O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


niedziela, 31 marca 2013

Kebaby łódzkie, czyli rozczarowanie

No dobra. Przyznaję bez bicia, że nie poszedłem w miejsca przez Was polecane, tylko jadłem "na spontanie", więc sam jestem sobie winien. Nie było czasu zjeść we wszystkich miejscach, które miałem na liście. Następnym razem pójdę już tam, gdzie wg Was iść powinienem. A teraz do rzeczy.

Pierwszy kebab na mojej drodze to budka na rogu Al. Kościuszki/Zielonej.


Zauważyłem, że niemal w każdym łódzkim kebabie w menu widnieje pozycja "kanapka doner". Postanowiłem więc spróbować. Wybrałem średnią z "baraniną". Cena - 8 zł. Mięsa na kiju nie było, było skrojone wcześniej, ale nie trafiło na szczęście do mikrofali, tylko na patelnię, a patelnia do piecyka. W tym czasie bułka grillowała się na elektrycznym opiekaczu. Potem już tylko wypełnienie, zalanie sosami (poprosiłem o mieszany - czosnkowy i ostry).


Wielkość w sam raz na średni głód. Pierwszy gryz i stwierdzam, że pieczywo świetne. Chrupiące i mięciutkie. A w środku?


Mięso spoko. Bez jakichś fajerwerków smakowych, ale soczyste. Potem jednak dobre się skończyło. Zadecydowały o tym dwie rzeczy: ilość surówek, które prawie dwukrotnie przewyższały ilość mięsa. Po drugie sosy - kompletnie, ale to kompletnie nie czułem w tym ostrości. W połączeniu z duża ilością surówek efekt był taki, że kanapka była... mdła. Nijaka. Mięso wyjadłem, resztę zostawiłem ptakom, choć trochę szkoda mi było bułki.

Na Piotrkowskiej co kilkadziesiąt metrów mijałem przybytki pod szyldem Sandwich Bar - Kebab House.


Tutaj postanowiłem spróbować dla odmiany "baraniny" w tortilli. Wybrałem małą, za 9 zł. I już patrząc na przygotowanie wiedziałem, że to był zły wybór. Placek trafił na grill na sekundy dosłownie, a sposób zwinięcia... No zobaczcie sami:


Nie da się tego jeść jedną ręką, bo naleśnik się "rozsuwa", a składniki lecą na ziemię. Na wierzchu mięsa sporo:


ale im dalej w las, tym więcej warzyw. Sos niby ostry, ale jakiś taki nieprzekonujący. Powiem szczerze - kanapka doner była dużo lepsza. Tortilla zimna, mięso niedoprawione, kapusty dużo jak w bigosie, a całość kompletnie bez smaku. Jakbym watę jadł. Nawet nie wyjadłem mięsa, zostawiłem ptakom. Porażka na całej linii. Nigdy więcej.

Podsumowując: pierwsze moje spotkanie z łódzkimi kebabami do udanych nie należy. Następnym razem posłucham sugestii i nie będę eksperymentował.

sobota, 30 marca 2013

Łódź dobrymi zapiekankami stoi, czyli Zapiekarnia & Plackolandia

Po najlepszej zapiekance, jaką jadłem, czyli Góralskiej w Mega Burger, poprzeczka ustawiona była bardzo wysoko. Idąc Piotrkowską odnalazłem lokal, który figurował na mojej liście "odwiedź koniecznie" - Zapiekarnia&Plackolandia. Ciekaw byłem, czy choć w części serwowane tam zapiekanki  dorównają poziomowi tej z MB.


Lokal ten kusił mnie ogromnym wyborem zapiekanek. Menu prezentuje się naprawdę imponująco:


No to do dzieła! Mój wybór padł najpierw na Zapiekankę Moskiewską. Jak zobaczyłem, że głównym składnikiem jest smalec, a poza tym dodają tabasco to po prostu musiałem tego spróbować! Zapłaciłem 6,50 zł (wziąłem małą, 24 cm) i czekałem niecierpliwie. Bardzo spodobało mi się, że w lokalu nie używa się mikrofalówki, tylko piecyka. Oczekując na zapiekankę trochę podpytałem i dowiedziałem się, że: sosy robione są na miejscu. Smalec do Moskiewskiej jest niestety "kupny", z uwagi na niewielkie zainteresowanie tą zapiekanką. Ludzie! No co Wy! Po kilku chwilach zapiekanka trafiła na stolik.


Oprócz smalcu i tabasco, w jej skład wchodzi też kiszony ogórek i ser. Sos wybrałem czosnkowy. Pierwszy gryz i... Orgazm. Tak doskonałego połączenia się nie spodziewałem. Wyobraźcie sobie pieczywko z chrupką skórką, mięciutkie w środku posmarowane obficie smalcem ze skwarkami, na tym zapieczony ser (dużo sera!), soczystego kiszonego ogórka i sos czosnkowy. Smaki rewelacyjnie się mieszały - smalec dawał posmak mięska, tabasco piekło w język gdzieś w tle, słony ogórek świetnie kontrastował z cierpko - świeżym sosem czosnkowym. To było naprawdę pyszne!


Jako drugą wybrałem Zapiekankę a la Hot Dog. Tutaj głównym składnikiem jest parówka, rozcięta wzdłuż i zapieczona pod serem.


Wziąłem do niej sos ostry. Ta zapiekanka również bardzo mi smakowała. Sos był pikantny, ale bez przesady, z wyraźną nutą pomidorów i papryki. Doskonale pasował do reszty. Parówka naprawdę dobrej jakości, soczysta. Za tę zapiekankę zapłaciłem 5,50 zł (mała, 24 cm) i absolutnie nie żałowałem.


