pod żadnym pozorem myć jej w zmywarce
  • Zalewać wrzątkiem i myc detergentem
  • Pozostawiać po siorbanym dniu fusów w tykwie, może to doprowadzić do gnicia i smrodku
  • Trzymać jej w wilgotnym miejscy, np. przy zlewie na ociekaczu (po opłukaniu na chwilkę włożyć do środka trochę papierowego ręcznika, a później odstawić w suche i cieple miejsce, np. na słońce lub w niedalekim pobliży kaloryfera zimową porą)
  • Rzucać, miętosić - bo pęknie
  • Jeżeli tykwa jest w skórze w miarę możliwości nie polewać skóry wodą przy przepłukiwaniu, gdyż powstaną nieestetyczne plamy i skóra niezakończona wirolą może się nieco obkurczyć
Także tykwa musi być suszona, jest naturalna, jednak gdy nie dbamy o nią z należytą starannością może zaczernieć i pokryć się pleśnią – z takiej tykwy nie wolno pić.
Zadbana tykwa powinna mieć po wysuszeniu brunatno zielony kolor wnętrza, a gdy nie pijemy z niej kilka dni jak przeschnie winna być jasno zielona, kolor tykwie nadaje yerba która barwi ją właśnie na taki sinozielony kolor. Istnieje również efekt pocenia się naczynia, tzn. może się nam czasem wydawać ze tykwa cieknie, a to nie prawda. Gdyż ma mikropory przez które wydostają się kropelki wody, jednak korkowa podstawka da rade w tym przypadku. Poza tym taki efekt jest możliwy także gdy spożywamy w tykwie terere czyli zimną yerbe wówczas na skutek różnicy temperatury, również można mieć wrażenie że tykwa przecieka, jednak jest to ten sam efekt co ze szklanką zimnej wody w upalny dzień.

Istniej również inne naczynie a mianowicie drewniane, palo santo - święte drzewo żywiczne, które przy spożywaniu w nim yerby dodatkowo oddaje specyficzny, bardzo przyjemny smako-zapach do yerby. Palo santo może być okute w metalu lub całe drewniane, bez względu jak wygląda od zewnątrz, procedura currado palo santo jest taka sama :)



Takie naczynie należy najpierw opłukać wodą i pozostawić do wyschnięcia. Następnie dokładnie wysmarować masłem (nie margaryną), lub oliwą, po prostu dobrym nieinwazyjnym tłuszczem, który zakonserwuje naczynie. Takie smarowanie powinno trwać do 48 godzin, drewno będzie w tym czasie pochłaniać tłuszcz, który można dosmarować w miedzy czasie. Następnie po 2 dniach wystarczy opłukać naczynie ciepłą wodą (nie wrzątkiem) i rozkoszować się jego niezwykłym zapachem.
Drewno w przeciwieństwie do tykwy nie może być nadmiernie przesuszone, można takie currado po dłuższej przerwie w siorbaniu powtórzyć na 24 godziny. O ile naczynie okute gdy pęknie nie zrobi różnicy gdyż i tak nie będzie przeciekać, to palo santo lub zwykłe drewniane naczynie po dłuższym okresie przesuszenia może pęknąć nawet zewnętrznie i wtedy już nie posłuży jako naczynie do yerba mate. Są tez tacy którzy od czasu do czasu po siorbaniu smarują wnętrze miodem i odstawiają naczynie na następna sesję, tez fajna sprawa yerba dodatkowo wówczas jest słodkawa przez pierwsze zalania i ma aromat miodowy. Pominąwszy, drewna nie przesuszamy ale tez nie należy go nadmiernie przemaczać, nie trzymajmy w nim wody od siorbania do siorbania wystarczy ze po wypiciu całodziennym yerby opłuczemy z fusów naczynie i odstawimy.
Cieszmy się darami natury…

Tekst i zdjęcia - Marta i Wiktor ze sklepu Fuenta de la Yerba

Poprzednie części cyklu TUTAJ i TUTAJ

sobota, 25 sierpnia 2012

Zajazd w Dyminach i Restauracja Leśne Runo, czyli dobre miejsce na dużą imprezę

Od razu zaznaczam - to nie będzie klasyczna recenzja. W Zajeździe Dyminy byliśmy na imprezie typu chrzciny, więc dzisiejszy wpis będzie raczej opisem miejsca i menu okolicznościowego oraz opłacalności zrobienia tam imprezy.
A więc: Zajazd to właściwie duży kompleks połączonych budynków, mieszczący w sobie stację benzynową, dwugwiazdkowy hotel i restaurację sieci Leśne Runo. Znajdziecie go na Ściegiennego 264, w pobliżu siedziby Piekarni Pod Telegrafem (po prawej stronie jadąc z Kielc). Zdjęć budynku i wnętrz nie wrzucam, bo lepsze są na stronie WWW Zajazdu.
Sala konferencyjno - eventowa jest ogromna. Na moje oko spokojnie można tam usadzić ze 200 osób i jeszcze zmieści się orkiestra (w razie czego zagrają z antresoli) i będzie gdzie tańczyć. Usadowieni przy stołach otrzymaliśmy

obiad 

który składał się z dwóch dań: rosołu z kluseczkami i kotleta de volaille, gotowanych ziemniaków i zestawu surówek. Rosół okazał się bardzo poprawny, acz mocno wyczuwalny smak lubczyku kazał niektórym gościom się zastanawić, czy aby nie został już w kuchni potraktowany maggi. Moim zdaniem jednak to właśnie świeży lub suszony lubczyk nadawał mu tego aromatu, bo słoność była odpowiednia, dla mnie nawet za lekka, a kolor raczej żółty niż maggiopodobny. Drugie danie: ponoć de volaille'a nie należy w restauracjach zamawiać, gdyż jest to idealny sposób wykorzystania starego kurczaka. Tutaj jednak nie miałem nic do zarzucenia - panierka była zwarta i chrupka, cieniutka, mięso zaś soczyste, dobrze przyprawione i na drugi dzień nie mieliśmy żadnych problemów żołądkowych :) Ziemniaki gotowane - jak zwykle w wypadku dużych imprez ugotowane wcześniej i przetrzymane w cieple, czyli raczej suchawe. Surówki - z czerwonej kapusty, z buraczków i z białej kapusty okazały się smaczne, acz jako, że to klasyczne surówki, niczym specjalnym nie zaskoczyły. Podsumowując: obiad smaczny, klasyczny, bez fajerwerków, porcje w sam raz.


