O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


sobota, 29 września 2012

Testujemy śniadania. Część 3, czyli BP.

Często w trasie zatrzymujemy się na stacjach benzynowych żeby coś zjeść. Sieć "Wild Bean Cafe" należąca do BP to jedno z moich ulubionych miejsc na takie postoje. Mają świetne zapiekanki, hot dogi również mi smakują, a  i kawa jest bardzo dobra. Tym razem postanowiłem sprawdzić, jak wygląda oferta śniadaniowa.

Wybrałem zestaw identyczny, jak w poprzednich częściach testu, czyli kanapka + kawa.


Zestaw składa się z bułeczki z jajkiem i bekonem oraz dowolnej kawy (dużej). Ponieważ trwa promocja, do zestawu dostaniemy również 0,3 l soku Cappy. Ceny zestawów śniadaniowych są niższe, niż produktów kupowanych osobno - zapłaciłem za całość 9 zł, normalnie kanapka kosztuje 6 zł, a kawa 8 zł.

Kawa. Duża porcja. Mocna i aromatyczna, nie spalona. Jeśli chodzi o stacje benzynowe jedna z najlepszych. Jest jej zdecydowanie więcej niż w poprzednio testowanych zestawach.
Kanapka. To co lubię na BP to fakt, że wszystkie kanapki na ciepło zapiekane są w piecyku, żadnej mikrofalówki. Tak było i tym razem. Otrzymałem gorącą, doskonale upieczoną bułeczkę, mięciutką i nie wysuszoną. W środku duży, gruby plaster jajka, pokrywający całą powierzchnię bułki. Na jajku apetycznie roztopiony ser, a całość udekorowana plastrem bekonu i majonezem (na życzenie).


Całość okazała się nadspodziewanie smaczna, chociaż bekon mógłby być wysmażony bardziej na chrupko. Ale ogólnie OK, pod warunkiem, że ktoś lubi jajka. Sama kanapka nie należy do dużych, ma wielkość klasycznej bułki śniadaniowej.  Położyłem obok saszetkę z cukrem, żebyście mogli porównać wielkość. Bułeczkę zjadłem w 5 - 6 kęsach.


Reasumując: nie jest to jakieś bardzo nasycające śniadanie, ale za to smaczne.  Za 9 zł można się skusić.

piątek, 28 września 2012

Testujemy śniadania. Część 2, czyli McDonalds

Wczoraj testowałem Subwaya, dziś udałem się do McDrive na Aleję Solidarności 16, obok stacji BP, naprzeciwko Politechniki. Ponieważ oferta śniadaniowa Subwaya kosztowała 6,90 zł, postanowiłem wybrać podobny zestaw w podobnej cenie w Macu. I tu pojawił się problem - jeśli nie dysponujemy kuponami zniżkowymi, jedynym rozwiązaniem jest zestaw McCroissant + dowolna mała kawa w cenie 8 zł. Wybór innego zestawu (np. z Kanapką Śniadaniową lub McMuffinem) to wydatek powyżej 10 zł. No więc zamówiłem McCroissanta i kawę. Odebrałem kawę i udałem się do stolika - McCroissant jest pieczony na zamówienie, więc trzeba chwilę na niego poczekać. Po około 3 minutach miałem już przed sobą wybrany zestaw:


Kawa. Niezła i mocna. Naprawdę daje kopa. Objętościowo to ok. 200 ml.
McCroissant. Rogalik napełniony obficie serem i ciętą w zapałkę szynką. Ciasto jest  kruche z zewnątrz, mięciutkie w środku. Ser świetnie roztopiony. Szynki jest dużo i czuć ją w smaku wyraźnie, tym bardziej, że "zapałki" są dość grube.


Jeden z niewielu produktów, który wygląda tak samo w rzeczywistości jak na zdjęciu. Smak. Hmmm... Powiem szczerze - szału nie ma. Owszem - w połączeniu z kawą croissant nasyca wcale nieźle, ale nie jest to coś wyjątkowego. Może powinienem był wziąć coś typowo "macowego", np. McMuffin z jajkiem?

Reasumując: za 8 zł głowy nie urywa, ale nie jest złe. Od czasu do czasu można się skusić, o ile nie jest się bardzo głodnym. Bo po pół godzinie już o nim (rogaliku) nie pamiętałem. Nie pamiętałem, że jadłem, ale co gorsza - nie pamiętałem smaku. Jednym zdaniem - zestaw tylko dla miłośników croissantów.

czwartek, 27 września 2012

Testujemy śniadania. Część 1, czyli Subway.

