O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


piątek, 30 listopada 2012

Warszawa burgerami stoi, część 2. Rewelacyjne bułki, BBQ Burger i Miss Listopada, czyli Warburger

Po wizycie w Barn Burger i burgerach z Soul Food Bus udaliśmy się na Mokotów, by zakosztować wyrobów Warburgera. Było już dość późno, zaczął padać deszcz, okoliczne lokale raczej świeciły pustkami, sklepy pozamykane, a pod kioskiem, gdzie mieści się Warburger Head Quarters kilkanaście osób czeka cierpliwie na swoje hambuksy.


Stanęliśmy więc i my. Atmosfera luzacka, śmiech i generalnie pozytywne wibracje w powietrzu. Co kilka minut właściciel wręcza kolejnemu szczęśliwcowi tekturowe pudełko z kanapką. My po dłuższym zastanowieniu decydujemy się na BBQ (19 zł) i Miss Listopada (23 zł - chyba, bo zgubiłem paragon i nie pamiętam dokładnie).

Po około pół godzinie (tak, tak - tyle osób było przed nami!) szczęście uśmiecha się i do nas. Właściciel wychodzi dzierżąc w dłoniach dwa pudełka. Zaprasza nas pod daszek - akurat zwolniło się miejsce, więc nie będziemy moknąć.

Stawiamy pudełka na stoliku, otwieramy...


... i kwiczymy z zachwytu.  BBQ:


Zacznę od bułek. Maślane, mięciutkie... Pyszne. Drążąc temat zdobywam informację, że na początku wypiekali je sami, ale ponieważ nie wyrabiali, zlecili wypiek jednej z najstarszych piekarni w Warszawie, działającej od 1937 roku. Piekarnia piecze te bułki wg receptury Warburgera i tylko dla nich!

A co w bułce? Pomidor, cebula, sałata, ogórek, bekon i soczysty kotlet wołowy. I sos BBQ własnej roboty. Pyszny, gęsty o wyraźnym smaku śliwki.


Mięso jest rewelacyjne. Doskonale doprawione, soczyste, zgrillowane idealnie. Całość - ideał amerykańskiego burgera. Jadłem i płakałem ze szczęścia, było mi tak dobrze, że gdyby pojawił się tam akurat Naczelny Strażak Rzeczypospolitej, to przytuliłbym go i powiedział: chłopie, nie łam się, nie strzelaj focha, to prawda - nie jesteś już wicepremierem, ale za to masz teraz czas, żeby zjeść takiego zajebistego burgera!

Miss Listopada

Bardziej rozbudowana kompozycja i jak każda Miss dostępna jedynie w określonym miesiącu. Ładna jest:


Atrakcyjna bułka suknia kryje bogate wnętrze: soczyste mięso, karmelizowaną cebulkę, rucolę. Charakteru nadaje jej gorgonzola z zielonym pieprzem. Sery pleśniowe pasują mi do wołowiny bardzo, a ostra, wyrazista gorgonzola naprawdę podnosi walory smakowe tego burgera. Wszystko mi w tej kanapce pasowało. Absolutnie wszystko. I. również była zachwycona. Będziemy za Tobą tęsknić, Miss Listopada!

Podsumowując: kolejne miejsce, gdzie mega pozytywni ludzie realizują swoją pasję. Z korzyścią dla miłośników rewelacyjnych hamburgerów. I kolejne miejsce, które wpisujemy na listę - odwiedzić ponownie! Polecamy!

Warburger mieści się na rogu ulic Puławskiej i Dąbrowskiego.

czwartek, 29 listopada 2012

Warszawa na kółkach, czyli burgery, zapiekanka i kawa z food trucków

Kultura street food coraz śmielej wkracza do Polski. Mimo walki z absurdami urzędniczymi (pozwolenia, odbiory etc.) maniacy ulicznego jedzenia dostają coraz więcej możliwości zaspokojenia swoich potrzeb. Przy okazji Urban Marketu mieliśmy okazję zobaczyć i spróbować pyszności oferowane w specjalnie do tego celu urządzonych samochodach. Świetny patent, szkoda tylko, że ograniczany przez przepisy - w Nowym Jorku jeździ ponad 1800 (!!!) foodtrucków i nikomu to nie przeszkadza. Stają po prostu gdzieś na ulicy, a ludzie mogą sobie podejść i zamówić jedzenie lub picie. Mam nadzieję, że i u nas będzie to coraz powszechniejsze, bo pomysł świetny, a jak mogliśmy się organoleptycznie przekonać, prowadzą takie biznesy zapaleńcy, którzy w to co robią wkładają całe serce i duszę. My kibicujemy takim rozwiązaniom i szczerze polecamy jedzenie i kawę tam serwowane. Jako pierwszy odwiedziliśmy


Ekipa serwuje kilka rodzajów hamburgerów. Chłopaki dwoili się i troili by nadążyć z nakarmieniem czekających wokół głodomorów, co chyba najlepiej świadczy o jakości serwowanych przez nich kanapek.



Nasz wybór padł na Chili (12 zł) i Mexican (14 zł). Po kilku minutach podpatrywania artystów przy pracy odebraliśmy swoje kanapki i odeszliśmy na bok celem spożycia.
Chili: jest ostry. Zawdzięcza to zarówno sosowi chili, jak i temu, że burger grillowany był razem z papryczkami. Grillowana bułka (klasyczna sezamowa) kryła w sobie soczyste mięso wołowe, wysmażone jak należy, czyli ścięte z wierzchu i różowe w środku, wspomniane papryczki jalapeno, sałatę, pomidora, czerwoną cebulę. Jeśli chodzi o pieczywo to możemy wybierać między jasnym a ciemnym. Hamburger okazał się fantastyczny. Mięsa mniej niż w Barn Burgerze, bo "zaledwie" 150 g, ale cena też jest odpowiednio niża. Wołowina pierwszoklaśna, soczysta i dobrze doprawiona, pozostałe składniki dobrane perfekcyjnie. Wszystko do siebie pasowało i dawało dużo radości podczas jedzenia.



