O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


czwartek, 28 lutego 2013

To jest to, czyli McWrap miodowo - musztardowy.

Jak pisałem poprzednio, zachciało mi się tortilli. Najpierw zjadłem dość przeciętnego Twistera Ser&Bekon w KFC, po nim przyszła pora na McWrapa w McDonald's. O ile SnackWrap kompletnie mnie nie przekonuje, o tyle McWrap klasyczny uwiódł mnie i zachęcił do spróbowania polecanego mi przez Czytelników McWrapa miodowo - musztardowego. Kosztuje 9,90 zł. Zapłaciłem, odebrałem, doniosłem do stolika. Opakowany tak samo, jak klasik, w wygodne pudełko:


A w środku? W środku gumowaty naleśnik, ale w przeciwieństwie do Twistera zwinięty perfekcyjnie: ciasno, dobrze trzymał składniki, żadnych przerw między mięsem i dodatkami:



Oprócz panierowanego kurczaka znajdziemy w tym wrapie również sałatę, pomidora i bekon. A także to, co sprawia, że całość jest tak dobra - sos.


Jak widać kurczaka jest dużo, równomiernie rozłożony na całej długości towarzyszy nam od pierwszego do ostatniego kęsa. Dobrze doprawiony i soczysty, doskonale komponuje się z warzywami i chrupkim bekonem. Bekonu jest sporo - może nie tyle ile bym chciał, ale kawałki są spore i wyraźnie wyczuwalne. Całość spaja sos musztardowo - miodowy. Wyraźnie wyczuwalny podczas jedzenia, podobnie jak kurczak towarzyszy nam do ostatniego gryza. Nie jest go za dużo - nie leje się po palcach, nie skapuje na stolik. Jest świetny - wyrazisty, słodko - ostry (ale to ostrość taka na pograniczu łagodności, jak dla mnie), pyszny. Nie dziwię się, że ten wrap ma tylu zwolenników.

Podsumowując: byłem bardzo zadowolony. Smaczne to było, dobrze zrobione i cieszyło zmysły. Jedyna wada - za szybko się kończy ;) Za 9,90 zł może się nie najemy, ale w zestawie z frytkami i napojem średni głód zaspokoimy bez problemu. Polecam.

środa, 27 lutego 2013

Friterie - najlepsze frytki w Warszawie

Dzisiaj recenzja nadesłana przez lorraine. Zachęcona moją rekomendacją wybrała się do nowego lokalu na Hożej w Warszawie, Fiterie. Ja miałem okazję pokosztować tych frytek podczas kręcenia dla Dzień Dobry TVN materiału o fast foodach (emisja w czwartek  we wtorek 5 marca) i podzielam jej zachwyt. Żeby już nie przedłużać powiem tylko, że wybiorę się tam na pewno jeszcze raz, hamburgery które robili wyglądały cudnie :) Zapraszam do czytania:


Napiszę to od razu, żeby wszystko było jasne – najlepsze frytki w moim życiu ;)
No dobrze, nie jadłam jeszcze frytek we wszystkich warszawskich lokalach, ale naprawdę nie spodziewam się żeby te mogło coś przebić.
Tyle tytułem wstępu.

O Friterie dowiedziałam się przy okazji filmiku, jaki Żorż nagrał ze śniadaniowym TVN. Jak tylko dowiedziałam się, frytki są robione z ziemniaków, a nie z mrożonek, uczciwie dwa razy smażone i to na wołowym tłuszczu, lokal ten natychmiast wskoczył na sam szczyt mojej listy street foodu do zjedzenia i opisania.

Lokal mieści się przy Hożej, blisko Marszałkowskiej, lokalizacja bardzo wygodna.
Już z zewnątrz wygląda zachęcająco.


Zdecydowałyśmy się standardowo na dwie porcje małych frytek (6 zł każda) i dwa sosy (1 zł sztuka).


Porcja mała oczywiście mała nie jest, jak dla mnie w sam raz żeby się najeść (a nie przejeść ) i myślę że udało mi się oddać na zdjęciu jak bardzo apetycznie się prezentowała.


O samych frytkach nie wiem po prostu co napisać, frytkowa doskonałość. Bardzo grube, bardzo miękkie w środku i chrupiące na zewnątrz, zdecydowanie różniące się w smaku od mrożonek, jakby bogatsze, bardziej ziemniaczane.
Pamiętam, że pisałam o Frytaskach, że nie mam im nic do zarzucenia, teraz już mam. Są dobre, ale na tle mrożonej konkurencji. Z tymi z Friterie nie mogą się równać.

Wybór sosów nie jest powalający, jednak zróżnicowany, jak pamiętam jakieś 7 czy 8 pozycji plus ketchup i majonez.
Sosy robione na miejscu, bowiem jak zapytałam o lazur dowiedziałam się od przemiłego pana sprzedającego że go nie ma, ale mogą zrobić, bo robi się szybko i co to za kłopot.
Ja poprosiłam więc o lazur a siostra moja, wierna frytkowa towarzyszka, o sos pesto.
No i teraz znów, sos pesto okazał się najlepszym sosem do frytek jaki jadłam. Pachnący, złożony, intrygujący. Musiałam, po prostu musiałam, zapytać z czego jest zrobiony. Przemiły pan (pisałam już o tym? Trudno. Pan był tak uroczy, że zasługuje to na powtórzenie :D) opowiedział mi o składnikach i mam nadzieję że wszystko zapamiętałam.
Majonez, bazylia, dużo pesto rosso, orzeszki, suszone pomidory , skórka i sok z cytryny. Moim zdaniem już opis brzmi wspaniale i naprawdę ten sos jest pyszny.

Sos lazur mimo iż zrobiony na zamówienie - piszę to z żalem - był najsłabszym punktem programu. Po prostu kompletnie w smaku nie było czuć niebieskiego sera pleśniowego (a zakładam zasugerowana nazwą, iż w tym sosie powinien się znaleźć. Tak sobie teraz myślę że trzeba było chyba przy wyjściu upewnić się w kwestii tego sera, ale na miejscu niestety nie przyszło mi to do głowy ). Sos był biały, łagodny, słodkawy. No dobrze, nie był zły czy niesmaczny, całą porcję zjadłam, ale to nie było to czego się spodziewałam i smaku sera mi brakowało.

Kończąc temat frytek, nie wiem ile razu powtórzyłyśmy po wyjściu jakie to było dobre i jak bardzo musimy się wkrótce wybrać ponownie.

Przy czym powodem są nie tylko frytki, bowiem we Friterie są także (i nie tylko) burgery i wnioskuję już na podstawie rozmowy z panem, że będą znakomite. Wysokiej jakości wołowina, ciekawe dodatki. Póki co w menu jest jedna pozycja o prostej nazwie – hamburger, a dodatków jest dużo i jak zrozumiałam można sobie stworzyć burgera na zamówienie. W najbliższym czasie burgerowe menu ma się rozwinąć na poszczególne pozycje. Nie wiem czy wybiorę się przed tą zmianą czy już po niej, ale że się wybiorę to pewne.
Żałuję tylko że nie dam rady za jednym razem zjeść frytek i burgera i będę musiała wybrać :D

Autorką zdjęć i tekstu jest lorraine.


wtorek, 26 lutego 2013

Nowość w KFC, czyli Twister Ser & Bekon

Naszło mnie na tortille. A jak mi się czegoś zachce, to nie ma zmiłuj - jak z kobietą w ciąży, muszę to dostać. A więc kierunek Galeria Korona i stoiska KFC i McDonald's. W tym pierwszym postanowiłem zapoznać się z nowym w ofercie Twisterem Ser & Bekon. W tym drugim chciałem wreszcie doznać McWrapa miodowo - musztardowego. Obie zachcianki spełniłem, a jak mi smakowało? O tym przeczytacie w dwóch recenzjach. Dziś część pierwsza - KFC i Twister Ser & Bekon.