Podsumowując: obie zapiekanki okazały się pyszne, ale Moskiewska - mistrzostwo. Gdyby pieczywo do zapiekanek robione było na miejscu, na pewno postawiłbym je obok zapiekanek z Mega Burger. Do Z&P będę wpadał ilekroć będę w Łodzi - niskie ceny, wysoka jakość i ogromny wybór zachęcają do częstego odwiedzania tego miejsca. Jestem zdecydowanie na tak i polecam.
P.S. W ofercie znajdziecie także placki ziemniaczane (2,50 zł/szt.) oraz naleśniki.

piątek, 29 marca 2013

Genialna zapiekanka i hamburger, który rozczarował, czyli Mega Burger

Po wizycie w American Bull udałem się do lokalu Mega Burger. Mieści się on także na terenie łódzkiej Manufaktury, kilkadziesiąt metrów dalej.


Tak naprawdę szedłem tam na zapiekankę, ale jak już wszedłem postanowiłem spróbować również hamburgera. Okazało się, że powinienem był poprzestać na zapiekance, ale o tym za chwilę.

A więc hamburger. Wybór jest spory, ja zdecydowałem się na chili burgera. Koszt 12,99 zł. Burgery robione są na oczach gości, a następnie pakowane w firmowy papier i podane na tacy.


Rozwinąłem:


Z zewnątrz wyglądał ładnie, więc zajrzałem do środka:


Pomidor, sałata, cebula, ogórek, i świeże chili. Yeah! Do tego sos miodowo - musztardowy. Ugryzłem. I pomyślałem sobie: co jest z tymi bułkami w łódzkich burgerach?!
Bułka sucha i w smaku nijaka taka, na pewno za długo grillowana. Sam kotlet poprawny, choć dla mnie za bardzo wysmażony i spłaszczony na maxa. Dodatki OK, sos musztardowo - miodowy smaczny. Świeże chili - geniusz, rewelacyjnie podostrza smak. Ale całość mnie rozczarowała. Zdecydowanie nie tego się spodziewałem. I bułka i kotlet były za suche.

No nic, jest jeszcze zapiekanka.

I jak pisałem na wstępie: od tego powinienem był zacząć i na tym skończyć. Bułki wypiekane są na miejscu. Zapiekanek jest kilka do wyboru, ja poprosiłem o góralską (10,99 zł). Po upieczeniu (w piecu) pani przekroiła ją na pół, by jadło się wygodniej. To dobre rozwiązanie, bo zapiekanka jest ogromna:



Nie tylko długa, ale i bardzo wysoka:


Pieczywo jest REWELACYJNE. Powtórzę: RE-WE-LA-CYJ-NE. Chrupiąca skórka i mięciutkie wnętrze. A na bułce: pieczarki, kiełbasa, pomidor, ser (lekko podwędzany) i chrupiąca prażona cebulka. Do tego na wierzch ketchup i majonez.


To była poezja. Mógłbym się tym żywić na okrągło. Tak dobrej zapiekanki nie jadłem i chyba długo jeszcze nie zjem. Wgryzłem się w nią jak rdza w Poloneza, i nie przestałem do ostatniego okruszka.

Pieczarki i kiełbasa bardzo soczyste, jest ich dużo, są na całej powierzchni bułki. Pomidor nie przeszkadzał, a chrupiąca cebulka wzruszyła mnie jak pierwszy seks. Sera dużo, sosy świetne - po prostu kulinarny orgazm. Powtórzę: najlepsza zapiekanka, jaką jadłem. Popatrzcie, jak pięknie wygląda z boku, popękana jak świeży bochenek chleba:



Podsumowując: o ile hamburger mnie rozczarował, o tyle na zapiekanki będę wpadał ilekroć będę w Łodzi. Polecam je gorąco, bo warto. Lokal malutki, na 5-6 osób, obsługa bardzo miła i pomocna, ceny naprawdę przyjazne. Ilość ludzi zamawiających tam hamburgery świadczy, że lokal cieszy się dużym powodzeniem i każe mi się zastanowić, że może ja miałem pecha i źle trafiłem? Tak czy siak hamburgery niekoniecznie, ale zapiekankę MUSICIE tam zaliczyć.

czwartek, 28 marca 2013

Hamburger w American Bull, czyli PRAWIE doskonale

A więc w końcu udało mi się przyjechać do Łodzi. Nie ukrywam, że głównym celem mojej pielgrzymki były dania związane z wpisem inspirowanym Hannibalem Lecterem, który przeczytacie w kwietniu.

A skoro już tu byłem, to czemu nie upiec dwóch pieczeni na jednym ogniu? Postanowiłem więc skosztować także kilku streetowo-fastowych potraw.

Na pierwszy ogień poszła restauracja American Bull w łódzkiej Manufakturze.



Ściągnęły mnie do niej dwie potrawy. Jedną opiszę dziś, druga znajdzie swe miejsce we wpisie "hannibalowym".

Jak American Bull to wołowina. A jak wołowina to hamburger. W karcie do wyboru mamy trzy: classic, big texas cheeseburger i fit.

Mój wybór padł oczywiście na Big Texas Cheeseburgera (26,90 zł). Cena obejmuje także frytki i sałatkę coleslaw.