Mexican: nie ma zmiłuj. Jedna ze smaczniejszych kompozycji. Oprócz 150 g wołowiny w bułce znajdziemy awokado, sos chili, śmietanę, sałatę i czerwoną cebulę. Ten burger też jest pikantny, ale śmietana i awokado nieco tę ostrość łagodzą. Wszystko soczyste i arcysmaczne. Mruczeliśmy z ukontentowania budząc wesołość przechodzących obok ludzi, niektórzy patrząc na nas też dali się skusić i mruczeli razem z nami. Nic tak nie jednoczy ludzi jak jedzenie :)



Kiedy skończyliśmy jeść burgery, podszedłem do następnego samochodu, by spróbować jednego z moich ulubionych street foodów, czyli zapiekanki.


Do wyboru mamy aż 11 różnych zapiekanek, w tym tak dla mnie nietypowe, jak zapiekanka z nutellą, ananasem i sosem truskawkowym. Wybierać możemy pomiędzy dwoma wielkościami: XXL i połówką tegoż. Ponieważ byliśmy po burgerach, a chcieliśmy jeszcze popróbować innych rzeczy, zdecydowałem, że wezmę połówkę. Mój wybór padł na Wiejską.


To był dobry wybór - połączenie kiełbasy, pieczarek i sera zawsze wróży sukces. Do tego prażona cebulka i ostry ketchup oraz trochę szczypiorku i mamy kompozycję idealną.



Stanąłem sobie z boczku i wgryzłem się w chrupiącą, idealnie zapieczoną bagietkę:


Jedzenie tego cuda ulicznej gastronomii sprawiało mi niekłamaną przyjemność. Wszystkie składniki pyszne, pieczywo rewelacyjne - będę szukał ZSB podczas kolejnej wizyty w Warszawie! Zaspokoiwszy na chwilę głód, postanowiliśmy napić się kawy serwowanej przez


To był dobry pomysł, bo ekipa kawę parzy świetną. Aromat rozchodził się po całej ulicy i przed zabytkowym Citroenem HY ustawiała się spora kolejka kawoszy. Zgubiłem paragon, więc niestety nie powiem Wam ile dokładnie zapłaciliśmy, ale z tego co pamiętam około 8 zł.




Kawa świetna! Polecam Wam, jeśli gdzieś zobaczycie ten charakterystyczny samochodzik - walcie tam na doskonały napar! Ja piłem Flat White, mimo, że z mlekiem to kopie w jaja, pobudza i przede wszystkim jest bardzo smaczna.

Wzmocnieni na ciele i umyśle udaliśmy się we wnętrza 1500m2 Do Wynajęcia, by tam doznać kolejnych pyszności, ale to już zupełnie inna historia.

Właścicielom mobilnych biznesów życzymy wytrwałości w walce z głupimi przepisami - trzymajcie się, bo Wasza działalność jest potrzebna! Street Food Polska trzyma kciuki !!!



środa, 28 listopada 2012

Tam gdzie miłość do mięsa osiąga szczyt, czyli kanapka z rostbefem w Meat Love

Po napasieniu się burgerami w Barn Burger ruszyliśmy leniwie w miasto. Takie flanowanie z pełnym brzuszkiem nocną porą bardzo dobrze wpływa na samopoczucie. Wędrując niespiesznie dotarliśmy do nowego miejsca na kulinarnej mapie Warszawy. Nowego, lecz już wielce zasłużonego dla złaknionych pyszności głodomorów.


Malutki lokalik w oficynie kamienicy na ulicy Hożej 62 wypełniony po brzegi roześmianymi twarzami, zapachami gorącego pieczywa, radością niczym nie skrępowanej konsumpcji - po prostu miejsce, gdzie celebruje się czysty hedonizm. Meat Love. Szukałem go skuszony możliwością zjedzenia kanapki z mięsem.

Z trudem przebiliśmy się do kontuaru by złożyć zamówienie. Najedzeni byliśmy mocno i przez to popełniłem zasadniczy błąd - zamówiłem tylko jedną kanapkę. O ja głupi !!! Gdybym wiedział, że nie zdążę już tam wrócić przed wyjazdem!

Właściciel przyjął zamówienie na kanapkę z rostbefem - po prostu jak zobaczyłem plastry różowej wołowiny nie mogłem się oprzeć, by tego nie spróbować. Nie było miejsca, by zasiąść, a chcieliśmy jeszcze trochę przed snem pospacerować, więc poprosiłem by moją kanapkę zapakować.

Po kilku minutach właściciel wręczył nam taką oto torbę:


Chwilę jeszcze pogadaliśmy z tym przesympatycznym, pełnym entuzjazmu człowiekiem i udaliśmy się dalej. Ale ślinka ciekła, więc sięgnąłem do torby:


W takim momencie widać właśnie zaangażowanie i miłość do tego co się robi i sprzedaje. Kunsztownie opakowana kanapka budziła tkliwość, przypominała mi paczuszki, jakie Mama Kangurzyca robiła Maleństwu i Tygryskowi. Przez woskowany papier przebijało ciepło bagietki i aromat wołowiny. Rozwinąłem czym prędzej:


To było obłędne. Cieplutka bagietka ze wzruszająco chrupiącą skórką, własnoręcznie kręcony, kremowy majonez, świeża roszponka i to co w tej kanapce najważniejsze - mięso.