KFC wprowadziło dwa nowe twistery: ser & bekon oraz attikos. Mnie bardziej niż "po grecku" interesowało na ostro, więc wybrałem ser i bekon. W wersji hot & spicy i na dodatek poprosiłem o wersję tostowaną. Po kilku chwilach dostałem zawiniątko z moim zamówieniem i udałem się do stolika celem spożycia:


Hmmm... Zamawiając wersję tostowaną spodziewałem się otrzymać zapieczoną na chrupką tortillę. Tutaj był nieco przypieczony naleśnik:


Przypieczony, ale nie chrupki. Dalej był lekko gumowaty. Żeby była pełna jasność - tostowanego Twistera zamawiałem pierwszy raz, nie wiedziałem do końca czego się spodziewać. Taka gumowatość dobrze utrzymuje składniki, więc nie jest to duży zarzut, ale jednak byłem lekko zawiedziony. No nic, zaglądam do środka:


Druga rzecz, która mi się nie spodobała to sposób zwinięcia. Nie wiem, czy wynika to z tego, że w Twisterze znajdziemy panierowane polędwiczki, które mają kształt nieregularny, czy po prostu został zwinięty niedbale, ale cały czas miałem irytujące poczucie, że Twister nie został wypełniony tak, jak powinien. Wyczuwało się w nim puste miejsca: polędwiczka - przerwa - polędwiczka - przerwa - polędwiczka. Niby mięso jest od pierwszego do ostatniego kęsa, niby warzywa są, ale jednak tortilla chybotała się na boki.



A co ze smakiem? Najkrócej rzecz ujmując: głowy nie urywa, ale złe nie jest. Kurczak w wersji hot & spicy jest delikatnie pikantny, sos wyrazisty, ale jego ostrość również jest dyskusyjna. Warzyw nie ma dużo, więc nie przeszkadzają, nawilżają wnętrze, nie dominują. Ale ale... A co z głównymi obok kurczaka składnikami, czyli serem i bekonem? No... są. Ale w ilości nieprzyzwoicie małej. Sera był może jeden plasterek, który miał wystarczyć na całą długość Twistera. Nie wystarczył. Pojawił się dwukrotnie. Gdybym go nie widział, to nie powiedziałbym, że jest, bo w smaku praktycznie niewyczuwalny. Bekon - kawałki, a właściwie kawałeczki,  chrupkiego bekonu występowały. Ale wielkością rywalizowały z karmelizowaną cebulka, jaką można dostać w niektórych fast foodach do hamburgerów czy hot dogów.

Podsumowując: Twister Ser&Bekon kosztuje 9,90 zł. Nie jest zły, smak w skali 1 - 10 oceniam na 5, nie wyróżnił się jednak niczym szczególnym, nie przekonał mnie na tyle, żebym chciał zamówić go ponownie. Osobiście wolę dołożyć 30 gr i wziąć swoją ulubioną kanapkę w KFC, czyli Brazera. Rzekłem.

niedziela, 24 lutego 2013

Grande Pizza czyli druga szansa i … nigdy więcej!

Dzisiaj recenzja nadesłana przez Michała z Forum Kibiców Korony Kielce. Zapraszam do lektury:

Grande Pizza jako pizzeria zlokalizowana najbliżej naszego miejsca zamieszkania miała zostać naturalnym miejscem cotygodniowych niedzielnych spotkań. Lokal przytulny, przestronny, dużo stolików, miła obsługa… Po szybkim przejrzeniu menu wybór jednogłośnie padł na dużą 50 cm Capriciossę. Składniki: szynka, pieczarki, cebula, oregano. Za taką przyjemność zapłaciliśmy 25,99zł ( biorąc pod uwagę wielkość pizzy, cena przystępna). Po ok kilkunastu minutach zamówienie zostało zrealizowane. Pierwsze na co zwróciliśmy uwagę to wielkość placka –pizza była naprawdę duża. Niestety czar prysnął w ciągu ułamku sekundy jak bańka mydlana. Testuję mój kawałek i … mimowolnie pojawił się grymas na twarzy. Ciasto? Spalone. Odrzuciło od razu… Sprawdziliśmy spód całej pizzy- całe spalone… Tragedia. Za podanie pizzy w takim stanie, pracownikom pizzerii powinien należeć się dożywotni ban na obsługę klienta. Koniec kropka. Składniki? Jedyny plus to ich duża ilość. Szynka po prostu niesmaczna. Sprawiała wrażenie szynki „drugiej kategorii”- twarda, sucha, zero smaku. Do tego cebula, cebula, cebula, cebula i jeszcze raz cebula. Moim zdaniem zdecydowanie za dużo, zabija to smak tradycyjnej Capriciossy. Brzegi pizzy niesamowicie suche, bez smaku, bez wyrazu. Napęczniałe do granic możliwości najczęściej lądowały nietknięte bądź delikatnie nadgryzione na talerzu. Pizza z gatunku typowy zapychacz- wielka i nic poza tym. Mimo szczerych chęci nijak nie da się powiedzieć nic pozytywnego. Rozczarowanie ogromne. 25,99 zł wyrzucone w błoto. Po powrocie do domu okazało się iż Grande Pizza zafundowała mi nieoczekiwany bonus – ostre problemy gastryczne… Moja ocena? Akademicka dwója. Egzamin oblany. 

Po dłuższym okresie czasu ponownie ze znajomymi postanowiliśmy dać Grande Pizzy jeszcze jedną szansę. Ponownie niedziela, ponownie bardzo miła obsługa, ponownie kilkanaście minut oczekiwania i deja vu … przypalone ciasto. Ponownie dwója (bez możliwości poprawy)! Nigdy więcej.


Następnym razem wybraliśmy się po sąsiedzku do pizzerii Chatka. Nasz wybór padł identycznie jak w Grande na dużą Capriciosę. Cena 19,50 zł za 45 cm placek. Ogólnie pizza bardzo przyzwoita. Krótki czas oczekiwania, smaczne ciasto, dobry ciągnący się ser i świeżutka soczysta szynka. Ogólnie trzeba przyznać, że w podniebieniu wielkiego szału nie było, ale pizza trzyma mocno poziom, śmiało można się wybrać. W tej części Kielc- okolice Dymin, Baranówka, Barwinka, Kochanowskiego, Bukówki – chyba najlepszy wybór. Ocena surowego krytyka? Delikatnie naciągane akademickie 4.0. Polecam!


Autorem recenzji jest Michał.

sobota, 23 lutego 2013

Ta pizza jest naprawdę Kul!