Po obiedzie przyszła pora na

zimne zakąski

których duża liczba stała na stole. Do wódeczki idealne, jak mogłem się po chwili przekonać. Zacząłem od galaretki z kurczaka. Była smaczna, aczkolwiek ja jestem raczej miłośnikiem galarety wieprzowej. Skropiona cytryną miło komponowała się z zimną polską wódką.


Na drugi ogień poszły mięsa i galantyny, których było 5 rodzajów. Moim zdecydowanym faworytem okazały się kieszonki ze schabu faszerowane chrzanowym twarożkiem. Mięso zwarte i soczyste, twarożek delikatny, z wyczuwalnym, lecz nienachalnym, smakiem chrzanu. Dzięki szczypiorkowi całość zyskiwała nieco na ostrości. Bardzo dobre.


Galantyna również bardzo dobra, odpowiednio doprawiona, z galaretką, smakowała mi. Przyczepię się jedynie do kolorowego pieprzu - fakt, zaostrzał fajnie smak, ale moim zdaniem ziarna powinny być wcześniej namoczone.



Potem zająłem się schabem ze śliwką, schabem pieczonym i karkówką. Wszystkie trzy mięsa smaczne, soczyste, dzięki warstwie galaretki, która je pokrywała nie wysychały. Jedyne czego mi zabrakło, to żeby choć jedno z mięs przyrządzone było na ostro, bo wszystkie trzy okazały się łagodne w smaku.


Następnie przyszła pora na śledzie i sałatki. Śledzie - mnie niespecjalnie podeszły, chyba za mało wymoczone, ale może tak trafiłem, bo inni raczej chwalili. Sos do śledzi natomiast bardzo smaczny (zdjęcie powyżej). Sałatki - gyros i klasyczna warzywna. Gyros - moim zdaniem najsłabsza pozycja na stole. Może to kwestia smaku, ale ja wyczuwałem tam nachalnie selera, który psuł mi smak tej sałatki. Warzywna - klasyczna, ale dla mnie za sucha. Tak więc te trzy pozycje mnie nie zachwyciły, spróbowałem, lecz już do nich nie wróciłem. Za to pomidory z mozarellą  polane oliwą i podane w towarzystwie świeżej bazylii okazały się smaczne. Ja co prawda zrezygnowałbym ze szczypiorku, a całość chętnie doprawiłbym świeżo mielonym kolorowym pieprzem, ale w sumie było OK.


Po zimnych przekąskach podano jeszcze dwa dania ciepłe: barszcz czerwony z krokietem, który pojawił się w bardzo odpowiednim momencie ;) i kluski śląskie z sosem a la strogonoff. Barszczyk dobry, buraczany, krokiet smaczny i dobrze usmażony, panierka nie tryskała tłuszczem. Kluski śląskie okazały się bardzo smaczne, takie jak lubię, czyli sprężyste i leciutko twardawe (nie znoszę rozgotowanych!!!), sos lekko ostry doskonale do nich pasujący, surówka smaczna i pasująca do całości.


Reasumując: Zajazd Dyminy to dobre miejsce na dużą imprezę. Profesjonalna obsługa (duże uznanie dla kelnerów, którzy pojawiali się wtedy kiedy powinni, sprawnie obsługiwali gości i gorące posiłki donosili faktycznie gorące), bardzo ładna i przestronna sala, smaczna klasyczna kuchnia i otoczenie - na tyłach Zajazdu ławeczki i plac zabaw dla dzieci w otoczeniu zieleni, czynią to miejsce godnym polecenia, nie tylko na duże imprezy, ale również rodzinne obiady. Ceny jawią się jako bardzo umiarkowane. Dowiedziałem się, że bez alkoholu i ciast (które można wnieść własne) oraz napojów cena wyniosła 75 zł/osobę, bez limitu czasowego. W tym samym terminie ceny w innych kieleckich lokalach oscylowały wokół 110 - 120 zł/osobę z jednym ciepłym posiłkiem. Jedyny minus - trzeba jednak te kilka kilometrów za Centrum wyjechać, jednak warto, bo odległość nie jest duża, a gdyby impreza miała się przedłużyć, to nad restauracją można wynająć pokoje.
Jednym słowem - polecam.