Jest duży. Naprawdę. W końcu samego mięsa jest 180 g. Co jeszcze znajdziemy w tej kanapce? Sałatę, bekon, czerwoną cebulę i ser oraz sos BBQ. Mięso wysmażone doskonale, tak jak lubię, czyli różowe w środku i soczyste. Świetnie doprawione. Pyszne. Dodatki nie dominowały w smaku, ale idealnie uzupełniały całość. Chciałoby się powiedzieć - czis idealny. Chciałoby, ale nie można. Czemu? Z powodu fatalnej bułki. Wielkiej, suchej i niesmacznej. Po odłożeniu jej na bok było OK, ale nie o to chyba chodzi?



Frytki - genialne. Świetnie usmażone, chrupiąca skórka, wnętrze mięciutkie. Duże i smaczne.

Sałatka coleslaw - kolejny mocny punkt zestawu. Smakowała jak robiona na miejscu. Sos majonezowy rewelacyjny, kapusta soczysta, ale mięciutka. Porcja naprawdę duża.

Podsumowując: lokal z ciekawym menu, dobrą obsługą i fajnym wystrojem. Duży plus za muzykę - przez cały czas leciała klasyka amerykańskiego rocka i bluesa. Jedzenie warte swojej ceny, tylko fatalna bułka do hamburgera obniża moją ocenę o jeden punkt. Zmieńcie ją, a będzie doskonale.
Aha - pyszne cappuccino (8 zł)!

środa, 27 marca 2013

Odrobina egzotyki w nie tak wielkim mieście – Degustatornia, Konin

Dzisiaj recenzja nadesłana przez Kamila Rudzkiego. Zbadał dla Was konińską DEGUSTATORNIĘ, a co jadł i czy mu smakowało - przeczytacie poniżej.


owiadają, że w niewielkim mieście niewielkie szanse na zjedzenie czegoś dobrego. Jeśli wziąć pod uwagę Konin, istotnie jest w tym ziarnko prawdy. Pomimo sporego nagromadzenia wszelkiej maści „suszarni”, „kebabowni” i pizzerii ciężko jest tu natrafić na coś, co wybijałoby się ponad średnią pod względem smaku czy jakości serwowanych produktów. Od każdej reguły, na szczęście, istnieją wyjątki, takie jak Degustatornia.

Lokal ten mieści się w obrębie Konińskiej starówki, około 5 minut drogi piechotą od dworca (o ile można to tak nazwać) PKS i serwuje dania kuchni tajskiej i sushi. Wnętrze określiłbym jako nowoczesny, z domieszką akcentów azjatyckich, czyli ogólnie bez tandety w stylu chińskiej knajpy. Menu nie jest przesadnie długie. Nadmienić jednak należy, że większość dań oferowana jest w kilku wariantach: wegetariańskie, z tofu, kurczakiem, krewetkami tiger, polędwicą wieprzową, łososiem lub wołowiną. Można też zdecydować się na ryż lub makaron ryżowy.

Jako zwolennik wszystkiego co wypala kubki smakowe, postanowiłem iść na żywioł. Z karty na przystawkę wybrałem kwaśno-pikantną zupę z makaronem sojowym, trawką cytrynową, kolendrą i owocem tamaryndowca (w menu widnieje jako pikantna). Jako, że w planach miałem zjeść coś jeszcze, zdecydowałem się na wersję z warzywami. Cena 7 PLN.
Zupa mnie nie zawiodła. Zdecydowanie było to coś innego niż je się na co dzień. Była aromatyczna, lekka i bogata w smaku. Wewnątrz pływały kawałki sałaty, pomidora, marchewki, papryki, różne kiełki, świeża kolendra i makaron sojowy. Zupa była pikantna, zdecydowanie coś dla miłośników ostrości. Ale to była tylko rozgrzewka przed daniem głównym.



Danie na woku ze świeżym chili, imbirem, ziołami i sosami tajskimi (w cenie 27 PLN) okazało się godnym przeciwnikiem. Wybrałem wersję z kurczakiem i makaronem ryżowym. Jak widać na zdjęciu, jako dodatki do dań obsługa podaje sałatkę z sosem vinaigrette oraz kawałki owoców tropikalnych jeśli ktoś ma ochotę oczyścić podniebienie po posiłku. Nie każdemu coś takiego przypadnie do gustu, ja odebrałem to jako miły gest.



Całość bardzo mi smakowała. Było bardzo ostro (zgodnie z menu) i wyraziście. Sos, który towarzyszył kurczakowi fajnie spajał danie, a wymieszany z makaronem ryżowym (osobiście polecam zamiast ryżu) nadał mu jeszcze lepszego smaku i wilgotności. W sosie były też przysmażone kawałki marchwi, cukinii, imbiru i oczywiście świeżego chili, które porządnie podsycały żar w ustach.
Podsumowując, potrawy były bardzo smaczne. Chętnie tam powrócę i polecam jeśli ktoś będzie przejazdem w Koninie i zapragnie zjeść coś innego niż oklepane hamburgery, kebaby i pizze.  

Degustatornia znajduje się w Koninie, na Placu Zamkowym 14.

Autorem wpisu i zdjęć jest Kamil Rudzki.

wtorek, 26 marca 2013

Po bawarsku, po reńsku, po indyjsku i z tuńczykiem, czyli Telepizza

Telepizza co jakiś czas wprowadza nowe smaki. Czyham na tę okazję, bo choć nie zawsze mi nowe pizze smakują bez zastrzeżeń, to często mogę się cieszyć ciekawym smakiem.

Teraz w ofercie pojawiły się dwie nowe pizze - Bawarska i Reńska. Nie chciało nam się obiadu gotować, więc złapałem za telefon i skorzystałem z promocji 2za1. Sos gratis. Za 5 zł domówiliśmy jeszcze mała pizzę dla najmłodszej córki z szynką i serem. Do tej pizzy dostaliśmy gratis wafelka Grześki.