Pizza (lub Pidza. czytaj: picca) – potrawa pochodząca z Włoch, prawdopodobnie przywieziona wraz z marchewką i kapustą przez królową Bonę, która zajadała się tą potrawą dopóty, dopóki nie zaklinowała się w drzwiach sypialni. Zapomniana po tym incydencie pizza, została wywieziona przez sycylijskich emigrantów do USA gdzie rozpowszechniona w wersji fast food wróciła do macierzy robiąc w całych Włoszech furorę. W dzisiejszych czasach pizzę je się w – jak to mówią niedouczeni – „pitcerni”. (NONSENSOPEDIA)

No więc znowu nam się piccy zachciało. I. wyszukała w necie oferty i stwierdziła, że nie jedlismy jeszcze z KulPizza, a poza tym maja promocje i do 17.00 druga duża pizza jest w cenie średniej. Do tego duża pizza u nich to placek 50 cm, no i opisy były smakowite. Więc dzwonimy, zamawiamy dwie duże pizze, w sumie 4 różne połówki. Koszt: 42,40 zł. Jak za metr pizzy całkiem przyzwoicie. Po około 40 minutach pudełka wylądowały na stole, a my zajęliśmy się testowaniem.

Na pierwszy ogień poszła pizza z połówką kebabową i połówką carbonara:



Kebab: sos śmietanowo - czosnkowy, kurczak, ser i cebula. I oregano - oregano znalazło się na każdej pizzy w dużej ilości. Dzięki temu pizze pachniały zjawiskowo, a i smak całości bardzo zyskał. Kurczak na pizzy to małe kawałki doprawionego na kebab mięsa. Jest ich naprawdę sporo - część widoczna na wierzchu, część zapieczona pod serem. Pizza aromatyczna i bardzo smaczna, wyrazista i dobrze doprawiona. Sos nie dominuje, ale czuć go w tle. Ciasto bardzo dobrze wypieczone, żadnych zakalców, elastyczne i chrupiące na brzegach.



Carbonara: sos śmietanowo - czosnkowy, bekon, pieczarki, oregano, ser i cebula. Bekon wysmażony, ale nie przesadnie - zachował wilgotność, nie strzelał w zębach, był miękki, jedynie brzegi chrupały miło. Pieczarki soczyste, o zdecydowanym smaku. Ta połówka również wyrazista w smaku i bardzo dobra. Składników dużo. Ciasto i sos - jak wyżej.



Łyżka dziegciu do tego miodu: na kebabowej połówce dwa trójkąty były przypalone od dołu w kierunku środka, co nieco zepsuło smak. Ja akurat na to nie trafiłem, ale I. stwierdziła, że w połowie jedzenia czuła posmak spalenizny.

Druga pizza to połówki na sosie "czerwonym": meksykańska i tossa.



Tossa: sos pomidorowy, ser, boczek, szpinak, cebula, czarne oliwki, czosnek i oregano. Bardzo dobra, wyrazista pizza. Szpinak baby, więc nie tak mocny w smaku, jak normalny, ale jednak bardzo wyczuwalny. Boczek soczysty, czarne oliwki podbijają smak. Czosnek nienachalny, ale wyczuwalny w tle. Pizza zdecydowanie warta polecenia w wersji pełnowymiarowej.



Meksykańska, czyli to co tygryski lubią najbardziej. Sos meksykański, ser, salami, bekon, papryka pepperoni, cebula, oregano. Ostra. Mięsna. Wyrazista. Salami i bekonu jest dużo. Sos jak i papryka pepperoni zaostrzają smak. Nie jest przesadnie pikantna, ale moc posiada. I wielka dla mnie zaleta - brak czerwonej fasoli i kukurydzy, tak chętnie pakowanych w niektórych pizzeriach na pizzę meksykańską. Ich brak nie był stratą, bo nie przytłumiał smaku mięsnych składników i ostrego sosu. Meksykańska to dla mnie zdecydowanie najlepsza połówka wieczoru. 



Podsumowując: pizza bardzo smaczna, warta swojej ceny. 50 cm placek, duża ilość nadającego aromat i smak oregano, składników dużo i są dobrej jakości. Mała wpadka z przypalonym na dwóch kawałkach ciastem tylko nieznacznie obniża moją ocenę. Polecam bo warto.

piątek, 22 lutego 2013

O 3 nad ranem kebab smakuje najlepiej

Jakoś tak się składa, że Saray Kebab odwiedzam ostatnio w nocy. Tym razem jednak nie wracałem z wódeczki, a z pociągu. Na zaproszenie Filipa Chajzera kręciłem w Warszawie materiał dla Dzień Dobry TVN. Pociąg powrotny był późno, w Kielcach wylądowałem około 3 nad ranem. W Warszawie odwiedziliśmy 5 punktów z fast foodem, w każdym uczciwie popróbowaliśmy, ale jak już wysiadłem z pociągu pomyślałem, że zamiast brać taksówkę i jechać do domu może warto byłoby jeszcze jakieś śniadanie wciągnąć? No więc poszedłem do Saraya, który na szczęście czynny jest 24 h. Mimo późnej (lub jak kto woli bardzo wczesnej) pory, w lokalu było kilka osób. Rzut oka na menu i decyzja podjęta. Jako że uwielbiam tureckie pieczywo, zdecydowałem się na średni kebab z "baraniny" w takimż chlebie/bułce. Sosy mieszane. Koszt: 10 zł. Po kilku minutach mój kebab był gotów. Odebrałem i wziąłem się za jedzenie.


Pieczywo jest genialne - mięso zapakowane w tę turecką bułkę to mój ulubiony sposób na kebaba. Zawsze zjadam do końca. Chrupiąca i miękka doskonale smakuje nawet po wystygnięciu.

Surówki: jest ich akurat tyle, żeby było je czuć, nie dominują w smaku, dobrze pasują do mięsa i sosów.

Sosy: jak pisałem wziąłem mieszane. Łagodny czosnkowy i ostry paprykowy. Pomieszane doskonale podbijają smak, przy czym paprykowy nadaje tej idealnej pikantności. Nie było ich za dużo - nie rozmiękczyły bułki, nie lały się po palcach, nie dominowały w smaku.

Mięso: długie, soczyste paski dobrze doprawionej "baraniny". Smaczne i gorące. Jak na porcję za 10 zł jest ich dużo i to one są głównym składnikiem.


Podsumowując: znów wyszedłem stamtąd bardzo zadowolony, wszystkie składniki do siebie pasowały, całość bardzo mi smakowała. Porcja za 10 zł idealna na średni głód, bardzo głodni mogą zamówić wersję z podwójnym mięsem za 14 zł. Polecam po raz kolejny.
P.S. Do każdego dania herbatka od firmy gratis.

czwartek, 21 lutego 2013

Yufka z kurczakiem? Me gusta!

Kebabów ciąg dalszy. Dzisiaj wpis nadesłany przez Krzyśka Wilczka. Zapraszam do lektury:


Zaintrygował mnie wpis Żorża jako, że jedząc tradycyjne niemieckie danie (czyt. kebab), zawsze biorę baraninę lub „baraninę” wychodząc z założenia, że kurczaka lepiej samemu zamarynować i grillować w domu. To postanowiłem sprawdzić yufkę z kurczakiem.