piątek, 24 sierpnia 2012

Diablo dobra wielka pizza, czyli full wypas w Grande Pizza

Dzisiaj znowu o pizzy. O dużej pizzy. O ogromnej, naładowanej składnikami i ostrej, jak piekło pizzy. O pizzy z Grande Pizza. Dużo dobrego o tej pizzerii słyszeliśmy. Polecało nam ją kilka osób i w końcu postanowiliśmy zamówić do domu. Pizzeria na ul. Strasza 32 ma chyba duże obłożenie, bo przez telefon uprzedzono nas, że czekać będziemy ponad godzinę. Nie zniechęciło nas to, przeciwnie - zaostrzyło tylko apetyt. Zdecydowaliśmy się na największą w ofercie wersję Grande - 61 cm. Jedna połowa Diabolo, druga Full Wypas. Cena - 42,99 zł. Sosów dodatkowych nie zamawialiśmy, jeśli idzie o ciasto to nie padło pytanie jakie chcemy, więc zakładam, że jest go tylko jeden rodzaj. Czekaliśmy dobrze ponad godzinę, rzekłbym nawet, że dopiero po około dwóch godzinach dostawca zapukał do naszych drzwi. Szybko dokonaliśmy "machniom" i pudło z gorącą zawartością wylądowało na stole. Już samo opakowanie wzbudzało respekt swoją wielkością (zwróćcie uwagę, jak mały wydaje się długopis):


A potem dokonaliśmy komisyjnego zdarcia plomb i wstrzymując oddech unieśliśmy pokrywę pudełka. To co ukazało się naszym oczom wzbudziło powszechną aprobatę:


Osiołkowi w żłoby dano... Obie połówki wyglądały kusząco, zdecydowałem się zacząć od


Diabolo
Wg ulotki na pizzy znajdziemy: sos pomidorowy, ser, papryczki chilli, salami, bekon, cebulę, ostry sos sambal i oregano. Do tej pory tylko jedna pizza w Kielcach wzbudzała mój niechętny szacunek w kategorii "piekielnie ostra" - Killer z La Stelli na Placu Wolności. Tym bardziej byłem ciekaw, czy Diabolo zasługuje na swoją nazwę. Z lekkim sceptycyzmem ugryzłem pierwszy kęs i... Uderzenie kapsaicyny poraziło moje kubki smakowe. Język stanął kołkiem, wnętrze ust wrzasnęło przeraźliwie z bólu, dziąsła zapłonęły, a przełyk zwariował. Tak, ta pizza może chlubnie obnosić się z nazwą Diabolo, bowiem tak muszą karmić w przedsionku Piekła potępione dusze. Już im zazdroszczę :D Pizza jest naprawdę ostra i to ostrością parzącą, wywołującą rozkoszny ból na wejściu i płacz przy wyjściu. Z następnymi kęsami było już lepiej, ale szok wywołany pierwszym gryzem będę pamiętał długo. Połączenie sosu sambal z ogromną ilością papryczek chili jest idealne. Pozostałych składników również nie pożałowano - salami jest dużo, przeplata się z bekonem dając naprawdę fajną, soczysto - mięsną kompozycję. Cebula, która w łagodnej pizzy zwykle zaostrza smak, tutaj była praktycznie niewyczuwalna - nie miała żadnych szans konkurować z piekielnym duetem sambal - chili, jej rola została zredukowana do nadawania zniewalającego zapachu (o ile ktoś lubi cebulę, ja na ten przykład uwielbiam). Ciasto cienkie, ale bardzo smaczne, żadnych zakalców, dobrze wypieczone. Polecam miłośnikom zdecydowanych smaków.


Po Diabolo przyszła pora na złagodzenie wrażeń, czyli pizzę

Full Wypas
Jest to najbogatsza w składniki pizza dostępna w ofercie Grande. Znajdziemy na niej sos pomidorowy, ser, szynkę, pieczarki, salami, boczek, cebulę, paprykę i oregano. Po zjedzeniu Diabolo, Full Wypas jawi się jak oaza na pustyni, chłodna kąpiel w upalny dzień, kojący krem na poparzonej skórze, pierwszy łyk lodowatej mineralki na kacu. Smak łagodny, acz zdecydowany, soczysty i pełny. Wędliny dobre jakościowo, pieczarki soczyste, cebula i papryka takoż, całość smaczna i nasycająca. Być może gdybym to od niej zaczął, miałbym do napisania nieco więcej, ale kubki smakowe było nieco... hm... zmęczone, więc odnotowuję tylko, że bardzo smaczna i warto jej spróbować.


Podsumowując: pizza zdecydowanie warta swojej ceny. Jest ogromna, świetnie wypieczona, składników jest dużo. Ogromny plus za prawdziwą ostrość Diabolo.
Polecam, choć trzeba długo czekać na dowóz, to smak rekompensuje oczekiwanie. 

czwartek, 23 sierpnia 2012

Bocadillo na dwa sposoby, czyli dobra przekąska w Telepizzy

Po ostatniej wizycie w Telepizzy, myślałem, że "następny raz" nastąpi za jakieś 3 - 4 miesiące. A jednak los lubi płatać figle, albo raczej fani Street Food Polska na Facebooku mają dar przekonywania :) Otóż wywiązała się dyskusja, podczas której Maciek Ś. zasugerował, że powinienem spróbować kanapki na ostro, którą Telepizza oferuje. Na ostro? Kanapkę? No ba! Namawiać mnie na takie rzeczy nie trzeba. Nazywa się ona Bocadillo, co dosłownie znaczy po hiszpańsku... kanapka własnie. W Telepizzy można ją zamówić w dwóch wariantach: z kurczakiem lub bekonem.  No to poszliśmy z Młodym na Paderewskiego 34 przetestować te bocadillos. Tutaj mały zonk. Na stronie Telepizzy możemy przeczytać: Kanapka Bocadillo to najlepszy sposób na szybki i smaczny lunch - możesz ją zjeść w lokalu lub zamówić na wynos. Codziennie w godzinach 10:00 - 15:00 przyjdź do lokalu i skorzystaj ze specjalnej promocji na kanapkę Bocadillo za jedyne 5 zł. 