Plastry soczystej, różowawej w środku wołowiny, doskonale doprawionej... Mięsa jest dużo i towarzyszy nam od pierwszego do ostatniego kęsa.
Ta kanapka to kulinarne arcydzieło. Stojący w pobliskiej bramie przedstawiciele miejscowego lumpenproletariatu przerwali konsumpcję wysokoprocentowych alkoholi i patrzyli na nas zaciekawieni, bo odgłosy jakie wydawaliśmy przy jedzeniu do złudzenia przypominały ścieżkę dźwiękową z niemieckiego pornosa.

Musicie, po prostu musicie tego spróbować! W Meat Love kochają mięso i wiedzą co z nim zrobić. Polecamy wszystkim, którzy lubią nie tylko mięso, ale i perfekcyjnie przygotowane kanapki. Za kanapkę z rostbefem zapłaciliśmy 17,50 zł i Bóg mi świadkiem - gdybym mieszkał w Warszawie byłbym tam codziennym gościem.

Kawałek kanapki zostawiliśmy sobie na drugi dzień celem eksperymentu. I wiecie co? Smakowała równie dobrze, jak w momencie zakupu! Majonez przegryzł się z mięskiem i wydobył nowy smak.

Polecamy!

wtorek, 27 listopada 2012

Warszawa burgerami stoi. Część 1, czyli atak serca, seks i przemoc w Barn Burger

Nie ukrywam, że burgery były tym, co mnie do Warszawy od dawna ciągnęło. Jestem wielkim fanem kanapek z soczystym wołowym kotletem. Dosyć już miałem tylko czytania o pysznych burgerach, jakie można tam spożyć. Nie udało się co prawda spróbować wszystkich (bardzo żałuję, że ominęła nas wizyta w Burgeratorze!), ale coś tam jednak skubnęliśmy ;)

Jako pierwszy na naszej drodze pojawił się Barn Burger na ulicy Złotej. Nie muszę oczywiście dodawać, że lokal był pełny? Menu wypisane jest wprost na ścianie. O ile I. wahała się przez chwilę, jakiego burgera zamówić, mój wybór był oczywisty. Jako, że wyrzutów kalorii nie mam, uznany jestem za człowieka, który promuje "niezdrowe" jedzenie (przez grzeczność nie przeczę), mogłem zamówić tylko jedno: Heart Attack (26 zł). I. zdecydowała się na Sex & Violence (moja szkoła!), również za 26 zł. Zamówili, zapłacili, zasiedli i rozejrzeli się po lokalu. Dwupoziomowy, ale raczej mały. Na parterze kilka stolików na 2 i na 4 osoby. Antresola - nie wszedłem, ale wyglądała na taką, która pomieści 4-6 osób. Jednak co tam lokal - to tylko dodatek do tego co najważniejsze, czyli burgerów. Po kilku chwilach wjechały one na stolik. Każdy burger dociera do nas na drewnianej tacy w towarzystwie frytek, sałatki coleslaw i dwóch sosów: BBQ i salsa - nie znajdziecie ich wewnątrz bułki. Frytki grube, na wzór belgijskich, chrupiące z wierzchu, soczyste w środku i - co bardzo nam się podobało - posypane pieprzem. Sałatka jest malutka, ale smaczna, idealnie pasująca do hamburgera. Sosy - BBQ rewelacja, wyraźnie wyczuwalna śliwka, doskonale doprawiony. Salsa - robiona na miejscu, z kawałkami pomidorów i papryki, również nas uwiodła.

Ale na bok dodatki, nawet najlepsze, skoro przed oczami pojawia się coś, co wywołuje łzy wzruszenia w oczach zamawiającego i panikę na twarzach współbiesiadników: ladies and gentelmen - Jego Wysokość Heart Attack!





Zero kompromisów: pyszna, cieplutka bułka z ziarnami kryje w sobie 200 g soczystej wołowiny otulonej podwójnym serem i podwójnym bekonem! Nie mam pojęcia ile to ma kalorii. Nie mam pojęcia o ile skacze cholesterol po zjedzeniu tego cuda. Nie obchodzi mnie to. Chcę to zjeść !!!! Wgryzam się, a tłuszcz i sok z mięsa spływa mi po brodzie...  Wszystkie włosy na ciele stanęły mi dęba, dreszcz przeszedł po plecach, wątroba wrzasnęła a ślinianki nie nadążały z produkcją. To było doznanie mistyczne. To był orgazm.  Soczyste, doskonale doprawione, średnio wysmażone mięso (różowe w środku, tak jak sztuka nakazuje) było rewelacyjne, ser z góry i z dołu ciągnął się apetycznie, a podwójny bekon nadawał wyrazisty i zdecydowany smak. Z której strony by człowiek nie chapnął - bekon był zawsze! To nie jest burger dla wątłych hipsterów. To nie jest burger dla grzecznych panienek. To koszmar dietetyków i wegetarian. Pieprzony Charles Bronson wśród hamburgerów. To jest burger dla tych, którzy lubią balansować na krawędzi. Kiedy go zjesz - nic już nie będzie takie samo. Z politowaniem będziesz patrzył na spadochroniarzy, narciarzy ekstremalnych czy parkourowców. Zjadając go przechodzisz na ciemną stronę mocy. O ile przeżyjesz. A jeśli przeżyjesz - będziesz wracał. Ja ciągle czuję jego smak. I chcę więcej.

Pora na Sex & Violence.



