O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


czwartek, 31 stycznia 2013

Kurczak fajita w placku, czyli Bartuomiej recenzuje wrapy w Subwayu

Dzisiaj Bartuomiej opowie Wam o Subwayowych wrapach. Zapraszam do lektury:

Od czasu jak tylko dowiedziałem się o wrapach w Subway'u miałem na nie ochotę, jednak za każdym razem zapominałem o ich istnieniu. Aż w końcu tej słonecznej , acz mroźnej soboty, wybrałem się do restauracji Subway mieszczącej się na Półwiejskiej 20 w Poznaniu, aby spożyć takowego.

W promocji był akurat kurczak fajita , jednak jak się okazało, promocja tyczy się TYLKO sandwiczy, a nie wrapów. Mimo wszystko wybrałem właśnie tego. Sposób przygotowania mojego wrapa nieco różnił się od kanapek - najpierw na placku wylądowała alarmująco mała ilość kurczaka który został przykryty dwoma plastrami sera, a następnie to wszystko trafiło do czegoś w stylu mikrofalówki na 30 sekund.



Potem przyszedł czas na dobór warzyw , jednak w tym przypadku to na pierwszy ogień szedł sos - wybrałem sos kowbojski (chipotle) , który w akompaniamencie sałaty, papryki i dużej ilości jalapeno wypełniał wnętrze mojej tortilli. Całość trafiła jeszcze na 15 sekund do pieca,  dzięki czemu cała była ciepła i smaczna.

Cały wrap był wielkości 15 cm kanapki. Tortilla była miękka i ciepła, nie chrupała co uważam za plus , gdyż od chrupania w tym wrapie była odpowiedzialna sałata , która spełniła swoją rolę.
Jednak główną rolę grał tutaj kurczak oraz papryczki jalapeno , oraz przygrywający w tle sos kowbojski które stanowiły bardzo smaczną i odpowiednio ostrą kompozycję.




Tortilla była wręcz idealna , a mięso było czuć wyraźnie w każdym kęsie o co się obawiałem przy nakładaniu , gdyż nie było go za dużo (chociaż od przybytku głowa nie boli :D)


Podsumowując , wrap ten bardzo mi smakował i jest bardzo dobrą alternatywą dla pieczywa zwłaszcza gdy zabraknie mojego ulubionego ser-oregano , co w Subwayu na Półwiejskiej zdarza się nagminnie.

Autorem tekstu i zdjęć jest Bartuomiej

środa, 30 stycznia 2013

Siciliana na Szpinaku, czyli Pizza Chatka

Aura sprawia, że ruszać z domu mi się nie chce. Poza tym dużo się wokół SFP dzieje ostatnio i jestem praktycznie uwiązany do komputera. Biorąc to wszystko do kupy, zdecydowaliśmy się zamówić pizzę.

Wybór padł na Pizzerię Chatka, bo po pierwsze jeszcze stamtąd nic nie zamawialiśmy, a po drugie sporo osób wyrażało się pozytywnie o tym miejscu. Po przestudiowaniu menu nasz wybór padł na dwie duże (45 cm) pizze: Sicilianę i Szpinakową. Po godzinie od złożenia zamówienia pudełka stały już na stole, a my zabraliśmy się do jedzenia.

Siciliana: 

W menu opisana jest następująco: sos pomidorowy, ser mozarella, salami, bekon, cebula, karczochy, czosnek.


Te karczochy nas zachęciły, nie ukrywam. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że czegoś brakuje. Bekon! Gdzie jest bekon? Spoko spoko - jest. Tyle, że ukryty pod serem. Karczochy też były, ale trochę mało - średnio po listku na kawałek. No drogie są, rozumiem, ale mimo wszystko wolałbym albo grubsze kawałki, albo nieco więcej, bo choć smak ich był wyczuwalny, to słabo. W tej pizzy dominuje smak salami i bekonu. Nie żeby mi to przeszkadzało, broń mnie panie Boże! Ja salami i bekon uwielbiam, ale tutaj jednak to przełamanie karczochowe powinno być zdecydowanie mocniejsze. Pizza łagodna i aromatyczna, smaczna. Ciasto - biorąc pod uwagę, że pizza wyszła z pieca elektrycznego, niezłe. I. krzywiła się na za duże jej zdaniem ranty, ale dzieciaki były bardzo zadowolone, a i ja uważam, że za 22 zł to ta pizza była całkiem smaczna.


No dobra. Siciliana zjedzona, pora na

Szpinakową

Wg menu powinniśmy na niej znaleźć: sos pomidorowy, ser mozarella, szynka, pomidor, ser pleśniowy, szpinak, czosnek.


Powiem tak: pizza bardzo smaczna. Szpinaku jest sporo, serek pleśniowy typu camembert doskonale podbija smak, szynka dobrze się komponuje. Ale. Moim zdaniem za dużo w niej pomidora. Pizza jest łagodna i pomidor rozmywa jeszcze smak. Bez niego byłaby dużo lepsza, bardziej wyrazista w smaku. Ciasto takie samo, jak w Sicilianie - brzegi wyrośnięte, placek elastyczny. Koszt: 22,50 zł za 45 cm akceptowalny.


Podsumowując: niezła pizza w niewygórowanej cenie. Smaczna, choć mnie osobiście zabrakło jakiegoś ostrzejszego akcentu. W Sicilianie dołożyłbym karczocha, w Szpinakowej zrezygnowałbym z  pomidora i byłoby super. Ale za te pieniądze polecam, bo mimo drobnych wpadek dobre było.


wtorek, 29 stycznia 2013

lorraine lubi po belgijsku, czyli Frytaski warszawskie

Dzisiaj kolejna recenzja nadesłana. lorraine odwiedziła Frytaski - lokal, który serwuje belgijskie frytki. Mnie nie do końca pasowały serwowane tam fryty, ale czytając recenzję, myślę, że chyba trafiłem na słabszy dzień. Zapraszam więc do czytania:


Mroźnym zimowym popołudniem wybrałyśmy się z siostrą do centrum, spacer nie trwał długo, ale aura swoje robi, trzeba było gdzieś wejść i zjeść coś ciepłego
Zdecydowałyśmy się na frytki we Frytaskach przy ulicy Przeskok 2. Lokal jest maleńki i nie rzuca się w oczy. Frytki dla tego kto się dopatrzy na zdjęciu, gdzie trzeba wejść, żeby zjeść trochę smażonych kartofli ;)


Na szybie od razu zachęcające menu, żeby się człowiek nie musiał motać w środku.


Od razu trzeba przyznać że menu nie kłamie, małą porcją można się najeść. Może jak ktoś jest skrajnie wygłodzony i ma dużą pojemność żołądka, wtedy można zaryzykować duże, w przypadku gdy chce się zjeść przekąskę i ruszyć dalej w mróz, mała porcja wystarcza. No bo też ile można zjeść frytek na jeden raz, zbyt duża porcja jest po prostu nudna.

Lokalik jest mikroskopijny, prócz lady za która Pani smaży frytki jest lada wzdłuż ściany, przy której są trzy miejsca siedzące. Na ścianie jest duże lustro więc można sobie zjeść frytki do lustra ;) Jeśli dobrze pamiętam to gdy było ciepło, wcale nie było opcji wejścia do środka, frytki były podawane z okienka, ale teraz chwała za to udogodnienie. Lecz to nie koniec miłych wiadomości zimową porą, na ladzie stoi termoso-dzbanek z gorąca (i darmową) herbatą, obok są jednorazowe kubeczki, cukier, mieszadełka. Ach, gorąca herbata w mróz, prosta to, lecz wielka przyjemność

Czas może przejść już do właściwego posiłku, mała porcja jak już pisałam jest wystarczająca, frytki dostałyśmy usmażone na świeżo, duże i grube, chrupiące z zewnątrz, miękkie w środku, nie nazbyt obficie posolone. Nie miałam im nic do zarzucenia i moim zdaniem w niczym nie ustępowały dużo sławniejszym frytkom z Okienka. W praktycznym kubku-trzymaku prezentują się pięknie.


Wielkość kubka fałszuje oczywiście wielkość porcji, frytki są w papierowym rożku tak, że większość kubka jest pusta.
Wielkość porcji starałam się ująć na tym , niestety, niewyraźnym zdjęciu.


