O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


piątek, 12 kwietnia 2013

To już jest koniec...

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na

czwartek, 11 kwietnia 2013

Makaron w pudełku, czyli Pasta Ale Jazda


Dzisiaj kolejna recenzja nadesłana. Tym razem z Nowego Dworu Mazowieckiego. Leon odwiedził lokal Pasta Ale Jazda i opisał dla Was swoje wrażenia:
Jakieś dwa tygodnie temu byłem z moim wspólnikiem służbowo w podwarszawskiej miejscowości Nowy Dwór Mazowiecki. Około południa zgłodnieliśmy i postanowiliśmy poszukać czegoś szybkiego do zjedzenia. Podjeżdżaliśmy już pod kebab, bo tylko to rzucało nam się w oczy, gdy obok zauważyliśmy baner z reklamą baru z makaronem. A że kebabów i pizzy mamy po uszy, postanowiliśmy odszukać to miejsce i spróbować ich oferty.
Lokal niewielki dwa stoliki, bardziej nastawiony na wynos, niż jedzenie w lokalu. Sama nazwa lokalu jest ciekawa: „Pasta ale jazda”, a menu bardzo śmieszne. Można zamówić krowę na wypasie, kurczę blade, mammałyge, kaczkę dziwaczkę , czy vege. Ja zdecydowałem się na kaczkę dziwaczkę. Zaintrygowało mnie połączenie kaczki, pomarańczy, imbiru i makaronu.
kaczka-dziwaczka
Mój kolega wziął mammałygę, mięso w sosie pomidorowym z serem coś na styl spaghetti bolognese.
mammayga
Dania podawane są w pudełkach, na pozór niewielkich, ale objedliśmy się niesamowicie. Porcje są ogromne. Makaron jest grubszy - nie cienkie spaghetti, składniki świeże, żadnych konserwantów, mrożonek, mikrofali. Widać jak kucharz gotuje co wrzuca na patelnie. Po krótkiej rozmowie z nim dowiedziałem się, że dania to jego autorski- jest zawodowym kucharzem .
Smak mojej kaczki dziwaczki rewelacyjny, ogrom smaków, pomarańcza świetnie komponuje się z kaczką, dużo kaczki w kaczce. Spróbowałem też mammałygi od kolegi: ekstra, nie zwykłe spaghetti, sos pomidorowo-pomidorowy ,mięso mięciutkie wyczuwalna lekka ostrość papryczki.
Podsumowując polecam ten lokal w stu procentach. A i ceny rewelacyjne za taki kubeł jedzenia zapłaciłem 12zł!!!
Lokal znajduje się w Nowym Dworze Mazowieckim, ul. Sukienna 52
Autorem wpisu i zdjęć jest Leon.

środa, 10 kwietnia 2013

Świnia najlepszy przyjaciel człowieka, czyli kiełbasa w Prosiaku

Czas: około 2 w nocy z soboty na niedzielę.
Miejsce: bar Prosiaczek na Św. Leonarda.
Zalążek akcji: powrót z urodzin kolegi.

Noc to najlepsza pora do jedzenia. A szczególnie, jeśli wraca się z imprezy. W brzuchu burczy, ślinianki pracują na maksa, wyobraźnia podsuwa obrazy soczystego mięcha. W takich to okolicznościach przyrody postanowiłem odwiedzić Bar Prosiaczek celem spożycia jakiegoś niezdrowego i pysznego jedzenia. Od jakiegoś czasu migał mi na FB nowy plakat Prosiaczka, gdzie obok kebabów znalazła swe miejsce kiełbasa - w hot dogach i solo. Hot dogów jeszcze w menu nie ma (mają być na dniach), ale kiełbasa już jest. No więc...

Po tym, jak zachwyciły mnie warszawskie wursty cierpiałem, że w Kielcach nie ma miejsca serwującego w nocy i za dnia dobrą kiełbasę. Teraz już jest. Co prawda nie zjemy oryginalnego wursta (ale też kto w Kielcach kupowałby kawałek kiełbasy za 10 czy 13 zł?), jednak to co Prosiak ma w menu nie odbiega jakością od niemieckich kiełbas. A więc po kolei:

Na razie do wyboru mamy białą kiełbasę w dwóch rozmiarach: małym (5,50 zł) i dużym (8,50 zł). Kiełbasa jest grillowana i podawana w towarzystwie sosów oraz bułeczki, również opieczonej na elektrycznym grillu. Oczywiście nie rozdrabniałem się, tylko wziąłem dużą.


Bułeczkę obskubałem zanim wyjąłem aparat, dlatego tak wygląda :D Była idealnie podpieczona - chrupiąca skórka, wnętrze mięciutkie, nie przesuszona. Kiełbasa jak widać jest naprawdę duża. Opieczona na rumiano kusiła atrakcyjnym wyglądem:


Zachowała całą swoją soczystość, nie pękła podczas grillowania, więc soki czekały pod skórką na uwolnienie. Kiełbasa jakościowo okazała się bardzo dobra. Czuć w niej mięcho, a nie wypełniacze, dobrze doprawiona, dość grubo mielona. Kupiłbym taką do białego barszczu na Wielkanoc. Tak mi smakowała, że zapomniałem zrobić zdjęcie środka. No po prostu jak już raz ugryzłem to nie przestałem aż zjadłem do końca. Pyszna.