Nigdzie nie piszą, że trzeba mieć kupon, prawda? A jednak. Pani przyjmująca zamówienie, na początku zażądała  kuponu (który dostaniemy, jeśli zamówimy pizzę do domu na przykład), jednak widząc nasze zdziwienie i rozczarowanie zrezygnowała i z uśmiechem policzyła nam kanapki po 5 zł. Miło. Ustaliliśmy jeszcze, że obie bierzemy na ostro. Po około 10 minutach bocadillos trafiły na nasz stolik. Podane na talerzach, zawinięte w papier firmowy na wypadek, gdybyśmy jednak zdecydowali się jeść idąc. Odwijamy kanapki z papieru (są mega gorące! plus) i naszym oczom ukazuje się taki oto widok:



Bocadillo z bekonem.

Boczek cięty jest w plasterki. Soczysty, ale dość łagodny w smaku. Warzywa świeże i chrupiące. Sos - jest faktycznie ostry, w gorącej kanapce ostrość jego jeszcze wzrasta. Ciasto bardzo dobre - chrupkie z wierzchu, jednak nie rozpada się podczas jedzenia, zachowuje sprężystość. 



W połowie kanapki dokonuję podmiany z Młodym i kosztuję

Bocadillo z kurczakiem. 
O ile uwielbiam bekon, to tutaj muszę stwierdzić, że kurczak bardziej do mnie przemówił. Cięty w kawałki, soczysty i dobrze doprawiony był w smaku dominujący. Reszta składników taka sama, jak w kanapce z bekonem.


Podsumowując: bocadillo w Telepizzy to bardzo ciekawa przekąska. Na średni głód doskonała i za 5 zł zdecydowanie warta spróbowania. Za 7,90 zł (cena regularna) jednak już bym się zastanowił, bo tuż obok za 8,50 zł mam Kanapkę Michała, którą uwielbiam i która nasyca dużo bardziej. Jednak od czasu do czasu warto z bocadillo się zaprzyjaźnić, bo ta kanapka inna jest od tradycyjnych, ciekawa w smaku i w wersji na ostro - naprawdę dobra. 

środa, 22 sierpnia 2012

Kraków na widelcu, czyli Sałatka Paryska z Mięta RestoBar

Po wpisie o jedzeniu w Rzymie, Kuchnia Bez Kitu zaprasza na wycieczkę po kulinarnym Krakowie. Mam nadzieję, że wyjdzie z tego kolejny cykl :) Na początek Mięta RestoBar i ich Sałatka Paryska. Zapraszam do lektury, a jeśli szukacie kulinarnych inspiracji, to koniecznie odwiedźcie bloga Agaty - Kuchnia Bez Kitu to prawdziwa kopalnia dobrych i smacznych pomysłów.


Jestem fanką idei street food, ale niekoniecznie samego fast foodu. Nie oznacza to jednak, że nie chwycę czasem w locie poczciwej zapiekanki, nie skubnę dobrej-na-wszystko frytki, a i na porządnego hamburgera miewam ochotę. Z pewnością trzeba będzie poświęcić specjalną uwagę kultowym kiełbaskom z Nyski i spod NCKu, czy też zapiekankom z okrąglaka (tu chyba urządzę nawet jakieś zawody, tyle jest możliwości…), bo nie wyobrażam sobie Street Food Polska bez artykułów na ten temat.
Jednakowoż kiedy już wyjdę z mojej Kuchni Bez Kitu, to raczej jestem bywalczynią lokali typu RestoBar niż budek z fosforyzującymi kanapkami Ceny w nich nadal są w moim zasięgu, byle doraźnie. Menu właściwe RestoBarom obok klasycznego to także sezonowe, co jest raczej cechą charakterystyczną już restauracji. Ale jeśli nie ma się ochoty na jakieś niecodzienne danie, można po prostu wypić niezobowiązujące piwo jak jeszcze w barze. I za to je lubię. RestoBarów coraz więcej w Krakowie, co osobiście mnie cieszy. W sezonie otwierają się ichniejsze ogrody, które wolę bardziej od wychuchanych wnętrz, ale jest to wyłącznie osobista preferencja, gdyż lokale te są naprawdę niczego sobie.
Długo zastanawiałam się od czego by zacząć cykl recenzji poświęconych krakowskiemu, a w przyszłości może nie tylko, jedzeniu. Moje i tylko moje, subiektywne oceny miejsc i serwowanego w nich jedzenia, rozpocznę od ulubionego w Krakowie RestoBaru Mięta, a ściślej od pozycji w ich letnim menu – Sałatki Paryskiej (na zdjęciu mała porcja):



Sałatka Paryska składa się ze świeżych, młodych liści szpinaku, wyrazistego sera roquefort, smażonego boczku i orzechów. Do sałatki oddzielnie podawany jest syrop klonowy (bądź coś bardzo doń podobnego) z orzechami. Zestaw ten brzmi szumniej niż smakuje, ale nie jest to zarzut, wręcz przeciwnie! Piszę o tym dla wszystkich tych, którym połączenie słonego, „orzeźwiającego” smakiem sera i korzennego syropu klonowego może wydać się nieodpowiednie, może np. zbyt wyszukane. Otóż.. Chrupiący boczek, którego jest zawsze wystarczającą ilość – nie za mało i nie za dużo, świeży szpinak i orzechy włoskie, polane odrobiną klejącego nektaru to połączenie, które zapada w pamięć chyba każdemu, kto paryskiej spróbuje.. Z kumplem wręcz czekamy, aż wejdzie ona w sezonie do sprzedaży, a nasze wypady do Mięty na paryską stały się już prawie rytuałem. Sałatka podawana jest z koszykiem pieczywa (4-5 kromek) i kokilką masła czosnkowego, co tylko uwieńcza to małe dziełko.
Przejdźmy do cen: mnie wystarcza mała porcja – nigdy nie udało mi się zjeść w całości tej dużej. Mała kosztuje 18zł, duża 24zł i jest ona na duży, nie tylko babski, głód. Z uwagi na lokalizację (centrum Krakowa), ceny jakie zaproponowała Mięta należą do kategorii znośnych, zwłaszcza patrząc na nie przez pryzmat dobrej kuchni, czyściutkich i wypieszczonych wnętrz oraz jakości obsługi.
W swojej ofercie Mięta ma także przystawki, w tym tapas, szlachetne mięsa, makarony, niezłą pizzę, domowe pierogi (z siekaną wołowiną i szynką parmeńską albo z gruszką i serem pleśniowym… albo z kiełbasą Chorizo… oj, ślinka cieknie…), wrapy i quesadilas, ryby i owoce morza oraz desery. Zestawienia czasem zaskakujące, ale zawsze przyjemnie łechtające wyobraźnię i żołądki. 