Do frytek oczywiście potrzebujemy sosu, wybór jest spory, część opisana jako własnej roboty, część gotowa.
Porcja sosu kosztuje 50 gr (na plus, bo u konkurencji, bliższej i dalszej, kosztuje całą złotówkę), ale jest mała (niby minus, ale z drugiej strony za wspomnianą złotówkę możemy sobie spróbować dwóch sosów, dzięki czemu wybór jest prostszy :). Ja wzięłam tzatziki i porcja mi wystarczyła, siostra poprosiła o salsę i już w połowie porcji frytek musiała dokupić samuraja.

Sos tzatziki bardzo dobry, znakomicie się komponował z frytkami. Niewiele miał wspólnego z oryginałem bo był majonezowo – koperkowy, a nie jogurtowo-czosnkowo-ogórkowy, ale ja lubię frytki z majonezowymi sosami tak że byłam zadowolona.

Salsa jest opisana jako bardzo pikantna, ale tu wielkie rozczarowanie, wcale nie była pikantna, ciężko mi wręcz oddać jak bardzo nie było w niej ostrości. Była pomidorowo-warzywna i dość słodka. Mnie smakowała bardzo, siostrze mniej, bo miała nadzieję na ostry smak. Trzeci, samuraj, opisany jako ostry, był lekko pikantny, nic nie paliło, można jeść sam, ale ostrość była chociaż wyczuwalna, nie jak w przypadku całkiem słodkiej salsy. Również bardzo smaczny, dodam.

Na koniec dobra wiadomość dla prowadzących bardziej nocny tryb życia, we Frytaskach w soboty i niedzielę w godzinach 20-24 są happy hours, duża porcja w cenie małej, także naprawdę można pojeść nim się ruszy w miasto ;)


Autorką recenzji i zdjęć jest lorraine (na życzenie Autorki pisane z małej litery).

poniedziałek, 28 stycznia 2013

niedziela, 27 stycznia 2013

Uszczknięte w Kielcach. Recenzja nadesłana.

Dzisiaj recenzja nadesłana. Jackie opisuje swoje wycieczki po kieleckiej gastronomii. Raz jest lepiej, raz gorzej, ale najlepiej przeczytajcie sami. Zapraszam:

1. Cichy Kącik – Konarskiego 3.
W czasach gdy jeszcze kusiły mnie kupony zniżkowe z Maca, gdy miętoliłam je w notesie z zamiarem wykorzystania i szłam przez zwały śniegu na Aleję Solidarności, przykuła moją uwagę skromna restauracyjka z domowym żarciem na skrzyżowaniu Źródłowej i Zagórskiej. Cichy Kącik, wylepione na szybach slogany, że karmią po domowemu. Wchodzę, wystrój jak w barach przy stacjach benzynowych lub motelach, jakieś pomarańczowo-jogurtowe maziaje na ścianach, stylizowane na stare meble, wygodne krzesła. Zamówienie: kurczak z brokułami w sosie śmietanowym i do tego makaron, 16 zł. Czekam około 15 minut. Ładna porcja, filet pocięty w podłużne kawałki i absolutnie nie mający nic wspólnego z grzechami polskiej kuchni: jest mięciutki, delikatny, nie suchy, aromatyczny. Sos śmietanowy – pierwsze spróbowanie super, sosik gęsty, (robiony na śmietance 36%?), niestety próba zjedzenia go do końca kończy się fiaskiem. Szczęki zaklejone, robi się ciężko i smak jeszcze tłucze się w buźce przez następne 3 godziny.

2. Hotel Kameralny – Tarnowska 7
Nie wyobrażałam sobie, ze w hotelach można karmić fatalnie. Podano mi twardy, suchy ryż przypalony od spodu, kurczak w nim był suchy, zeschnięty na wióry, warzywa z grilla były okraszone z kilku stron czarną spalenizną. Poprosiłam o schłodzone białe wino, grzeczna panieneczka przyszła i na moich oczach wrzuciła kostkę lodu do lampki wina. Spytała się, czy teraz jest dobrze. Miałam ochotę się przeżegnać. Może lepiej jak najszybciej wyprę to ze świadomości.

3. Strauss Bistro-Cafe - Żeromskiego 12
Czy jedzenie w Straussie staje się w Kielcach pewną oznaką snobizmu?
Zamówienie: gnocchi z kurczakiem i szpinakiem za 25 zl. Porcja mało-średnia, szpinak w większych kawałkach, widocznie cięty z liści, a nie rozpuszczane mrożonki. Mięsko miękkie, delikatnie wysmażone. Całość: Dobre, pikantne, kwaskowe, pierwszy raz odważyłam się zjeść suszone pomidory w oleju, bo były tak dobrze skomponowane z całością.
Zdecydowanie robią najlepsze i najciekawsze grzane wino w Kielcach. Wcale nie przesłodzone, mocne, o głębokim smaku.

4. Plejada Restaurant&Pub - Rynek 16
Świętujemy, w przeddzień sylwestra, urodziny kumpla. Najpierw średnia pizza z różnymi rodzajami serów, bez zarzutu, rzeczywiście dobra. Imponujący wybór piw, sprawna obsługa, fajny wystrój lokalu. Jednak coś ssało w żołądku i domówiliśmy nuggetsy i shoarmę. Nuggetsy – o grubej panierce przypominającej tą z paluszków rybnych, mięso w środku przesuszone, sos taki sam jak do pizzy (czosnkowy, ale bez rewelacji). Shoarma: i tutaj rozczarowanie się pogłębiło. Mięso suche, wióry, bardzo szybko stygnące, poklejone skorupą z sera, frytki mdłe, sałatka do wyciągnięte ze słoika warzywka w zalewie octowej.
Trzeba było to zapić większą ilością piwa, żeby nie łykać „na sucho jak gąsiur”. Wiedzą jak zarabiać na klientach.

5. Kelnerki Kokietki
Coś złego dzieje się z Kieleckim rynkiem, najpierw zamknęli Felka, w Dominium nieruchliwa obsługa i paniusia, która stała do nas dłuższą chwilę tyłem, kręciła się jakby ją mole pogryzły, czekaliśmy 10 minut na kartę, koniec cierpliwości. Podali kiedyś bezczelnie wygazowaną i chrzczoną wodą z kranu pepsi. W Moltobene latte tak przelane mlekiem, że prawie białe i smakiem było bliżej kakao wymiksowanego z mleczną zupą. Paniusia na pytanie czy można zamówić lody gałkowe i jakie smaki są, wysyła na zewnątrz żeby sobie wybrać.
Dyspensa, horrendalna cena za dodatki do herbaty, cena która nie istnieje na karcie, widzi ją tylko kelnerka. Też bym chciała mieć taki przenikliwy wzrok, że widzę niewidzialne. Coś co miało być rumem, do jamajskiego rumu miało daleko.

6. Mcdonalds zawsze kojarzył mi się z drożyzną, kiepskim smakiem, światową korporacją, zmęczonymi pracownikami, zapitalającymi w marnych warunkach za grosze i dręczonymi przez zwierzchników. No i ten smrodzik smażalni, dochodzący jeszcze z ulicy...
Jednak dałam się skusić na po kilku latach nieobecności, zachęcona kuponami zniżkowymi. Oczywiście na alei solidarności nie ma żadnego znaczka, gdzie jest wejście dla pieszych, więc przedarcie się przez zwały śniegu i lawirowanie wśród parkujących samochodów było pierwszą przyjemnością.
2 x Happy Meal, za 18 zł. Zastanawiałam się długo, ile pysznych innych rzeczy mogłabym za te 18 zł kupić, ale psychologia kuponu zadziałała (nigdy więcej).
Sucha miękka rozlatująca się buła, twarde zimne suche mięso, standardowe frytki miękciochy, cola wyładowana lodem. Jedyny plus dwa jabłka i sok cappy multiwitamina.
Jednak to był życiowy błąd, nie zostanę fanem maca.  