Jak zwykle zamówiliśmy dwie największe (Max), 4 różne połówki.
Na pierwszy ogień poszła Indyjska/Tonno.



Indyjska: kurczak, ananas, cebula. Sos curry i śmietanowy. Łagodna i aromatyczna pizza. Kurczak doprawiony delikatnie, ananas słodki i soczysty, cebula leciutko łamała ananasa. Pomieszanie sosów na tej połówce to dobry pomysł - curry jest wyczuwalne w zapachu i w smaku, ale nie dominuje. Miłośnicy currywurst mogą się poczuć zawiedzeni. Śmietana łagodzi w znacznym stopniu intensywność curry i sprawia, że cała połówka ma posmak świeży i egzotyczny. Bardzo dobra, ciekawa w smaku, łagodna pizza.


Tonno: tuńczyk, zielone oliwki, kukurydza. Sos śmietanowy. Pierwszy raz jadłem pizzę z tuńczykiem na sosie innym niż pomidorowy. Ciekawe doświadczenie. Tuńczyka jest sporo, w dużych kawałkach. Oliwki cięte grube, wyraźnie wyczuwalne w smaku. Kukurydza - słodka i soczysta. Sos - łagodny. Pizza ciekawa w smaku, łagodna, ale moim zdaniem przydałby się tutaj wyrazisty akcent - słony lub ostry. Choćby posypanie całości kolorowym pieprzem albo wędzoną ostrą papryką. Dla zwolenników łagodności będzie OK, mnie czegoś zabrakło. Smaczna, ale ciągle czułem niedosyt - nie w żołądku, tylko na języku. Dziwne, bo wydawało mi się, że oliwki zagłuszą kukurydzę. O - już wiem. To kukurydzy jest tutaj za dużo. Zagłuszała smak innych składników, a to tuńczyk powinien byc tutaj dominujący.


A potem przyszła pora na gwiazdy wieczoru, czyli nowe, niemieckie pizze.



Bawarska: kiełbasa, cebulka i ogórek konserwowy na sosie śmietanowo - musztardowym. Dla mnie bomba. Kocham takie połączenie, często robię sobie kanapki z kiełbasą, musztardą i ogórkiem. Kiełbasa "sucha", dobrze zapieczona, wyrazista. Ogórek soczysty, cebulka podbija smak. Ale to sos gra pierwsze skrzypce. O ile w Indyjskiej dodatek śmietany sprawił, że curry się nieco rozmyło, o tyle w Bawarskiej musztardę czuć wyraźnie w każdym kęsie. Musztardę, nie sos musztardowo - śmietanowy. Mocny, wyrazisty smak, który świetnie się komponuje z resztą składników. Jestem zdecydowanie na tak. W przeciwieństwie do mojej żony, która z kolei wyżej stawiała jedzone przez nas wcześniej połówki.


Reńska: bekon, wołowina i ogórek na ostrym sosie BBQ. Chyba najlepsza ze wszystkich 4 połówek. Chrupiący na brzegach, lecz soczysty bekon i miękka wołowina doskonale komponowały się z łagodnością ogórka, a sos doskonale uzupełniał smak. Był nie tylko ostry, ale również gdzieś w tle pobrzmiewała charakterystyczna dla BBQ nuta dymnej słodyczy. Rewelacja! Polecam z całego serca.


Sos, który przysługiwał nam gratis do zamówienia - wybrałem pikantny. Okazał się całkiem smaczny, z wyraźnie wyczuwalnym smakiem papryki. Lekko pikantny, nie tak jak BBQ, ale w język szczypał.

Ciasto świetne, cienkie i sprężyste, brzegi wypieczone, żadnych baboli - nie miałem się do czego przyczepić.

Podsumowując: Za całe zamówienie zapłaciliśmy 54,40 zł (49,40 zł + 5 zł).  Pizze nie każdemu pewnie przypadną do gustu, puryści skrzywią się na samą myśl o spróbowaniu czegoś odbiegającego od margherity, ale dla lubiących eksperymentować ze smakiem - jak najbardziej warte polecenia. Mnie smakowało.

Zamawialiśmy w Telepizzy na Paderewskiego 34.

"Może lubię na Ciebie patrzeć i wyobrażać sobie jak smakujesz?"

Dr Hannibal Lecter. Najlepszy psychiatra wśród kucharzy i najlepszy kucharz wśród psychiatrów. Smakosz, erudyta, geniusz i dewiant w jednej osobie. Jedna z moich ulubionych fikcyjnych postaci.



10 kwietnia na  AXN startuje nowy serial - "Hannibal". Opowie o początkach współpracy doktora Lectera i Willa Grahama, jego pacjenta i jednocześnie profilera FBI (czyli akcja dzieje się przed filmem Czerwony Smok). AXN zaprosiło do współpracy przy promocji serialu blogerów, wśród nich i mnie.

Blogerzy stricte kulinarni to mają łatwo. Wystarczy, że znajdą ludzinę i przygotują kilka dań. Ja natomiast mam pod górkę - przeprowadziłem wywiad w kilku restauracjach, niestety w żadnej ludzkiego mięsa nie oferują, w dwóch nawet postraszono mnie policją, z jednej uciekłem goniony przez kucharza i menadżera, którzy za wszelką cenę chcieli mnie oddać w ręce psychiatrów.

Więc pytam się Was - co ja mam zjeść, jakie dania wybrać w restauracjach? Co wybrałby dr Lecter? Od razu mówię, że ponieważ ludzkiego mięsa nie ma nigdzie, muszę zastąpić je wołowiną, wieprzowiną lub drobiem. Czekam na Wasze propozycje - piszcie w komentarzach i na naszym fan page na Facebooku.



