O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


środa, 31 października 2012

W nocy na ostro dobrze Ci zrobi, czyli znowu NUR Kebab

Wracając z melanżu zawsze mam chęć na coś ostrego. Niejednokrotnie ratował mnie w takiej sytuacji NUR Kebab na Sienkiewicza. Miałem ogromną ochotę na kebab w tureckim chlebie, niestety - okazało się, że o 1 w nocy bułki się skończyły. Hmmm... Nie chciało mi się już nigdzie łazić, więc zdecydowałem się na duży kebab z "baraniną" w cienkim cieście. Zapłaciłem 12 zł, poprosiłem żeby było ostro i po kilku chwilach odebrałem takiego ślicznego pieroga:


Nie ma co się rozpisywać - kebab był rewelacyjny, jak zwykle w Nurze. Ponieważ porcja duża, to i mięsa było dużo. Paski soczystej, doskonale doprawionej "baraniny" koegzystowały sobie w najlepszej zgodzie z surówkami i ostrym sosem. Ciasto zapieczone doskonale, na chrupko, gorące.


Całość jak zwykle bardzo smaczna. Przewaga (znaczna!) mięsa nad surówkami sprawia, że ciągle jest to jeden z najlepszych kebabów w Kielcach. Porcja na duży głód, zdecydowanie warta tych 12 zł. Ostry sos palił podniebienie i gardło, sałatki nieco niwelowały jego piekielną ostrość, a mięso wybijało się na pierwszy plan.
Polecam. Po prostu - dobry kebab!

PAMIĘTAJCIE O KONKURSIE!

Konkurs - dzień trzeci, czyli Burgerator.

"Burgerator to  bezlitosny rzeźnik , nie zawaha się ani chwili , bez względu na to ile krwi będzie musiał przelać - zrobi wszystko , żeby zaspokoić Wasze mięsożerne zachcianki.
Jest wyrafinowanym myśliwym , nie rżnie wszystkiego jak popadnie, w przeciwieństwie do niektórych...  jego instynkty skierowane są wyłącznie na krowy czystej rasy Angus i Jagnięta z najlepszych hodowli. Są też doniesienia , że nocami w morderczej gorączce ugania się za Strusiami , jeszcze żadnego nie dopadł , ale ciągle próbuje ...
Z relacji świadków wynika iż zabija szybko i bezboleśnie,świadkowie jednak nie zgadzają się na publikacje swoich danych osobowych z uwagi na swoje bezpieczeństwo.
Burgerator o poranku ma zwyczaj bywać na okolicznych straganach i targowiskach, gdzie wtapia się w tłum, poszukując ekologicznych malinowych pomidorów , zielonej sałaty , fioletowej cebuli , czerwonej papryki , świeżych liści szpinaku, pachnącej bazylii i esencjonalnego czosnku z których zrobi pesto.
Po drodze, do jedynego właściwego celu , którym jest burgerownia na ulicy Żaryna , zahacza o ulicę Polną , stamtąd wybiera najlepsze i najbardziej smakowite kawałki mięsa,na tej samej ulicy odwiedza też zaprzyjaźnioną, najstarszą warszawską Piekarnie Krzysztofa Kałasy, funkcjonującą już od 100 lat. To właśnie tam codziennie wypiekane są na jego życzenie naturalne puszyste bułki - biała z posypką sezamu i jedyna w swoim rodzaju bułka orkiszowa."





Nagrodę wybierać możecie spośród:

HAMBURGER (standard) -bułka, burgerator sos, pomidor, angus/ fioletowa cebula i chilli na życzenie

CHEESBURGER -standard + ser do wyboru i ogórek konserwowy

BBQ BURGER -standard + gouda , boczek i sos BBQ

NACHOSBURGER -standard + nachos, ser do wyboru , sos salsa

SNOBBURGER -standard + nachos, 3 suszone pomidory, ser , szynka dojrzewająca,sos

DOUBLEBURGER320 g angusa + podwójny dodatek w cenie jednego

...BISTYBURGER - standard + kotlet camember, boczek,ogórek kons, sos do wyboru

LAMBURGER -bułka, burgerator sos, pomidor, jagnięcina/ fiolet.cebula i chilli na życzenie

FRESCHBURGER -bułka, pesto, 2 suszone pomidory,świeże liście szpinaku i ser do wyboru

CAMEMBURG -bułka, burgerator sos, pomidor, kotlet camember/cebula i chilli na życzenie



Pytanie: Na terenie jakiego parku biznesowego można zjeść w pierwszej restauracji Burgeratora?

Nagrody: 3 x dowolny burger z oferty

Czas nadsyłania odpowiedzi: niedziela o północy.

Gdzie wysyłać odpowiedzi: streetfoodpolska@gazeta.pl

Podpowiedź: wujek Google i kombinacja 4 słów: warszawa, park biznesowy i nazwa ulicy

Jeśli chcesz grać również o inne nagrody, kliknij:

SUBWAY

CHABO

wtorek, 30 października 2012

Konkurs - dzień drugi, czyli Longus w Chabo

Konkursu dzień drugi. Dzisiaj gracie o ogromną (dosłownie) nowość w Chabo -  trzy kanapki Longus z serem + 2 x Coca Cola z limitowanej edycji do każdej kanapki! Na temat kanapki przeczytacie poniżej, ale najpierw pytania. Odpowiedzi ślijcie na streetfoodpolska@blogspot.com, w tytule majla wpisujecie "Chabo", czekam na nie do soboty (do północy).



1. Skąd wywodzi się minirestauracja Chabo?
a) Kazachstan
b) USA
c) Polska
2. Kto zapoczątkował historię Chabo?
a) Steve Chabo
b) Wiesław Chabowski
c) Osama Bin Laden
3. Jaki mamy teraz Sezon w Chabo?
a) Chiński
b) Marsjański
c) Meksykański

Longus z serem, czyli nowy potwór z Chabo

Od dwóch tygodni Chabo serwuje nowa kanapkę. Nie mogłem się zebrać, by jej spróbować, aż okazało się, że będzie nagrodą w naszym konkursie. Nie wypadało więc się nie zapoznać bliżej z ową nagrodą. Longusa nabyć możecie w wersji bez sera (11,90 zł) lub z serem (12,90 zł). Ja wybrałem tę drugą wersję.

Patrząc jak ta kanapka powstaje zacząłem się cieszyć, że nic wcześniej nie jadłem - kanapka jest po prostu ogromna (położyłem zapalniczkę, żebyście mieli skalę porównawczą):


Na bagietkę trafił starty żółty ser i obie połówki trafiły do piecyka. Po zapieczeniu bułka wypełniona została sałatą lodową, kapustą pekińską, pomidorami, dwoma sosami i tym, co w niej najważniejsze - trzema ogromnymi panierowanymi polędwiczkami z kurczaka. Bagietka podawana jest w papierowej torbie, żeby uchronić nas przed pobrudzeniem, ale i wypadaniem składników.


Bagietka zapieczona idealnie - chrupiąca, lecz nie sucha, smakowała doskonale. Warzywa dobrze kanapkę nawilżały, stanowiły miłe uzupełnienie, ale nie dominowały w smaku - czuć je było w tle.
Sosy zadziałały podobnie jak warzywa, poza tym świetnie podbijały smak całości. Ale najważniejsze w tej kanapce są polędwiczki z kurczaka. Otoczone chrupiącą, świetnie doprawioną panierką stanowią esencję smaku. Panierka, jako się rzekło, była chrupiąca, za to ukryte w niej polędwiczki bardzo soczyste. Były tak duże, że bez problemu wypełniły całą, niemałą przecież bułkę - ba, nawet wystawały po obu końcach.