Śniadanie. Ponoć najważniejszy posiłek dnia. Ja na pusty żołądek nie jadam, ale czego się nie robi dla kochanych Czytelników :) Przechodziłem rano obok Galerii Korona, więc pomyślałem, że skorzystam z okazji. Podszedłem do boksu McDonalds'a, ale okazało się, że oferta śniadaniowa dostępna jest tylko w punktach "stacjonarnych". Muszę więc Maca przełożyć na jutro. Na szczęście Subway śniadania w Galerii serwuje i to do godziny 11.00.  No to do dzieła.

Oferta śniadaniowa obejmuje sandwicza 15 cm i dowolną kawę, za które zapłacimy 6,90 zł. Dopłacając 4,90 zł możemy powiększyć sandwicza do 30 cm. Ja rano nie jem, więc pozostałem przy 15 cm. Sandwicze śniadaniowe różnią się nieco od zwykłych głównym składnikiem - jest to omlet. Do omleta mamy do wyboru m.in. indyka lub kiełbaski. Ja zdecydowałem się na te drugie. Uwaga - nie dobieramy dodatków (przynajmniej mnie ich nie zaproponowano)!

Zdecydowałem się na sandwicza w pieczywie parmezan-oregano, z serem, omletem i białymi kiełbaskami (a właściwie jedną przeciętą wzdłuż), na ciepło. Do tego zaordynowałem sos chipotle. Jeśli chodzi o kawę to wybrałem latte.


Kawa smaczna. Mocna i aromatyczna. Bardzo miłe dopełnienie śniadania.
Sandwicz. Pieczywo jak zwykle genialne. Omlet puszysty, przykrywa dokładnie całą powierzchnię bułki. Kiełbaski dobrze doprawione, soczyste, również na całej długości kanapki. Ser apetycznie zapieczony. Sos dobry, ostry, ale chyba lepszy byłby musztardowo - miodowy lub majonezowy. Ale tak chciałem, tak dostałem.


Kanapka okazała się pyszna i nasycająca (mimo braku warzyw i pikli). W połączeniu z kawą stanowi moim zdaniem dość solidne śniadanie. A za 6,90 zł ciężko zjeść taniej coś tak dobrego. Polecam bo warto.

A Wy co myślicie - jadacie w ogóle śniadania "na mieście"?

środa, 26 września 2012

Radom na widelcu cz. 3, czyli taka sobie pizza

Po świetnych hamburgerach i cudownych daniach kuchni wschodniej przed wyjazdem zajrzeliśmy jeszcze na pizzę. Nasz wybór padł na pizzerię DaMarco, która reklamowała się piecem opalanym drewnem. Mieści się ona na ulicy Kusocińskiego 14.


W środku jak w pizzerii, czyli drewniane stoły i krzesła, piec widać, pizza w zależności od tego, jak usiądziemy, robiona na naszych oczach. Przyjemnie. Wybór pizzy bardzo duży - 33 pozycje. Ceny od 15 zł do 26 zł za średnią (32 cm) i 20 zł - 30 zł za dużą (nie znam rozmiaru).

Po chwili zastanowienia zamawiamy średnią (w końcu trochę już zjedliśmy) - połowę Zbójnickej, połowę Frutti di Mare. Płacimy 25 zł i czekamy. Pizza wjechała na nasz stolik po około 15 minutach. Wyglądała ładnie, pachniała również zachęcająco.


Ale wygląd i zapach to nie wszystko, prawda? No to zabraliśmy się do jedzenia.

Frutti di Mare: owoców morza bardzo mało - głównie kalmary (pierścienie), sporadycznie krewetka. Byłaby mimo to niezła ta połówka, gdyby nie sos. Sos pomidorowy, który aż spływał z placka. Zabijał smak pizzy, było go za dużo, był mdły i niedoprawiony. Jakby robiony ze słabego koncentratu. Ciasto niezłe, acz na kolana nie powala. Ostatecznie oceniamy tę połówkę na bardzo słabo.

Zbójnicka: typowo mięsna. Wg ulotki: ser, udziec (ale nie wiadomo jaki), boczek, kiełbasa, pepperoni, cebula, oregano. Składników mięsnych, nie powiem, sporo. Tyle, że ... mięso jakieś niedoprawione, pepperoni to zwykła papryka czerwona. No i sos - wszechobecny, psujący smak, sos pomidorowy. Pizza w nim pływa po prostu. Ten sos to porażka - przez niego ciężko doszukać się smaku. Tę połówkę oceniliśmy na bardzo słabo +. Plus za dużą ilość składników.