Strona o serialu w AXN

Informacja o serialu na media2

poniedziałek, 25 marca 2013

Konkurs z Subway - zwycięzcy

Cieszę się, że to nie ja musiałem podejmować decyzję o wyłonieniu zwycięzców. Wasze odpowiedzi były bardzo kreatywne :) Spośród nadesłanych odpowiedzi Subway wybrał 7. Poniżej podaję listę zwycięzców i proszę o kontakt - wyślijcie mi Wasze adresy, na które Subway prześle kupony.

Rafał Berecki

Natala2121

Klaudia Ślusarczyk

Mataninka

Marcin Wroński

Toudi

Piotr Rzewuski

Zwycięzcom serdecznie gratuluję i życzę smacznego :)

II wieczór tatarowo-golonkowych jawnożerców w Monte Carlo

Kocham tatara i kocham golonkę. Pierwszy wieczór tatarowo-golonkowych jawnożerców w Plejadzie wyszedł nam tak dobrze, że postanowiliśmy te spotkania kontynuować cyklicznie.

Tym razem wybór padł na restaurację Monte Carlo. Mieści się ona na ulicy Paderewskiego, a nazwa wywodzi się stąd, że przez tę ulicę (wówczas Buczka) w 1975 i 1976 roku przebiegała trasa rajdu Monte Carlo.

W piątek zjawiliśmy się o 20.00 w Monte Carlo w sile 11 osób, jako 12 zawodnik wystąpił właściciel lokalu.

Zaczęliśmy od tatara. Na trójkątnych talerzach podano nam takie oto cudo:



O tatarze Wam dziś nie opowiem. Czemu? Dowiecie się jutro z naszego fan page. Ma to związek z pewną akcją, do której zostałem zaproszony. Powiem tylko, że był przepyszny, ale szczegóły zachowam na inny wpis.

Po tatarze przyszła pora na golonkę. W przeciwieństwie do tej, którą dostaliśmy w Plejadzie, montecarlowa wydawała się mała. Ale za to idealnie przypieczona w piecu. Chrupiąca skórka kryła mięciusieńkie mięso, wręcz rozpływające się w ustach. Raz smarowałem kawałek rewelacyjną niemiecką musztardą, raz chrzanem. Warzywa i sos towarzyszące golonce idealnie komponowały się ze smakiem mięsa. Muszę też wspomnieć o pieczywie - dwa rodzaje (jasne i ciemne) chleba, jaki podano nam do stolika to jedno z najlepszych pieczyw, jakie jadłem w restauracji. Dowiedziałem się, że dowożone jest z piekarni w Staszowie. Sama golonka to kulinarne arcydzieło i okazała się wcale nie taka mała, jak w pierwszej chwili sądziliśmy. Solidna porcja, w sam raz żeby się najeść, ale nie napchać. Polecam gorąco.



Na zakończenie zaordynowałem sobie jeszcze carpaccio. I tutaj też, poza zdjęciami, nie będę póki co mówił o smaku. Ta potrawa bowiem odegra jeszcze swoją rolę. Śledźcie nasz fan page, gdzie dowiecie się więcej.



Wszystko popijaliśmy zimnym Krupnikiem (białym) do którego restauracja podaje własnej roboty herbaty na zimno. Korzenno-świeży smak był rewelacyjny i doskonale komponował się z zimną wódką. W pewnym momencie Gospodarz poczęstował nas też nalewkami własnej roboty. Cóż tu dużo pisać - pigwówka wywołała szerokie uśmiechy na naszych twarzach :)

Rewelacyjna atmosfera, cudowne jedzenie, kapitalna profesjonalna obsługa - to wszystko sprawiło, że restaurację Monte Carlo będę chętnie odwiedzał, karta zaciekawiła mnie bardzo i mam tam już kilka dań, których koniecznie muszę spróbować.

Ceny z karty:

  • tatar - 28 zł
  • golonka pieczona z warzywami - 25 zł
  • carpaccio z polędwicy - 22 zł


Polecam to miejsce, bo kuchnia świetna, a obsługa i właściciel dbają o dobre samopoczucie gości. Zdecydowanie warto tam się wybrać. Restauracja Monte Carlo mieści się na ulicy Paderewskiego 20 w Kielcach, między ulicami Sienkiewicza i Solną.

niedziela, 24 marca 2013

Pizza za 8 zł, czyli Grzechu w Serefe

Dzisiaj krótka recenzja taniej pizzy w Serefe. Jedliśmy tam kebaby i były dobre. Czy pizza za 8 zł także? O tym opowie Wam Grzechu:

W Serefe jadłem już hot doga oraz tortille, z różnymi skutkami ale ogólnie raczej wychodziło to na plus. Ostatnio w ofercie zobaczyłem ze jest nowa pizza, nie brałem jej wtedy bo już czekałem na inny posiłek, dzisiaj sobie o niej przypomniałem i udałem się do Serefe. Sądząc po wielkości opakowania stwierdziłem ze pizza nie jest zbyt duża, więc zamówiłem dwie. Jedna z kurczakiem, druga z salami. Okazało się, że nie ma salami więc wziałem szynkę. Pizza była gotowa po ok. 15-20 minutach, pachniała kusząco od samego poczatku. 