Pyszny, lecz łagodniejszy. Bekon jest pojedynczy i nie wyczuwa się go tak intensywnie, jak w HA. Łagodność zawdzięcza delikatnemu serkowi mascarpone, a zdecydowania nadaje mu rucola. Soczysty i aromatyczny. Burger o ziołowym posmaku, jeśli lubisz zestawienie wyrazistej wołowiny, kremowej łagodności serka i aromatycznej rucoli - bierz! Mnie bardzo smakował, a I. była wniebowzięta. O ile HA walił w pysk bez pardonu i ostrzeżenia, jak uliczny zadymiarz, o tyle S&V raczej kulturalnie zaprasza na ring, ale 200 g wołowiny uczciwie ostrzega, że walka skończy się nokautem.

Podsumowując: Barn Burger spełnił moje oczekiwania co do burgerów idealnych. Nasycają, są pyszne, a dodatki mają świetne. Do stołu siadaj raczej na pusty żołądek - ciężko zjeść taki zestaw, jeśli jadło się coś 2-3 godziny wcześniej. Poezja i to poezja chwytająca za serce. Polecamy!



poniedziałek, 26 listopada 2012

Warszawa po wietnamsku cz. 1, czyli pho i sajgonki w Toan Pho.

Kilka dni nic nie wrzucałem, ale jak wiecie z naszego fan page'a związane to było z bardzo wyczerpującym wyjazdem do stolicy :) Przez 3 dni (właściwie to 2,5) specjalnie dla Was poddawaliśmy nasze żołądki i wątroby  szczególnemu obciążeniu.

Od dziś więc nadrabiamy braki i przez najbliższy tydzień będziecie mogli przeczytać nasze wrażenia na temat: belgijskich frytek, niemieckich currywurst, burgerów, zapiekanek, sushi, wietnamskich zup, sajgonek i kanapek... Byliśmy na Urban Market w 1500m2 Do Wynajęcia, wypiliśmy litry świetnej kawy, poznaliśmy wspaniałych ludzi i przede wszystkim jedliśmy, jedliśmy, jedliśmy... A więc posłuchajcie. Nasz wyjazd zaczęliśmy i zakończyliśmy w wietnamskich restauracjach - Toan Pho i Du-Za Mi-Ha. Od wietnamskiej kuchni więc zaczniemy nasze relacje. Jako pierwszy odwiedziliśmy

Toan Pho

Lokal mieści się na ulicy Chmielnej 5/7. Nie jest duży, dwie salki i kilka stolików. I wszystkie miejsca zajęte! Udało nam się jednak złapać dwa miejsca, zasiedliśmy więc i spojrzeliśmy na menu: 



Ja od początku szedłem tam nastawiony na zupę pho, I. jest maniaczką sajgonek, więc nasze zamówienie wyglądało tak:
Ja: zupa pho z wołowiną 
I.: zupa pho z karpiem na chrupko i sajgonki. 

Doszło jednak do nieporozumienia - zupę z karpiem na chrupko należy zamawiać jako zupę rybną. Nasze zamówienie zostało źle zrozumiane i zamiast z karpiem dostaliśmy z ... kaczką :) Nie zmienialiśmy już, w końcu kaczka też pływa, prawda? 

Zupa mogłaby wystarczyć za cały obiad - jest jej bowiem... 800 ml ! Pho to esencjonalny rosół z makaronem i mnóstwem ziół, można dodawać do niego mięso, owoce morza, ryby...

Moja pho z wołowiną wyglądała tak:


Micha takiej zupy to nieliche wyzwanie. Mięsa jest dużo, pocięte w płatki stanowi istotny i bardzo smaczny dodatek. Soczysta wołowina ugotowana do miękkości nadaje smak i aromat, nie na tyle jednak silny by przytłumić zioła - kolendrę, miętę i cebulę dymkę. To zioła sprawiają, że nie jemy polskiego rosołu, tylko przepyszną, azjatycką zupę. Makaron - w moim pho były to dłuuugaśne wstążki. Dłuższe chyba niż spaghetti. W pierwszej chwili sprawia to niejaką trudność, ale podpatrując innych szybko łapiemy metodę jedzenia: można pomagać sobie widelcem lub pałeczkami. 
W kilku słowach - najlepsza azjatycka zupa, jaką zdarzyło mi się jeść.

I. walczyła w tym czasie z pho z kaczką, w połowie wymieniliśmy się talerzami by porównać smaki.


Pho z kaczką okazała się łagodniejsza od wołowej. Sam wywar był jakby delikatniejszy. Ta zupa również była pyszna, ale moim zdaniem wołowina wymiata. I znowu powtórzę - zioła! To one sprawiają, że zupa mimo iż jest esencjonalna i nasycająca sprawia wrażenie orzeźwiającej. Tutaj znajdziemy dodatkowo bambus i bazylię cynamonową. Płatki soczystego, mięciutkiego mięsa z kaczki oraz makaron (tym razem nitki) - taki domowy, swojski sprawiają, że ciężko się oderwać od talerza. Nie ma co się rozpisywać - po prostu trzeba spróbować.

Na deser zostały nam sajgonki. Troszkę się zdziwiłem, bo w Kielcach sajgonki podawano nam zawsze trzy, duże i grube. Tutaj zaś było to 15 cienkich i krótkich kawałków:



Do sajgonek dostaliśmy sosik. Nieco nieufnie nabiłem sajgonkę na widelec, zamoczyłem w sosie i uniosłem do ust... I odjechałem. Gorące, chrupiące, soczyste, kapitalnie doprawione. Kwaskowy sos rewelacyjnie podkreślał ich smak. Nadzienie z mięsa, grzybów i warzyw - cudowne. Najlepsze sajgonki jakie jadłem. I. nie mówiła nic, tylko mruczała z ukontentowania. A ona jest wybredna, jeśli o sajgonki chodzi. Za 3 dania zapłaciliśmy 52 zł i ani przez chwile nie wydawało nam się dużo. To co zjedliśmy zdecydowanie było warte swojej ceny. 