Rzeczywiście wzrokowo mięso opiekające się na ruszcie nie wygląda za rewelacyjnie, a kurczaka nie ma wcale. Ale spokojnie kurczak czeka już po porcjowany w lodówce na zapleczu i w mgnieniu oka wylądował na grillu. A staranność z jakaś przyrządzana jest yufka budzi mój podziw. W dalszym ciągu (a od wizyty Żorża minęło już kilka miesięcy) warzywa są świeże, a sos wyborny. Właśnie sos! Inny niż wszędzie nie jest wściekle czosnkowy i pikantny na bazie nie-wiadomo-czego. Tu jest jeden sos – jogurtowy – pyszny! A pikantny staje się przez posypanie drobno zmielonej ostrej papryki, której ilość (mniej/więcej) możemy wybrać sami. Sos jest bardzo oryginalny, pyszny i przez to, że do tortilli nie są lane dwa sosy to tortilla po prostu nie przecieka

z każdym yufki kęsem
w brzuszku lądowały warzywa z mięsem
pysznym sos dopełniał całości
nie pojawiły się mdłości

Dobra, koniec głupot. Yufka z kurczakiem na Rogatce pierwsza klasa. A jeśli ktoś ocenia lokal po wyglądzie to niech lepiej nie wyjeżdża za granicę, bo w opinii wielu najlepsze jedzenie jest w budach, które polski Sanepid by zamknął od razu. Jeśli ważne dla Was jest jedzenie to natychmiast marsz na yufkę z kurczakiem!

Jeszcze jedna kwestia, jeśli jesteśmy już przy Rogatce. Żółta budka po drugiej stronie ulicy, obok przystanku przy Jana Pawła II. Tortilla z kurczakiem. Kurczak opiekany na ruszcie = suchy, oczywiście mocno doprawiony (za mocno). Do tego pikle. Całość ląduje w tortilli, a pani do zawiniętego już „placka” z góry dokłada ogórki i leje morze sosów, przez co nie idzie tego ugryźć i należy uważać, żeby się nie ubrudzić. A smak? Porażka na całej linii! Smak mięsa niewyczuwalny (uaktywnia się 2 godziny po konsumpcji i trwa i trwa i trwa, dlatego lepiej z nikim nie rozmawiać przez dwa dni) Sos? Jest w nadmiarze, a smak podobny jak w przypadku mięsa. Jedyne co jest wyczuwalne to pikle z zalewy mocno octowej. Nie polecam.

Autorem wpisu jest Krzysztof Wilczek

środa, 20 lutego 2013

Crazy kebab, czyli kolejny kebab z pizzerii

Ostatnio zachwycił mnie tam hot dog z pieca. Jeden z najlepszych jakie jadłem w Kielcach. Pizzę też recenzowałem, jadłem tam hamburgera, zapiekanki i kanapki. Do pełnego obrazu brakowało mi tylko kebaba. W końcu się udało.

Ponieważ zimno było i wilgotno, nie chciało mi się za bardzo łazić po mieście. Na Rogatkę Krakowską mam blisko, więc pomyślałem, że może uda mi się wreszcie zjeść kebab w Crazy Piramid Pizza. Wchodzę, pytam - jest. Do wyboru mamy kebab w bułce (za 9 zł 100 g mięsa i za 14 zł 200 g mięsa wg menu) oraz w tortilli (za 10 zł 130 g mięsa i za 12 zł ta sama gramatura, ale z ananasem dodatkowo). Można też zamówić na talerzu z frytkami. Mnie interesował kebab w bułce. Wybrałem tego za 9 zł. Mięso jest tylko drobiowe. Po około 5 minutach odebrałem "Bułkę Seti" - bo tak się ta wersja w CPP nazywa i wyszedłem zjeść. Bułka jest inna niż dotąd przez mnie spotykane - taka bardziej "chlebowa":


Wielkość bułki jest akuratna, by wygodnie trzymać ją w dłoni:


Samo pieczywo bardzo smaczne - chrupiące, lecz nie suche, dobrze przypieczone na elektrycznym grillu.

A co w środku? Standard, czyli surówki, sosy i mięso:


Świeży pomidor, kiszony ogórek, kapusta biała i czerwona. Nie dominują w smaku, nie stanowią większości, pasują do mięsa. Kukurydzy nie stwierdziłem, więc daję duży plus :)

Sosy: wziąłem mieszane. Biały łagodny, majonezowy. Różowy pikantny, ale delikatnie. Oba bardzo kremowe, przypominają mi te, które jadłem w Prosiaczku. One również nie przeszkadzają w jedzeniu, dobrze podbijają smak całości.

I najważniejsze: mięso. Nie wiem czy było go 100 g czy więcej, ale było go dużo.


Miałem szczęście dostać mięso bezpośrednio "z kija", więc było gorące i soczyste. Tak jak lubię - część kawałków lekko chrupiąca, część bardziej miękka i soczysta. Dobrze doprawione, smaczne.

Podsumowując: za 9 zł nie mam się do czego przyczepić. Porcja w sam raz na średni głód, składniki świeże i smaczne, bułka dobra. Spokojnie mogę polecić, jeśli ktoś lubi kebab z kurczaka będzie zadowolony. I tak sobie myślę, że skoro CPP to głównie pizzeria, ma dobry piec, z którego wychodzą pyszne hot dogi, to aż sie prosi, żeby samemu wypiekać pieczywo do kebaba. Skoro jest pizza w rożku, to w takim samym cieście kebab smakowałby doskonale. Może warto to przemyśleć?

wtorek, 19 lutego 2013

Wieczór golonkowo - tatarowych jawnożerców w Plejadzie

Szykowaliśmy się na takie spotkanie od dawna. W zasadzie wiedzieliśmy jedno: tatar i golonka muszą być. Pozostawała kwestia miejsca. Padały różne propozycje, w końcu inicjator całego zamieszania, redaktor Kotwica rozstrzygnął spór rezerwując nam miejsca w Plejadzie i biorąc na siebie ciężar negocjacji menu i cen. Dawno już dobrego tatara czy golonki poza domem nie jadłem, więc cieszyłem się na to spotkanie bardzo. Dobre jedzenie w dobrym towarzystwie to coś, co uwielbiam.

A więc w piątek o godzinie 20.00 udaliśmy się w kierunku Rynku, gdzie pod numerem 16 mieści się Plejada Restaurant & Pub. Lokal jest trzypoziomowy - sala z barem i kuchnią, druga na piętrze i antresola, gdzie mieliśmy zarezerwowany stolik.

Kiedy zasiedliśmy do stołu przyszła pora na aperitf:


Pół litra Stocka kosztuje w Plejadzie 50 zł, więc jak na restaurację - dość tanio. Gwarząc sobie niezobowiązująco przy doskonale schłodzonej wódce doszliśmy do wniosku, że czas na pierwszego bohatera wieczoru:


 Na talerzach nie było musztardy - dostaliśmy ją w osobnej sosjerce. Maggi, sól, pieprz - również stały na stolikach osobno, podobnie jak pieczywo. Tatar okazał się pyszny - wszyscy zjedliśmy z apetytem, a w towarzystwie wódki było to to, co tygrysy lubią najbardziej. O ile się orientuję tatara w karcie nie ma - był robiony specjalnie dla nas, za co w pas się kłaniam Właścicielom i organizatorowi. Na rachunku widniała kwota ... hmmm... nie powiem, bardzo atrakcyjna i zapłaciliśmy z przyjemnością bo wart był swej ceny. Chciałbym nadmienić, że talerze są duże, podają na nich dania obiadowe i pizzę, więc porcja była solidna.