Autorką recenzji jest Jackie.

sobota, 26 stycznia 2013

Street Food Polska On Tour, czyli kręcimy w Warszawie

Nie, nie - filmów jeszcze dziś nie będzie. Zaczynamy je emitować od przyszłego tygodnia. Dzisiaj tylko krótko napiszę Wam gdzie byliśmy i co robiliśmy.

W czwartek zaczęliśmy od Warburgera. Na początku totalne zdziwko - jeden ze współwłaścieli - Adam - pochodzi... z Kielc! A potem ... Potem gadaliśmy - zdradzę Wam, że każdy film wzbogacony zostanie o rozmowy z właścicielami. dzięki temu będziecie mogli ich poznać, dowiedzieć się ciekawych rzeczy o jedzeniu, które serwują, ale przede wszystkim przedstawimy Wam wspaniałych, mega zafiksowanych na tym co robią, pozytywnie zakręconych ludzi. Nie chcę za dużo zdradzać - zobaczycie sami.

A więc wracając do Warburgera: testowaliśmy tam dwa burgery. Dzikburgera, czyli burgera z dziczyzny, oraz Mister Styczeń, genialną konstrukcję, której sercem jest soczysty burger i nachosy oraz marynowany... kaktus! Tak, tak - fantazji w tworzeniu nowych burgerów chłopakom nie brakuje. A jak wyglądały i jak smakowały jedzone przez mnie i Big Boya burgery, dowiecie się niebawem z nowego odcinka Street Food Polska TV.

Następnie udaliśmy się do nowego (działa od grudnia) burger baru - Boca Burgers. Tutaj również trafiliśmy na dwóch maniaków burgerów. Obaj panowie to prawnicy (no, jeden pełną gębą, a drugi wkrótce). Z każdego kąta w lokalu bije miłość do klasycznych amerykańskich kanapek i amerykańskiego stylu. Daliśmy się uwieść BBQ Burgerowi i nowym w ofercie Zdejm Kapelusz z sadzonym jajkiem. Umówieni na wódkę przy kolejnej wizycie, rozstaliśmy się jako przyjaciele. Na zdjęciu pochłaniamy burgery.



Czwartek skończyliśmy (niemal dosłownie!) w Spoco Loco, którego współwłaścicielem jest Tomek Jakubiak (jeśli macie Kuchnia+, to na pewno widzieliście jego program Jakubiak w sezonie). Spoco Loco specjalizuje się w kuchni tex-mex i jest warszawską mekką chiliheadów. Oczywiście musieliśmy podjąć wyzwanie i sprawdzić naszą odporność na ból. Powiem tylko, że obaj z Big Boyem otarliśmy się o śmierć. Zjedliśmy kilka klasycznych potraw meksykańskich, od quesadillas poprzez nachosy i skrzydełka po burrito. Powiem na koniec, że jest to miejsce, gdzie spróbujecie PRAWDZIWEGO tex-mex - placki piecze oryginalna Meksykanka! Na zdjęciu ekipa Spoco Loco, Mad Mosquito i Street Food Polska.



W piątek udaliśmy się na Saską Kępę, gdzie porozmawialiśmy z Bernardem o jego miłości do niemieckich wurstów. Wurst Kiosk to bowiem punkt z kiełbaskami. Ale jakimi! Pan Tomek niestrudzenie podsuwał nam nowe porcje, a my kwicząc z radości zjadaliśmy je w tempie ekspresowym, by zakończyć wyżerkę belgijskimi frytami.

Na zakończenie pobytu dotarliśmy do Stacji Balon. Rezyduje tam Soul Food. Soul Food Bus stoi na Mokotowie, my zaś byliśmy tak zmarznięci, że dwaj panowie M ulitowali się i otworzyli dla nas przyczepę. I dobrze, bo w przyczepie mają szersze menu niż w swoim food tracku. Dzięki temu mogliśmy zjeść Biggiego - burgera dostepnego tylko na Stacji Balon, (250 g soczystej wołowiny!) a także Snoop Doga - najlepszego bodaj hot doga, jakiego do tej pory jadłem. Tutaj również umówieni jesteśmy na wódkę, więc hmmmm... następny wyjazd do stolicy musimy zaplanować na dłużej ;)

Podsumowując: mega pozytywne wrażenia. Cudowne jedzenie, wspaniali ludzie - cała nasza ekipa naładowała się pozytywną energią. Poznać takich pasjonatów jedzenia to szczęście. I pewność, że jedzenie które przygotowują stoi na najwyższym poziomie, bo wkładają w to całe serce.

czwartek, 24 stycznia 2013

Wegetarianie w Sai-Gon, czyli relacja z Bydgoszczy

Dzisiaj kolejny wpis Agnieszki z bloga Zielony Jeleń. Czy wegetarianie mogą zjeść dobre azjatyckie danie? O tym dowiecie się z poniższego wpisu. Zapraszam do lektury:


Jakoś tak się złożyło, że musiałam pobyć chwilę w Centrum Handlowym Rondo w Bydgoszczy, które znajduje się przy ulicy Kruszwickiej 1. Zapomniałam kluczy do domu, a do przyjścia mojego lubego z pracy zostało jeszcze około czterdziestu minut. Początkowo nie wiedziałam co ze sobą zrobić, chodzenie po sklepach i oglądanie ubrań to nie dla mnie zabawa. Stwierdziłam, że zjem coś. W ten sposób chciałam umilić sobie czekanie.

Dookoła mnie same mięsne lokale – McDonald's, Baalbeck, orientalny Sai-gon, dodatkowo jakaś tam cukiernia... Czy uda mi się coś zjeść? Mac odpada, Ballbeck – może nawet zjadałabym tam jakiegoś "kebaba z warzywami", ale nie miałam akutat na to ochoty, słodkości – nieee... Nieśmiało podeszłam więc do wywieszonego menu baru Sai-gon i zobaczyłam, że mogę zamówić coś bezmięsnego – smażone warzywa z ryżem i surówką. Cena 5,90zł. Wow! To mi pasi! Zwłaszcza, że dawno nie jadłam czegoś orientalnego. Zamawiam. Pani sprawnymi ruchami nałożyła na talerz porcję warzyw, ryżu i surówkę. Zapłaciłam i udałam się do stolika by zabijać czas jedzeniem.

Przyjrzałam się nieco mojej potrawie. Ryż – jest, surówka – jest, warzywa – są – choć tak naprawdę była to smażona kapusta z grzybkami mun, plasterki marchewki oraz nieśmiało przebijające się cztery zielone fasolki szparagowe.



Nadszedł czas, by posmakować to danie. Warzywa były zimne i okropnie słone. Sól, sól i jeszcze raz sól. Uwielbiam słone potrawy, ale ludzie... Trochę umiaru proszę. Nie było to rewelacyjne, powiem szczerze – dość słabe. Sól zabiła skutecznie wspaniały, naturalny smak kapusty. Przyszedł czas na ryż. Również zimny, zbijający się w twarde grudki, które ciężko było rozbić plastikowym widelczykiem. On z kolei w ogóle nie był doprawiony, był bardzo jałowy, zupełnie bez smaku. Już straciłam nadzieję, że znajdę cokolwiek pozytywnego w tej potrawie. Okazało się jednak, że jedynym plusem tego dania była surówka. Miała wspaniały smak, lekko słodki, kapusta i marchewka była świeża, wyczułam w niej też odrobinę jabłka. Rewelacja. Następnym razem zamówię chyba tylko ją.

Pomimo moich najszczerszych chęci, zjadłam tylko połowę nałożonej mi, dość sporej porcji, szukając w warzywach i ryżu czegoś co mogłoby mnie zachwycić. Nie znalazłam i potrawa wylądowała w koszu na śmieci – bardzo tego nie lubię, ale nie lubię też jeść niesmaczych rzeczy. Nie wiem, być może dania mięsne mają lepsze, ja już tego nie sprawdzę. Ale na pewno nie polecam smażonych warzyw. Strata kasy – choć całe szczęście niewielkiej. 

Autorką wpisu i zdjęcia jest Agnieszka.

środa, 23 stycznia 2013

Dla każdego coś dobrego, czyli Stek i Veggie Patty w Subwayu

Dawno Subwaya nie odwiedzałem. Aż mnie naszła taka ochota na sandwicza, że wsiedliśmy z I. w samochód i pojechaliśmy do Galerii Korona.