Podsumowując: kolejna doskonała kanapka w ofercie Chabo. Tym szczęśliwcom, którzy ją wygrają podpowiadam - nie jedzcie wcześniej nic, idźcie po nią na głodzie. Ja z ogromnym trudem dałem Longusowi radę. Serio. Ta kanapka nasyca bardziej niż duży kebab. Gdyby podać ją z frytkami byłaby daniem dla dwóch osób. Polecam!

poniedziałek, 29 października 2012

Kierunek Chambery - cz. I Wrocław, czyli Hrabicz w podróży

Dzisiaj z przyjemnością anonsuję pierwszą część recenzji autorstwa Hrabicza. W dzisiejszej podzieli się z Wami wrażeniami z wizyty we wrocławskiej Bierhalle, w następnej przeczytacie o fondue w Chambery i ulicznych kanapkach w Annecy. Zapraszam do lektury:



Z cyklu „omijaj szerokim łukiem”
W tej edycji Ligi Mistrzów los uraczył nas meczem w Chambery, uroczym miasteczku we francuskich Alpach. Tak więc kierunek Francja - ojczyzna wina i śmierdzących serów.
Jako że przed nami droga była okrutnie długa i mecząca, pierwszy postój zaliczyliśmy we Wrocławiu. Za namową autochtona na posiłek wybraliśmy ulokowana przy rynku restaurację „Bierhalle” - lokal podający rzekomo własny browar i serwujący kuchnię zbliżoną do bawarskiej. Po otrzymaniu aperitifu w postaci litrowego piweczka zajęliśmy się studiowaniem karty. Szczerze powiem, że karta (przynajmniej u mnie) spowodowała ślinotok jak u mastiffa. Potem niestety było już tylko gorzej…
Bierhalle to najlepszy przykład jak spierdolić coś co powinno być kulinarnym samograjem. Wrocław- Breslau czy jak tam inaczej zwane, miasto gdzie tysiące turystów przewijają się o każdej porze dnia i nocy, lokalizacja na rynku, nazwa kusząca turystów spod znaku swastyki i co? Kanał.
Po przejrzeniu karty mój wybór padł na „talerz kiełbas” – wiadomo, piwo i kiełbaski lubią się i komponują znakomicie.
Zdjęcie z karty:


Kompetentny kelner uchronił mnie od popełnienia błędu(więcej takich ludzi w gastronomii poproszę). W dużym skrócie powiedział: „chłopie daj sobie spokój, weź sobie kiełbaski norymberskie, które w tym zestawie też są bo reszta to tektura i parówki”.
Zamówiłem co polecił i to było klasyczne „mniejsze zło” Aż się boję wyobrazić to przed czym mnie przestrzegł. Zgodnie z menu miałem dostać : kiełbaski norymberskie podane z kapustą sauerkraut i sosem musztardowym – ok. A jak w rzeczywistości? Kiełbaski tekturowe, zamiast sosu musztardowego musztarda prawdopodobnie z Bierdonki. A sauerkraut? Pychota ale kwaśna jak sto diabłów, mnie smakowała ale ja pasjami uwielbiam kwaśne rzeczy. Podejrzewam, że dla przeciętnego człowieka byłaby to rzecz niezjadliwa.
Wygląd rzeczywisty:


Reszta zamówień towarzystwa nie przedstawiała się lepiej. Sałatka tonęła w biedronkowej musztardzie, zestaw przekąsek był zimny a sery na zimno smakują kiepsko, T-bone stek łykowaty.
Reasumując jedyne co dobre spotkało nas w tym lokalu to piwo, naprawdę wszystkie kolory piwa. A jeśli chodzi o jedzenie to omijajcie z daleka. Ten lokal łączy w sobie wszystkie najgorsze cechy. Jest drogo, niesmacznie a w tle leci bawarskie jodłowanie powodujące rozstrój żołądka po i tak niesmacznych potrawach. Na plus obsługa, która ostrzega klientów przed zamówieniem rzeczy gorszych spośród złych. Jeśli już się czepiamy to jeszcze dorzucę rury wentylacyjne na suficie pasujące do bawarskiego wystroju nieszczególnie.
Za 1300 km widzimy się w Chambery i zjemy coś z tamtejszej kuchni.
Pełne menu i ceny w Bierhalle TUTAJ.

Autorem recenzji i zdjęcia nr 2 jest Hrabicz.
Przypominam o konkursie!


KONKURS !!! Dzień pierwszy - SUBWAY

Startujemy z nowym konkursem. Każdego dnia będę publikował na blogu jedno pytanie, związane z konkretnym Sponsorem. Odpowiedzi nadsyłacie tradycyjnie na adres: streetfoodpolska@gazeta.pl, w tytule wpisując nazwę Sponsora. Na każdą odpowiedź czekam 5 dni. Nie musicie grać o wszystkie nagrody - możecie wybrać taką, która najbardziej Wam odpowiada. Wśród wszystkich uczestników rozlosujemy nagrody dodatkowe -  unikatową koszulkę Street Food Polska ufundowaną przez Plodowski Design oraz książki ufundowane przez Street Food Polska. Powodzenia!

Pytanie pierwsze - Subway - przyjmowanie odpowiedzi na to pytanie kończymy w piątek o północy !!!

Pytanie: Który sandwicz z oferty Subway smakuje Ci najbardziej i dlaczego?

Nagrody: 3 zestawy ufundowane przez Subway Polska. W skład zestawu wchodzi dowolny sandwicz 15 cm, ciastko lub chipsy i napój 0,5 l.



sobota, 27 października 2012

Corrida na szpinaku, czyli bardzo dobra pizza z Bukówki

Zachciało nam się pizzy. Bardzo. Syn powiedział, że jego kolega powiedział, że w Pizzerii Bukówka mają dobrą pizzę. No to patrzymy w internecie - wygląda ciekawie. Ceny przystępne - mała (32 cm) 12,50 zł - 20 zł, duża (45 cm) 16,50 - 26 zł, tylko Specjale (7 składników do wyboru) odpowiednio 22 i 30 zł. Czyli ryzykujemy i zamawiamy. Dużą. Podaję adres, pytam ile mam do zapłacenia, 25 zł. OK. Pizzę dowożą nam szybko (w około pół godziny) i tutaj ZONK. Do zapłacenia nie 25 zł, a 30 zł. Czemu? Otóż: dostawa gratis obowiązuje na obszarze osiedli Bukówka i Barwinek, pozostałe dzielnice płacą za dowóz 5 zł. Więc dlaczego ani obsługa ani strona www o tym nie informuje?

No nic, otwieramy pudełko, a tam...


Pachniała i wyglądała super. No to do dzieła. Najpierw połówka pod nazwą

Corrida

Wg menu: ser, bekon, szynka, pieczarki, papryka pepperoni, chili. I wszystko to było. I to w dużych ilościach - żadnego składnika nie pożałowano. Pizza bardzo dobra, najpierw wydaje się łagodna, wręcz delikatna, po chwili wchodzi ostrość, nie paląca, każąca co chwila przepijać, ale jednak wyraźna, która towarzyszy nam już do końca. Smaki się mieszają, raz czujemy soczystą wędlinę, raz łagodne pieczarki, raz ostrość chili, raz delikatną kwaskowość pepperoni. Bardzo smaczna pizza.


Jako drugą połówkę wybraliśmy

Spinaci

bo skusiło nas połączenie: sera, szynki, szpinaku, sera pleśniowego, pomidora i czosnku. Ta połówka okazała się równie pyszna, co Corrida, dodatkowo była bardzo aromatyczna. Szpinaku jak na mój gust mogłoby być więcej.  Kosztem pomidorów, które dla mnie były za mało przyprawione (czytaj - za łagodne). Tym bardziej, że ser pleśniowy to Camembert, a więc bardzo łagodny (liczyłem na ostrzejszy, np. Lazur). Ale może ta łagodność wydawała mi się przesadna po ostrej Corridzie. Tak czy siak - bardzo smaczna połówka.