Nasyciwszy się z lekka wróciliśmy do rozmów. W miłym towarzystwie czas płynie szybko, ani się obejrzeliśmy kiedy na stoły wjechała Miss Wieczoru - przezacna golonka z warzywami:



Golonki były olbrzymie! Towarzyszyły im warzywa, chrzan i musztarda. Upieczone idealnie - mięso odchodziło od kości bez problemu, było soczyste i dobrze doprawione. Skórka mięciutka, tłuszczyk pod skórką niezbyt obfity, soczysty, niemal dał się smarować jak masło. Nie wiem ile te golonki ważyły, ale dobry kilogram chyba miały. Niebo w gębie! Cena z karty to 23 zł/sztukę.

Zjedliśmy 14 tatarów, 14 golonek, wypiliśmy 11 butelek wódki i rozeszliśmy się ukontentowani. To był dobry pomysł, by tam się spotkać. Ja wpisuję Plejadę na listę lokali, do których będę zaglądał.

Dziękuję wszystkim, którzy się pojawili na naszym spotkaniu, cieszę się, że mogłem wiele osób poznać osobiście, dziękuję obsłudze oraz Właścicielom, którzy stanęli na wysokości zadania. Tuszę, iż takie "spotkania ćwiartkowe" będziemy kontynuować.

Zdjęcie golonek nr 2 - Michał Kurzeja.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Street Food Polska TV w Wurst Kiosk

Dzisiaj coś dla miłośników kiełbas i ziemniaków. W tym odcinku odwiedzamy warszawski Wurst Kiosk, gdzie oddamy się nieskrępowanej konsumpcji niemieckich kiełbas, belgijskich frytek i popijamy całość najbardziej hipsterskim napojem.




niedziela, 17 lutego 2013

Kawa - włoskie śniadanie

Niedziela, więc post lżejszy i przyjemniejszy, w sam raz żeby się chwilkę podelektować. Agata z bloga  Kuchnia Bez Kitu, wielka miłośniczka Włoch i wszelkich kulinariów z tym krajem związanych,  wprowadzi Was dzisiaj w mistykę porannej kawy. Zapraszam do lektury:


Nigdy nie przepadałam za słodkimi śniadaniami. Kiedy jednak zaczęłam regularnie bywać we Włoszech, mój sposób odżywiania generalnie uległ zmianie. Dotyczy to m.in. picia hektolitrów kawy (od niej jestem uzależniona i pielęgnuje to uzależnienie na wszystkie sposoby), czy jadania śniadań – po pierwsze śniadań w ogóle, po drugie śniadań „na słodko”. A śniadanie włoskie to przede wszystkim kawa – myślę, że nie przesadzam.


Nie od dziś wiadomo, że kawa serwowana we Włoszech jest jedną z najlepszych na świecie. Jestem po kilku lekturach związanych z kuchnią śródziemnomorską i stwierdzam, nie bez satysfakcji, że moje zdanie w tej kwestii podzielają różne osobistości kulinarne. To we Włoszech zapasy kawy robi mieszkający na co dzień w Paryżu David Lebovitz (za krytyczką kulinarną Sophie Brissard nazywa francuską kawę „oślimi siuśkami”). O przyjemności zaciągania się łykiem gęstego i mocnego espresso o poranku pisze także David Shalleck. Moim zdaniem (ale nie wiem czy to normalne), kawa to nie tylko fantastyczny napój, to ..no dobra, nie powiem, że Styl Życia (to określenie zostawiam dla klapek Kubota).. ale na pewno Moja Święta Chwila i nie wyobrażam sobie innego rozpoczęcia dnia.
Chętnych odsyłam do sieci w poszukiwaniu różnic pomiędzy kawami arabica a robusta (linki do Wiki http://pl.wikipedia.org/wiki/Kawa_arabska i http://pl.wikipedia.org/wiki/Kawa_kongijska), tu przytoczę tylko te najciekawsze dla mnie informacje na temat kawy. Zalecane jej spożycie dziennie to aż 4 filiżanki – HA! Wszyscy kawosze mogą zatem odetchnąć z ulgą - kawa może wpływać na przyspieszenie tętna, zwłaszcza gdy jest rzadko pita, jednak częste przyjmowanie kofeiny sprawia, że efekt ten zanika. Nie udowodniono do tej pory związku między nadciśnieniem a spożyciem kawy; wiadomo natomiast, że wspomaga pamięć i zdolności poznawcze, przyśpiesza metabolizm i ogranicza ryzyko zachorowań na takie choroby jak np. raka jelita i wątroby, cukrzycę typu II, kamicy żółciowej czy chorobę Parkinsona.
Najbardziej popularny sposób podania kawy we Włoszech to espresso, które stanowi podstawę macchiato, cappuccino i latte według poniższego schematu.  

We Włoszech kawę zamawia się przy barze (względnie przy kasie w kawiarni) i tam też wypija. Zamówienie jej do stolika często wiąże się z dodatkową opłatą za obsługę. Włosi, jeśli nie przygotowują kawy w domu w swoich makinetkach (których kształtów i kolorów istnieje pierdyliard, ale we włoskim domu znajdziecie najprostszą aluminiową), wstępują na nią do baru w drodze do pracy. Zamówienie, odebranie i wypicie kawy trwa łącznie 3 minuty, opcjonalne wciągnięcie śniadania: kanapki w postaci panino albo trójkątnego tramezzino, a w przypadku śniadania na słodko: np. rogalika/ pączka bomba, niewiele więcej – i można iść dalej. Tak wygląda śniadanie w wydaniu włoskim. Nie jeden raz zastanawiałam się jak rosły facet jest w stanie rozpocząć i wytrzymać poranek po śniadaniu, które składa się z bomby - pączka z kremem waniliowym lub czekoladowym i kawy (na zdjęciu cappuccino)?

Pomimo uwielbienia jakim darzę bombę, mój typ śniadaniowy to oczywiście kawa i jednak kanapka – panino albo tramezzino. Kanapki te serwuje się z przeróżnymi rodzajami wędlin gotowanych, surowych, wędzonych, dziesiątkami gatunków sera i salami, warzywami, rybami i jajami – a wszystko świeże i wyraziste w smaku.