Wiedziałem, że chcę czegoś solidnego. Zima jest. A jak jest zima to mięso. A jak mięso to stek. Tak więc mój wybór to 15 cm

Stek z serem

Pieczywo, tradycyjnie, parmezan - oregano. Kiedy paseczki wołowiny zapiekły się pod serem dobrałem: jalapeno, czerwoną cebulę, paprykę słodką i świeżego ogórka. Jako sos wybrałem ketchup. Jeszcze tylko trochę pieprzu i sandwicz gotowy.



Cieplutki i pachnący. Bułka mięciutka. P-O to moje ulubione pieczywo w Subwayu. Tym razem również sprawdziło się idealnie. Ser roztopił się i przywarł do bułki, jednocześnie trzymał przy sobie paski soczystej, dobrze doprawionej wołowiny. Jalapeno i pieprz nadawały pożądanej ostrości, papryka słodka i ogórek chrupały, jednocześnie lekko łagodząc ostrość marynowanych papryczek. Ketchup doskonale nawilżał całość i podkreślał smak. Mistrz. Kolejny fantastyczny sandwicz, wart tych 11 zł. A dokładnie 10,90 zł. W połowie wymieniłem się z I. żeby spróbować

Veggie Patty

w pieczywie, no jakżeby inaczej, parmezan - oregano. Całą powierzchnię sandwicza wypełniał wegetariański burger przykryty roztopionym serem. Towarzyszyły mu świeży pomidor, czerwona cebula i kiszony ogórek. Do tego sosy: Kowbojski i Sweet Onion.


Jeśli jakiś miłośnik mięsa zastanawia się, czy to jest smaczne - rozwiewam wątpliwości. Tak. Jest to bardzo smaczny sandwicz. Jadłem z apetytem, właściwie nie rejestrując faktu, że nie ma w tym mięsa.  Sandwicz nie był suchy, czego trochę się obawiałem. Zasługa to zarówno dodatków, jak i sosów. Połączenie słodkiego SO z ostrym Kowbojskim dało bardzo ciekawy efekt smakowy, a jednocześnie doskonale nawilżało wege-burgera. Veggie Patty w rozmiarze 15 cm kosztuje 9,90 zł.

Podsumowując: oba sandwicze były pyszne i warte swojej ceny. Stek z serem na pewno posmakuje mięsożercom, moja wersja na ostro chwyciła mnie za serce. Veggie Patty zaś to nie tylko coś dla wegetarian, ale i ciekawa odmiana dla lubiących mięso. Jeśli nie macie oporów sięgnąć czasami po kebab z falafelem, to spróbujcie też sandwicza Veggie Patty - naprawdę smaczny!

wtorek, 22 stycznia 2013

Świetny w tortilli, doskonały w bułce, czyli kebab z Serefe!

Na forum kibiców Korony Kielce wyczytałem, że na ulicy Zagórskiej w Kielcach otworzono nowy kebab. A ponieważ mam znowu fazę na kebaby postanowiłem sprawdzić, co tam dają. Wsiedliśmy w samochód i podjechaliśmy.


Lokal łatwo znaleźć - obok jest przystanek MPK, a na wprost niemal SuperSam społemowski Michał. W środku 3 dwuosobowe stoliki, menu króciutkie:


Ponieważ lokal nowy, niesprawdzony, zdecydowaliśmy się na małe kebaby. Jeden w bułce, drugi w tortilli, oba po 8 zł. Jeśli chodzi o mięso, to wybraliśmy "baraninę". Sosy - mieszane. Jako pierwszy gotowy był

kebab w bułce

Do zgrillowanej na elektrycznym opiekaczu bułki trafiły: sos czosnkowy i ostry, mięso, surówki (z białej kapusty i tarta marchewka), znowu sosy, znowu mięso, świeży pomidor i ogórek i jeszcze nieco sosu czosnkowego:


Bułka - chrupiąca i ciepła, nie rozpadała się podczas jedzenia, bardzo smaczna. 
Mięso - bardzo dobrze doprawione. Skrojone wcześniej nie trafiło na szczęście do mikrofali, tylko na  posmarowany olejem elektryczny grill, dzięki czemu było gorące, ale nie wyschło - nabrało lekkiej chrupkości zachowując soczystość. Jest go naprawdę sporo, jak na małą porcję.
Surówki - jak wspomniałem wcześniej, była to surówka z białej kapusty i tarta marchewka. Dobrze uzupełniały smak i nawilżały całość. Są wyczuwalne, ale nie dominują - to mięso jest głównym składnikiem.
Sosy - robione na miejscu. A dokładnie to czosnkowy, łagodny i kremowy, robiony jest od podstaw, natomiast "Diabeł Tasmański", jak nazywała go Pani, która nas obsługiwała, kupowany jest gotowy i wedle jej słów "uszlachetniany" w lokalu. Ostry jest naprawdę ostry, a przy tym wyraźnie czuć smak pomidorów i papryki. Bardzo dobre i świetnie pasowały do kebaba, podkreślając smak mięsa. 

Porcja mała wcale taka mała nie jest - moim zdaniem świetnie sprawdzi się na średni głód:



Kebab w tortilli

już na starcie zrobił na mnie dobre wrażenie. To nie gumowaty naleśnik, tylko naleśnik zgrillowany na chrupko, jak lawasz:


Skład dokładnie taki sam, jak w kebabie w bułce, więc rozpisywał się nie będę. Miłośnicy tortilli będą zadowoleni.


Placek był chrupiący i gorący, a mięso towarzyszyło nam do ostatniego kęsa.



Podsumowując: miejsce nowe, ale zdecydowanie warte polecenia. Kebaby bardzo smaczne, obsługa miła, a ceny niewygórowane. Następnym razem zamierzam zaprzyjaźnić się z zapiekanką z pieca i hot dogiem - zauważyłem, że parówki kręciły się na opiekaczu rolkowym, jak na stacjach benzynowych czy w Żabce. 

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Nowy rok, nowy projekt, czyli Street Food Polska TV

A więc stało się. Dzięki połączeniu sił z ekipą Mad Mosquito mogę Wam dziś zaprezentować pilotowy odcinek Street Food Polska TV. Za pośrednictwem kanału na YT chcemy rozszerzyć formułę recenzji również na filmy.

W przyszłym tygodniu opublikuję pierwsze odcinki Sezonu 1, póki co zapraszam do oglądania pilota:



P.S. Bądźcie wyrozumiali - to mój debiut "fabularny", więc wybaczcie potknięcia.

niedziela, 20 stycznia 2013

Pulled Pork, czyli mlaskanie

Jedliście pulled pork? Kanapkę z tym mięsem możecie dostać w Meat Love. Jeśli jednak nie jesteście z Warszawy, lub nad kupione przedkładacie domowe, zróbcie sami. Danie jest bardzo pracochłonne i podejrzewam, że dość drogie (okaże się kiedy przyjdzie rachunek za prąd - mam elektryczny piekarnik). Jednak efekt końcowy wart jest każdych pieniędzy i każdej minuty oczekiwania. Nie będę ściemniał - przepis wziąłem z bloga Gotuje bo lubi. Postępowałem zgodnie z podanymi tam zasadami. Zmodyfikowałem tylko jedną rzecz - marynatę zrobiłem po swojemu. Czego użyłem?

  • surowej szynki wieprzowej w kawałku - ok. 1,2 kg
  • przypraw: czosnku (dużo) - można użyć w proszku, świeżo mielonego kolorowego pieprzu, pół torebki mieszanki do gulaszu, słodkiej papryki w proszku (około 2 łyżeczek), łyżeczkę pieprzu ziołowego
  • łyżkę stołową sosu Worcestershire Heinza
  • 3 łyżki oleju
Mięso zamarynowałem na 14 godzin i o 9 rano wstawiłem do piekarnika. Przez 9,5 godziny dusiło się w temperaturze 90 stopni. Efekt? Rozpadające się na włókna soczyste mięsko, którego smaku nie da się z niczym porównać!


Można pałaszować samo, ale ja miałem akurat bagietki, więc podgrzałem je w piekarniku. Jedną połówkę posmarowałem Sosem Chili (Heinz), drugą Majonezem Kieleckim. Położyłem mięso, rucolę, świeżą paprykę i pomidora. Poezja !!!!