Nie wspomniałem o cieście. Na stronie www jest informacja, że wybierać można między cienkim a grubym. Nie powiedziałem jakie chcę, nikt też mnie nie pytał podczas składania zamówienia. Dostaliśmy pizzę na cieście cienkim. Okazało się bardzo dobre, idealnie wypieczone. Nic się z niego nie lało, było sprężyste i upieczone równo. 

Podsumowując: bardzo dobra pizza, zdecydowanie warta swojej ceny. Trochę jej co prawda brakuje do mojej "świętej trójcy", czyli pizz z Roadwaya, Voo Doo i Pod Trójką (wszystkie pieczone w piecu opalanym drewnem), ale naprawdę godna polecenia. Podobnie jak Grande Pizzę dopisuję ją do listy miejsc wartych ponownego odwiedzenia.

piątek, 26 października 2012

Takie małe, takie smaczne, czyli Chicken McBITES w McDonald's

McDonald's idzie w zdrowotność. W kurczaki znaczy. Niepokoi mnie ten trend. Mak kojarzy mi się z wołowiną i basta. OK, rozumiem, od czasu do czasu, sezonowo, coś tam z kuraka podać. Ale ostatnio w McDonald's kurczak zaczyna być serwowany na równi z wołowiną. No nic, na bok dywagacje, nie mój cyrk, nie moje kurczaki. Podkuszony na fan page SFP przez Michała T., udałem się do McDrive na Armii Krajowej by zapoznać się z nowością - Chicken McBITES.

McBITES nabyć możemy w dwóch rozmiarach: małym (12 sztuk - 5,90 zł) i dużym (20 sztuk - 8,90 zł). Oczywiście można wziąć też w zestawie za 14,90 zł. Ja postanowiłem sprawdzić większe. Zapłaciłem 8,90 zł, wybrałem sos (limonka-chili) i po jakichś 2 minutach odebrałem swoje zamówienie.


Pudełko na tyle dobrze leży w dłoni, że bez problemu można zjeść makbajtsy idąc. Otwieram sos i pudełko z kurczakiem:


Same McBITES są malutkie, mniej więcej 1-1,5 cm średnicy:


Sos, w którym maczamy kuleczki - wyśmienity. Kwaskowy dzięki limonce, ostry dzięki papryczkom chili. Naprawdę ostry! Z kurczakiem komponuje się doskonale, po chwili już wiem - kojarzy mi się to połączenie z kuchnią chińską, kurczak w sosie ostro-kwaśnym!
Chicken McBITES to kuleczki z piersi kurczaka w chrupiącej panierce. Mięso jest soczyste, panierka dobrze doprawiona i co ważne - cieniutka. Nie "przykrywa" smaku mięsa, to kurczak gra tutaj główną rolę.


Podsumowując: Chicken McBITES to bardzo smaczna przekąska. PRZEKĄSKA. Nie samodzielne danie. Nie najesz się tym, chyba, że domówisz duże frytki i duży napój. Jeśli tak na to spojrzymy, cena 8,90 zł za 20 kuleczek nie wydaje się wygórowana. Smakowało mi. Serio. Od czasu do czasu będę zamawiał.

czwartek, 25 października 2012

Jak zjeść (dobry) kebab i się nie uświnić, czyli Zestaw do Rączki z Prosiaczka

Tak się złożyło, że w weekend odwiedziłem dwa kebaby, które lubię, a w których co najmniej miesiąc nie jadłem. Pierwszy z nich to należący do sieci Imbiss Istanbul Kebap znany i lubiany Bar Prosiaczek. Przygnało mnie tam pragnienie zjedzenia dobrego kebaba przed sobotnim melanżem, ale też chęć zobaczenia na własne oczy ichniego "kubełka", czyli Zestawu do Rączki, bo tak się on w Prosiaczku nazywa.

Do wyboru mamy dwa Zestawy: mały za 6,50 zł i duży za 9,50 zł. Ponieważ noc zapowiadała się intensywnie, wybrałem duży. Jak pamiętacie zamawiałem taki "kubełek" również w CK Kebab i byłem ciekaw, czy prosiaczkowy okaże się równie dobry. Skład to (patrząc od dołu): frytki, mięso z kebaba, surówki, sosy.
Po kilku minutach moje zamówienie było gotowe.


Jak widać na załączonym obrazku, pakowany jest jak chińszczyzna na wynos, w tekturowe pudełko. Rozwiązanie to ma tę zaletę, że potrawa wolniej stygnie i je się zdecydowanie wygodniej - nie ma strachu, że pochlapiemy się sosem lub wypadnie nam na ubranie mięso czy warzywa.

Na samej górze znajdziemy dwa gęste sosy. Nie takie co spłyną na dno, tylko takie, które trzeba sobie rozmieszać z potrawą. Ma to zalety (nie zmoczy nam frytek), jak i wady - sosy są "ciężkie" i z uwagi na warstwowe ułożenie składników, może być problem by wszystko w pudełku z nimi wymieszać.
Biały to sos majonezowy, różowy ostry. Powiem szczerze, że o ile w klasycznym kebabie je lubię, o tyle tutaj doskonale obszedłbym się bez nich. Są dobre, lecz moim zdaniem lepszy efekt byłby  gdyby trafiły między sałatki a mięso.


Sałatek dużo nie jest - tyle, żeby urozmaicić danie, a nie zdominować. Kapusta, pomidor, ogórek i papryka. Świeże, chrupiące, smaczne. Kiedy je zjemy naszym oczom ukaże się mięsko. Ja zdecydowałem się na "baraninę". Mięso, jak to w Prosiaczku - soczyste i dobrze doprawione, przed wrzuceniem do pudełka zostało jeszcze podpieczone chwilę na elektrycznym grillu żeby było gorące i... zważone. Tak tak - zważone. Nie dawało mi to spokoju i napisałem do Prosiaczka zapytanie. Dowiedziałem się, że w Prosiaczku dbają o to, żeby klient dostał porcję mięsa za jaką płaci. Jeśli ma to być 100 gram to będzie 100 gram a nie 90. Jeśli 150 g to dostanie 150 g a nie 130. Miłe.


Na końcu czekają na nas frytki. Dobre frytki. Pomimo tego iż znajdują się na dnie pudełka nie straciły swojej kruchości, nie nasiąkły ani tłuszczem z mięsa ani sokiem z warzyw. Jest ich dużo i od razu są doprawione.


Podsumowując: Zestaw do Rączki to dobry zakup. Mięsa jest może mniej niż w dużym kebabie, ale dostajemy dodatkowo frytki, które nie dość, że świetnie się z resztą składników komponują, to nasycają. Takie danie obiadowe w pudełku. I można zjeść obiad idąc :D Albo zanieść np. do biura lub domu. Najadłem się, było bardzo smaczne i polecam.

środa, 24 października 2012

Nie spodziewałem się czegoś tak dobrego, czyli hot dog XXL na Leszczyńskiej

Zazdroszczę studentom. A dokładniej tym, którzy mieszkają w akademikach na Śląskiej. Na wprost nich (akademików), na ulicy Leszczyńskiej, między sklepem Żabka a garażami postawiono niedawno niepozorną budę.



Zawsze kuszą mnie takie miejsca. Ten dreszczyk emocji, co dostanę? Zatrucie pokarmowe czy zaskakująco pysznego fast fooda? No więc kupiłem w Żabce papierosy i podszedłem do okienka Pankracego. Menu króciutkie: kebab, tortilla, hamburger, hot dog, zapiekanki, frytki, frytki z serem, kawa, herbata i hot dog XXL za 7 zł. Hot Dogi wielbię pasjami, więc od razu wiedziałem co zamówię. A więc hot doga xxl poproszę. Po około 8 minutach odebrałem swoje zamówienie i (lało jak z cebra) uciekłem do samochodu, gdzie na spokojnie obejrzałem swojego XXL-a z każdej strony:




Hot dog w 100% zasługuje, by nazywać go XXL. Jest naprawdę okazały. A jak ze smakiem?
Dodatki są sprawą drugorzędną, parówki i bułka tworzą hot doga i decydują, czy jest dobry czy nie. No więc tutaj te dwa główne składniki są doskonałe.