Tekst i zdjęcia - Kuchnia Bez Kitu.
Inne wpisy dotyczące Krakowa: TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ

wtorek, 21 sierpnia 2012

No to cyk(l), czyli wszystko o yerba mate, część 2

Dzisiaj kolejna część naszej Akademii Yerba Mate :) W poprzednim wpisie mogliście poczytać ogólnie o yerba mate oraz jej właściwościach, w dzisiejszym trochę praktyki. Wiktor i Marta powiedzą Wam

Jak zaparzać yerba mate


Jak wiadomo Yerba Mate to napar który, przygotowujemy z liści i wody lub soku. Najpopularniejsza wersja yerba mate jest ta przyrządzana z ciepłą wodą, czyli…
Do matero (naczynia) należy nasypać od ½ do ¾ objętości naczynia – bez względu w czym pijemy …tykwa, matero gliniane, palo santo, kubek, słoik, małe wiaderko ☺, oczywiście najwłaściwsze jest matero w kształcie gruszki czyli wąskie ku górze a pękate w dolnej części, także po nasypaniu yerby do naczynia należy ją odpylić tzn. przesypać raz lub dwa w naczyniu zatykając górna część matero, tak aby susz nie wyleciał. To zabieg potrzebny by bombilla nie zapychała się pyłkiem yerbowym, ten malutki niechciany pyłek jest lekki, także przerzucając yerbe w materku wybijemy ją na samą górę i nie będzie zatykał dziurek w rurce.
Po odpyleniu usypujemy yerbę po jednej stronie naczynia.
Dopiero wtedy można zatknąć rurkę, czyli bombille, ale tak by nie wetknąć jej w susz tylko położyć ją na ściance stożka suszu.
Następnie wlewamy płyn cieniutkim strumieniem w jedno miejsce (tam gdzie jest najmniej yerby) niewielka ilość wody o tem. 70-75t. C, tak aby zamoczyć nieco susz, najlepiej tam gdzie jest najmniej suszu, dobrze jest wtedy przytrzymując bombille spróbować namówić wodę do tego by weszła pod susz☺, jednak jeżeli nie uda się, to nic zatrzymajmy się na etapie”… wlewamy cieniutkim strumieniem wodę w jedno miejsce…”, także gdy już zmoczyliśmy susz, pamiętając że pierwsze zalanie jest dla Świętego Tomasza odczekujemy ok 2-3 minut i możemy ponownie w jedno miejsce dolać wody, pamiętając by nie zamoczyć suszu do końca gdyż wtedy cała moc yerby uwolni się od razu i nie będziemy mogli delektować się jej smakiem przez kolejnych parę zalań.
Także to przepis na prawidłowo przyrządzoną yerbę na ciepło, takich zalań można wykonać do 9, zresztą to sprawa indywidualna, ludzie piją dopóki im smakuje, ja pije dużo zalań 12 i więcej, gdyż dobrze jest przepłukiwać organizm. Potem takie wyżęte do cna fusy, oddajemy Matce Ziemi, nie wyrzucamy (choć czasem z tym są problemy- potraktujcie to indywidualnie), palimy, nawozimy tym roślinki i robimy w domu buja dżunglę☺ haha. Jeżeli potrzebujecie pisma obrazkowego, bo procedura dość skomplikowana, to podaję link do naszej strony http://fuentedelayerba.pl/?p=186
Przygotowanie terere czyli yerby na zimno jest proceduralnie podobne z tym , że wodą ma być bardzo zimna do 4 st. C, taka najlepiej woda z lodem, lub jak nie ma w czym lodu zrobić to wkładamy butelkę mineralnej niegazowanej do zamrażalnika oczywiście nie pełna i pozostawiamy ją tam aby lód osadził się na ściankach plastikowej butelki, wtedy gnieciemy ją i wlewamy wodę do yerby, czas oczekiwania na taka yerbę to ok 5 minut, gdyż susz musi mieć czas aby nabrać smaku i mocy. Niektórzy klienci dziwią się jak można herbatę zalać zimna wodą, po pierwsze to nie herbata a poza tym to… można☺, trzeba spróbować. Yerba ma podobne właściwości co ludzka skóra , reaguje na bardzo niskie i wysokie temperatury.
Terere Russo to również yerba na zimno tylko zamiast wody dajemy sok. Prób było wiele gdyż szukaliśmy najodpowiedniejszego soku, próbowaliśmy z brzoskwiniowym, porzeczkowym, jabłkowym, pomarańczowym, my polecamy z czerwonych grejpfrutów gdyż jest najmniej słodki a jednocześnie podkreśla doskonale smak yerby, ten cytrus nie oszukuje jak inne owoce. Oczywiście sok również zimny tak jak terere z wodą do 4 st. C….. pycha na upały lub dla zaspokojenia pragnienia, super.
Powyższe to nie wszystkie wariacje na temat yerby, może być citrus paradisi lub koktajl yerbowy, jednak to już wiedza bardziej tajemna, ale można ich spróbować w naszych yerbaciarniach – chwilowo jeżeli chodzi o koktajl tylko w Galerii Korona. Nowe smaki, nowa moda, zdrowo egzotycznie wszystko na raz we Fuente de la Yerba.
W następnym wpisie podamy instrukcję przygotowania naczyń z tykwy i drewna przed pierwszym użyciem, tzw. currado :) 