Idę jeść. 

sobota, 19 stycznia 2013

Kryzys panie, czyli test "budżetowych" kebabów. Część 1.

Kryzys panie. Kryzys w Kielcach - widać to po pustkach na ulicach, szczególnie w weekendy. Ale najlepszym wyznacznikiem, że spada konsumpcja są ceny kebabów. Do niedawna sądziłem, że to jedyna "branża", która przetrwa wszystko, bo zawsze będzie mieć klientów. Przeszedłem się ostatnio deptakiem i zauważyłem jednak, że i tam kryzys puka do drzwi - nie ma chyba lokalu oferującego narodowe danie Polaków, na którym nie wisiałaby kartka z napisem: PROMOCJA! KEBAB 7 zł !!!

Postanowiłem sprawdzić, co za tę cenę dostaniemy. Czy produkt niskiej jakości, czy może promocja ma zachęcić do kupna większej wersji? Sprawdźmy więc. Jako pierwszy do testów wybrałem NUR Kebab.

Za 7 zł mamy do wyboru małą tortillę lub małą pitę. Nie ma ograniczeń przy wyborze mięsa - można więc wziąć kurczaka, "baraninę" albo mięso mieszane. Wybrałem pitę z "baraniną" i mieszanym sosem.

Zamawiając pitę spodziewałem się otrzymać kebab w cienkim chlebku, jak w Galerii Korona, House of Kebab czy Kebab na Paderewskiego. Okazało się jednak, że pita w Nurze to po prostu kebab w cienkim cieście:



No nic. Ciasto było gorące i chrupiące. Nic mu zarzucić nie można. Porcja jest wyraźnie mniejsza, niż pełnowymiarowy kebab, ale cóż - kosztuje 7 zł, a nie 10 czy 12 zł. A co w środku?

A nieźle. A nawet, jak na cenę 7 zł, całkiem dobrze. Pierwsze kęsy odkrywają nieznaczną przewagę surówek nad mięsem:


Jednak mniej więcej od połowy sytuacja ulega odwróceniu i to mięso stanowi główny składnik:


Paski "baraniny" są soczyste i dobrze doprawione. W surówkach nie znajdziemy niespodzianek w postaci np. kukurydzy. Są to klasyczne, dobrze dobrane surówki do kebaba. Sos mieszany jest leciutko pikantny i doskonale pasuje do reszty nadzienia. Zjadłem z apetytem.

Podsumowując: za 7 zł jak najbardziej polecam. Nie jest to danie na duży głód, ale na średni powinno się sprawdzić. Nie jest to kebab oszukany, czyli ciasto wypchane surówkami, w którym mięsa musimy szukać. "Baraniny" nie brakuje, towarzyszy nam od początku do końca. Całość jest oczywiście wyraźnie cieńsza, niż duży kebab, więc i ilość składników jest mniejsza, ale zostajemy uczciwie poinformowani, że to porcja mała. I jak na małą nie mam jej nic do zarzucenia. Smaczne i tanie. Warto.

piątek, 18 stycznia 2013

VooDoo Shoarma, czyli dobry posiłek za rozsądną cenę.

Często ostatnio bywam w VooDoo. Korzystam więc i próbuję różnych dań. Ostatnio mój wybór padł na shoarmę. Wg menu są to doskonale soczyste kawałki uda kurczaka w towarzystwie orientalnych przypraw. Podajemy z sosami. Cena: 14,90 zł.


Sosy (3 różne) podane są osobno. Nie robiłem zdjęcia, bo nie skorzystałem z nich - nie było potrzeby.
Shoarmę, podobnie jak kebab z kurczaka, wolę z mięsa z uda. Jest wg mnie bardziej soczyste. Nie jestem fanem wysmażonych na twardo kawałków mięsa, wolę kiedy zachowuje "wilgotność", co niektórzy nazywają surowizną, ja zaś soczystym mięsem.


Mięso zostało doprawione bardzo smacznie. Wyczuwalne były papryka, kumin, kolendra, była nuta czosnku, był pieprz, gdzieś tam w tle odzywał się cynamon chyba, ale pewności nie mam. Mięso jak najbardziej na plus.

Frytki - do tej pory nie trafiłem w VooDoo na złe frytki, choć czasami mam wrażenie, że czasami mają inną fryturę. W sensie, że ziemniaki mają nieco inny posmak. Te podane do shoarmy były bardzo dobre i nie mam im nic do zarzucenia.

Surówka - świeże warzywa (sałata, ogórek, pomidor i czerwona cebula) bardzo miło komponowały się z resztą dania.

Podsumowując: za 15 zł zjadłem bardzo dobre danie. Nie nasyca może tak jak Luizjana Cheeseburger (o Alabama Monster nie wspominając), ale jeśli ktoś chce zaspokoić głód i nie czuć się ociężale, lub też woli kurczaka zamiast wołowiny czy wieprzowiny - VooDoo Shoarma to doskonały wybór. Polecam.

czwartek, 17 stycznia 2013

Kielce to nie Ameryka, czyli American Beef Burger w Hollywood

Wyciągnął mnie koleżka BigBoy na burgery. Nowe miejsce otwarli niedawno, mówi, chodź zobaczymy, bo burgery mają. Ciekaw byłem, bo już mi na fan page SFP pisał o tym Karol H. Wsiedliśmy więc z BB w samochód i pojechaliśmy do Hollywood. A co! Raz się żyje, nie?

Hollywood to pub na ulicy Wesołej. Teraz otworzyli obok fast food pod tą samą nazwą:


Jest amerykańska nazwa, jest amerykańskie menu, powinno być OK, pomyślałem.



Zamówiłem więc American Beef Burger za 16 zł. Frytki i coleslaw w cenie. Do tego można się częstować nielimitowanie musztardą i ketchupem (Heinz) lub majonezem (Helmann's).

Wystrój knajpki fajny, tapety w stylu "american newspaper", dwie sale plus korytarz z dwuosobowymi stolikami. A potem wjechało moje zamówienie. Na pierwszy rzut oka wszystko było w porządku:


Ale potem już różowo nie było. Zacznę od końca:

Coleslaw: tylko z nazwy. W smaku to raczej surówka do kebaba. I do tego ... z kukurydzą. Spróbowałem i zostawiłem.

Frytki: na gorąco jeszcze dawały radę, po 3 minutach wystygły, były ciapowate i niesmaczne. Połowa została za talerzu.

American Beef Burger. Bułka: typowa, sezamowa. Trochę za sucha, ale przynajmniej nie rozpadała się podczas jedzenia, co zapisuję na plus. A w bułce...


Pomidor, bekon, mięso, ser, pikle (ogórek), cebula, sos. Niby wszystko jest, ale ... Na początku nie uwierzyłem w to co widzę, więc sprawdziłem jeszcze raz:


Wy też widzicie DWA kotleciki? Gdyby to były burgery po 100 g to bym się słowem nie odezwał. Ale te tutaj miały może po 50 g? Jeden wysmażony akuratnie, różowawy w środku, niezły w smaku, drugi natomiast wysmażony za bardzo, suchy. Prawie niewyczuwalne w tej wielkiej bułce. Bardziej czuć ten gruby lecz wąski pasek bekonu. To też ciekawa sprawa, bo bekon rzucony był chyba na sekundę tylko na grill - smakował surowizną, acz soczystość posiadał. Mięso wyjadłem, część bułki zostawiłem.

Podsumowując: chciałoby się napisać - jakie miasto, takie Holiłud. Fajny wystrój, ciekawe menu, miła obsługa, ale tylko tyle. Zawiodłem się na całej linii. Niby napchać się tym można. Ale jeśli liczycie na dobre, porządne burgery - to nie tutaj. Szkoda, bo Kielce bardzo potrzebują takiego miejsca. Nie skreślam ich. Dam im szansę i sprawdzę coś innego, mam nadzieję, że to był wypadek przy pracy.

Póki co na burgera będę jednak chodził do VooDoo. Tylko, że tam mają jednego jedynego Luizjana Cheeseburgera, a ja chciałbym od czasu do czasu zjeść innego burgera. I ciągle nie mam gdzie.