Bagietka. Świetna. Naprawdę. Mięciutka, do samego końca pozostała jak świeża, żadnej gumowatości, żadnego wrażenia, że jest czerstwa. Doskonale zgrillowana.
Parówki. Jak to w hot dogu XXL - są dwie. I to dwie bardzo dobre parówki. Nie drobiowe, tylko soczyste wieprzowe. Naprawdę dobre. Naprawdę smaczne.
Warzywa. Świeże. Kapusta, ogórek i pomidor. Kapitalnie pasujące do parówek i sosów, doskonale chrupkie (ogórek i kapusta), soczyste.
Sosy. Remulada i keczup. Upaćkałem się, zlizywałem z palców i dłoni. Były świetne. Nawilżały całość, pasowały doskonale.
Prażona cebulka. Jeden z moich ukochanych składników w fast foodach z bud. Jak jej nie ma - czuję się oszukany. Tutaj była. I było jej dużo. Chrupała. Nadawała smak. Sypała się na ubranie. Kocham.

Podsumowując: zaskakująco dobry hot dog. Kompletnie nie spodziewałem się czegoś takiego. To miejsce nie wyglądało na takie, gdzie można dostać perfekcyjnego XXL-a. Za 7 zł jak najbardziej warto. Miła i ładna Pani w okienku. "Nie martw się Lucek, ja tu jeszcze wrócę" śpiewał Kazik. Ja wrócę, bo mam chęć poznać się z zapiekanką. Z hamburgerem też. I z frytkami. Co tam, kebaba też spróbuję. Idźcie tam. Warto.

wtorek, 23 października 2012

Na gorąco, na siedząco, smakowicie i zdrowo, czyli Marika testuje barszcz z krokietem.



Dzisiaj zapraszam do recenzji zestawu barszczyk + krokiet. Marika przetestowała dla Was taki zestaw w dwóch miejscach: Jadłodajni Ale Szama i Restauracji NOT. 

No to tym razem mniej fast foodowo. Ale pysznie.
Uwielbiam barszcz czerwony. Kto mnie zna, ten wie, że za barszcz czerwony z krokietem dałabym się pokroić. Najlepszy, oczywiście według mnie powstaje w wykonaniu mojego taty,
który niestety w tej chwili jest daleko i muszę zadowalać się substytutami.
Choć nie do końca.
Na rogu Warszawskiej i Orlej, tuż przy Rynku mieści się jadłodajnia o wdzięcznej nazwie Ale Szama!  (ul. Warszawska 3). Ponieważ to blisko mojego miejsca pracy zdarza mi się tam czasami zawitać.
Jedzenie mają domowe, pyszne. Wszystko świeże i naprawdę smakowite.
No i ten barszczyk... Porcja barszczyku czerwonego z krokietem kosztuje tam 5.7zł, czyli w sam raz. To jedyne miejsce w mieście, gdzie dostaję porcję, której nie muszę po swojemu doprawiać. Naprawdę. Barszczyk jest esencjonalny, gorący, nie za tłusty i przepyszny. Jedyne, nad czym się zastanawiałam to jego delikatnie słodkawy posmak, ja wolę kwaskowy. Ale to absolutnie nie jest wada. Krokiet jest robiony na miejscu, nie kupiony w Społem. Większy niż standardowe krokiety, gorący, panierka bardzo chrupiąca.
Nadzienie – jak to u krokietów bywa – kapusta i mięso, nie pożałowane, w idealnych proporcjach. Zaprawdę, powiadam Wam, że za 5.7zł smaczniejszego barszczyku z krokietem nie uświadczycie w mieście.
Wczoraj jednak chciałam spróbować czegoś innego i wylądowałam w Restauracji NOT , mieszczącej się na rogu Sienkiewicza i Plant ((ul. Sienkiewicza 48/50). Było mokro, wstrętnie, więc dobrze by coś ciepłego zjeść. Rzut oka na kartę dań, no i wybór oczywisty: barszcz czerwony z krokietem.
Tutaj mały zonczek, bo porcja 7zł. Do tego mniejsza niż w Szamie, ale zjadliwa. Choć cały czas jedząc ten barszczyk zastanawiałam się nad jego mocno wyczuwalnym czosnkowym posmakiem. No i bez doprawiania pieprzem się nie obyło. Krokiet – z początku mnie rozczarował. Wyglądał jak Społemowski, jednak był jakby smaczniejszy.
No i z grzybami. To duży minus, ponieważ osobiście znam osoby nie jadające grzybów,
gdyż te zwyczajnie im szkodzą. Jeśli ktoś taki zamówi w Nocie barszcz z krokietem, to albo go nie zje, albo będzie miał niestrawność. Uważam, że w takich miejscach powinien być jakiś wybór, a jeśli go nie ma, to ten krokiet mogli by robić/kupować bardziej neutralny.
Ale jeśli ktoś lubi czosnek w barszczu czerwonym i krokiety z grzybami, pieniędzy nie wyrzuci. Choć osobiście wybieram Ale Szamę. Taniej i zdecydowanie smaczniej.

Autorką recenzji jest Marika.

poniedziałek, 22 października 2012

Solidna kanapka z kurczakiem, czyli Brazer z KFC

Do tej pory z KFC układało mi się średnio. Słabiutki kebab, żenujący longer, mikroskopijny Bsmart. Tylko frytki i Grander Texas ratowały w moich oczach honor Pułkownika. Ostatnio pojawiła się okazja by zapoznać się z kolejną kanapką z KFC. Kiedy spytałem na fan page SFP co powinienem teraz przetestować - The M w McDonald's czy Brazer w KFC, ten drugi wygrał niemal przez aklamację. No to pojechałem do Galerii Echo.

Brazer występuje w dwóch odmianach: Brazer Twister (9,20 zł), czyli tortilla i Brazer Kanapka (10,20 zł). Zdecydowałem się na tego drugiego, bo jakoś bardziej przemawiała do mnie wizja kurczaka w ciabacie. Okazało się, że pora chyba lunchowa, bo na potęgę schodziły wszelkiej maści kubełki i na Brazera przyszło mi poczekać... 10 minut. W końcu jednak moja cierpliwość została nagrodzona takim oto kształtnym pudełeczkiem:


A w środku? A w środku znalazłem kanapkę, która posmakowała mi bardziej chyba, niż Grander:


Wg opisu na stronie KFC "W chrupiącej ciabacie kryje się świeża, soczysta pierś kurczaka marynowana w specjalnej mieszance ziół i przypraw. Do tego najlepsze, soczyste pomidory od lokalnych dostawców, świeża i krucha sałata, sos ziołowy oraz plaster smacznego sera Cheddar."

No więc zaglądam do środka...



Po kolei:
Bułka. Pieczywo typu ciabatta. Mięciutka, acz skórka lekko chrupiąca. Ciepła. Bardzo dobra.
Warzywa. Krucha sałata i soczyste pomidory faktycznie są. W ilości odpowiedniej, nie przeszkadzają w jedzeniu, nie wybijają się na pierwszy plan, jak np. w Wieśmacu, dla mnie to zaleta.
Ser. Jest solidny plaster Cheddara. Przykrywa całe mięso. Czuć go w smaku, ale nie na tyle, by dominował.
Sos. Jest bardzo smaczny. Lekko pikantny, doskonale pasował zarówno do warzyw, jak i mięsa.
Grillowany kurczak. Czyli główny bohater. Duży kawałek kurzęcej piersi. Soczysty, dobrze doprawiony, gra w tej kanapce pierwsze skrzypce. To on sprawia, że Brazer to dla mnie najlepsza rzecz, jaką do tej pory w KFC jadłem. Rzekłem.