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Konkurs z Subway Polska

Dziś zamiast recenzji mam dla Was obiecany konkurs. Firmie Subway bardzo spodobało się, że recenzja ich kanapki promocyjnej jest tak często przez Was czytana i postanowili Was za to docenić :) Zwrócili się do mnie  i wspólnie wymyśliliśmy konkurs. A właściwie to nawet dwa konkursy :) Pierwszy startuje dziś, drugi na początku września.
A więc: do wygrania jest 5 voucherów na dwie dowolne 15 cm kanapki każdy. Żeby wziąć udział w losowaniu wystarczy odpowiedzieć na trzy proste pytania:

1. Podaj nazwiska założycieli sieci Subway.
2. W którym roku otworzono pierwszy punkt z kanapkami pod marką Subway.
3. Kiedy (rok) i gdzie (miasto) otworzono pierwszy punkt Subway w Polsce.

Odpowiedzi należy przesłać mailem na adres: streetfoodpolska@gazeta.pl w tytule wiadomości wpisując "konkurs Subway". Termin nadsyłania odpowiedzi upływa w niedzielę 26.08 o północy. Zwycięzców ogłoszę na blogu 27.08 rano. Powodzenia!

Konkurs ma zasięg ogólnopolski - vouchery można realizować w dowolnym Subwayu w całej Polsce.
Sponsorem nagród jest Subway Polska.

Drugi konkurs zaczniemy na początku września, trzeba będzie wykazać się w nim  kreatywnością, ale i nagrody będą "obfitsze" :)

niedziela, 19 sierpnia 2012

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, czyli Agata w Wiecznym Mieście

Dzisiaj pierwsza część kulinarnego przewodnika po Rzymie. Agata z Kuchni bez Kitu (polecamy!!!) opowie Wam, gdzie i co warto w Wiecznym Mieście zjeść. Zapraszam do lektury:


Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. A przynajmniej moje drogi prędzej czy później kończą się w Rzymie. Tak było i w te wakacje. Rzym to takie magiczne miasto, ukochane i znienawidzone jednocześnie. Osobiście nie rozumiem jak można go nie lubić, ale za tymi, którzy nie darzą Wiecznego Miasta miłością bezwarunkową jak ja, stoją poważne argumenty: że brudno, że dużo ludu bliżej nieokreślonego pochodzenia, że brak pracy etc.. Rzeczywiście, kiedy wyjedzie się poza wycyckane centrum, miasto nie przytłacza już majestatem Vittoriano, a życie mieszkańców niezbyt przypomina dolce vita.
Ale! Jam niezrażona, kocham słońce, to moje źródło energii. Ono sprawia, że brud nie kole tak bardzo w oczy, wszechobecny mix kulturowy ciekawi, a znalezienie pracy w warunkach właściwych dzisiejszej Italii stałoby się dla mnie wyzwaniem. A poważniej to..
Włosi narzekają, a przynajmniej ci niestereotypowi Włosi, i na zdrowy rozsądek ciężko im się dziwić. Ponieważ jednak jestem na wakacjach to trudno u mnie o zdrowy rozsądek. Włosi nie zrozumieją, że w tym miejscu, gdzie pomidory są bardziej pomidorowe (umiecie sobie to wyobrazić?), kawa – niczym kobieta – zniewalająca, gorąca i nie pozwalająca zasnąć (z resztą kto by chciał zasypiać w Rzymie? Ja się pytam – PO CO?!), zostawiłam spory kawał serducha dawno temu, a moje kubki smakowe i żołądek cały rok tęsknią za tą krainą wybornym winem płynącą. Aromaty buchające z każdej knajpy, mieszając się w powietrzu drażnią nozdrza i wabią nawet największego niejadka. 



Błąkając się po rzymskich uliczkach już za pierwszym razem zrobiłam listę tzw. MUST EAT, którą sukcesywnie poszerzam. Oto jej początek:

  1. Pizza w kawałkach (Pizza a taglio)

Pizzę zje się dosłownie na każdym rogu, ceny wahają się w granicach
1-2,50 euro/100g. Smaki? Klasyki:
Caprese (pomidory, mozzarella, bazylia),
z szynką i salami, z mięsem, z sałatą.. Godne uwagi: z ziemniakami,
z bakłażanem, z cukinią, ze szpinakiem, z owocami morza – wszystko czego dusza zapragnie.