Reasumując: piec opalany drewnem nie pomoże, jeśli pizza pływa w koncentracie pomidorowym. Być może, gdyby nie sos, pizza byłaby smaczniejsza. Zjedliśmy prawie całą, starając się znaleźć jednak jakieś pozytywy, ale ... nie udało się. Słabiutko :/

wtorek, 25 września 2012

Radom na widelcu cz.2, Matrioszka czyli pysznie i tanio

Jadąc do Radomia nie zamierzaliśmy poprzestać na wizycie w Burger Kingu. Plany były ambitne - popróbować jak najwięcej w jak największej ilości miejsc. Mieliśmy jednak tylko 6 godzin, więc przed wyjazdem przejrzeliśmy internet by wybrać punkty warte uwagi. I. zwróciła moją uwagę na lokal o nazwie Matrioszka, serwujący "domową kuchnię wschodnią", nazwa sugerowała, że głównie rosyjską.  Duża ilość pozytywnych recenzji i niskie ceny tylko upewniły nas, że lokal ten koniecznie musi znaleźć się na naszej liście.

Po zjedzeniu burgerów połaziliśmy trochę po Galerii Słonecznej i ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu Matrioszki. Mieści się ów lokal na ulicy Bolesława Chrobrego 43, piechotą jakieś 1,5 km od Galerii.


Szczerze mówiąc spodziewałem się większego lokalu - Matrioszka to taka mini-restauracja, a nawet bar. W środku 3 stoliki (na 4-6 osób każdy) plus stoliki na zewnątrz. Wystrój nawiązuje do nazwy - na półkach mnóstwo rosyjskich matrioszek, obrazki... Wystrój przyjemny dla oka, wnętrze przytulne.

Sięgnęliśmy po menu, jest krótkie lecz treściwe, a jego lektura wywołuje ślinotok:



Osiołkowi w żłoby dano... Po chwili decydujemy: zestaw pierwszy to solianka i chinkali, zestaw drugi pielmieni i czebureki z domową surówką.

Solianka (7,50 zł) to rosyjska gęsta, pikantna zupa z kawałkami mięsa i wędlinami. Wspaniale rozgrzewała, mięsa było dużo, wędlin również. Dzięki ogórkom kiszonym i plasterkowi cytryny z kleksem śmietany zupa miała kwaskowy posmak. Cudowna! Jedna z najlepszych zup, jakie jadłem poza domem. Na zimne dni jest niezastąpiona - bardzo nasyca i rozgrzewa.


Chinkali (9,50 zł za 8 sztuk), czyli gruzińskie pierożki z mięsem. Farsz wołowo - wieprzowy z surowego mięsa zamknięty jest w dość grubym cieście, dzięki czemu mięso podczas gotowania pierożków cały smak wypuszcza do środka. Po przekrojeniu uderza w nas nieziemski aromat, a soki wylewają się na talerz. Mięso jest soczyste i dobrze doprawione. Na każdym pierożku "płomyczek", czyli gęsty sos z pomidorów, papryki, czosnku i chrzanu. Pikantny i rewelacyjny. Połączenie pomidorów i świeżego chrzanu wywołało u mnie łzy wzruszenia, I. od pierwszego kęsa zaczęła darzyć je niemal boskim uwielbieniem. Pierożki są duże i 8 sztuk nasyca, jak typowe drugie danie.



Pielmieni (8,50 zł), czyli malutkie syberyjskie pierożki (tutaj w rosole). 8 sztuk. Kolejne cudo. Podobnie jak chinkali również robi się je z surowego mięsa (tutaj była to wołowina), zamraża i zamrożone gotuje w bulionie lub wrzątku. Ciasto cieńsze niż w chinkali, położysz takiego pierożka na język, dociśniesz do podniebienia, a on robi: pussssk i na gardło wylewa ci się sok z mięsa, wprawiając cię w drżenie. W połączeniu z aromatycznym rosołem z kury było to prawdziwe niebo w gębie. Zdecydowanie warto!


Czebureki (11,50 zł za 2 sztuki + surówka). Dwa duże pierogi, nadziewane surowym mięsem i smażone na chrupko. Surówka w zestawie. Pyszne danie z Ukrainy. Ciasto jest rewelacyjne - naprawdę chrupie, jest dobrze doprawione, gorące. Nadzienie to surowe mięso wołowo - wieprzowe, które "dochodzi" podczas smażenia, dzięki czemu jest soczyste. Uwaga - bardzo nasycają! Jeśli nie jesteście bardzo głodni, to zrezygnujcie z zupy, bo nie dacie rady, czebureki są duże - dwie sztuki to odpowiednik kotleta i ziemniaków lub dużego kebaba.




Po obiedzie zamówiliśmy po herbacie i korzystając z faktu, że akurat nikogo w lokalu poza nami nie było wdaliśmy się w rozmowę z bardzo miłym właścicielem. Dowiedzieliśmy się m.in., że wszystkie potrawy przygotowywane są codziennie rano - właściciel razem z Mamą i dziewczyną sami wszystko kleją, smażą, pieką, gotują... Pewnie dlatego wszystko jest takie dobre. Lokal cieszy dużym powodzeniem - sami byliśmy tylko chwilkę, jak przyszliśmy było 6 osób, w trakcie ciągle ktoś wpada, zagaduje, zamawia na wynos. Matrioszka ma również bardzo wysokie notowania wśród kadry i studentów Politechniki Radomskiej, co nie dziwi, bo jedzenie pyszne a ceny niziutkie. Sporo dań w menu pojawiło się zresztą dzięki rosyjskim wykładowcom Politechniki, którzy dużo podpowiedzieli właścicielom.