Podsumowując: Brazer to kanapka zdecydowanie warta swojej ceny. Smaczna i nasycająca. Perfekcyjnie dobrane składniki i dobry sos sprawiają, że nie żałuje się wydanych pieniędzy. Polecam.

sobota, 20 października 2012

O tym jak Niecny Książę jadł fast foody w Norwegii, czyli Burger King w Stavanger

Dzisiaj zapraszam Was na wycieczkę do Stavanger. Antek Stalich vel Niecny Książę Mikesz opowie Wam, czy burgery w norweskim Burger Kingu smakują i wyglądają tak samo jak u nas. Zapraszam do lektury:


Stavanger. Niezwykłe miasto w południowo-zachodniej Norwegii, nad Morzem Połnocnym i Atlantykiem, omywane Golfsztromem, co powoduje, że co prawda nigdy nie ma tam ostrych zim, ale za to zimowe sztormy są bardziej dokuczliwe niż osławione wiatry w kieleckiem… Trzecie co do wielkości miasto w Norwegii, raptem sto tysięcy mieszkańców w centrum, trzysta tysięcy w aglomeracji. Za to 30% dorosłych osób ma wyższe wykształcenie (inżynierowie), a liczba imigrantów przewyższa 10%. Drugim słyszanym w mieście językiem po norweskim jest… polski. Bo Stavanger to nie tylko urocze miasteczko założone w 1125 roku, z zabudową bądź to drewnianą pochodzącą z XVII-XVIII w. bądź to nowoczesną stalą ze szkłem. Jest to przede wszystkim europejska stolica naftowa, taki europejski Kuwejt i ponoć najdroższe miasto świata… Mówi się wieloma językami, a niedobory norweskiej kadry inżynierskiej łatwo wypełniają przybysze ze świata, inżynierowie, ostatnio Polacy. 

W maleńkim centrum Stavanger, rozmieszczonym na wschód, południe oraz zachód od kanału portowego Våget od którego zaczęła się historia miasta, mieszczą się jedynie dwie restauracje amerykańskich sieci: Burger King oraz McDonalds. Cała reszta fast-foodów w centrum są to bowiem kosztowne restauracyjki. W obu amerykańskich restauracjach jest po prostu najtaniej – co ma znaczenie nie tylko w ultra-drogiej Norwegii, ale przede wszystkim w nieziemsko drogim Stavanger.

Torget, Stavanger, Norwegia


Burger King mieści się w najlepszym punkcie miasta, przy Torget, Rynku. Rynek ten to maleńki placyk z jednej strony zamknięty starożytną katedrą, z drugiej dość brzydkim wieżowcem w którym o ile się nie mylę znajduje się polski konsulat, z trzeciej portem, a czwarty bok to początek Skagenkaien, "kei Skagen", ciągu starych acz zadbanych przepięknych drewnianych budynków. Na parterze pierwszego budynku zmieścił się Burger King. Hasła reklamowe głoszą, że jest to nie tylko największy Burger King w Norwegii, ale także najlepsza restauracja sieci w kraju w 2011, starają się o miano najlepszej rodzinnej restauracji miasta, w co jestem skłonny uwierzyć. Bo ruch w lokalu nieustanny, a jeść dają naprawdę dobrze.



Stavanger Burger King


Jak na polskie realia, rozmiary lokalu to śmiech na sali, ale przecież to mały ludnościowo kraj, małe miasto. Niestety, zdjęć z wnętrza będzie mało: kierownik zmiany we wtorek na me pytanie czy mogę sfotografować personel zabronił tego, tłumacząc wytycznymi firmy. No, ale nie na nas Polaków zakazy ;-) W kuchni i za ladą pracuje na każdej zmianie 6-7 osób, robota pali im się w rękach. Najważniejsi pracownicy paradują w smyczach obwieszonych honorowymi znaczkami korporacyjnymi. W personelu znajdziemy ludzi wielu nacji, wystarczy posłuchać… komunikują się ze sobą po angielsku! To także znak międzynarodowego charakteru miasta u wylotu cieśniny Skagerrak.



Foto personelu surowo zakazane ;-)


We wszystkich fast-foodach w Norwegii panuje jedna żelazna zasada: Za jedzenie na miejscu (Eat-In) płaci się o kilka koron więcej niż za jadło na wynos. Dodatkowe korony pokrywają koszty sprzątania. Wszystkie ceny będą wiec podane za jedzenie na miejscu.



Double Whopper Bacon & Cheese


Wtorek rozpocząłem od Double Whoppera, Cheese & Bacon, Onion Rings (krążkami cebulowymi) oraz dodatkowymi chrupkami Chili Cheese (4 szt.) Wyroby te dostaniemy także w Polsce. Trzeba powiedzieć, że w Norwegii zestawy wychodzą ekonomicznie najlepiej – nic tu się nie da oszukać. Sam Double Whopper kosztuje NOK78 (PLN43), Chili Cheese ok. PLN21. Nie pamiętam dokładnie ile wydałem na tę indywidualną kombinację tego wieczora, ale już następnego dnia zrozumiałem iż tylko zestawy się kalkulują. 



Food-porn. Double Whopper Cheese & Bacon.


Wrażenia: W Polsce – mimo iż bardzo lubię wyroby Burger Kinga – miałem zawsze wrażenie, że whoppery, szczególnie te większe były… zbyt soczyste. Sok lał się po dłoniach i to mnie drażniło. W stavangerskim BK whopper był inny. Nadal soczysty, ale idealnie zrównoważony. Nic po dłoniach się nie lało, a burgera wchłonąłem w tempie zastraszającym. Zdecydowanie wiedzą jak to robić ;-) Krążki cebulowe jak wszędzie, ale zafascynowały mnie kuleczki Chili Cheese. W kulce z panierki zapieczony jest żółty ser i papryczka jalapeno! Wspaniałe dopełnienie posiłku, ale uważam, że gdyby były więcej niż cztery pikantne kulki to zaczęłoby być już trochę nudno… więc nie przesadzajmy. 



Chili Cheese & Onion Rings.


Drugi, środowy wieczór była to kulinarna rozkosz. Norweski BK wprowadził nowość – burgery Xtra Long. Tym razem zamówiłem zestaw: Xtra Long Chili Cheese menu (burger, frytki, Cola) oraz 4 szt. Chili Cheese w specjalnej cenie NOK20 (PLN11). Całość kosztowała NOK125 (PLN69) i ten zestaw jest godzien polecenia. Xtra Long Cheese: na dość długiej bułce spoczywają trzy soczyste burgery, te pokryte zapieczonym żółtym serem i papryczkami japaleno. Pikantne, soczyste, niebo w gębie! Reszta jak wszędzie, a o cudownych kuleczkach Chili Cheese już wspominałem. Dodam, że przed wizytą w BK zjadłem w pracy solidny lunch, nie ma więc mowy o wpływie głodu na ocenę jadła.



Xtra Long Chili Cheese.


Trzeci wieczór stał pod znakiem Xtra Long Bacon BBQ. Ten zestaw jest droższy – uzupełniony o 4x Chili Cheese kosztuje NOK132 (PLN73). Powiem tak – dobre, ale z butów nie wyrywa. Niewątpliwie hamburgery są pyszne, ale ani dodany bekon nie poprawia smaku, a sos barbeque jak to sos barbeque jest mdławy. Ma się rozumieć, kuleczki Chili Cheese na deser pomagają, ich pikantność pozostawia wrażenie, że całość posiłku była pyszna.



Xtra Long Bacon BBQ.


Piątek zaczął się kulinarnie koszmarnie. Długi spacer Skagenkaien, statki, mewy, obejrzane z zewnątrz zamknięte Muzeum Norweskiej Ropy Naftowej, ludziska świętujący "piąteczek" i panujące zimno sprawiły iż poczułem się upiornie głodny. W dzielnicy wschodniej, na małym placyku pod adresem Søregata 7 znajduje się jedyny McDonalds w centrum miasta. Werdykt – odradzam. Wziąłem zestaw Viking Menu, podstawą był tam BigMac. Wystarczy powiedzieć, że dławiłem się nim próbując przełknąć, ostatecznie pół burgera wylądowało w koszu z resztą zestawu. Bułka była totalnie sucha, podobnie jak to co znajdowało się w środku, a smak nie przekonywał. Co dziwne, nie mam podobnie złych wrażeń w polskich McD, być może jakość stavangerskich Burger Kingów mnie tak rozbestwiła…



Koszmarny McDonalds.