Pani zapakowała mi je w pudełka i udałem się do domu w celu konsumpcji. Dostałem też 2 sosy, od firmy. Były pomidorowe, łagodne, z jakimiś dodatkami a la dip do chrupek (cebula itp). Otworzyłem pudełko i byłem mile zaskoczony tym co zobaczyłem, składników sporo i ciasto ani za cienkie ani za grube, takie w sam raz. Najpierw zacząłem od pizzy z kurczakiem, była naprawdę dobra, ale przy końcach były jakieś kawałki pomidora czy czegoś podobnego, w każdym bądź razie średnio mi to pasowało. Gdzie niegdzie pizza również leciutko przypalona od spodu. Kawałki kurczaka były sycące i dobrze doprawione jadło się więc ze smakiem. 



Druga pizza z szynką troszkę gorsza, bo wiadomo że w takiej pizzy dostanie się szynkę konserwową,  za która średnio przepadam. 



Na koniec zmierzyłem pizze, miały ok 23cm średnicy. Jak za 8zł i w miarę dobry smak + sos gratis oceniam, że to dobry posiłek, zaspokoiłem nim średni głód i ogólnie pizza na plus. W szkolnej skali oceniłbym pizze na -4.

Autorem wpisu i zdjęć jest Grzechu.

sobota, 23 marca 2013

Mateusz w Toan Pho

Dzisiaj znowu Warszawa. Mateusz postanowił odwiedzić Toan Pho, którego to lokalu ja osobiście jestem wielkim fanem. Czy Mateusz również został wyznawcą serwowanej tam pho? O tym przeczytacie poniżej:


Od dawna tęskniłem za pho, chodziła za mną kilka dobrych miesięcy. Szykowałem się do jej zjedzenia, wręcz przygotowywałem mentalnie. Chciałem wybrać najlepszy lokal, żeby nie doznać zawodu co jest wysoce prawdopodobne w przypadku pho. Zakochałem się w niej kilka lat temu , poczęstowany przez Wietnamczyków w Berlinie, od tamtej pory przekładam ją nad nasz polski rosół, który niestrudzenie leczy wszelkie polskie dolegliwości. W poszukiwaniach wygrała warszawska Toan Pho, uznawana przez wielu za jedyną godną opcję. Knajpka w sieci ma ogromną sławę i masę pozytywnych komentarzy dlatego wydawała mi się godną mojego kulinarnego uniesienia opcją.

Spaceruję chłodną Warszawą, bezustannie kierując się w stronę lokalu, jestem odrobinę zniszczony po całonocnym opijaniu starych znajomości. Szczerze wierzę, że pho mnie uratuje, ufam jej, potrzebuję jej ciepła rozlewającego się po całym ciele, chili piekącego usta i cytryny szczypiącej boki języka. Docieram pod wskazane miejsce i wchodzę do środka. Buch ! Uderza mnie szczypiący zapach cebuli, szczypioru i coś jakby nuta skarpet. Jestem świadomy, że smaki Azji potrafią być różnorodne więc to jeszcze nie przekreśla mojej opinii. 

Widzę kilka zajętych stolików i ludzi nachylonych nad miskami. Jakoś tak dziwnie, nieprzyjemnie. Zanim dotrę do sprzedawcy do oczu napływają mi łzy zapach jest tutaj zdecydowanie silniejszy. Spoglądam na kartę, jest krótka to plus. Micha pho kosztuje 16 złotych. Obsługa stojąca za ladą jest zbita w kupkę i spogląda na jakiś azjatycki teleturniej w którym ludzie robią głupie rzeczy. Mam nieodparte wrażenie, że mnie ignorują. Zamawiam pho od cholernie burkliwego sprzedawcy (zły chyba, że im przeszkodziłem w tym teleturnieju )i schodzę na dół popatrzeć na ludzi spacerujących Chmielną. Dopiero po chwili dociera do mnie wszechogarniający syf i bród. Stolik są niepowycierane, tłuste od sosu chili, który stoi w miskach na każdym stoliku. Podłoga jest straszna, zabłocona, w sumie zima rozumiem. Spoglądam na ludzi, szarzy, dziwni wcale nie zadowoleni. Okna nie widziały szmaty ani z jednej ani z drugiej strony. 

Moje rozważania przerywa krzyk obsługi, całkowicie niezrozumiały dla mnie, może przez wrzask telewizora może przez język ? Domyślam się, że musi chodzić o mnie. Wspinam się na górę i odbieram tacę z kurewsko ogromną miską zupy ! Tak jest ogromna, pachnie doskonale w nozdrza uderza zapach wołowiny. Ręce mi się trzęsą, zabieram pałeczki i łyżkę. Chcę zejść na dół, pocieszyć się nią w samotności, rozprasza mnie wrzask telewizora. Odwracam się na pięcie i schodzę na dół, na schodach słyszę krzyk obsługi, którego nie rozumiem, pieprzę ich, nawet się nie odwracam. Siadam przy stoliku, spoglądam z uczuciem na pełną miskę. Na dobrą sprawę już mi nic nie przeszkadza, ani brud, ani tłustość stolików ani wrzeszczący telewizor jestem zahipnotyzowany, bardzo długo czekałem na tą chwilę.


Czuję kolendrę, bazylię, mięty nie pamiętam.


Kończę zadowolony. Euforia powoli opada. Zaczynam się zastanawiać i notować fakty w notesie. Naprawdę przeszkadza mi upierdolony stół… Była niezła, czy doskonała ? Jadałem lepsze, nie uznam jej za doskonałą ale też nie rozczarowała mnie co jest pozytywnym odczuciem. Spoglądam na plakaty obwieszczające pozytywną opinię znanej osoby. Ciekawe jak było tutaj kilka miesięcy wcześniej. Czy też panował taki syf a obsługa lała na klientów oglądając wrzeszczące teleturnieje. Może jest to efekt doskonałego przeniesienia Azji na nasze Polskie realia. Wierząc na słowo podróżnikom, warunki są podobne. A może po prostu fejm Toan Pho zaczął być tak duży, że w pewnym momencie odpuścili sobie. Czekam na opinie Warszawiaków jadających tam.
Zupa jest smaczna, porcja ogromna, kosztuje niecałe 20 złotych, syci nas to na długo. Tyle na temat jedzenia. Dość rozważań. W sumie to przyszedłem tylko zjeść pho.