Reasumując: jedna z najsmaczniejszych miejscówek, w jakich dane mi było jeść. Jeśli będziecie w Radomiu, nawet przejazdem, odwiedźcie Matrioszkę koniecznie. Przepyszne jedzenie, domowa atmosfera i niskie ceny sprawiają, że lokal ten ląduje na naszej liście miejsc, do których koniecznie trzeba wrócić. Polecamy gorąco!

poniedziałek, 24 września 2012

Radom na widelcu cz.1, czyli Burger King

Bardzo nam w Kielcach brakuje Burger Kinga. Na tyle, że postanowiliśmy raz jeszcze ich doznać. Najbliżej mieliśmy do Radomia. No to... pojechaliśmy. Przy okazji zjedliśmy też w innych miejscach, dzięki czemu powstała trzyczęściowa relacja. Dziś Burger King:

Po sezonowym Mistrzowskim Chrzanowym i moim ulubionym Double Whopperze postanowiliśmy spróbować czegoś innego. Podobnie jak w Redzie zdecydowaliśmy, że bierzemy coś z menu sezonowego i coś ze stałego. Nasz wybór padł na nowość w ofercie Kinga, czyli kanapkę Becon Ceasar Steakhouse i zadomowionego w ofercie Big Kinga XXL.

Becon Caesar Steakhouse (11,90 zł). Wybór padł na niego bo: jest bekon, jest ćwierćfunciak i jest dużo prażonej cebuli, którą uwielbiam. Bułka, jak to w sezonowcu, inna niż w klasycznych burgerach:


Kryła w sobie mięso, bekon, cebulkę, pomidora, sałatę i ser. I sos.


Wgryzłem się w bułkę i przyjemność rozlała się po kubkach smakowych i stoliku. To znaczy sos kapnął i pomidor się wyśliznął. Nic to. Zamykam oczy i mruczę z ukontentowania. Bułka pyszna - mięciutka, gorąca, nie rozpadała się w trakcie jedzenia. Mięso soczyste, o tym jedynym, niepowtarzalnym smaku, jaki oferuje tylko Burger King. Cebulka chrupie miło, warzywa trzaskają soczyście, sosik plumka w tle i aż się chce by chwila ta trwała i trwała i.... Stop. Kanapka pyszna, ale ... bekon moim zdaniem słabo wyczuwalny. No kurde, nie tak się umawialiśmy ???

No to przeskakujemy na Big Kinga XXL (12,40 zł). Pamiętam, że kiedy BK miał jeszcze w Kielcach lokal, Big Kinga (w wersji normalnej) zamawiałem na zmianę z Whopperem. Ale to było tak dawno (połowa lat 90-ych XX wieku), że nie pamiętam smaku.
Bułka duża, klasyczna, sezamowa, gorąca, nie rozpadająca się w trakcie jedzenia. A w środku dwa duże burgery przekładane serem, z cebulą surową, sałatą i piklami. Sos ostry (ale tak "normalnie"), świetnie podbijający smak. Jest soczyście - mięso, pikle i warzywa tworzą doskonałą mieszankę w moich ustach. Świetna, nasycająca kanapka! Jednak w połowie dochodzę do wniosku, że Becon Caesar Steakhouse chyba jednak lepszy ?!



Podsumowując: obie kanapki bardzo dobre, warte swej ceny, ale ... Co Whopper to Whopper. A Double Whopper to już w ogóle król!

Jedliśmy w Galerii Słonecznej w Radomiu, ul. Bolesława Chrobrego 1.

W następnej części opiszemy Wam rewelacyjną minirestaurację Matrioszka, serwującą domową kuchnię rosyjską.

niedziela, 23 września 2012

Niezły, ale..., czyli kebab z KFC

A więc przyszła pora na przetestowanie nowości w KFC. Test nie tylko pod kątem opłacalności, ale i porównawczy. Bo obiecałem, że skonfrontuję ze sobą wielkiego Gringo z Chabo i naszego dzisiejszego bohatera. Oba "kebaby" łączy cena i fakt, że jako głównego składnika używają kurczaka w panierce. A więc do dzieła:

Kebab KFC ląduje w naszych rękach w estetycznym pudełku, które na początku ma uchronić nas od wypadania składników i sosów na ubranie:


Jak widać po pudełku, nie jest zbyt duży. Ale co tam, otwieramy i co widzimy?