Wszystkim, którzy jak Włosi (i ja) nie wyobrażają sobie pobudki bez kawy proponuję jej w przeróżnych „konfiguracjach”. Moje kawowe MUST DRINK:
  1. espresso
  2. macchiato (espresso z plamką mleka)
  3. cappuccino (espresso ze spienionym mlekiem)
  4. latte (spienione mleko z dodatkiem espresso)
  5. affogato (lody np. waniliowe zatopione w espresso)
  6. granita albo shakerato (poszatkowany lód z dodatkiem espresso)
  7. corretto (espresso z dodatkiem alkoholu, np. grappy)
  8. marocchinco (w Rzymie nazywana kawą Genovese)(serwowana z dodatkiem kakao)
  9. buosino (serwowana z łyżką z czekolady, która stopniowo rozpuszcza się w gorącej kawie)
  10. d’orzo (z mniejszą zawartością kofeiny)
O tym jak przygotować w domu kawę jak z włoskiej kawiarni i zaserwować ją w różnych pysznych wersjach przeczytacie na Kuchni Bez Kitu (http://kuchniabezkitu.blogspot.com/2010/11/kawa-kaweczka-kawusia-czyli-zrobic.html).


Tekst i zdjęcia Agata, Kuchnia Bez Kitu

sobota, 16 lutego 2013

Kurczak, chili, skrzydełka, pizza i mini burgery, czyli American Home po raz kolejny

Minęło nieco czasu odkąd opisałem swoje pierwsze wrażenia po Kuchennych Rewolucjach w American Home. Wtedy jadłem wywołujące niemałe kontrowersje burgery. Byłem tam później jeszcze kilka razy. Dzisiaj, kiedy emocje już opadły, chciałem się z Wami podzielić swoją opinią o innych daniach, jakie AH serwuje.

Pałki z kurczaka w panierce - 17 zł. Danie typowo obiadowe. Trzy pałki z nogi kurczaka w chrupiącej panierce dostaniemy w towarzystwie frytek, surówki i 3 sosów.


Pod chrupiącą, dobrze doprawioną panierką znajdziemy soczyste mięso. Z uwagi na krótki czas smażenia w głębokim tłuszczu danie to polecam osobom lubiącym mięso wysmażone średnio. Osoby wolące well-done raczej powinny omijać je szerokim łukiem. Kurczak jest bardzo soczysty, dzięki szczelnej panierce zachowuje wszystkie swoje soki i smaki.
Frytek jest dużo, w końcu to porcja obiadowa. Są świetne, grubo ciachane i dobrze usmażone.
Surówka jak surówka. Nie ma się czym zachwycać, ale narzekać też nie ma na co.
Sosy - BBQ doskonały, świetnie doprawiony, lekko słodkawy, z nutką pikantności; pomidorowy - również smaczny, bez posmaku koncentratu; trzeci sos natomiast wywoływał we mnie sprzeczne emocje - to kiszone ogórki starte na grubych oczkach, trochę jak zupa ogórkowa. Niesmaczne to nie było, ale nie pasowało mi ani do kurczaka, ani do frytek. Mnie nie przekonał, wolałbym raczej jakiś sos na bazie sera lub czosnku.
Podsumowując: jeśli ktoś lubi soczystego kurczaka, będzie zadowolony. Cena 17 zł nie wydaje mi się wygórowana, bo danie jest smaczne i nasycające.

Pizza. Zamówiliśmy połówkę z anchois i połówkę z kiełbasą chorizo.


Połówka z anchois (cała 21 zł): oprócz anchois znajdziemy na niej pomidory i pieczarki. Placek pokryty jest serem gouda, który w AH zastąpił mozarellę. Zabieg dobry, bo gouda ciągnie się doskonale, a jest nieco tłuściejsza i dobrze się komponuje z resztą składników. Pizza bardzo dobra i wyrazista w smaku: słone anchois doskonale przełamują słodkie pomidory i soczyste pieczarki. Ciasto też jest inne niż to serwowane w VooDoo - placek nadal jest cieniutki, ale bardziej elastyczny.


Połówka z chorizo (cała 22,50 zł): kiełbasy chorizo uwielbiam. Doskonale sprawdzają się jako wędlina na pieczywo, samodzielna przekąska i we wszelakich tostach i pizzach. Na naszym placku soczyste, mocne w smaku chorizo występowało w towarzystwie cebuli i słodkiej papryki. Pizza świetna, ale dla mnie ciut za łagodna. Jeśli macie chęć na zdecydowanie ostrzejszy smak - weźcie Hot Louis z kindziukiem i papryczkami jalapeno. Jeśli jednak wolicie łagodną - chorizo spełni Wasze oczekiwania.


Podsumowując: pizza pozostaje mocnym punktem tej restauracji. Zmodyfikowana receptura ciasta wyszła pizzy na dobre, składniki po dawnemu najwyższej jakości - jednym słowem polecam.

Zupa chili - 9 zł: nie ukrywam, że z żalem pożegnałem gumbo. Była to dobra zupa i miałem nadzieję, że przetrwa Rewolucje. Tak się nie stało, ale serwowana w jej miejsce zupa chili okazała się godną następczynią. Za 9 zł dostajemy solidną, smaczną, aromatyczną i pikantną zupę. To bardziej płynne chili con carne. Mielone mięso z pomidorami i czerwoną fasolą oraz startym serem na wierzchu stanowi bardzo sycące danie. Zmielone jalapeno nadają jej tego "diabelskiego" posmaku, z którego słyną meksykańskie dania. Kapitalnie zaostrza smak i sprawia, że w połowie talerza czujemy gorąco, a język zaczyna lekko sztywnieć. Nie jest to (dla mnie) ostrość zbyt duża, ale dla kogoś kto przeszedł przez piekło sosów nr 6 i 7 w S'poco Loco nigdy już nic nie będzie za ostre ;)


Podsumowując: zupa rewelacyjna i godna polecenia. Z tego co zaobserwowałem ma nawet już swoich wyznawców, którzy zamawiają po dwa talerze. Lubisz na ostro? Bierz chili.

Skrzydełka Buffalo - 12 zł.  6 sztuk glazurowanych ostrą marynatą.


Kolejne pikantne danie. Powiedziałbym, że skrzydełka mają ostrość na poziomie 5 ze S'poco Loco, tyle, że ich ostrość wyczuwalna jest od razu. Soczysta i smaczna zakąska, która zadowoli miłośników ostrych smaków. Kiedy pikantność staje się zbyt wyraźna, możemy odpocząć przegryzając surowymi warzywami (seler, marchewka). Do warzyw podawany jest sos. Łagodny, lecz wyrazisty, na bazie śmietany i pleśniowego sera. Jako przekąska do piwa doskonałe, mają jednak pewną wadę - kleją palce i musimy często korzystać z serwetek.

Mini burgery - 28 zł. Jeśli nie wiesz, na którego burgera się zdecydować w wersji pełnowymiarowej - spróbuj tego zestawu. W jego skład wchodzą pomniejszone wersje (na oko kotlet ma jakieś 70 g) American Burger, czyli klasycznego hamburgera z piklami i sosem louisiana, oraz opisane przez mnie w poprzedniej recenzji Wild Burger (z jelenia) i mój faworyt Southwestern Burger. Trochę śmiesznie wyglądają takie małe burgery, ale z drugiej strony można w ten sposób poznać trzy różne smaki. Bo miniaturki smakują dokładnie tak samo, jak ich większe odpowiedniki.



Podsumowując: to czego do tej pory próbowałem potwierdza, że American Home kuchnię ma bardzo dobrą. Zresztą idąc tam wieczorami prawie zawsze trzeba rezerwować stolik - to chyba też świadczy o jakości serwowanych potraw. Kuchnia i obsługa też już odnajdują się w nowej rzeczywistości, dzięki czemu na zamówione dania czeka się krócej niż w pierwszych dniach po otwarciu.