Autorem wpisu i zdjęć jest Mateusz Suchecki.  

piątek, 22 marca 2013

Leśne Runo w Przeszkodzie, czyli Niecny Książę ocenia

Dzisiaj wpis Antka "Niecnego Księcia" Stalicha. Miał okazję jeść w lokalu należącym do sieci "Leśne Runo". Czy warto tam jeść, jak wyglądają ceny - tego dowiecie się z poniższej recenzji:


Kiedyśmy odbijali autem z IKEA w podwarszawskich Jankach w sobotę w kierunku domu, na południe, z żoną, córką i szwagierką, przypomniało mi się o czym wspomniał mój mechanik samochodowy. Że nie tak daleko od nas przy szosie katowickiej otwarto nową restaurację sieci "Leśne Runo" i że jest godna polecenia. Rzeczywiście, mniej więcej 10 km na południe od Nadarzyna, przy szosie krajowej nr 8, za słupkiem kilometrowym 429-5 znaleźliśmy, połączoną ze stacją paliw ORLEN restaurację. "Leśne Runo" to franczyza - ajent korzysta z dobrodziejstw sieci, sam zobowiązuje się do zachowania standardów. "Leśne Runo" jest w założeniu "polskim fast-foodem", mającym karmić gości szybko i dobrze tym co w polskiej kuchni najlepsze - i możliwie niedrogo.

Restauracyjka przestronna, czyściutka, miło urządzona: Meble z ładnego brązowego drewna, sporo zieleni. Połączona ze sklepem stacji wewnętrznymi schodkami. Na stolikach znajdują się menu w kształcie jeżyka, a zamawiamy potrawy w barze.

Od razu powiem, że szybkość obsługi jest bardzo zadowalająca. Na podanie wszystkich potraw dla czterech osób czekaliśmy 15 minut, przy czym zupy były na stole dużo szybciej. Muszę też powiedzieć, że smakowało nam na tyle, że następnego dnia postanowiłem zabrać rodzinę do Leśnego Runa raz jeszcze i aparat fotograficzny wziąć także.

Zacznijmy od zup. Zupa grzybowa (PLN7,60) jest totalnym przebojem. Gorąca, zawiesista, bardzo esencjonalna, z rewelacyjnymi łazankami i dużymi kawałkami grzybów. Zupa ta jest głównym magnesem dla którego chce się wracać do tej restauracji. Próbowaliśmy także domowego rosołu (PLN6.70) - ten jest drobiowy i jak określiła żona "normalne domowe danie, ale mogłoby być więcej marchewki". Pozostałe zupy (żurek polski, barszcz czerwony z uszkami, fasolka po bretońsku oraz flaki) kosztują po 7.60 zł. Ogólna uwaga co do zup - są normalnie posolone, co oznacza, ze osoby nie lubiące soli mogą sobie te zupy odpuścić, natomiast wszystkim innym będą smakowały.


Co do drugich dań, odpracuję najpierw potrawy które nie są specjalnością restauracji. Kotlet de Volaille (PLN19.90) to dość mały kawałek drobiu, nie jest wypełniony stopionym masełkiem i nie zawiera szynki. Kotlet schabowy (PLN18.99 w zestawie z zupą grzybową) jest dobry (nie jest łykowaty), ale po prostu nie porywa, jest zwyczajny. Do tego dużo ziemniaczków -- do wyboru frytki, ziemniaki gotowane lub opiekane, gorące buraczki i surówki. Żona opisała to w ten sposób: "Jest to normalne, domowe jedzenie. Takiego można by się spodziewać na obiedzie u Cioci. Ciocia gotowała 40 lat, nauczyła się przyrządzać potrawy tak, a nie inaczej, daje się zjeść, smaczne, ale nie porywa. By porwało, trzeba się udać do drogiej restauracji i zapłacić dużo więcej".



A teraz potrawy porywające. W Leśnym Runie zjemy przepyszne pierogi. Zestaw "Wilczy apetyt" (PLN14.90) to osiem pierogów w czterech smakach: z kapustą i grzybami, ruskie, z mięsem oraz z kurkami. Pierogi mają przepyszne ciasto, rewelacyjne wypełnienie, są polane doskonale usmażoną na smalcu cebulką - ani zbyt surową, ani zbyt spaloną, idealnie usmażoną na lekko złoto. Ważne: Pierogi są bardzo mało posolone - nadają się także dla przeciwnika słonych potraw, a sól na stole się znajduje.



Kolejna udana propozycja to -- technicznie deser -- wegetariański zestaw "Leśny przysmak" (PLN13,00), 3 pierogi z jagodami, dwa naleśniki z malinami, bita śmietana.



Mniej udanym deserem jest ciasto z wiśniami lub jabłkami/migdałami (PLN3.80). Zwykłe ciasto pieczone na proszku, daje się zjeść. Marzyłoby się oczywiście ciasto drożdżowe. Z napojów sok brzozowy (4 smaki do wyboru), dobra ale droga kawa z ekspresu. Koktaile mleczne - jagodowy i malinowy - dają radę, ale nie są jakoś rewelacyjne.