Jest mięso - jest dobrze. Ale straszono mnie, że w "jedynym takim" znajdę 5 - 6 kawałeczków mięsa, a resztę stanowi kapusta. No to do dzieła - sprawdźmy! Pierwsza warstwa to panierowany kurczak z dwoma sosami: koperkowo - czosnkowym i ostrym tureckim (wg informacji na stronie KFC). Wbijam widelec i próbuję. Mięso jest soczyste, ale panierka zupełnie zgubiła chrupkość. Sosy niezłe, ale nie powalające. Turecki faktycznie ostry, co zapisuję na plus. Kurczaka naliczyłem 6 kawałków. Koniec pierwszej warstwy.

Warstwa druga. Wbrew obawom nie okazała się całkowicie wegetariańska :) Faktycznie - warzywa dominują - kapusta, dwa plasterki pomidora i ze cztery plasterki ogórka, ale... TADAM !!! Znalazłem mięso :))) 5 kawałków dokładnie. Mniejszych niż w warstwie pierwszej co prawda, ale jednak.

Pora opisać bułkę. Nie jest to tureckie pieczywo, ale na szczęście nie jest to też najtańsza "masówka". Całkiem niezła. Naprawdę. Do momentu, kiedy jeszcze trzyma ciepło. Po wystygnięciu traci 80% smaku. Nie dojadłem.



Reasumując: kebab w KFC to przekąska na jeden raz. W sensie, że spróbować i zapomnieć. W tej cenie Gringo z Chabo rządzi. Zarówno smakowo, jak i objętościowo. No i Gringo był pierwszy. Od dawna jest w ofercie Chabo. Więc i hasło "jedyny taki" nie ma pokrycia w rzeczywistości. Poza tym: o ile za Grandera zapłaciłem 11,90 zł bez szemrania, o tyle "jedyny taki kebab" moim zdaniem nie jest wart tych pieniędzy. Po prostu - za 12 zł oczekuję od kebaba dużej ilości mięsa. Kebab w KFC kupowałbym od czasu do czasu pod jednym warunkiem - jego cena nie mogłaby przekroczyć 8 zł. No, może 9 zł. Za 12 zł jego zakup jest kompletnie nie opłacalny.
Tym razem lokalny punkt rozkłada międzynarodowego giganta na łopatki.

Ciekaw jestem teraz opinii Waszej, jak i Koleżanek i Kolegów z bloga Wygrywam z Anoreksją, gdzie są miłośnicy Pułkownika ;)




sobota, 22 września 2012

O matko! Poezja, czyli dawno nie jadłem tak dobrej zapiekanki

Kilka razy mijałem tę budkę i nie wpadło mi do głowy, żeby coś tam zamówić. Pomroczność jasna musiała mnie dopaść. Na szczęście wczoraj miałem ochotę na jakiegoś klasycznego fast fooda i skierowałem swe kroki w tamto miejsce. Budka mieści się między Chabo a sklepem Społem, na ulicy Seminaryjskiej, prawie przy przejściu dla pieszych. Zwie się "CENZURA".


Wybór niewielki, acz konkretny: zapiekanki, tosty, kebab, hot dog i hamburger. Ceny umiarkowane, a nawet niskie - zapiekanki 6 zł, hamburger 5 zł, kebab 11 zł. Ja poczułem przemożną chęć zjedzenia zapiekanki, bo dawno już tego nie jadłem.

Wybierać możemy między trzema: klasyczną (pieczarki, cebula, ser), z salami (salami, cebula, ser) i hawajską (szynka, ananas i nie pamiętam co). Możemy również skomponować sobie zapiekankę samemu: 3 składniki za 6 zł (ser w cenie). Ja zdecydowałem się skorzystać z tej właśnie opcji i wybrałem: salami, cebulkę prażoną i ogórka. Do tego ostry sos.

Zamawiam i szczęka opada mi do ziemi - pani pyta, jak ma wypiec bułkę! Nie wierząc własnym uszom mówię: brzegi chrupkie, a środek soczysty. Nie ma sprawy, słyszę w odpowiedzi i mam wrażenie, że śnię. Pierwszy raz ktoś w takim miejscu spytał mnie, jak ma zapiec zapiekankę, żeby mi smakowała!

Po kilku chwilach miła pani wręcza mi z uśmiechem zapieczoną bagietkę i życzy smacznego. Odchodzę oszołomiony, by w spokoju sprawdzić, co dostałem. Zapiekanka ma jakieś 40 cm i cała jej powierzchnia pokryta jest dokładnie składnikami:


Wgryzam się... I już wiem, że odkryłem miejsce, gdzie będę chodził na zapiekanki. Bułka zapieczona dokładnie tak, jak prosiłem !!!! Chrupiące brzegi i mięciutki środek. Co ważne: to nie gotowa zamrożona zapiekanka - bułka była przy mnie rozcinana na dwie połówki! Wracając do meritum. Salami jest dużo - od jednego końca do drugiego, ułożone ciasno plasterek przy plasterku. Na salami plasterki kiszonego ogórka (dość grube, wyczuwalne), prażona cebulka przykrywa chrupiącą warstwą kiełbasę i pikle, a całość obficie posypana jest serem. Wszystko to w połączeniu z naprawdę ostrym sosem stanowi kompozycję tak pyszną, że zjedzenie jej zajmuje mi 2-3 minuty. Ja to po prostu pochłonąłem!