Nie dziwi mnie absolutnie popularność tego lokalu i bardzo dobre opinie pojawiające się w internecie. Lokal odwiedzany przez studentów, freaków, hipsterów, biznesmenów i wszystkich, którzy lubią dobrą, wietnamską kuchnię. Toan Pho wpisujemy na listę miejsc, do których koniecznie trzeba wrócić, a jeśli jeszcze tam nie byliście - koniecznie to nadróbcie! Polecamy gorąco!

środa, 21 listopada 2012

Tania, smaczna i nasycająca, czyli Kanapka Wiejska w 4 Mobiles

Oj, jak ja dawno w 4 Mobiles nie jadłem! Więc kiedy przejeżdżałem w pobliżu ulicy Astronautów, od razu skręciłem, żeby sobie smak serwowanych tam przekąsek przypomnieć. Przez chwilę się zawiesiłem, bo choć smaka miałem na grillowana kanapkę, mój wzrok przyciągnęła kartka z informacją, że w ofercie pojawiły się kartacze, 3 sztuki za 6 zł. Ale nie, aż tak głodny nie byłem, a poza tym ... może kebab? Nie, też nie, najmniejszy z oferty, czyli pita również wydawał mi się za duży.  No to... Kanapka. Ale mała. Kanapka z szynką i pieczarkami zaliczona, Kanapka Michała takoż, więc może ... Tak, mała Kanapka Wiejska to dobry pomysł. Zapłaciłem 5,50 zł i po około 3-4 minutach odebrałem swoje zamówienie.


Mała kanapka w 4 Mobiles to połowa bagietki, więc wcale taka mała nie jest. A co dostajemy? Tradycyjnie już w tym miejscu rewelacyjną, grillowana bagietkę z wsadem. W przypadku Kanapki Wiejskiej w środku znajdziemy plastry wiejskiej, podwędzanej kiełbasy, świeżego ogórka, takiegoż pomidora, ogórka konserwowego i surówkę z kapusty. Do tego sos majonezowy.



Całość smakuje rewelacyjnie. Co prawda surówki z kapusty jest moim zdaniem trochę za dużo, ale stanowi ona dolną warstwę, więc jeśli jemy od góry, łatwo się nadmiaru kapusty pozbyć.
Kiełbasa jest naprawdę dobrej jakości, czuć w niej mięso, a nie wypełniacze, jest też dobrze doprawiona. To jedna z lepszych kanapek, jakie jadłem. Powtórzę tutaj - duży wpływ na to, że kanapka jest świetna ma pieczywo. Jest po prostu rewelacyjnie dobre. Tymi kanapkami ( w wersji dużej) najemy się, jak dużym kebabem, w wersji małej zaspokoimy bez problemu średni głód. A przy tym zjemy naprawdę smacznie. Polecam po raz kolejny!

4 Mobiles znajduje się tuż przy stacji Statoil, na rogu ulic Astronautów i Źródłowej. Drugi lokal pod nazwą "Kebab" znajdziecie na Paderewskiego.

wtorek, 20 listopada 2012

Sajgonki w najlepszym wydaniu, czyli Chinatown w Galerii Korona

Zraziłem się nieco do sajgonek po wizycie w Barze Saigon. Na szczęście dałem się namówić I., żeby podczas wizyty w Galerii Korona dać jednak chińszczyźnie szansę. Udaliśmy się więc do stoiska pod wszystkomówiącą nazwą CHINATOWN. Ceny przystępne i nie odbiegające od standardów. A do tego sporo promocji na zestawy z sajgonkami w roli głównej. Z tego wszystkiego zakręciłem się jak Edyta Górniak w reklamie ING i już nie wiem czy Pepsi wchodziła w skład zestawu czy nie? Paragon wyrzuciłem, więc nie sprawdzę.

Zdecydowaliśmy się spróbować zestawu, w skład którego wchodziły: 3 sajgonki, sos i dwie surówki. Do tego półlitrowa Pepsi. Rachunek wyniósł 12 zł. A dostaliśmy to:


Surówki: pierwsza to klasyczna surówka z kapusty, jaką zjecie w każdym "chińczyku". Smaczna, ale na tyle standardowa, że nie ma co się rozpisywać. Natomiast druga - przeciwnie. Kapusta, ogórek i papryka. Pyszne, świeże i soczyste.

Sos: ostro-kwaśny. Bardzo smaczny, podkreślający zarówno smak warzyw, jak i sajgonek. Dość gęsty, o konsystencji kiślu.

No i clou całego zestawu, czyli sajgonki. Idealne. Nie tłuste, chrupiące, doskonale doprawione. W środku m.in. makaron sojowy, wieprzowina i warzywa. Nawet polane sosem nie rozmiękały, były gorące i aromatyczne. Jedne z najlepszych, jakie dane mi było jeść.


Przekonały mnie na tyle, że podczas następnej bytności w Koronie skuszę się na inne dania oferowane przez Chinatown. Chyba znalazłem następne miejsce z dobrą "chińszczyzną"! Polecam !

P.S. Bardzo przyjemna i kompetentna obsługa!

Pamiętacie o konkursie? :)

poniedziałek, 19 listopada 2012

Powrót do przeszłości, czyli zapiekanka z Ghiootto

Ghiootto to sieć restauracji oferująca włoska klasykę, czyli pasty i pizze. Makaronów nie lubię, a na pizzę nie miałem ochoty. Jednak będąc w Galerii Korona zwróciłem uwagę na potykacz, gdzie wypisane było, że oferują zapiekanki za 4,99 zł. Postanowiłem spróbować. Nie, nie ma wyboru - zapiekanka jest oferowana tylko jedna - z pieczarkami i serem. Trudno, zaryzykuję. Bagietka pokryta kawałeczkami pieczarek i startym serem trafiła do pieca. Po około 4 minutach była gotowa. Jeszcze keczup i udałem się do stolika, by w spokoju odbyć podróż do czasów PRL.