Wrażenia ogólne: W Leśnym Runie dostajemy szybko jedzenie domowe najogólniej smaczne, z niektórymi wybitnymi potrawami, względnie tanio. Jeżeli nie zamawiamy kosztownych drobiazgów typu kawa latte, to pożywny obiad dla jednej osoby będzie kosztował około 20 zł. Tyle samo płacimy za nędzny zestaw obiadowy w dowolnym zaplutym barku w naszym regionie. Dla Leśnego Runa - ocena pozytywna. 

Autorem zdjęć i wpisu jest Antek Stalich [Exclusively for Street Food Polska]

czwartek, 21 marca 2013

Po prostu dobra KanaPka

Do tej pory na kanapki chodziłem do 4 Mobiles, bo nie miały w Kielcach konkurencji. Od czasu do czasu jadłem też kanapki w sieciówkach. Ale gdzieś tam podświadomie brakowało mi w Kielcach lokalu typu Weź Mnie. Dwa tygodnie temu otworzył się jednak lokal, który może tę lukę wypełnić. Nazywa się po prostu KanaPka i mieści się w budynku na Sienkiewicza 37, wejście od strony Plant, tuż przy mostku.


Chwilę zeszło zanim się tam wybrałem, ale w końcu dotarłem. Lokal malutki, 3 miejsca siedzące, 2 miejsca stojące. Co tam zjemy? Wybór, choć zawężony do dwóch pozycji: sałatek i kanapek jest dość spory. Sałatek nie jadam, więc tylko odnotowuję z obowiązku, że jest kilka do wyboru w cenie bodaj 2,50 zł/100 g. Mnie przyciągnęły tam kanapki.


Oprócz kanapek na ciepło i tostów, można tam zjeść (lub zabrać na wynos) rożne kanapki na zimno - od kosztującej 2,50 zł małej kanapki w ciemnym pieczywie po droższe (za 4 - 4,20 zł), duże kanapki w paluchu lub dużej bułce, np. z salami i suszonymi pomidorami. 

Miałem chęć na mięso i to najlepiej na ciepło. Pomyślałem o kurczaku, ale ten jeszcze się piekł, natomiast z zaplecza wjechały akurat za ladę gorące schaby. Tak, tak - mięsa pieczone są na miejscu! Składnik główny (wg ulotki) można wybrać spomiędzy: pieczonego kurczaka, pieczonego schabu, pasty z pieczarek i cebuli, pasty z kurczaka, suchej kiełbasy, sera, salami. Ale warto dopytać, bo np. podczas mojej wizyty był w ofercie również pieczony indyk i pasta z ryb.

A więc poprosiłem o tostowane panini, jako składnik główny wybrałem schab+ser. W cenie kanapki dostałem jeszcze pikle - paprykę, ogórka i cebulę, oraz sos. Do wyboru mamy ich kilka, mój wybór padł na pomidorowy, który reklamowany był jako ostry. Całość kosztowała mnie... 6 zł. Odebrałem i wyszedłem.

Pierwsze wrażenie - kanapka jest duża:


Spłaszczone na grillu pieczywo było gorące. Panini doskonałe - skórka chrupiąca, a wnętrze mięciutkie. 


Wsad: nie rozkładałem kanapki, żeby mi za szybko nie wystygła, ale schabu były 3 lub 4 plastry - mięso czułem od pierwszego do ostatniego kęsa. Schab soczysty, doprawiony. Miękki, ale zwarty. Taki dobry, domowy schabik. Pikle też były wyczuwalne, ale nie nachalne. Sera dużo, ciągnął się z każdym gryzem. Sos. Hmmmm... W smaku dobry, mocno pomidorowy, bez tego irytującego kwaskowatego posmaku, jaki cechuje tanie produkcje, gdzie przesadza się z przecierem. Czuć w nim zioła, pieczywo było nim posmarowane a nie zalane, więc nie przeszkadzał i nie lał się podczas jedzenia. Jednak... Miał być ostry. Dla mnie nie był. W moim odczuciu był klasyczny, łagodny. A szkoda, bo nieco ostrości dobrze by tej kanapce zrobiło. 


Podsumowując: kanapka bardzo dobra.  Powiem szczerze, że zastanawiałem się czy nie wrócić i nie kupić sobie jeszcze jednej. Gdybym jadł w lokalu, pewnie bym sobie zamówił powtórkę. Na plus zapisuję:
  • Pieczone na miejscu mięsa.
  • Obsługa bardzo miła i pomocna. 
  • Duży wybór pieczywa i rodzajów kanapek.
  • Smak i jakość składników.
  • Jest kawa (4 zł), więc można wpadać na śniadanie - czynne od 8:30.
Na minus tylko jedno: nie zauważyłem żadnych ostrych dodatków. Dla osób lubiących łagodne smaki to pewnie raj, ale ja postuluję, by wziąć pod uwagę także osoby, które lubią ostre, wyraziste potrawy. Kanapkę zjadłem z przyjemnością, ale gdyby była ostrzejsza - przyjemność byłaby jeszcze większa. Nie mówię tutaj o doprawieniu mięsa, ale wystarczy wprowadzić jeden sos oparty na papryczkach chili lub jalapeno, albo mieć jako alternatywny dodatek właśnie takowe papryczki.
Tak czy siak ja zamierzam tam jeszcze wpaść popróbować innych kanapek, bo mnie bardzo smakowało, a ceny są wręcz śmiesznie niskie w stosunku do jakości. Trzymam kciuki, by interes się rozwijał z nadzieją, że w końcu doczekam się w Kielcach miejsca, gdzie będę mógł wpaść na kanapkę Philly Steak lub z pulled pork.

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...