Powiadam Wam, że tak dobrej zapiekanki to już dawno nie jadłem! Z tego co zauważyłem, "Cenzura" czynna jest do 18.00 - 19.00, więc nieco krótko. Niemniej jednak warto się przespacerować żeby spróbować tej zapiekanki, ja na pewno będę tam wpadał częściej. Polecam gorąco!

piątek, 21 września 2012

Ostry Gringo, czyli znowu Chabo (co ja poradzę, że lubię)

Znowu tam polazłem. Miałem testować ofertę śniadaniową w Kielcach, ale plany te wzięły w łeb przez przeziębienie, które sprawiło, że wstawanie przed 10 rano okazało się ponad moje siły.

No więc znowu tam polazłem. Polazłem z dwóch powodów. Po pierwsze bardzo mi smakuje to, co w Chabo robią. Po drugie - Chabo jako jedyne chyba w Kielcach ma w menu kebab, który można porównać do kebaba w KFC  - oba oferują panierowane mięso z kurczaka w bułce kebabowej. Dlatego też zamiast kontynuować przygodę z rewelacyjnym Gyrosem Special w innej wersji, zdecydowałem się na Gringo.

Gringo figuruje w Chabo jako kebab, ale podobnie jak kebab w KFC chyba dlatego, że sprzedawany jest w kebabowej bułce. No bo kebab z panierowanym mięsem?

Dotarłem więc na miejsce i zamówiłem Wielkiego Gringo w bułce (11,90 zł - kolejne co łączy oba kebaby) w wersji na ostro. Bułka została zgrillowana w elektrycznym opiekaczu, następnie napełniona warstwowo (od dołu): sałata lodowa, kukurydza, pomidor, papryczki i mięso (panierowane polędwiczki z kurczaka) sosy, znowu warzywa, znowu mięso i znowu sosy. Odebrałem i wyszedłem jeść.


Bułka - klasyczna kebabowa. Zgrillowana na chrupko. Kiedyś takich bułek nie znosiłem, okazuje się, że dużo zależy od tego, jak ją podgrzewają i od wsadu. Tutaj zastrzeżeń nie miałem. Nie była kluchowata tylko, jak pisałem wcześniej, ujmująco chrupiąca.
Warzywa - sałata lodowa, kukurydza, czerwona ostra papryczka i pomidor. Sałaty nie jest dużo, co dla mnie stanowi zaletę, szczególnie od czasu zjedzenia kebaba w Fast. Kukurydza, jak kukurydza, pomidor świeży i jędrny, papryczka przyjemnie pikantna. Warzywom nie można nic zarzucić, nie przeważają i dobrze się komponują zarówno z sosami, jak i z mięsem.
Sosy - zabijcie mnie - po raz kolejny nie spytałem, jakie noszą nazwy. Ponieważ prosiłem o wersję ostrzejszą, zakładam, że mogły to być hiszpański i meksykański. Mniejsza o nazwy -  sosy są bardzo dobre, wyraziste i dobrze podbijające smak całej potrawy.
Mięso - panierowane polędwiczki z kurczaka. Pocięte w dość duże kawałki stanowią clou całej potrawy. Jak zwykle w Chabo - mięsa nie żałują, panierka ich autorstwa nieodmiennie mnie zachwyca, dobrze doprawiona zamyka w środku perfekcyjnie soczystego kurczaka.

Podsumowując: Gringo w Chabo to bardzo dobra... no właśnie, kanapka? Kebab? W każdym razie - bardzo dobre danie. Polecam spróbować na ostro. Ceny: mały 7,90 zł, standard 9,90 zł, wielki 11,90 zł.
Jeśli jesteście ciekawi, jak na tle Gringo wypada kebab w KFC - śledźcie bloga, recenzję wrzucę po niedzieli. Poniżej jeszcze kilka zdjęć - przepraszam za jakość, ale robiłem je nowym telefonem i jeszcze nie rozgryzłem aparatu.

p.s. Ukłony dla Obsługi - zawsze uśmiechniętej i pomocnej.






czwartek, 20 września 2012

Gdzie na wesele, czyli menu weselne w Stangrecie

Opisałem kiedyś imprezę w Zajeździe Dyminy.  Dostałem potem kilka mejli, w których piszecie, że takie recenzje to dobry pomysł, szczególnie dla osób, które w najbliższym czasie będą szukać sali na dużą imprezę. Korzystając więc z okazji, że byłem na przyjęciu weselnym w ośrodku Stangret, zamieszczam kolejny tego typu wpis. Mam nadzieję, że i tym razem okaże się pomocny.