środa, 16 stycznia 2013

Kebab kebabowi nierówny, czyli Marika testuje

Dzisiaj kolejny wpis Mariki. Tym razem jej wrażenia z dwóch kieleckich kebabowni. Zapraszam do lektury:

Któregoś dnia, w drodze do pracy minęłam lokal Yassin, opisywany już na tym blogu kilkukrotnie. Zapachniało mi pysznie, więc cofnęłam się i weszłam. Przy stolikach siedziało kilka osób, uśmiechnięty pan z obsługi zapytał w czym może pomóc. Ponieważ byłam tam pierwszy raz, nie chciałam ryzykować, więc zamówiłam promocyjny kebab za 6zł. Wybrałam baraninę i sos mieszany. Duży plus, że klient widzi jak przygotowywane jest jego jedzenie. 

Po kilku minutach dostałam swój pakunek i wyszłam. Po odpakowaniu, wizualnie wyglądało to jak tortilla z Troya lub Saraya, jednak było mniej więcej o 1/3 mniejsze (w końcu za 6zł), jednak równie sycące co tamte. No i nie była to tortilla, ale bardzo cieniutka pita. Gorąca i chrupiąca. nadzienie – mięso i surówki doskonale skomponowane z sosem, ani za dużo, ani za mało. Wszystko zgrane doskonale i duży plus, że pod koniec jedzenia nie rozmiękło i nie przeciekło, jak to się czasem zdarza tortilli. 
W smaku nieporównywalnie pyszne, niby to samo, co w wymienionych lokalach, a zupełnie inaczej podziałało na podniebienie. Nie próbuję nawet stwierdzić, czy było lepsze, po prostu było inne. 

Jakiś czas później promocyjny kebab zmienił cenę z sześciu złotych na pięć i znów, tym razem z koleżanką skusiłyśmy się. Jednak już nie dostałyśmy herbatki w gratisie, pan już nie był tak miły i uśmiechnięty, poza tym, że zanim przyjął od nas zamówienie przez około 5 minut pieczołowicie oddzielał od siebie kolejne kawałki baklavy. Z automatu dostałyśmy kurczaka, padło tylko pytanie o sos i tu bez zmian: mieszany. 

Jednak tym razem wsadu było jakby mniej, pita miała więc luz i rozpadała się w ręce, w smaku też jakieś takie jakby dziwne, ni dobre, ni złe, mdławe zdecydowanie... Szczerze mnie rozczarowało i zniechęciło, zarówno do lokalu, jak i do kebabu (z tym, że do kebabu tylko na jakiś czas). Ja rozumiem, że po promocyjnym kebabie za pięć złotych nie można się spodziewać cudów, ale czy promocji nie robi się po to, aby klienta przyciągnąć? Czy może, jak w przypadku Yassin najpierw przyciągnąć, a potem zniechęcić? 

W każdym razie od tamtego czasu (a był to mniej więcej październik/listopad – tak, tak, wiem,  niezły mam zapłon z pisanie recenzji) już do tego lokalu nie wróciłam.


Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale kto nie ryzykuje ten nie ma.

Jakoś w okolicy około Sylwestrowej przy okazji zamykania pewnych spraw i Starego roku, naszła mnie ochota na coś typu fastfood, ale ochota owa nie była jasno sprecyzowana.
Ponieważ codziennie kilka razy jestem/przechodzę przez Rogatkę, postanowiłam odwiedzić lokal Kebab Nad Silnicą, jakaś podświadoma siła podpowiedziała mi, żeby spróbować właśnie tam. Kiedyś, dawno jadłam tam tortillę, którą oceniłam jako dosyć dobrą. Mniej więcej miesiąc temu weszłam wściekle głodna, ale było już blisko zamknięcia, więc nie było nic oprócz frytek. Poza tym, że uratowały mnie od śmierci głodowej, były bardzo smaczne. Zatem weszłam, tym razem licząc na coś więcej.

Coś mnie podkusiło, żeby zamówić kebab w bułce. Nigdy tego nie robię... no dobrze: Bardzo rzadko. Dlatego byłam pełna obaw, bo moje wspomnienia z bułką kebab są koszmarne. 
Zaznaczę jeszcze, że były to godziny przedpołudniowe, a za ladą stała pani. 

No to poszło. Donner mały, 6.5zł. Bułka do opiekacza, mięso do mikrofali. Po wyjęciu bułki pani zaczęła: najpierw drobno siekana kapusta biała, potem mięso, sos, ogórek świeży, cebula również i pomidor. Znów mięso, sos i pytanie: łagodny, średni czy ostry? Średni. Ok. Z wierzchu posypała mój kebab mieszanką przypraw, były to drobne czerwono-żółte granulki. Później okazało się, że ta właśnie przyprawa jest wyznacznikiem ostrości potrawy.

Wyszłam i po drodze do domu zabrałam się do jedzenia. Przyznam, że cieszyłam się, że wzięłam mały, bo to co poczułam jedząc wzbudziło we mnie zadziwiające uczucia. Mięso było suche i wiórowate. Raczej wołowina, choć może i coś innego. Na pewno nie baranina i na pewno nie drób. Warzywa, jak warzywa, świeże, zimne, normalne. Choć pomidor miał przy sobie skórę chyba z trzech innych plasterków, jakoś to przeżyłam. Sos – zdziwiło mnie, że tylko jeden – biały. Był lodowaty i smakował jak posolona śmietana. Hmmmmm... Za to bardzo zaskoczyła mnie bułka. Świetnie opieczona, ciepła, chrupiąca z wierzchu, miękka w środku, świeżutka z pewnością. No po prostu mniam. Była pyszna. Naprawdę. Długo po zjedzeniu utrzymywał mi się na podniebieniu posmak tej ostrej przyprawy. W sumie byłam rozczarowana i zła, bo nie tego się spodziewałam. Choć wspomnienie bułki jakoś mnie ułagodziło.

Ale...
Kilka dni później wróciłam do Kebabu nad Silnicą i zamówiłam to samo. Być może zadziałała podświadomość. Tym razem było popołudnie i obsługiwał mężczyzna. Z zaskoczeniem dla samej siebie zamówiłam dokładnie to samo: mały donner kebab w bułce (może chodziło mi o smak tej bułki?...). Mniejsza o to. Przygotowanie wyglądało tak samo: bułka, kapusta, mięso, sos, warzywa, kapusta, mięso, sos, przyprawa. Dziękuję, do widzenia.

No i znów w drodze, jem i nie wierzę. Po prostu nie wierzę! Mięso świeżutkie, soczyste, wyśmienicie doprawione, warzywa idealnie się z nim zgrywają, sos doskonale komponuje się z resztą, ostrość odpowiednia. Sos smakuje jak łagodny sos śmietanowy z delikatną nutką czosnku. Ostrości znów nadaje przyprawa. Niby to samo, a zupełne inny smak, inne wrażenia. Nie wiem, czy to zasługa przygotowania przez faceta, czy może czegoś innego... Bułka znów rewelacyjnie idealna, proporcje takie jak trzeba, no miód malina. I ten smak został ze mną dłużej. I taki kebab chcę jadać częściej. I to było ryzyko, jak się okazało opłacalne. Mniam! Na pewno będę tam zaglądać, jeśli tylko za ladą będzie stał pan :)

Autorką tekstu jest Marika N.

wtorek, 15 stycznia 2013

Chicken Burger w Western Chicken, czyli fast foodowych przygód w Makro ciąg dalszy

Poprzednio zjedliśmy tam klasykę fast fooda (bo kurczaków zabrakło) i nie byliśmy zadowoleni.



Tym razem przyjechaliśmy do Makro w porze południowej. Okazało się, że kurczaki są. Po krótkim zastanowienie doszliśmy do wniosku, że mamy ochotę na kanapkę. Wzięliśmy więc sobie po zestawie o nazwie Chicken Burger. W jego skład wchodzi burger z kurczakiem, frytki i napój 0,33 l. Cena: 14,90 zł za zestaw.


Burger: dwa duże kawałki panierowanej polędwiczki z kurczaka wsadzono w typową, sezamową bułkę, Dużą. Do tego kawałek sałaty, pomidor i ogórek (świeży). I sos - remulada.