Uciekłem do Burger Kinga. Tam sympatyczny oliwkocery kierownik na pytanie po ile sztuk podają Chili Cheese z humorem odrzekł: 'Cztery, osiem, dwanaście, szesnaście, dwadzieścia czte.." przy czym w panice poprosiłem o jedynie osiem sztuk, na wynos ;-) Zjadłem z apetytem siedząc na restauracyjnej ławce przed lokalem i obserwując wieczorne życie miasta. Stopiony ser w środeczku  kulek był rozkosznie gorący… A nie dodałem, że w całej Skandynawii niezależnie od fast-foodu mamy nieskrępowany dostęp do ketchupu, soli, pieprzu, serwetek i słomek. Nie to co u nas, żeby o to trzeba było prosić personel…



Ostatnie spojrzenie.


W Norwegii Burger King wymyślił pomysł pod tytułem Whopper Lab. Na stronkach firmy logujemy się, komponujemy dowolnie fikuśny zestaw, podajemy godzinę odbioru, po czym maszerujemy do lokalu do specjalnej kasy priorytetowej i dostajemy z mety wybrany zestaw. Niezły patent! Tam to działa.


Have It Your Way (BK) - o Whopper Lab.

Autorem zdjęć i recenzji jest Antek Stalich.

piątek, 19 października 2012

Norweski przysmak na studencką kieszeń, czyli Ilona zamawia w Bistro MT Kielce

Dzisiaj coś dla studentów, ale też tych, którzy nie maja czasu wyskoczyć z pracy na obiad. I dla tych, którzy po prostu cenią sobie dobre jedzenie za niewygórowaną cenę. Ilona z Kieleckiego Informatora Studenckiego studiuje.eu, zamówiła sobie obiad z dowozem w kieleckim Bistro MT. Co mozna zjeść za 13 zł? Otóż całkiem sporo! Witam Ilonę wśród naszych Autorów, a Was zapraszam do czytania:


Mój wybór środowego obiadu padł na BISTRO MT KIELCE (ul Równa 4b, przy Restauracji Mazel Tov).
Jak się okazało jest to nic innego, jak nazwa, pod którą funkcjonuje w ciągu dnia kuchnia jednej z kieleckich restauracji, serwująca tanie i szybkie posiłki obiadowe.

W środowym zestawie dnia za 13 zł trafiło na łososia grillowanego z ziemniakami i surówką plus żurek.

Osobiście skorzystałam z opcji zamówienia na wynos i nie rozczarowałam się. W ciągu 30 min od złożenia zamówienia na danie dnia mogłam zaspokajać swój głód.
Obiad przywieziono mi w miejsce wskazane przeze mnie bez dodatkowej opłaty za dowóz (zamawiałam w centrum) co jest na pewno dużym plusem.

Jedzenie mimo transportu nie było zimne, wręcz przeciwnie. Gdy otworzyłam żurek unosiła się z niego para co świadczyło, że był nadal gorący a w gratisie ku mojemu zaskoczeniu otrzymałam grzanki choć nie było tego w ofercie. Żurek smakował jak ten zrobiony przez babcię w czasach gdy byłam małą dziewczynką.

A co do łososia? Nie wiem czy można nazwać go królewskim, ale był naprawdę dobry.
Wspominając inne zjedzone przeze mnie ryby, jak na tą cenę ulokowałam bym go naprawdę wysoko. Dzwonko łososia, choć nie było dużych rozmiarów to jego grubość zdecydowanie wystarczała żeby sobie pojeść. Wyczuwalna była nutka cytryny, a na wierzchu widoczna kratka z grilla. Do zestawu dołączona była surówka z kapusty kiszonej, z marchewką i cebulą. Jedynym zastrzeżeniem z mojej strony była nieco za grubo pokrojona cebula. Ostatni składniki to gałka ziemniaków posypana pachnącym, świeżym koperkiem.

Gdybym miała ocenić swój obiad według skali szkolnej postawiłabym mu 4 z plusem m.in. za nieco zbyt grubo posiekaną jak dla mnie cebulę, ale cóż nie można mieć wszystkiego. Na pewno nie był to mój ostatni posiłek w BISTRO MT KIELCE. Tylko tym razem już osobiście wybiorę się na miejsce

Dla Street Food Polska
Ilona Kwiecień
redaktor Kieleckiego Informatora Studenckiego Studiuje.eu

czwartek, 18 października 2012

Włoska robota, czyli Harry testuje Panini na Statoil

Po Schaboburgerze Harry wybrał się na Statoil powtórnie. Tym razem postanowił zaprzyjaźnić się z kanapką w stylu włoskim.  Lejdis end dżentelmen - przed Wami Panini:


Miałem zamiar tą recenzję napisać zupełnie inaczej, ale właściwie to muszę przyznać, że popełniłbym wtedy błąd. Dlaczego? Gdyż w ferworze walki źle sklasyfikowałem to co zjadłem. Ale do rzeczy.

Od jakiegoś czasu sieć stacji Statoil ma w swoim menu kanapki w stylu włoskim czyli „panini”. Dla podkreślenia wspomnianego wcześniej włoskiego stylu, kanapki nazywają się „Mediolańska”, „Parmeńska” i „Toskańska”. Zakładam, że nazwy i wypełnienie kanapek związane jest z charakterystycznym dla danego regionu specjałem. Ja, ponieważ jestem skrajnie mięsożerny wybrałem „Panini Toskańska z bekonem”.

Już dawno nauczyłem się, że zdjęcia reklamowe nijak mają się do właściwego produktu, ale w tym przypadku muszę powiedzieć, że dużo gorzej nie jest. A właściwie dostajemy to samo, tylko że kanapka nie ma objawów ekshibicjonizmu i sama się nie otwiera. No więc co właściwie dostajemy? Po kilku chwilach oczekiwania, aż kanapka się podgrzeje, dostajemy podłużną bułkę z ciemnego pieczywa. Na bułce jest sporo ziaren, a z rozcięcia wychylają się rogi plastrów boczku (ładnie przyrumienione), trochę wypływającego sera i kawałki czerwonej papryki.


No to wcinamy! I… cholera ale dobre! Bułka jest ciepła i przyjemnie chrupiąca. Gdybym się miał czepiać powiedziałbym, że bułka jest nieco zbyt twarda, ale nie jest to efekt wysuszenia w piekarniku, ani czerstwości pieczywa. Jest to raczej spowodowane faktem, że ten rodzaj ciasta po prostu jest nieco twardszy od zwyczajnego białego. Lecimy dalej. Na spodzie znajduje się farsz pieczarkowy. Jest dokładnie taki sam jak w zapiekankach ze Statoil, czyli zwyczajnie smaczny i przyjemny. Wyżej mamy ser… I przysiągłbym, ze w kanapce są go dwa rodzaje. Pierwszy rodzaj to standardowy ser w tego typu przekąskach, smaczny i ciągnący się. Drugi to cos na kształt sera topionego lub środka sera camembert. Ten drugi ser przyjemnie zwilża całą kanapkę, z drugiej strony kapie trochę z kanapki. Dlatego dobrze jest jednak skorzystać z kartonika, na którym dostajemy panini, a później z serwetek. Na serze są położone plastry bekonu. Jest on naprawdę bardzo przyjemny w smaku. Nie jest za tłusty, ale też nie jest wysuszony. Ma wyraźny smak, nie ginie w aromatach i smakach reszty dodatków. No i na koniec papryka czerwona… No więc organoleptycznie stwierdzam, że jest. Widziałem ją na zdjęciach i w rozcięciu kanapki, ale jeśli chodzi o smak, jest absolutnie niewyczuwalny. Jednak można przymknąć na to oko bo przy tak wyraźnych smakach pozostałych składników nie trudno się zgubić. Muszę powiedzieć, że było pyszne. Jeszcze dodatkowo z kawą na śniadanie? Bomba.