Stangret mieści się na ul. Kusocińskiego 51 w Kielcach. Położony w lesie kompleks kilku budynków - hotel, restauracja, ośrodek jazdy konnej i bungalowy na mniejszą ilość imprezowiczów. Przyjęcie na które byłem zaproszony obliczone było na około 30 osób, usadowieni więc zostaliśmy w domku o wystroju w klimatach westernowych.

Zaczęliśmy od obiadu, na który składały się zupa i drugie danie.
Rosół z makaronem - bardzo dobry, nie musiałem doprawiać, a zwykle to robię.
Drugie danie - nie wiem, jak nazywa się to w karcie - były to "koszyczki" ze schabu z opiekanymi ziemniakami, surówkami, sosem grzybowym, położone na zasmażanej kapuście. Nieco przekombinowane danie. Czemu? Otóż: schab bardzo dobry, miękki, dobrze doprawiony, nadzienie również. Ziemniaczki świetnie opieczone i przyprawione. Sos grzybowy był doskonały i moim zdaniem niczego więcej to danie nie potrzebowało. Zasmażana kapusta świetnie sprawdziłaby się pod klasycznym schabowym, tutaj zaś, w otoczeniu dwóch surówek z kapusty, wydawała się po prostu zbędna. Po odsunięciu jej na bok spałaszowałem drugie danie z apetytem.


Po objedzie zajęliśmy się zimnymi przekąskami. Do pierwszych toastów idealnym rozwiązaniem wydała mi się galareta z kurczaka. Klasyka zakąskowa, mięsa sporo, jajko było, przyprawiona odpowiednio. Mówiąc krótko - dobra zakąska.


Potem przyszła pora na śledzie. Tutaj również nie ma się do czego przyczepić. Odpowiednio wymoczone, lekko kwaskowe, cebulka idealna. W opcji drugiej również smaczne, a warzywa z sosem podobne, jak w rybie po grecku. Po śledziach próbowałem mięs na zimno: schab. schab faszerowany morelą (?) i karkówka. Żelazny zestaw zimnych zakąsek po prostu, do tego dobrze upieczonych - mięso nie było twarde, suche ani żylaste. Zarówno śledzie, jak i mięsa - na plus.


Jeśli ktoś od wódki wolał wino nie musiał narzekać - na stołach pojawiły się deski serów. Ładnie podane - ser żółty i wędzony w plastrach, zaś pleśniowe w kawałkach. Do tego oliwki. Sery wybrano łagodne, mnie zabrakło prawdziwego "śmierdziucha" w stylu np. Coeur de Lion czy Roquefort, ale rozumiem ten dobór - wszak to wesele, a nie spotkanie seromaniaków.


Do ryb wróciłem dość szybko za sprawą świetnej ryby po grecku. Soczysty kawałek ryby schowany pod panierką (dobrze doprawioną, nie nasiąkniętą tłuszczem) i warzywami. Zjadłem z przyjemnością.



Nie byłbym sobą, gdybym nie skosztował sałatki gyros. Zwykle sałatka ta w każdym lokalu przyrządzana jest inaczej. Tutaj, poza drobną różnicą, była jak domowa. Warstwy ułożone zgodnie z zasadami sztuki, sosy świetne - czuć, że zarówno majonez, jak i ketchup były markowe - żadnej kwaskowatości w smaku. Tą drobną różnicą było mięso. Świetnie doprawione, ale  nie krojone w małe kawałeczki, lecz duże, soczyste kawałki. Bardzo, bardzo smaczna!



Przed północą na stoły wjechały placki ziemniaczane z sosem. Gorące, doskonale wysmażone - ciasto jędrne, nie wchłonęło ani tłuszczu ze smażenia, ani nie wpuściło sosu. Sam sos również bardzo dobry - gęsty, z wyraźnie wyczuwalną papryką, kawałki mięsa soczyste, dość duże. Kleks z kwaśnej śmietany jak najbardziej na miejscu, jednak sałatkę z ogórków podałbym osobno - marynata w pewnym momencie zmieszała się z sosem, co mi akurat niekoniecznie pasuje.


Po północy wróciliśmy do domu, więc jeśli jeszcze jakieś jedzenie wjechało na stoły, to niestety ja go już nie spróbowałem.