Moje MUST EAT:
  • Róg Largo Argentina i Via Florida – pizza z cukinią rządzi! (nazwa lokalu
    to po prostu
    Pizza a Taglio) od 1 euro za 100g
  • Pizza Boom, Viale Trastevere 271a-273 (nie tylko pizza, ale jej mają ogromny wybór) od 1,50 za 100g
  • Pizza z niepozornego, ale zawsze pełnego ludzi lokaliku znajdującego się na schodach łączących Piazza Foro Traiano z Via Nazionale, od 1,50 za 100g

  1. Pasta

Makaron to oczywiście podstawa włoskiej kuchni. Spośród dziesiątek sposobów przyrządzania makaronu można wybrać na przykład makarony (rurki, wstążki, pióra, kokardki i miliardy innych!) w stylu:
  • Sugo – podstawowy pomidorowy sos z dodatkiem bazylii
  • Aglio, olio e peperoncino – czosnek, oliwa, papryczka
  • Carbonara – jajka, parmezan, boczek



Moje MUST EAT:
  • Pennette alla vodka w Ristorane Dodo, Via dei Serpenti 87, 9.00 euro

Wybieram tę oryginalną pozycję, bo makaron przygotowany w sposób klasyczny
i naprawdę smaczny podawany jest chyba wszędzie.
Restauracja Dodo specjalizuje się w rybach i owocach morza, ale w karcie posiada także świetną włoską pizzę, makarony oraz inne dania, w tym prawdziwie rzymskie jak krowi ogon w sosie pomidorowym czy zapiekany ser Scamorza z prosciutto crudo (wędzoną szynką). Warte wspomnienia jest także ichniejsze Tiramisu - rozkosz
w gębie za 4 euro.
Jednodaniowy (ja zjadłam połowę porcji, więc są one spore) obiad dla dwojga + deser + butelka Chianti (14 euro), to koszt ok 30-40euro. W lokalu zawsze podane
są aktualne promocje, wymienione świeże propozycje, kuchnia zawsze „domowa”, sympatyczna obsługa.. To wszystko sprawia, że lubię wracać do tej malutkiej, rodzinnej restauracji.



  1. Lody i słodycze

Wcale nie jestem wielbicielką lodów, ale włoskim należy oddawać cześć. Włoskie lody u mnie to nie tylko deser. Dobre na śniadanie, obiad, kolację, a czasem na wszystkie posiłki… Nie wyobrażam sobie także podróży do Włoch bez deserów: wspomnianego już Tiramisu, czy sycylijskich Canolli albo Cassaty.




Moje MUST EAT:
  • LODY Il Gelatone, Via dei Serpenti 28, od 1,50 euro
  • LODY Old Bridge, piazza Risorgimento, Via Bastioni di Michelangelo 5,
    od 1,50 euro
  • LODY Giolitti, Via degli Uffici del Vicario 40, od 2 euro (moje ulubione)
  • CUKIERNIA I dolci di nonna Vincenza, Via Arco del Monte, 98a/98b.
    Tu polecam po prostu wybitne słodycze z migdałów i pistacji, w tym lodowa
    granita, kremy czy ciastka canolli (granita 2,50 euro, canolli – małe 1 euro, duże 2,50 euro, kremy od 4,50 euro)
Niebawem skrobnę więcej, będzie o kawie, o włoskich śniadaniach, o różnicy między pizzą
a pizzą. Tymczasem namawiam na podróż kulinarną po Rzymie, a jeśli ktoś nie może się tam aktualnie wybrać zapraszam na Kuchnię Bez Kitu, gdzie być może znajdziecie różne, nie tylko włoskie inspiracje do swojej kuchni.

Autorką tekstu i zdjęć jest Agata Kuliś prowadząca bloga Kuchnia bez Kitu.


sobota, 18 sierpnia 2012

Co jedzą bracia Czesi, czyli Praga od kuchni po raz drugi

Dzisiaj mam przyjemność przedstawić Wam kolejny wpis na temat jedzenia w Czechach. Tym razem informacjami podzieli się z Wami rafa z Forum Kibiców Korony Kielce. Zapraszam do lektury.

Spędziłem ostatnio kilka dni w Pradze. Ogólnie na temat jedzenia, piwa i knajp w tym mieście można by napisać kilka tomów przewodników. Jako, że za przewodnika mieliśmy scyzoryka z kilkuletnim stażem jako prażanin (pozdro T.:)) odwiedziliśmy kilka ciekawych lokali. Jednym z nich jest Pivnice u Sadu (http://piwnapraha.wordpress.com/2010/06/02/u-sadu/) mieszczący się na małym placu/rondzie zaraz obok wieży telewizyjnej. Zamówiliśmy sobie żeberka, koszt 155kc (ok. 25zł). Dostaliśmy niemal kilogram mięcha w towarzystwie sosów: musztardowego i czosnkowego, oraz chleba. Co tu dużo pisać, mistrzostwo. Jak ktoś nie jest bardzo głodny, to lepiej niech tego nie bierze, bo nie zje wszystkiego.



Inny lokal to Merenda, również na Żiżkowie http://piwnapraha.wordpress.com/2010/07/14/merenda/
zamówiliśmy tam typową czeską przekąskę do piwa, czyli marynowany Hermelin. Jest to ser typu Camembert, marynowany przez kilkanaście dni w oleju, przyprawach i różnych innych składnikach, nasz marynowany był z czosnkiem. Pycha! Nie spodziewałem się, że będzie to to tak dobre. Koszt chyba 69kc (jakieś 11zł). Taki Hermelin śmiało może pełnić funkcję nie tyle przekąski do piwa, co małego posiłku, w sam raz na mały głód.



Co do piwa, to nigdy nie piłem lepszego, niż czeskie. Gambirnus, Staropramen, Zlatopramen, Kozel, i wiele wiele innych, każde z nich różnego rodzaju, Lezak, niefiltrowane, pszeniczne, 10', 11', 12' (wbrew powszechniej opinii te cyferki to nie alkohol, ale ekstrakt, im więcej, tym lepiej), a tanie to jest jak barszcz, w sklepie po 1,50zł, w knajpach nie więcej niż 5zł. Czasem na prawdę warto wejść do pierwszej lepszej małej knajpy, gdyż takie często mają piwa z małych, czeskich browarów (np. Demon, Merlin, Unetice, Velen). Wbrew pozorom warto również odwiedzać małe knajpki gdzieś na osiedlach, dzielnicach, ze względu na ich niesamowity klimat, wybór piw i jedzenia, często lepszego i tańszego niż w lokalach w centrum.