Teraz chciałbym wyjaśnić moje słowa wstępu. Chciałem tą kanapkę ocenić jako średnią. Nie ze względu na walory smakowe, ale ze względu na cenę i jej wartość zapychającą. No więc jeśli miałbym oceniać to w tych kategoriach to napisałbym (po raz kolejny jeśli chodzi o szybkie jedzenie ze Statoil), że jest smacznie, ale za taką cenę (prawie 8zł) można zjeść coś większego i bardziej sycącego. I zaprawdę powiadam wam: tak właśnie jest! Ale po przeczytaniu kilku wpisów, na tym oto blogu stwierdzam, że byłoby to niepoprawne podejście do materii. Dlaczego? Gdyż zrozumiałem, że nie jest to przekąska jako taka, ale przekąska z segmentu śniadaniowych. A jako taka zasługuje zdecydowanie na wyższa notę szczególnie, że w sposób niezobowiązujący najadłem się (na ciepło) tak, że spokojnie wytrwałem aż do obiadu.

Podsumowując. Jeśli będzie to wasze śniadanie, polecam w 100%. Smacznie, na ciepło, cena nie powala, a spokojnie najecie się przynajmniej do obiadu. Jeśli jednak chcecie potraktować „Panini Toskańską” jako substytut obiadu czy po prostu poważniejszy punkt w waszym menu, lepiej zjedźcie dwa hot-dogi. Cena podobna, a bardziej się napchacie.

Autorem recenzji i zdjęcia jest Harry Angel

Recenzje kilku innych przekąsek ze Statoila znajdziecie też w Portalu MetroMSN

środa, 17 października 2012

Kulinarne arcydzieło, czyli pizza z Roadway

Po fatalnej pizzy z Dominium (brrrrr!!!), posłuchałem dobrych rad udzielonych mi na fan page Street Food Polska na Facebooku i postanowiłem w końcu spróbować pizzy z Pizzerii Roadway. Roadway działa na kieleckim rynku gastronomicznym już kilka lat i był pierwszą pizzerią w Kielcach, w której zainstalowano piec opalany drewnem. Czemu więc dotąd nigdy tam nic nie zamawiałem? Ano z dwóch powodów:
1. Lokalizacja. Pizzeria mieści się na rogu ulic Prostej i Tarnowskiej, a więc jeśli ktoś zna topografię Kielc - z dala od jakichkolwiek szlaków.
2. Brak dowozu. Tak tak - w dobie "pizzy na telefon" Roadway pizzy nie dowozi. Jedyne ustępstwo na jakie idzie to takie, że można pizze zamówić przez telefon na określoną godzinę i samodzielnie odebrać. Nie mam daleko, a jednak nigdy nie chciało mi się takiego manewru wykonać.
Jednym słowem lenistwo z mojej strony, które sprawiło, że tak późno miałem okazję poznać smak jednej z najlepszych pizz w moim życiu.

Na szczęście jednak dałem się Czytelnikom namówić i zadzwoniłem do Roadwaya. Wybór padł na pizzę dużą (45 cm). Jedna połówka to zasugerowana mi przez Czytelniczkę Per Donna, druga to już mój wybór, czyli Primavera. Koszt - 38 zł. O umówionej godzinie podjechałem, odebrałem pudełko i przywiozłem do domu. Otworzyłem...



Ja wiem, że zdjęcie jest fatalne. Ale zapach jaki rozniósł się po otwarciu pudełka zelektryzował nawet mojego psa, a on pizzy nie lubi. Szaleństwo! Czym prędzej rozpoczęliśmy ucztę. Na pierwszy ogień poszła połówka

Per Donna

Jest to pizza na którą składają się: sos pomidorowy, ser, łosoś, karczochy, oliwki i pomidory. Dodatkowo pizza polana została sosem balsamicznym (ten ciemny wzorek).  Do tego ćwiartki limonki i cytryny do skropienia ryby. Uch! to było coś niesamowitego! Tak dobrej pizzy z łososiem nie jadłem już ze trzy lata! Ciasto - rewelacja. Cieniutkie, świetnie doprawione i upieczone. Jednak piec opalany drewnem robi ogromną różnicę! Składniki najwyższych lotów, łosoś rewelacyjny, żadne tam badziewie pod nazwą łosoś sałatkowy. Plastry soczystego, wędzonego łososia cudownie komponowały się z czarnymi oliwkami i sosem balsamicznym. Kruche karczochy  idealnie uzupełniały smak. Po prostu małe arcydzieło!


A potem przyszła pora na 
Primaverę

Ta pizza z kolei to przepyszna kombinacja świeżej, aromatycznej rucoli, doskonałej parmeńskiej szynki, pomidorów, oliwy i dwóch serów: mozzarelli i parmezanu, który starty na rucolę wyglądał, jak pierwszy śnieg na zielonej jeszcze trawie. Kompozycja tyleż poetycka co smaczna. Co ja gadam smaczna, przepyszna! Podobnie jak w Per Donnie wszystkie składniki najwyższej jakości. Ta pizza również okazała się jedną z najlepszych jakie jadłem.


Podsumowując: Roadway to pizzeria, którą koniecznie powinniście odwiedzić (o ile jeszcze tego nie uczyniliście). Pizze od nich to po prostu mistrzostwo świata. W moim prywatnym rankingu ma miejsce w pierwszej trójce, obok pizzy z VooDoo i Pod Trójką. Mam straszną ochotę spróbować teraz roadwayowego Calzone! Polecam!

wtorek, 16 października 2012

Schabowy jak u babci, ale jakoś dziwnie, czyli Harry testuje Schaboburgera

Pisałem ostatnio o rollerze i ostro wędzonym na Statoilu, pisałem o hamburgerze tamże, zaś Harry Angel opisywał Wam statoilową zapiekankę. Na tym jednak nie koniec, bo Harry poszedł za ciosem i przetestował dla Was Schaboburgera i Panini na tej stacji. Dziś Schaboburger:


Dziwnym, a wręcz nadnaturalnym zbiegiem okoliczności, znowu miałem okazję wieczorową porą zawitać na Statoil na ul. Źródłowej. Miałem w zamiarze kupić tylko coś do picia, jednak bardzo miły Pan za ladą przekonał mnie do nabycia czegoś o nazwie „Schaboburger”. Dobrze czytacie moi mili. Połączenie naszego polskiego schabowego z burgerem. Co bardziej rezolutni domyślili się już, że chodzi ni mniej, ni więcej tylko o bułkę od hamburgera połączoną z naszym swojskim schaboszczakiem. „I za prawdę powiadam wam: Rację macie!”
Jeśli śledzicie ów blog, to wiecie, że nie pierwszy raz testuję fastfoody z tego właśnie przybytku benzyny, alkoholu i szybkich przekąsek. Więc bez dalszych wstępów przystąpię do analizy tego posiłku.

Po zamówieniu Schaboburgera nikt o nic nas się więcej nie pyta (w przeciwieństwie do zamówień na popularne hot-dogi czy zapiekanki). Wszystko znajduje się w jednej paczce, razem z sosami, warzywami etc. Czy to przeszkadza? Właściwie nie. Ile razy można wymyślać zestawienia sosów do hot-doga, czy warzyw do kebaba. Nawet się trochę ucieszyłem. Zamówienie i odbiór, bez zbędnej gadaniny.

Miły Pan zza lady wrzucił bułkę do opiekacza, mięsiwko do pieca i po niespełna dwóch – trzech minutach dostałem kanapkę do konsumpcji. Wielkością w sumie przypomina hamburgera czy cheeseburgera z McDonalda. Jest może nieco większa, ale na pewno rozmiarami nie przypomina hamburgerów z „budki”.