Zacznę od tego, że za 5 zł dostajemy dość dużą bułkę. I gorącą, co jest dużym plusem. Ale sama bagietka mnie rozczarowała. Niby była chrupka z wierzchu, ale niestety gumowata w środku.
Natomiast reszta... Taki smak na zawsze już będzie kojarzył mi się z dzieciństwem, wczesnymi latami 80-tymi XX wieku, wyjazdem nad morze, smrodem oleju ze smażalni ryb i frytek, salonami gier video (co drugi zwał się Tip-Top), strzelnicami w barakowozach, obiadami wykupionymi w domu wczasowym, zapachem jodu, krzykiem mew i koszulkami z Limahlem. Gdzieś w tym wszystkim od czasu do czasu rodzice pozwalali na kupno zapiekanki z grzybami. Była to na ogół taka właśnie gumowata lub, co gorsza,  spalona bułka (mikrofalówek wtedy nie było, zapiekane były w małych piecykach elektrycznych produkcji NRD lub ZSRR) pokryta warstwą pieczarek, sera żółtego i keczupu lub koncentratu pomidorowego, podana na tekturowej tacce.

Ta z Ghiootto zaliczona byłaby do tych lepszych. Pieczarki doskonale doprawione, sera dużo i ciągnął się jak działacze PSL za posadami państwowymi, keczup niby tani, ale pasujący. Naprawdę, gdyby nie kiepska bułka rekomendowałbym ten zakup. Bo sam "wsad" jest naprawdę smaczny. Jednak bułka nie zachęca do kupienia tej zapiekanki ponownie. A gdyby tak wymienić pieczywo? Albo robić "bułkę" z ciasta do pizzy?

Jeśli więc chcecie powrócić na chwilę do PRL-u lub zobaczyć, jak się wtedy jadło - spróbujcie.
Jeśli żadna z powyższych propozycji Was nie kręci - dajcie sobie spokój. Lepsze można zjeść np. w Cenzurze lub na BP.

Pamiętajcie o konkursie !

KONKURS Z BURGER KING !

Dzisiaj zapraszam Was do konkursu organizowanego wspólnie z Burger Kingiem. King zadaje pytanie, 3 wybrane przez Króla odpowiedzi zostaną nagrodzone. A więc do dzieła:

Pytanie: Co najbardziej sobie cenisz w Burger King, czego nie oferuje żadna inna marka?

Czas: odpowiedzi nadsyłacie do piątku (23.11.2012) do północy z piątku na sobotę.

Adres: streetfoodpolska@gazeta.pl

Nagrody: Trzy najlepsze zdaniem Króla odpowiedzi nagrodzone zostaną zestawem z Jego oferty: dowolny burger + frytki + napój. 

UWAGA! Realizacja nagród wyłącznie w lokalach Burger King Polska! Dlatego w mejlu napiszcie, w którym lokalu w razie wygranej chcielibyście odebrać nagrodę !!!


A tymczasem w restauracjach Burger King*




* - Z pozdrowieniami od Kinga ;)

Czas start! Powodzenia!

sobota, 17 listopada 2012

Amerykańska klasyka, czyli sandwicz z klopsikami w Subway

Ta kanapka to klasyka. Amerykańska klasyka. Sandwicz z klopsikami w Subwayu to coś, czego od dawna chciałem spróbować. Aż nadarzyła się okazja. Ponieważ byliśmy akurat w Galerii Korona, postanowiłem nadrobić zaległości i czym prędzej udałem się do stoiska Subwaya. Zamówiłem 15 cm sandwicza, zapłaciłem 8,90 zł i po około 4 minutach odebrałem zawiniątko.

Do tego sandwicza nie ma dodatków warzywnych, jedynie ser na życzenie. Dlaczego? Otóż klopsiki są w gęstym pomidorowym sosie. Oczywiście można sobie domówić warzywa, ale w tym wypadku mija się to z celem. Zobaczycie poniżej na zdjęciu. Pieczywo wybrałem jak zwykle parmezan - oregano. Poprosiłem też o dodatkowe posypanie pieprzem, bo jak się dopytałem, sos pomidorowy jest łagodny.

Na pieczywo trafiły 4 klopsiki oraz sos. Na nie jeszcze ser i pieprz i sandwicz trafił do pieca. Klopsiki w sosie były wcześniej zagrzane, ale ja lubię zapiekane pieczywo, więc zdecydowałem się na dodatkowe tostowanie. Po rozpakowaniu sandwicz wyglądał tak:



A jak smakowało? Pieczywo - wiadomo, bardzo smaczne, nie raz już o tym pisałem. Sos pomidorowy to sos pomidorowy, a nie koncentrat. Kawałki pomidorów, gęsty, kolor i aromat naturalny. Jak dobry, prawdziwy sos do spaghetti na przykład. Klopsiki - samo mięso. Soczyste i dobrze przyprawione. Pycha.

