O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


sobota, 25 sierpnia 2012

Zajazd w Dyminach i Restauracja Leśne Runo, czyli dobre miejsce na dużą imprezę

Od razu zaznaczam - to nie będzie klasyczna recenzja. W Zajeździe Dyminy byliśmy na imprezie typu chrzciny, więc dzisiejszy wpis będzie raczej opisem miejsca i menu okolicznościowego oraz opłacalności zrobienia tam imprezy.
A więc: Zajazd to właściwie duży kompleks połączonych budynków, mieszczący w sobie stację benzynową, dwugwiazdkowy hotel i restaurację sieci Leśne Runo. Znajdziecie go na Ściegiennego 264, w pobliżu siedziby Piekarni Pod Telegrafem (po prawej stronie jadąc z Kielc). Zdjęć budynku i wnętrz nie wrzucam, bo lepsze są na stronie WWW Zajazdu.
Sala konferencyjno - eventowa jest ogromna. Na moje oko spokojnie można tam usadzić ze 200 osób i jeszcze zmieści się orkiestra (w razie czego zagrają z antresoli) i będzie gdzie tańczyć. Usadowieni przy stołach otrzymaliśmy

obiad 

który składał się z dwóch dań: rosołu z kluseczkami i kotleta de volaille, gotowanych ziemniaków i zestawu surówek. Rosół okazał się bardzo poprawny, acz mocno wyczuwalny smak lubczyku kazał niektórym gościom się zastanawić, czy aby nie został już w kuchni potraktowany maggi. Moim zdaniem jednak to właśnie świeży lub suszony lubczyk nadawał mu tego aromatu, bo słoność była odpowiednia, dla mnie nawet za lekka, a kolor raczej żółty niż maggiopodobny. Drugie danie: ponoć de volaille'a nie należy w restauracjach zamawiać, gdyż jest to idealny sposób wykorzystania starego kurczaka. Tutaj jednak nie miałem nic do zarzucenia - panierka była zwarta i chrupka, cieniutka, mięso zaś soczyste, dobrze przyprawione i na drugi dzień nie mieliśmy żadnych problemów żołądkowych :) Ziemniaki gotowane - jak zwykle w wypadku dużych imprez ugotowane wcześniej i przetrzymane w cieple, czyli raczej suchawe. Surówki - z czerwonej kapusty, z buraczków i z białej kapusty okazały się smaczne, acz jako, że to klasyczne surówki, niczym specjalnym nie zaskoczyły. Podsumowując: obiad smaczny, klasyczny, bez fajerwerków, porcje w sam raz.


Po obiedzie przyszła pora na

zimne zakąski

których duża liczba stała na stole. Do wódeczki idealne, jak mogłem się po chwili przekonać. Zacząłem od galaretki z kurczaka. Była smaczna, aczkolwiek ja jestem raczej miłośnikiem galarety wieprzowej. Skropiona cytryną miło komponowała się z zimną polską wódką.


Na drugi ogień poszły mięsa i galantyny, których było 5 rodzajów. Moim zdecydowanym faworytem okazały się kieszonki ze schabu faszerowane chrzanowym twarożkiem. Mięso zwarte i soczyste, twarożek delikatny, z wyczuwalnym, lecz nienachalnym, smakiem chrzanu. Dzięki szczypiorkowi całość zyskiwała nieco na ostrości. Bardzo dobre.


Galantyna również bardzo dobra, odpowiednio doprawiona, z galaretką, smakowała mi. Przyczepię się jedynie do kolorowego pieprzu - fakt, zaostrzał fajnie smak, ale moim zdaniem ziarna powinny być wcześniej namoczone.



Potem zająłem się schabem ze śliwką, schabem pieczonym i karkówką. Wszystkie trzy mięsa smaczne, soczyste, dzięki warstwie galaretki, która je pokrywała nie wysychały. Jedyne czego mi zabrakło, to żeby choć jedno z mięs przyrządzone było na ostro, bo wszystkie trzy okazały się łagodne w smaku.


Następnie przyszła pora na śledzie i sałatki. Śledzie - mnie niespecjalnie podeszły, chyba za mało wymoczone, ale może tak trafiłem, bo inni raczej chwalili. Sos do śledzi natomiast bardzo smaczny (zdjęcie powyżej). Sałatki - gyros i klasyczna warzywna. Gyros - moim zdaniem najsłabsza pozycja na stole. Może to kwestia smaku, ale ja wyczuwałem tam nachalnie selera, który psuł mi smak tej sałatki. Warzywna - klasyczna, ale dla mnie za sucha. Tak więc te trzy pozycje mnie nie zachwyciły, spróbowałem, lecz już do nich nie wróciłem. Za to pomidory z mozarellą  polane oliwą i podane w towarzystwie świeżej bazylii okazały się smaczne. Ja co prawda zrezygnowałbym ze szczypiorku, a całość chętnie doprawiłbym świeżo mielonym kolorowym pieprzem, ale w sumie było OK.


Po zimnych przekąskach podano jeszcze dwa dania ciepłe: barszcz czerwony z krokietem, który pojawił się w bardzo odpowiednim momencie ;) i kluski śląskie z sosem a la strogonoff. Barszczyk dobry, buraczany, krokiet smaczny i dobrze usmażony, panierka nie tryskała tłuszczem. Kluski śląskie okazały się bardzo smaczne, takie jak lubię, czyli sprężyste i leciutko twardawe (nie znoszę rozgotowanych!!!), sos lekko ostry doskonale do nich pasujący, surówka smaczna i pasująca do całości.


Reasumując: Zajazd Dyminy to dobre miejsce na dużą imprezę. Profesjonalna obsługa (duże uznanie dla kelnerów, którzy pojawiali się wtedy kiedy powinni, sprawnie obsługiwali gości i gorące posiłki donosili faktycznie gorące), bardzo ładna i przestronna sala, smaczna klasyczna kuchnia i otoczenie - na tyłach Zajazdu ławeczki i plac zabaw dla dzieci w otoczeniu zieleni, czynią to miejsce godnym polecenia, nie tylko na duże imprezy, ale również rodzinne obiady. Ceny jawią się jako bardzo umiarkowane. Dowiedziałem się, że bez alkoholu i ciast (które można wnieść własne) oraz napojów cena wyniosła 75 zł/osobę, bez limitu czasowego. W tym samym terminie ceny w innych kieleckich lokalach oscylowały wokół 110 - 120 zł/osobę z jednym ciepłym posiłkiem. Jedyny minus - trzeba jednak te kilka kilometrów za Centrum wyjechać, jednak warto, bo odległość nie jest duża, a gdyby impreza miała się przedłużyć, to nad restauracją można wynająć pokoje.
Jednym słowem - polecam.

2 komentarze:

  1. Z powyższego menu, osobiście uwielbiam tradycyjny śląski obiadek, czyli kluski śląskie, roladka i kapustka, pychotka :)
    Sama bardzo często przygotowuję taki obiad w niedzielę.
    Zapraszam do skorzystanie z mojego przepisu :)
    http://moja-ksiazka-kucharska.blogspot.com/2012/06/kluski-slaskie.html

    Pozdrawiam serdecznie
    Marzena

    OdpowiedzUsuń
  2. Kapusta oczywiście modra? :)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...