Reasumując: kuchnia okolicznościowa w Stangrecie nie zawodzi, szczególnie dla ceniących klasykę. Obsługa była świetna i zjawiała się dokładnie wtedy, kiedy była potrzebna, dania gorące wychodziły niemal równocześnie do wszystkich gości.
Co jednak muszę szczególnie podkreślić - Stangret to idealne miejsce na imprezę, na której są małe dzieci. Mają one swój stolik, przy którym zajmują się nimi odpowiednio wykwalifikowane osoby. Nie tylko przy jedzeniu - przez cały czas trwania imprezy dzieci są zajmowane różnymi zabawami, dzięki czemu dorośli zupełnie swobodnie mogą bawić się we własnym gronie.

EDIT: po opublikowaniu recenzji dostałem informację, że opiekunka do dzieci była "zorganizowana" przez Młodą Parę. Za wprowadzenie w błąd przepraszam.

Jednym słowem - polecam.

Aha - koszt imprezy wyniósł 120 zł/os, bez alkoholu.

Jeśli chcecie obejrzeć zdjęcia całego obiektu to odsyłam do strony internetowej Stangreta TUTAJ.

środa, 19 września 2012

Świetna kiełbaska i fatalna bułka, czyli hot dog z WiR-a

Pamiętacie, jak chciałem zjeść w WiR-ze hot doga? Wtedy się nie udało, ale co się odwlecze... Będąc w Galerii Echo dotarłem do Delikatesów firmy WiR celem nabycia wędlin. Wędliny nabyłem (polecam szczególnie kiełbasę Hucówkę, dojrzewającą, surową, wędzoną). A skoro już tam byłem, to spytałem czy można zjeść hot doga. Okazało się, że tak. Za 2,99 zł WiR oferuje hot doga z winerką.

Pierwsze co rzuca się w oczy, to dysproporcja między bułką, a kiełbaską. Ta druga jest wyraźnie mniejsza i znika we wnętrzu bułki, jak pieniądze z ZUS-u w czarnej dziurze.



Zanim więc posmakujemy winerki, musimy przegryźć się przez bułkę. A nie jest to proste, bowiem bułka była twarda, jak głowy zarządu PZPN. Musztarda spłynęła chwacko na dno, nie zdążyła więc nawilżyć pieczywa od góry.


Jedząc tę bułkę czułem się, jak krowa. Przeżuwałem i przeżuwałem i przeżuwałem... W końcu jednak dotarłem do kiełbaski. I powiem tyle: gdyby bułka była miękka, taka jak w hot dogu być powinna, byłby to jeden z najlepszych hot dogów, jakie jadłem. A tak... Ale spróbujcie - może będziecie mieli więcej szczęścia ode mnie. Ja się nie poddaję i za jakiś czas zrobię drugie podejście. Bo winerka okazała się soczysta i dobrze doprawiona. Bardzo smaczna, choć mała.

Hot Doga nabyłem w sklepie firmowym WiR w Galerii Echo.



Relacja ze Skandalowego SPIKa

To był udany wieczór. W sobotę o 20.00 rozpoczęliśmy kolejnego już SPIKa. Historia zatoczyła koło - w tym lokalu (wtedy zwał się Odjazzd) zaczynaliśmy naszą przygodę z imprezami kulinarnymi pod nazwą Nocne Żarcie, które później zmieniły nazwę na SPIK - SPontaniczna Impreza Kulinarna.

Frekwencja wyniosła w porywach 30 osób - wiele osób nie dotarło, ponieważ z Facebooka zniknął profil Skandalu wraz z wydarzeniem, co spowodowało, że niektórzy myśleli iż odwołaliśmy imprezę. Część osób dotarła na 20.00, część sporo później. Część musiała wyjść po godzinie, więc na stałe przy stołach siedziało 20 osób.

Wszyscy uczestnicy SPIKa przynieśli coś własnoręcznie ugotowanego/pieczonego/wędzonego. Sponsorem imprezy był Subway Polska, który zapewnił 7 platerów z kanapkami - były wegetariańskie, były mięsne, były niskokaloryczne. Cieszyły się ogromnym powodzeniem - znikały ze stołów w błyskawicznym tempie. Dziękujemy!

Co jedliśmy? Były wegetariańskie placuszki z owsianki, sałatka z makaronu, sałatka ryżowa, sałatka grecka, dwie szarlotki, 4 rodzaje śledzi, parówki w cieście francuskim, szpinakowe ciasteczka z francuskiego ciasta, tarta, wędliny domowe - dwa rodzaje salcesonu, kiełbasa, boczek... Mam nadzieję, że niczego nie pominąłem. Wszystko przepyszne!

Raz jeszcze gorąco dziękuję Sponsorowi i wszystkim Uczestnikom oraz Właścicielom Skandalu.
Następnego SPIKa planujemy na początek stycznia 2013 roku. Już dziś zapraszam wszystkich - uwierzcie, że warto!





















Zdjęcia: Lizamona Negra, Michał "Chemik" Karliński i Aschette Paula Dulnik.

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...