Trochę się rozpisałem, ale to dlatego, że wspomnienia mam wciąż świeże, a jest co wspominać i można by pisać i pisać. Dla mnie pod względem jedzenia i piwa Czechy nie mają sobie równych, czas chyba pomyśleć nad znalezieniem roboty w Pradze:) a na koniec taka ciekawostka, kiosk z piwem w największym praskim parku Letenske Sady:)


i niech ktoś powie, że to nie kraj-marzenie!

Autorem wpisu i zdjęć jest rafa.

piątek, 17 sierpnia 2012

I Boh trojcu lubit, czyli Subway w trzech smakach

Kiedy jadłem kanapkę promocyjną w Subwayu, obiecałem sobie, że wrócę i spróbuję innych smaków. A słowo ciałem się stało, kiedy podczas spaceru zawędrowaliśmy w pobliże Galerii Korona. Wjechaliśmy schodami do nieba  na górę i udaliśmy się do stoiska Subwaya. Miałem zjeść kanapkę ze stekiem, ale podczas wymiany zdań na fan page'u SFP padły słowa "pikantny kurczak". Lubię pikanterię zarówno w sypialni, jak i w kuchni, więc postanowiłem, że tym razem stek poczeka. Byliśmy we trójkę, więc postanowiliśmy zamówić trzy różne kanapki, by w trakcie jedzenia wymienić się zarówno bułkami, jak i opiniami. Tylko pieczywo wzięliśmy takie samo, czyli z miodową posypką (chcieliśmy parmezan z oregano, ale zabrakło). Wszystkie kanapki 15 cm. A więc po kolei:

Ja zamówiłem kanapkę z pikantnym kurczakiem. Do tego ser. Bułka na całej długości pokryta została kawałkami marynowanego w ostrej papryce kurczaka, przykryta serem i zapieczona w piecu. Po zapieczeniu dobrałem sobie: czerwoną cebulę, papryczki jalapeno, ogórka konserwowego i paprykę zieloną. Do tego sos chipotle. Bułka była cieplutka i smaczna. Soczyste warzywa świetnie uzupełniały mojego sandwicha, podobnie jak sos o zdecydowanym, wyrazistym smaku. Kurczaka jest dużo, mięso jest naprawdę ostre, soczyste i smaczne. Na zdjęciach kurczaka nie widać, ponieważ schował się pod serem.  Jedna z najlepszych kanapek jakie jadłem. Dobrze zrobiłem, że nie rozmyłem smaku zbyt dużą ilością dodatków. Te, które wybrałem, pasowały idealnie. Polecam!


Młody zdecydował się na kanapkę z grilowanym kurczakiem. I znowu: na całej długości bułki ułożono grillowane kawałki piersi kurczaka i ser. Po zapieczeniu dodatki: pomidor, świeży ogórek, oliwki czarne, jalapeno, czerwona cebula. Sos, podobnie jak u mnie, chipotle. Całość okazała się bardzo smaczna. Kurczaka było dużo, kawałki mięsa dobrze doprawione i choć to pierś z kurczaka nie były suche, warzywa chrupiące, sos pasował, choć ja wybrałbym raczej musztardowo - miodowy albo cebulowy. Kanapka wyraźnie łagodniejsza niż moja, ale zdecydowanie warta skosztowania.


I. wybrała kanapkę z tuńczykiem. Procedura standardowa, czyli tuńczyk + ser na bułkę i do pieca. Potem dodatki: czarne oliwki, jalapeno, sałata i sos, w tym wypadku majonezowy light. Tutaj muszę zaznaczyć: nigdzie do tej pory nie spotkałem takiej ilości tuńczyka w fast foodzie.  Na 15 cm zmieścili go chyba tyle, ile w niejednej pizzerii na średniej pizzy. Warzywa stanowiły miły dodatek, a czarne oliwki świetnie się z rybą komponowały. Sos majonezowy również pasował, choć dla mnie była ta kompozycja zdecydowanie za łagodna. Ja osobiście tuńczyka zawsze doprawiam pieprzem, żeby zaostrzyć smak. Kanapka jednak smaczna i miłośnicy ryb powinni być zadowoleni. Poza tym sandwich naprawdę nasyca.


Podsumowując: wszystkie trzy kanapki okazały się pyszne (choć twardo twierdzę, że moja była jednak najlepsza ;)) i mimo pozornie niewielkich rozmiarów czuliśmy się najedzeni. Każdy sandwich kosztował 10,90 zł, powiem szczerze, że początkowo mieliśmy opory, żeby zapłacić tyle za kanapkę. Wszak w tej cenie można zjeść np. kebab. Jednak było to dobrze wydane 10,90 zł, bo jakość składników nie budzi żadnych zastrzeżeń, sandwicze są bardzo smaczne i nasycają jak średni kebab.
Jeśli jednak dla kogoś 15 cm to za mało,  może powiększyć kanapkę do 30 cm za 5,90 zł.  Poza tym codziennie można spróbować innego "sandwicha dnia" w cenie 7,50 zł. Jednym zdaniem: jeśli chcecie zjeść smacznego i sycącego fast fooda, a kebaby lub hamburgery już Wam się znudziły, to kanapki z Subwaya są doskonałą alternatywą.

P.S. W poniedziałek nowy konkurs związany z kanapkami! Nie przegapcie, bo do wygrania vouchery na pyszne sandwiche!

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...