Podsumowując: Gdybym wziął 30 cm - nie jadłbym pewnie do końca dnia. Sandwicz nasyca bardzo i nic dziwnego - połączenie pieczywa z mięsem to bomba kaloryczna. Klopsiki lądują obok Ranch'o i kurczaka na ostro w pierwszej trójce moich ulubionych sandwiczy w Subwayu. Jedna uwaga na koniec: weźcie kilka serwetek, sosu jest tak dużo, że ryzyko upaćkania się wzrasta o 100% w stosunku do innych kanapek. Polecam!

piątek, 16 listopada 2012

Mega pyszny hot dog z pieca, czyli Crazy Piramid Pizza

Miałem zjeść kebaba. Naprawdę miałem chęć na kebaba w bułce, a nie chciało mi się daleko chodzić. Pomyślałem więc o Crazy Piramid Pizza - jadłem tam już pizzę, kanapkę i zapiekankę, ale kebaba jeszcze nie. Poszedłem więc na Rogatkę Krakowską celem doznania owego narodowego dania Polaków. Jednak przed wejściem do lokalu spojrzałem na potykacz i... zmieniłem zdanie. Na potykaczu bowiem wypisano kredą iż CPP zaprasza na hot dogi z pieca - mały 3,50 zł, XXL 6,50 zł.

Hot dogi wielbię, więc obok takiej oferty nie mogłem przejść obojętnie. Zamówiłem oczywiście dużego. Zapłaciłem 6,50 zł i usiadłem podglądając proces produkcji. I micha mi śmiała, bo wiedziałem, że będzie co najmniej dobrze. Żadnej mikrofalówki - parówki wsadzone zostały do bagietki i całość powędrowała do pieca na około 4 minuty.

Po wyjęciu z pieca przyszła pora na sosy i dodatki. Odebrałem gotowego hot doga i wyszedłem celem skonsumowania go na świeżym powietrzu.

Pierwsza uwaga: był gorący. Druga: był naprawdę duży:


I wiecie co? To był hot dog perfekcyjny. Bagietka zapiekła się idealnie: skórka była chrupiąca, a środek mięciutki. Parówki dobre i soczyste. Jeśli chodzi o dodatki - nie wybierałem, dostałem więc takiego, jak się tam zwykle robi. Jeśli ktoś nie lubi hot doga "sałatkowego" - wypakowanego warzywami, będzie zachwycony. Jedynie prażona cebula, ogórek konserwowy i konserwowa papryka. Do tego musztarda, keczup i łagodny sos śmietanowo-czosnkowy.


Zjadłem tego hot doga z ogromną przyjemnością. Zdecydowanie wart, żeby wydać na niego sześć i pół złotego. Czy mógłby być lepszy? Jedyna rzecz jaką bym zmienił "pod siebie" to zamiast łagodnych sosów dałbym jakiś ostry, np. sambal.  Polecam, bo warto!

czwartek, 15 listopada 2012

Tanie branie, czyli jemy w North Fishu cz.2

Przedwczoraj opisałem Wam dwie kanapki z menu "Tanie Branie" w restauracji North Fish. Dzisiaj przedstawię Tortillę z Dorszem i Fish Box z kalmarami.

Tortilla. W zestawie z frytkami kosztuje tyle samo co inne pozycje z Taniego Brania, czyli 5,90 zł. Jest mniejsza niż klasyczna tortilla w North Fishu, a jej wnętrze to dokładnie to samo, co w FishBurgerze z dorszem. Czyli kawałki panierowanego dorsza, ostry sos, cebula i ogórek. Naleśnik był mocno ciepły, ale nie chrupiący. Tortilla nasyca mniej niż wersja w bułce. Jednak w połączeniu z frytkami stanowi atrakcyjną przekąskę. No i ta cena - znajdźcie coś podobnego za 5,90 zł :) No OK - Bsmart z KFC jest za 5,50 zł, ale moim zdaniem North Fish to dużo lepszy wybór.




FishBox z Kalmarami. Jeśli lubicie kalmary to temu zestawowi przyjrzyjcie się uważnie. Za 10,90 zł dostajemy frytki, sos i krążki panierowanych kalmarów. Nie policzyłem dokładnie, ale 10 było na pewno. Kalmary dostaliśmy tak gorące, że parzyły palce. Dostajemy też ćwiartkę cytryny do skropienia kalmarów. Sos ostry, doskonale podkreślał smak krążków, panierka chrupiąca i cieniutka, nie dominowała smaku. Absolutnie polecam, choć kalmary są nieco gumowate, ale to nie sushi bar czy restauracja, gdzie ceny owoców morza zaczynają się od 100 zł za porcję, a kalmary są masowane przed smażeniem, żeby zmiękły. Było pyszne i gorąco polecam. O ileż smaczniejsze były te z NF od tych z Gdyni!




Podsumowując: North Fish przedstawił bardzo atrakcyjną ofertę. Szczególnie studenci powinni być zadowoleni - jedzenie pyszne, a ceny niskie. W dodatku NF kusi jeszcze jedną promocją - codziennie do 13.00 za okazaniem legitymacji studenckiej macie zniżkę 30% ! No, to są te chwile, kiedy żałuję, że już nie studiuję :)
Jednym słowem - polecamy!

środa, 14 listopada 2012

Trzy smaki nowe i jeden stary, czyli Telepizza

Postanowiliśmy zamówić pizzę. Jest jeszcze kilka pizzerii, których tutaj nie opisywaliśmy. Ale wszedłem w sieć i wyskoczyła mi strona Telepizzy. Reklamowała trzy nowe pizze. Powiem szczerze, że "stare" pizze smakowały mi tam lepiej, niż nowości. Ale... Postanowiliśmy zaryzykować. Korzystając z promocji 2 za 1, wzięliśmy dwie największe pizze. Każdy placek w dwóch smakach. W ten sposób mogliśmy spróbować 3 nowych smaków reklamowanych przez Telepizzę: Hot Habanas, Królewska Gouda, Sicilian Beef. Jako czwarty wybraliśmy Grill. Całość kosztowała nas 48,40 zł. Sos gratis.