Burger bardzo nasyca, mięsa jest dużo, towarzyszy nam właściwie w każdym kęsie. Bułka była miękka, nie przesuszona, warzywa nie przeszkadzały (bo było ich mało). Kurczak doprawiony dobrze (choć ci, którzy jedli w Chabo od razu zauważą różnicę), panierka była chrupiąca i generalnie mięso było smaczne.



Kanapka okazała się dobra, mam jednak dwa zastrzeżenia: bułka było ledwo ciepła, a sosu zdecydowanie za mało. Niby na zdjęciu wylewa się z burgera, ale tylko z przodu. Mimo że sos występuje w środku, mimo, że są warzywa to całość była trochę za sucha. Można dokupić sos za 1 zł (jest ich spory wybór), ale przy cenie 15 zł powinien być jeszcze jeden w standardzie. Majonez doskonale by się tu sprawdził.

Frytki: bardzo dobre. Serio, aż byłem zaskoczony. Zjadłem z przyjemnością. Nawet po wystygnięciu były smaczne. Podawane są w tekturowym pudełeczku, więc zjada się wygodnie i dłużej pozostają ciepłe. Na oko jest ich 120 - 150 g.

Napój: wybierać możemy między puszkami napojów oferowanych przez Coca Colę. Cola się przydała, bo jak wspominałem Chicken Burger był nieco za suchy.

Podsumowując: za 15 zł możemy ten zestaw polecić. Był smaczny i nasycający. Mimo drobnych uwag wyszliśmy zadowolenie. Do wyboru w Western Chicken mamy kilka zestawów oraz tortille i kebaby z kurczaka.

Western Chicken mieści się w hali Makro na ulicy Transportowców 15.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Niedziela pod znakiem sera, czyli Kanapka Drwala i Serki Camembert w McDonald's

No nie mogłem się zebrać, żeby zrecenzować Kanapkę Drwala. Wszyscy już chyba o niej słyszeli, wszyscy o niej pisali, a ja ciągle nic. Aż w piątek zapukał do mnie rano kurier i wręczył mi tajemniczy list. A w liście tym kupony na Zestaw Powiększony z Kanapką Drwala lub Kanapką Szefa (do wyboru) i szejka. Taki mi prezent McDonald's Polska zrobił. Dobrze być blogerem :)

To mnie ostatecznie zmotywowało. Zapakowałem się więc w niedzielę w autko i podjechałem do Galerii Korona. Tam wymieniłem kupon na Kanapkę Drwala, frytki, colę i waniliowego szejka.


O frytkach z Maca nie raz pisałem, więc powtarzał się nie będę. Były doskonałe. Cola - wiadomo. Szejk - nie jadam lodów, ale szejk mi smakował. W lecie pewnie skuszę się nie raz, truskawkowy jest dla mnie za słodki, czekoladowy również. Waniliowy też jest słodki, ale dla mnie najbardziej przyswajalny. Gęsty, zimny, smaczny.

A teraz do rzeczy, czyli Kanapki Drwala. Otwieram pudełko i widzę:


Dużą bułkę ze skwarkami, taką samą, jak w Zbójnickiej czy Kanapce Szefa. A w środku wołowy burger, bekon, a pod nim gruby placek panierowanego sera. No, są też warzywa i sos, ale to wołowina, wieprz i ser grają tutaj pierwsze skrzypce:


Ugryzłem i zrozumiałem, czemu na temat tej kanapki słyszę wszędzie tylko zachwyty. Soczysta wołowinka przełamana chrupkim bekonem doskonale współgra z ciągnącym się jak argentyński serial serem. Oddalasz bułkę od ust, a ser wisi. Oddalasz jeszcze bardziej a ser ciągle wisi w powietrzu. Nie sprawdziłem, ale pewnie udałoby mi się owinąć nim stolik :)  Yeah! To jest ser! Warzywa i sos bardzo miło dopełniły kanapkę, ale skupiony na świętej trójcy zaledwie zarejestrowałem ich obecność.

Tak mnie ten ser rozochocił, że skoczyłem jeszcze szybko i domówiłem Serki Camembert za 5,90 zł i Sos Żurawinowy (1 zł).


Serki są trzy. Jak trzy świnki z bajki. Nieduże trójkąciki w chrupiącej panierce. Łagodne w smaku, w połączeniu z sosem stanowiły interesujący dodatek do Zestawu.


Sos żurawinowy nieco mnie zaskoczył. Na ogół do camemberta na gorąco podaje się konfiturę żurawinową, która jest kwaśna. Sos z Maka jest zaś... słodkawy. Mnie to nie przeszkadza - w VooDoo przekonali mnie do słodkich sosów do sera.

Camamberty były gorące, ciągnęły się (ale nie tak, jak ser z Drwala) i były naprawdę smaczne. Serki są, jak widać małe. Zbyt małe, żeby zamawiać je jako samodzielną przekąskę, raczej jako ciekawy dodatek do głównego zamówienia.

Podsumowując: Kanapka Drwala to mistrzostwo fast fooda. Dopisuję ją do McRoyala i Kanapki Szefa, jako trzecią kanapkę w McDonald's, do której chętnie będę wracał. Smaczna i nasycająca, zapada w pamięć - jeszcze długo po zjedzeniu czułem się najedzony i odruchowo oblizywałem usta szukając jej smaku. Polecam.

P.S. Nie znam ceny takiego zestawu, jak zjadłem. Kanapka Drwala kosztuje bodaj 11,90 zł i zdecydowanie warta jest tych pieniędzy. Serki Camembert - 5,90 zł za 3 sztuki, sos - 1 zł.

niedziela, 13 stycznia 2013

Raz jest dobrze, a raz gorzej, czyli dobra marka to nie wszystko

Dzisiaj Marika opowie Wam o swoich przygodach z wyrobami piekarniczymi. Miłego czytania!



Dawno nie byłam w Piekarni Pod Telegrafem. Zazwyczaj, kiedy się tam pojawiam mam ustalony swój zestaw, czyli Trójkąt z salami, Pizza Parmeńska lub Rożek z szynką. Tym razem jednak zapragnęłam odmiany. W przelocie, jak zwykle zawitałam do Piekarni przy ul. Piotrkowskiej, obok Żabki i po szybkim rekonesansie mój wybór padł na zapiekankę z kiełbasą. Zapłaciłam 3.5zł i czekam. Moja zapiekanka trafiła do pieca, po dwóch, może trzech minutach dostałam ją i zaczęłam się przyglądać. 

Jeśli chodzi o zapiekanki, to zdecydowanie wolę jadać je w typowo fast foodowych miejscach, wtedy wiem, że zapiekanka to zapiekanka, a nie pseudo coś, co nawet koło zapiekanki nie stało. Jednak Piekarnia Pod Telegrafem pewną renomę posiada, więc i zapiekanka mnie nie rozczarowała. 

Bagietka była gorąca i chrupiąca, wiem, że to zasługa pieca. Bardzo wyczuwalny był smak czosnku, podejrzewam, że przed nałożeniem składników bagietka została potraktowana masłem czosnkowym z ziołami. I to było dobre. Następnie kiełbasa, czyli zwykła wędlina kanapkowa z gatunku tych tańszych, ale smaczna. I dużo. Dalej był ser i po kawałku ogórka kiszonego i papryki marynowanej. No i Keczup. Ponieważ tamtego dnia aura była dosyć niesprzyjająca, postanowiłam zjeść na miejscu, przy stoliku, więc zapiekanka do końca pozostała ciepła. 

W sumie byłam bardzo mile zaskoczona, choć oczywiście nie ma porównania z zapiekankami np. z Kościuszki, czy z Jaffy. Ale za 3.5zł więcej nie można się spodziewać. To był dobry dzień.
Następny już gorszy...

Podbudowana nowym Telegrafowym odkryciem następnego dnia zawitałam do niedawno otwartej Piekarni przy Sienkiewicza, w lokalu po dawnej Desie. Nie wiem czy to z powodu lokalizacji, a tym samym zapewne sporego ruchu, czy też z powodu wielkości lokalu, ilość produktów wydawała się strasznie mała. Jakby byli przed dostawą i ciągnęli na resztkach.