W środku znajdziemy (wspomnianego już wcześniej) schabowego, trochę ogórków konserwowych i (uwaga) pyszną, chrupiącą sałatę, a dodatkowo keczup i dresing. Razem z sezamową bułką tworzą dość miłą kompozycję, w której jednak cały czas dominuje schabowy. No może, jak na moją modłę, keczup jest nieco zbyt wyrazisty, ale tak naprawdę to nie ma do czego się przyczepić. Dodatkowo cała kanapka jest ciepła. Prawdopodobnie to zasługa podgrzanego w piecu mięsa i dobrze zgrillowanej bułki.


I tutaj niestety zaczynają się schody. Schabowy, pomimo, że pyszny i ciepły, po prostu nie nadaje się do takiej przekąski. Nie jest to rodzaj mięsa, który się rozpada w zębach, więc trzeba z nim czasami powalczyć. Raz nie chce się przegryźć innym razem się ciągnie. No jak to schabowy… pyszny pod warunkiem, że ma się do niego nóż i widelec. Kolejnym schodkiem jest cena. Żałuję, że nie mogę w tej recenzji używać mojego prawdziwego głosu żeby podkreślić wagę tego co napiszę. Schaboburger kosztuje 8 ZŁOTYCH!!! Jak na taką przekąskę to zdecydowanie za dużo. Może ujmę to inaczej. 

Kiedy zjadłem tą kanapkę to nawet poczułem się… najedzony. Niepełny, nie nasycony, ale zwyczajnie mój organizm przyjął do wiadomości, że wchłonął cos smacznego i ciepłego. I faktycznie smaczne i ciepłe to było, ale piszę tę recenzję nie dalej jak 20 minut od konsumpcji i powiem szczerze, że to wrażenie już się rozwiało. Właściwie mógłbym iść znowu na Statoil i „wciągnąć” kolejnego.

Podsumowując: jest to danie na mały głodek. Tak jak w przypadku przemieszczania się z punktu A do punktu B i coś nas lekko ssie, ale nie mamy specjalnego pomysłu na co mamy ochotę. Dodatkowo 8 złotych jest ceną zdecydowanie za wysoką. Gdyby Schaboburger był w cenie normalnego hot-doga to powiedziałbym „bierzcie w ciemno”, ale w tej sytuacji powiem „Kto ciekaw niech spróbuje”, ze wskazaniem na „w Kielcach można pojeść taniej i syciej”.

Autorem zdjęć i recenzji jest Harry Angel.  




poniedziałek, 15 października 2012

Gorzej być nie mogło, czyli pizza z Dominium

 - Oni chcą mnie zabić – powiedział spokojnie Yossarian.
– Nikt nie chce cię zabić – krzyknął Clevinger.
– To dlaczego do mnie strzelają? – spytał Yossarian.
– Oni strzelają do wszystkich – odpowiedział Clevinger. – Chcą zabić wszystkich.
– A co to za różnica?

(Joseph Heller, Paragraf 22)

Zaplanowaliśmy sobie pizzowy weekend. Dzisiaj relacja z pierwszego, bardzo nieudanego dnia. Czyli wpis z cyklu "strzeż się tych miejsc" albo "jak źle wydać pieniądze".

Pizzeria sieci Dominium działa w Kielcach od lat. Ostatnim razem jedliśmy tam ze dwa lata temu i już nie wracaliśmy. O ile na początku pizze były duże, składniki super i w dużych ilościach a ciasto smaczne, o tyle z upływem czasu robiło się coraz gorzej. Postanowiliśmy jednak zaryzykować i zamówić pizzę z menu "Della Casa". Cena kazała sądzić,  że są to pizze z segmentu premium. No jak tak... Zamówiliśmy połówkę Bel Gusto i połówkę Pollo Parmigiana. Cena w promocji 30% taniej za XXL na cieście tradycyjnym - 42,40 zł, bez promocji 47,90 zł za BG i 49,90 zł za PP. Niemało.

Otworzyłem pudełko. No, jak pragnę zakwitnąć - XXL to ja rozumiem jako minimum 50 cm, tutaj zaś mamy typową dużą pizzę, czyli ze 40 - 45 cm.


Dalej było już tylko gorzej. Na pierwszy ogień poszła połówka

Bel Gusto



Wg menu jej skład to: pikantny sos z miodem, kiełbasa pepperoni, szpinak, cebula, pomidory i papryka. Po kolei:
Sos - miodu w tym nie czułem, lekką pikantność posiadał, ale po zjedzeniu nie pamiętałem już smaku w ogóle.
Kiełbasa pepperoni - była i to po 2 plasterki na kawałek! Wow! Rozpusta.
Szpinak - był. Wyglądał, jakby ktoś zmiął w ręku kilka liści i wcisnął na placek. Zero smaku.
Pomidory  -pocięte w półplasterki, nie doprawione, bardziej przeszkadzały niż nadawały smak. Acha, lało się z nich na placek.
Papryka  - nie wiem co napisać. Po dwa kawałeczki (1 cm) na kawałek pizzy. Masakra...
Ser - czy nie ser ? Raczej najtańszy substytut. Ciągnął się i było go dużo.
Ciasto - jedna wielka katastrofa. Amen. Koniec. Nie mogę napisać NIC pozytywnego. Zakalec bez smaku, do tego przypalony (!!!). Bardzo chętnie przywierało do papieru, którym wyłożone było pudełko (dodatkowa radocha - obrywanie papieru z ciasta):


Potem przyszła pora na droższą połowkę, czyli

Pollo Parmigiano

Wg menu jej skład to: sos czosnkowy aioli, pomidory, mozarella, paski piersi kurczaka i grillowane warzywa. Brzmi pięknie, prawda? A co dostajemy w rzeczywistości?


Sos - był. Ale za nic nie odważę się powiedzieć, że miał smak. Na pewno czosnku w nim nie było. Uwielbiam czosnek, więc wiem co mówię. To było coś bez wyrazu zupełnie. Równie dobrze mogłoby go nie być, nie zauważyłbym różnicy.
Paski piersi kurczaka - przepraszam, może pan powtórzyć? A tak, paski kurczaka. Po 1,5 na kawałek pizzy? I nie paski tylko raczej półpaski. 
Grillowane warzywa - patrz -----> paski z piersi kurczaka. 
Pomidory i ciasto - patrz -----> Bel Gusto
Mozarella - była.

Podsumowując: tak złej pizzy nie jedliśmy już dawno. 43 zł wyrzucone w błoto. Pizza była niesmaczna, na pewno nie miała rozmiaru XXL (drogie - dosłownie - Dominium: polecam zobaczyć, jakie rozmiary oferują inne pizzerie, np. Grande Pizza i co oznacza rozmiar XXL) i na pewno nie warta tych pieniędzy! NIGDY WIĘCEJ! Pizza Dominium trafia na listę "strzeż się tych miejsc". Za te pieniądze wybieram Pizza Hut, a w VooDoo czy Pod Trójką zjecie zdecydowanie smaczniej i taniej niż w Dominium. Fuj, fuj paskudztwo, jak mówił Olgierd "Olo" Jedlina w Kingsajzie.
To co nam przywieziono nie miało prawa trafić do klienta. Koniec, kropka.

EDIT: Wczoraj (26.10.2012) otrzymałem list z przeprosinami od Dominium S.A. Nie zostałem upoważniony do publikacji tego maila, ale z jego treści wynika, że Dominium dołoży wszelkich starań, by taka sytuacja więcej w Kielcach nie miała miejsca. Cieszę się, że Dominium nie ucieka od problemu, tylko bierze byka za rogi. mam nadzieję, że słowa dotrzymają i pizza z kieleckiego Dominium wróci do jakości, jaką miała po otwarciu.

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...