P.S. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc uporczywie domagam się jeszcze ze dwóch burgerów w karcie ;)

piątek, 15 lutego 2013

Dla miłośników well-done, czyli Mateusz w Billy's

Dzisiaj kolejna nadesłana recenzja. Mateusz sprawdza dla Was, czy w Gdańsku można zjeść dobre burgery. Zapraszam do lektury:

Kilkunastodniowe ferie pozwoliły mi na skromny odpoczynek w Trójmieście i minimalne obadanie rynku gastronomicznego, który ostatnio przeżywa zdecydowany renesans w 3 głównych miastach na Pomorzu. Spacerując uliczkami Gdańska, Sopotu czy Gdyni, możemy dostrzec jak prężnie rozwija się gastronomia w tych miastach, jak bardzo zależy im na podniesieniu standardu, dążeniu do pierwszych gwiazdek Michelina, pozbycia się stereotypu odgrzewanego filetu z dorsza i śmierdzących tłuszczem ziemniaków. Trójmiasto rozwija się ! Jestem w stanie udowodnić to każdemu z wątpiących, zewsząd krzyczą kolorowe reklamy zachęcające nas do spróbowania nowych trendów w ich wydaniu. Cieszy to cholernie oko i przywołuje uśmiech na twarzy. 

Mój wybór pada na knajpkę „Billy`s” znajdująca się w CH Madison w okolicach Dworca Głównego w Gdańsku. Dlaczego tam? Właściciele Billy`sa w ostatnim czasie starają się prężnie rozwijać otwierając kolejny lokal, który ma być największym lokalem w Gdańsku. Stawiają na kuchnię typowo amerykańską, bazując na dobrej jakości wołowinie i doskonałych steakach. 

Przyglądając się lokalowi dostrzegałem stosunkowo spore zainteresowanie, czyli można uznać to za miejsce w pewnym sensie modne? Kieruję to pytanie do Gdańszczan i liczę na to, iż ktoś udzieli mi odpowiedzi. Wchodzę do lokalu w poniedziałkowy wieczór, kilka stolików jest wolnych, jednak większość zajętych co zdecydowanie mnie cieszy. Obsługa jest bardzo miła, znajduje mi zadowalający stolik i podaje karty. Menu same w sobie jak na mój gust jest odrobinę zbyt rozbieżne, znajdziemy tam startery, śniadania, zupy, ryby, burgery, steaki, zestawy obiadowe, sałatki, desery czyli misz masz ze znacznym ukierunkowaniem na kuchnię amerykańską, nie wykluczając włoskich wpływów.

Niewiele myśląc decyduję się na burgera. Z racji tego, iż jestem z osobą towarzyszącą, decydujemy się na 2 różne. Jako starter dostajemy malutką miseczkę, niesłonego popcornu ( cholernie nienawidzę niesłonego popcornu !!! ). Przy wyborze obsługa udziela szczerych i konkretnych informacji na temat gramatury użytego mięsa, produkcji sosów, doboru dodatków. Na moje pytanie odnośnie stopnia wysmażenia burgera, tłumaczy iż każdego burgera smażą well done ! W tym momencie mina odrobinę mi rzednie i już przestaję się uśmiechać. Motywują to zdolnością do rozpadania się średniowysmażonego burgera, co faktycznie jest możliwe w przypadku złego doboru surowców. Mimo obaw milknę i postnawiam poczekać na efekt.

Po kilkunastu minutach dostrzegam wręcz wypływającego w moim kierunku kelnera z dwoma talerzami, mimowolnie ogromny uśmiech spowija moją twarz a ślinianki gwałtownie przyśpieszają produkcję! Pierwszy leci Jack Burger! Wygląda szałowo! Jest piękny, duży, pachnący oczy wychodzą mi z orbit! Zawiera w sobie: burgera wołowego, 2x bekon, krążki cebulowe, sos ostry, warzywa, pikle.


Spoglądam na drugiego burgera i jestem jeszcze bardziej zadowolony :


Jest to ogromny cheeseburger: burger wołowy, 2x ser, warzywa, pikle, sos Jack Daniel`s.
Po zdjęciu górnej bułki, prezentują się cholernie przystojnie:



Do obu zestawów dochodzą frytki oraz klasyczny coleslaw.
Pozachwycaliśmy się odrobinę, czas przejść do konkretów.

Pierwsze ugryzienia są nieporadne, nie jesteśmy w stanie zmieścić go do buzi(dosłownie). Staram się w przypadku burgerów używać sztućców dopiero w ostateczności, jednak w tym przypadku jestem do tego zmuszony, co psuje mi frajdę. Kolejne kęsy przynoszą rozczarowanie, jakość dodatków nie jest w stanie uratować najważniejszego: mięsa! Jest suche jak wiór i bardzo średnio doprawione.

Dodatkowo co kilka kęsów znajduję w nim ziarenka gorczycy, które też mnie odrzucają. Nie mam zamiaru nawiązywać tu do mojego klasycznego burgera, jednak ziarenka wypadające z mięsa są nie fajne i psują już kompletnie wizerunek tak pięknego mięsa ! Po kilku minutach trzymanie go w ręku graniczy z cudem, wręcz spieprza mi z ręki przewracając się na wierzch, wygląda to tak :


Dolna bułka praktycznie nie istnieje. Tych kilka czynników zniechęca mnie i planuję się poddać, jednak walczy ze mną kulinarna ciekawość czy może zaskoczy mnie coś pozytywnego. Powoli, uparcie dążąc do celu, zjadam go po kawałeczku krojąc sztućcami i pomagając sobie dłońmi. Zdjęcie samego burgera żeby pokazać wysmażenie go na wiór :


Podsumowując : Burgery kosztują 26.90 zł, dodatkowo dostajemy frytki i coleslawa jestem przekonany, że nie jest to ich własna produkcja co znacznie psuje efekt. Cena jest wysoka, nie zapłaciłbym drugi raz tyle. Burger po wystygnięciu jest niejadalny, smakuje jak kawałek płyty wiórowej a bułkę można zdecydowanie porównać do trocin (podobnie frytki). Głównym problemem jest mięso, które jest niewłaściwie przyrządzane. Znacznie smaczniejszy okazał się Jack burger z bekonem, który jakoś tam nadawał określony smak. Plusem jest ostry sos, podobno przygotowywany na miejscu z cebuli i pomidorów.

Warto wspomnieć także o obsłudze, która do końca pozostała bardzo kompetentna i rzeczowa, mimo mojego niezadowolenia z jedzenia, jestem w stanie zostawić im napiwek za fajną obsługę. 

Zastanawiam się nad resztą pozycji z kart, jednak posmak burgera odstrasza mnie w pewnym stopniu. Jeżeli właściciele planują wkrótce otwarcie nowego lokalu z tak wielkim rozmachem jak nagłaśniają to media, to mam nadzieje, że zrobią porządek z burgerami.