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy - a jakże! - zapiekanki. Z grzybami, z kiełbasą oraz z salami. Ponieważ kiełbaskową jadłam poprzedniego dnia, wybieram tradycyjną: grzyby. Płacę tyle samo co poprzednio, czyli 3.5zł i po kilkunastu sekundach dostaję na tacce zwiniętego na kształt litery S flaka. Warto zaznaczyć, że kiedy weszłam do lokalu trzy panie stały przy kasie plotkując, żadna nie zareagowała na mnie-klientkę przez około minutę. Kiedy już jedna się mną zainteresowała, rozmowa wyglądała tak:
Pani: Dzień dobry co podać?
Ja: Dzień dobry. Zapiekankę z grzybami na ciepło z keczupem.
P.: Z grzybami?
J.: Tak.
P.: Na ciepło?
J.: Taak
P.: Z keczupem?
J.: Taaak. (Nosz kurrr!!!)
P.: 3,5zł i proszę chwilę poczekać.

No i gdy już dostałam tego flaka, to mi się płakać chciało. Oczywiście była to zasługa grzania w mikrofali, ale do jasnej anielki nijak nie dało rady tego złapać, żeby się nie upaćkać keczupem po same uszy! Na flaku nie było śladu czosnkowego posmaku, co może i zrozumiałe w przypadku grzybów, które zresztą były zimne, a ser twardy. Nie ma porównania praktycznie z niczym, a już na pewno nie z zapiekanką. Niby jedna firma, a tak skrajnie różne efekty odgrzewania tej samej przekąski. 

W sumie mikrofala mi absolutnie nie przeszkadza, większość bułek, które kupuję Pod Telegrafem jest właśnie w ten sposób odgrzewana, ale do zapiekanek mikrofala się po prostu nie nadaje. Zmęczyłam to jakoś, a Pani w międzyczasie zaczęła sprzątać stolik, przy którym siedziałam (nie było czasu wcześniej?), następnie skierowałam się do Cube Cafe w celu umycia rąk, bo przetarcie serwetką nic nie dało. 
Nie zraziłam się do Piekarni jako takiej, ale do tej konkretnej i jeśli tam wrócę to na pewno nie po zapiekankę. Nigdy w życiu!

PS. Od napisania tej notki minęło trochę czasu, w którym kilkakrotnie jeszcze odwiedzałam różne punkty PpT i za każdym razem zaobserwowałam taką prawidłowość: zapiekanka z kiełbasą – do pieca, zapiekanka z grzybami – mikrofala. Dzieje się tak w różnych punktach miasta. Jakiś czas po napisaniu tej recenzji znów wylądowałam na zapiekance z kiełbasą, potem – jakby podświadomie – grzyby. Później jeszcze celowo ów eksperyment powtórzyłam, więc teraz wysyłam recenzję bogatszą o tę cenną uwagę. 

Autorką tekstu jest Marika.

sobota, 12 stycznia 2013

Pół kilograma przyjemności, czyli Alabama Monster w VooDoo

Ech, duży jest Luizjana Cheeseburger. Duży i smaczny. Ale ostatnio zmierzyłem się w VooDoo z zawodnikiem wagi ciężkiej. Chodziło to danie za mną, odkąd pojawiło się w karcie. Nie byłem jednak gotowy, by podjąć wyzwanie. Aż nadszedł dzień, by spotkać się z kolegą przy wódce. A jak wódka to i zakąska. A jak zakąska to najlepiej mięsna. A jak mięso to czemu by nie spróbować Alabama Monster? W karcie opisany jest następująco: gigantyczny stek wieprzowy z sosem z pikantnej papryki jalapeno. Pół kilograma przyjemności! Stek dostajemy z surówkami i (do wyboru) frytkami lub ziemniakiem z pieca lub ryżem. Ja zdecydowałem się na frytki.



O tak! To danie zasługuje na swoją nazwę! Choć początkowo nie wydawał mi się specjalnie duży (mięso nie jest rozbite), to w miarę jedzenia nabierałem coraz większego szacunku do Monstera. Jeśli jedliście Luizjana Cheeseburger to macie skalę: większy niż bułka do tego burgera i grubszy niż kotlet w nim. Idealnie wysmażony, idealnie doprawiony. Nie zniszczony tłuczkiem, zachował wszystko to, za co kochamy steki - zwartość mięsa, soczystość i smak.


Sos lekko pikantny (tylko lekko, miałem nadzieję na większą ostrość), nie dominuje, podkreśla smak mięsa. Frytki chrupiące, surówka świeża i smaczna. Ale to tylko dodatki. Bo gwiazdą pozostaje Alabama Monster, cudowny, wielki, soczysty kawał wieprzowej szynki.

Jest jak Muhammad Ali - najpierw się z Tobą bawi, podpuszcza, by w końcu zadać piorunujący cios. Nokautuje Twoje zmysły, rzuca na deski, sprawia, że już tylko jęczysz, ale nie z bólu, lecz z rozkoszy.  Wypijasz do niego 0,5 litra wódki i nic. Lekki szum w głowie, jak po pięćdziesiątce. Ten cholerny stek niweluje nawet działanie alkoholu! Dlatego stawiam go w pierwszym rzędzie idealnych dań do wódki. Starcie zakończyło się remisem - zjadłem, ale zachowałem wstrzemięźliwość przez następne 16 godzin.

Alabama Monster sponiewierał mnie, ale jednocześnie uzależnił. Nie czuję do niego żalu, lecz bezprzykładne uwielbienie. Tak prorocy zdobywali wyznawców. Ja jestem wyznawcą, a moim Prorokiem - Alabama Monster! Na wieki!

Ceny (za moje zamówienie): Alabama Monster - 35 zł, Sobieski (0,5 l) - 50 zł, dzbanek Coca Coli - 11 zł. Doznania - bezcenne.

piątek, 11 stycznia 2013

Magda Gessler w Ziemi Obiecanej, czyli kanapki z MG Eat

W mieście Łodzi, na terenie dawnego kompleksu fabrycznego Izraela Poznańskiego, działa Manufaktura, jedno z największych w Europie centrów handlowo - usługowo - rozrywkowych.  Na jej terenie znajdziecie mnóstwo miejsc oferujących jedzenie. Jakub, autor bloga Kuba Pichci, wybrał się do jednego z nich, a swoimi wrażeniami postanowił podzielić się na łamach Street Food Polska. Kubie dziękuję za recenzję, a Was zapraszam do lektury!


Będąc kilka dni temu w łódzkiej Manufakturze poczułem głód, który zachęcony pozytywną recenzją z tego bloga postanowiłem zaspokoić kanapką Kurczak Teriyaki w Subway. Gdy dotarłem do strefy restauracyjnej, ku swemu zaskoczeniu odbiłem się od długiej kolejki do tej knajpy. Już miałem stanąć grzecznie w ogonku, kiedy zauważyłem, że po sąsiedzku otwarto fastfood Magdy Gessler – MG Eat. Znam ich ofertę i lubię zupy tam serwowane, dlatego postanowiłem spróbować kanapek, a wybór padł na dwie – MG Klasyk oraz English Style.

MG Klasyk to kanapka „bezpieczna”, dla osób lubiących stare dobre smaki. Za 7,90 zł otrzymujemy przyzwoitego sandwicza z sałatą, szynką, serem typu ementaler i pomidorem. Całość dopełnia odrobina majonezu.





English Style to propozycja dla wielbicieli nieco bardziej treściwego wypełnienia. Na liściu sałaty podano grillowany boczek oraz jajko plus pomidor, świeży ogórek i sos majonezowy. Koszt to również 7,90 zł.





Przy składaniu zamówienia mieliśmy do wybory białe lub ciemne pieczywo oraz to, czy kanapka ma być na ciepło czy też zimno. Wybraliśmy ciepłe i ciemne.

Mogę z czystym sumieniem polecić kanapki serwowane w MG Eat – składniki są świeże i dobrej jakości, a obsługa sympatyczna i kompetentna. Z pewnością jeszcze tam wrócę by spróbować pozostałych kanapkowych propozycji oraz innych punktów menu.

Autorem zdjęć i tekstu jest Kuba Kobyliński.

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...