No to jedziemy. Na początek Grill i Królewska Gouda:



Grill. Mięso, bekon, cebula i sos Barbecue. Trzy składniki, ale w prostocie siła. Smak naprawdę dobry, chociaż moim zdaniem ta pizza aż prosi się o sos ostry. Barbecue jest owszem, smaczny, czuć w nim smak śliwki, ale jest łagodny, a nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że lekko słodki. Zdecydowanie bardziej pasowałby mi tutaj chili na przykład. Jeśli jednak ktoś lubi pizzę łagodną, acz sycącą - powinien być zadowolony. Duża ilość cebuli dla mnie jest zaletą,cieniutko skrojony boczek okazał się soczysty, a mięso dobrze przyprawione.

Królewska Gouda. Nowy smak w ofercie. Gouda wędzona, bekon, pomidor i dwa sosy - śmietanowy i pikantny barbecue. Bardzo dobra pizza. Wędzona gouda wyraźnie wyczuwalna, bekon soczysty, a pomidory dobrze zapieczone - nie puszczały wody. Pizza ta jest reklamowana jako lekko ostra, ale dla mnie była łagodna. Chyba przez sos śmietanowy, który ostrość barbecue zagłuszał i w duecie z pomidorami mocno łagodził całość.

Przyszła pora na drugi placek, czyli Hot Habanas i Sicilian Beef.


Hot Habanas. Nowość. Peperoni, papryka, ananas, gouda wędzona i sos - barbecue habanero. Ta pizza to mój zdecydowany faworyt wieczoru. Pikantna, wyrazista i bardzo smaczna. Salami soczyste, wędzona gouda podbija smak i nadaje aromat, sos habanero rzeczywiście ostry, a papryka i ananas lekko łagodziły jego ostrość. Kapitalne połączenie, nie spodziewałem się. Bardzo dobra pizza!

Sicilian Beef. Nowość. Wołowina, boczek, papryka i sos Free The Beef. Pizza smaczna i sycąca. jednak jedzona po ostrej Hot Habanas wydaje się bardzo łagodna. Nie jestem w stanie powiedzieć czegoś wiążącego o sosie free the beef - moje kubki smakowe zostały mocno przytłumione. Mogę tę pizzę jednak z czystym sumieniem polecić, bo smakowała mi, choć nie wyróżnia się jakoś specjalnie. Może gdybym od niej zaczął doszukałbym się czegoś unikalnego. Tak czy siak - smaczna.

Podsumowując: jestem miło zaskoczony. Tym razem każda połówka mi smakowała. Jak pisałem wcześniej, moim faworytem okazała się Hot Habanos, ale pozostałe trzy również warte są spróbowania. W prywatnym głosowaniu moich współbiesiadników najwięcej zwolenników zdobyła Królewska Gouda (3 głosy). Pięć osób najadło się dwoma pizzami po pachy, choć ciasto było tradycyjne, czyli raczej cienkie. Chciałem bardzo spróbować tych pizz na cieniutkim cieście finetta, ale okazało się, że dostępne jest ono tylko w rozmiarach średnim i dużym. jeśli spytacie, czy warto było wydać 48 zł na te pizze, odpowiem, że tak.

wtorek, 13 listopada 2012

Tanie branie, czyli jemy w North Fishu cz.1

Będąc w Galerii Echo odwiedziłem punkty gastronomiczne w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. W oczy rzuciły się plakaty reklamujące w North Fishu tanie zestawy. Postanowiłem więc przetestować kilka i opiszę Wam je w dwóch recenzjach. Dziś część pierwsza.

W promocji Tanie Branie do wyboru mamy kilka zestawów. Każdy z nich kosztuje 5,90 zł, więc tanio jak barszcz. Na pierwszy ogień poszła Kanapka z tuńczykiem plus napój 0,4 l. Wybrałem Pepsi.



Kanapka podawana jest na zimno. Składa się z bagietki z ziarnami, pasty z tuńczyka i warzyw - sałaty, czerwonej cebuli i kiszonego ogórka.



Bułka świeża, nie wyschnięta, wsad doskonale doprawiony, warzywa chrupkie. Całość zaskakująco smaczna. Może nie na duży głód, ale np. jako drugie śniadanie (w połączeniu z napojem) spokojnie daje radę. Za 6 zł warto jak najbardziej, bo smaczne.

Potem spróbowałem FishBurgera z dorszem w zestawie z frytkami.



Różni się on od "pełnowymiarowego" FishBurgera, którego onegdaj opisał D. tym, że jest mniejszy, a zamiast paluszków rybnych znajdziemy w środku kawałek panierowanego dorsza. Oprócz ryby wsad stanowią: ostry sos, prażona cebulka, ogórek kiszony i czerwona cebula.


Bułka była ciepła, natomiast ryba gorąca. W połączeniu z resztą składników dawała bardzo ciekawy efekt smakowy. Mówiąc krótko - smakowało mi bardzo. Jedynie do bułki mam zastrzeżenie - była trochę za sucha, chyba za długo podgrzewana. Ryba była soczysta, ostry sos naprawdę ciekawy, szczypał w język, ale nie palił. Prażona cebulka nadawała smak hamburgera, ogórek i cebula dodatkowo nawilżały całość.
Frytki w North Fishu robią dobre, dostałem gorące, od razu posolone. Były dobrze usmażone - chrupiące z zewnątrz i soczyste w środku. W połączeniu z kanapką nasycają na tyle, że spokojnie średni głód odeślą do lamusa, tym bardziej, że jest ich sporo, na oko około 150 g.
Ten zestaw również polecam, bo warto.

Jutro część druga - zestaw z tortilla z dorsza i box z kalmarami.

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...