Autorem wpisu i zdjęć jest Mateusz Suchecki.





czwartek, 14 lutego 2013

KFC w biegu, czyli Arek testuje B-smart XL

Dzisiaj recenzja autorstwa Arka Tysiaka, który postanowił nabyć zestaw B-smart XL w KFC, a co z tego wyszło, przeczytacie poniżej:


O tym, że McDonald’s nie zna się na kurczakach, napisałem kiedyś w recenzji Chicken McBites, które ni jak nie przypominały smakiem drobiu. Niedawno potwierdziłem moją tezę zamawiając McChicken – kanapkę tak płytką i mdłą, że nie mam zamiaru do niej wracać. Co więc zrobić, gdy dopadnie Cię ochota na kurczaka, a brzuszek domaga się wręcz czegoś kalorycznego? Pędzić do KFC. Kto jak kto, ale akurat Oni wiedzą czym jest kurczak i jak go zaserwować, tak by zjeść ze smakiem. A że akurat w drodze do mego mieszkanka zaburczało mi w brzuszku i akurat byli po drodze, więc wstąpiłem do nich na coś sycącego :)

Ponieważ nie słaniałem się z głodu na nogach, a po prostu chciałem się na jakiś czas nasycić, nie wybrałem potężnego Grandera, lecz przyjazny cenowo i cieszący oko jak i podniebienie B-Smart XL.
Idea B-Smart jest genialna w swojej prostocie i została wprowadzona w KFC około 2011 roku, kiedy to sieci fast foodowe zaczęły odczuwać recesję, co oczywiście przełożyło się na obroty. Stworzono więc niewielkie zestawy dzięki którym można coś na szybko przekąsić i to w niskiej cenie. B-Smart występuje w kilku konfiguracjach. W każdym z nich znajdziecie oczywiście frytki, a do nich możecie wybrać Longera, Stripsy, Mini Twistera, Hot Wings lub nóżkę kurczaka. Jego starszy, większy i nieco droższy brat oznaczony jako XL występuje z Mini Twisterem lub Longerem (którego też wybrałem), a do tego duże frytki i nóżka kurczaka (do wyboru łagodna, bądź pikantna). Nic tylko brać!
No więc wziąłem. Koszt tej przyjemności to 9,50 zł.



Lubię klimat restauracji KFC, lecz zdecydowałem, że zjem dziś w ruchu. Przesympatyczna dziewczyna zapakowała mi pudełko z łakociami w torebkę i życzyła smacznego. Miło.
Opuściwszy lokal odpakowałem magiczne pudełko i rzuciłem okiem na zawartość.



Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to frytki. Według McDonald’s „duże” odnosi się do ilości, natomiast KFC widzi to w ich rzeczywistej wielkości. Dlatego też serwują grubo krojone frytasy, które na zewnątrz raczą nasz chrupkością, a następnie delikatnie miękkim wnętrzem. Tak wyglądem, jak i smakiem przypominają frytki zrobione domowym sposobem, co jest niewątpliwym plusem.
Nóżka z kurczaka jak zwykle została okryta grubą warstwą genialnej panierki kukurydzianej. Uwielbiam ją zrywać zębami ba następnie raczyć się soczystym, dobrze doprawionym mięskiem.

Na koniec zostawiłem sobie Longera, który zaskoczył mnie swoją wielkością. Nie wiem czy trafiłem na jakiegoś mutanta czy KFC zaczęło po prostu robić podstawową kanapkę po prostu większą niż było to dotychczas. Nieważne. Grunt, że zostałem zaskoczony i to w najlepszym tego słowa znaczeniu. Sama kanapka sycąca, choć za bardzo uciapali ją keczupem, co trochę przytłumiło smak kurczaka. Biorąc jednak pod uwagę jakość zestawu, pominę ten mały szczegół.


B-Smart Xl otrzymuje u mnie szkolną piątkę za całokształt i cenę. Przybijam także piątkę KFC w moich Pabianicach, jak i całej sieci. Na pewno do nich wrócę nie raz, po kolejne i kolejne zestawy.

Autorem zdjęć i tekstu jest Arkadiusz Tysiak  

środa, 13 lutego 2013

King Box, czyli śniadanie u Króla

Ilekroć jestem w Warszawie, staram się zawsze skorzystać z okazji i wpaść do lokalu sieci, której w Kielcach bardzo mi brakuje, czyli Burger King.

Goszcząc w poniedziałek w Pytaniu na Śniadanie w TVP2, gdzie z BigBoyem broniliśmy dobrego imienia fast foodów, mocno zgłodniałem. Zresztą BB również. Nic dziwnego, skoro wstaliśmy o 3 rano :) Więc kiedy już wyjechaliśmy na trasę decyzja co do tego, gdzie zjemy była jedna: Burger King!

Po wejściu spojrzałem na menu i doszedłem do wniosku, że zamiast brać jedną, dużą kanapkę przetestuję zestaw o nazwie King Box, w skład którego wchodzą dwie mniejsze, dowolnie wybrane kanapki, małe frytki, onion rings i napój z dolewką. Cena: 21,50 zł.



Ceny produktów, które weszły w skład wybranego przeze mnie zestawu podaję wg paragonu:
Kanapka Crispy Chicken - 6 zł
Kanapka Whopper Junior - 6 zł
Pepsi - 1,69 zł
Onion Rings - 3,81 zł
Małe frytki - 4 zł

Na pierwszy ogień poszła kanapka, której jeszcze nie próbowałem:

Crispy Chicken



Ciepła, mieciutka, sezamowa bułka kryła w swoim wnętrzu panierowanego kurczka, sałatę, pomidora i majonez.


Panierka na kurczaku okazała się, zgodnie z nazwą, chrupiąca. Sam kurczak dobrze doprawiony i soczysty, zjadłem z przyjemnością.


Po CCh wziąłem się za

Whopper Junior


Klasyczny Whopper to moja ukochana kanapka z BK. Ciekaw byłem, jak wypadnie jej mniejsza wersja.


Ano dobrze.  Smak ten sam, bo i pikle i słata i sosy są takie same, jak w dużym Whopperze. Smaczna ale jednak... To nie to samo co Whopper. Juniora zjadłem w trzech kęsach. Z przyjemnością, ale jednak za szybko. No cóż, w końcu to Junior.

Sięgnąłem więc po 

Frytki


Frytki u Króla to długie, soczyste paski. Świetne uzupełnienie zestawu. Je również zjadłem z przyjemnością, na koniec zostawiając sobie 

Onion Rings (6 szt.)


I to był najsłabszy punkt programu. O ile w burgerach krążki cebulowe smakują mi bardzo, o tyle samodzielnie wypadły słabo. Może dlatego, że już wystygły, może dlatego, że nie wziąłem do nich sosu? Nie wiem. Po prostu okazały się przecietne. 

Podsumowując: King Box to bardzo fajne rozwiązanie. Za 21,50 zł dostajemy naprawdę ciekawy zestaw. Można nim spokojnie zaspokoić średni głód. Mnie osobiście pozytywnie zaskoczyła kanapka Crispy Chicken, była to ciekawa odmiana po wołowych burgerach. Zestawem mogą podzielić się dwie, niezbyt głodne osoby - dzieki dolewce napoju nikt nie będzie stratny ;) Następnym razem przyjrzę się jeszcze innym promocjom. I na pewno wezmę też mojego faworyta, czyli Double Whoppera.

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...