Podsumowując: wprowadzenie kiełbasy to był bardzo dobry pomysł. Takiej przekąski brakowało mi na afterek lub biforek. Czekam na poszerzenie asortymentu, tak żebym mógł wybrać np. spośród trzech - czterech kiełbas, zarówno z grilla jak i z wody. Jakość bardzo dobra, cena również, brać i zajadać. Jedyna rzecz do której mogę się przyczepić to brak chrzanu. Do białej kiełbasy jest mi niezbędny.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Hola, amigo! Z wizytą w poznańskim „Czerwone sombrero”.

Dzisiaj wpis z Poznania. Kamil Rudzki odwiedził meksykańską restaurację "Czerwone Sombrero". Co tam zjadł i czy było dobre? O tym przeczytacie poniżej:


Kiedy tylko wybieram się do Poznania, zawczasu planuję wizytę pod względem kulinarnym. Tak było i tym razem. Za cel główny obrałem osławione, stricte streetfoodowe miejsce, Food Patrol. Pogoda jednak nie rozpieszczała, trzaskający mróz i padający śnieg dawał się ostro we znaki. Mnie i mojej J. nie uśmiechało się jeść w takich warunkach, więc postanowiliśmy jednak iść kawałek dalej i odwiedzić lokal serwujący kuchnię meksykańską.

Po wejściu w oczy rzuca się typowy wystrój bijący po oczach butelkami tequili i wszechobecnymi sombrero, robiącymi nawet za klosze. Miły pan kelner zaprowadził nas do stolika i podał menu. Od razu uderzył mnie brak dań z wołowiną. Dopatrzyłem się faktu, iż jest to menu testowe, które będzie się jeszcze zmieniać korzystając z sugestii klientów. No cóż, jakoś przebolałem brak krowy w ofercie.
Na rozgrzewkę wybrałem Sopa Azteca (9,90PLN), czyli pikantną zupę z pomidorów i ostrych wędzonych papryczek chipotle z mięsem drobiowym, plasterkiem awokado, śmietaną, serem i chrupiącymi kawałkami tortilli. Zupa sama w sobie bardzo mi smakowała. Była ostra, z charakterystycznym posmakiem wędzonych papryczek. Śmietana łagodziła ostrość, a ser bardzo fajnie się topił i ciągnął przy jedzeniu. Konsystencję pozytywnie przełamywały kawałki tortilli. Jedynym zgrzytem był gotowany kurczak, którego naliczyłem raptem kilka kawałków. Może i dobrze, bo średnio się komponował. Śmiem nawet stwierdzić, że bez niego zupa byłaby lepsza.


Danie główne stanowiły Enchiladas de Pollo (22,90PLN), czyli tortille faszerowane grillowanym kurczakiem, papryką i cebulą, zapiekane z salsą ranchera i serem. Potrawa została nam zaserwowana na gorących patelniach, jeszcze przyjemnie skwiercząca. Jak widać na załączonym obrazku, całość prezentowała się świetnie. Pełen ochoty zabrałem się więc za kosztowanie. Po kilku kęsach dobrej salsy połączonej ze smakiem tortilli i kwaśnej śmietany…no właśnie…hola, amigo! A gdzie ten kurczak? Po głębszym przypatrzeniu się w głąb odnalazłem kilka kawałków małej wielkości, bo w całości w ogóle ich nie wyczuwałem. Może i dobrze, bo grillowany kurczak był właściwie nijaki w smaku, wręcz mdły. Za tę cenę spodziewałem się zdecydowanie więcej mięsa. Na plus zdecydowanie same tortille, które były mocno kukurydziane i raczej robione na miejscu. Potrawa nie zachwyca i moim zdaniem wymaga dopracowania, szczególnie mięso, które jednak powinno być bardziej doprawione i w większej ilości.


Wychodząc z Czerwonego Sombrero miałem mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo fajna, ostra zupa, z drugiej jednak mocno średnie enchiladas. Czy odwiedziłbym to miejsce ponownie? Raczej nie. Zawiodłem się na kurczaku niezmiernie, a stosunek jakość-cena pozostawia wiele do życzenia. Za tę cenę w Poznaniu można zjeść zdecydowanie więcej i lepiej.
Lokal mieści się na ul. Piekary 17 w Poznaniu.

Autorem wpisu i zdjęć jest Kamil Rudzki.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Ostre wege po tajsku – czyli makaron z warzywami + bonus serowy z Burger Kinga

Dzisiaj relacja nadesłana z Gdańska. M'n'M's sprawdzała dla Was wegetariańskie dania:

Jestem studentką i jako taka, nie mam z reguły czasu ani ochoty na gotowanie. Polegam więc na jedzeniu, przywożonym z domu (no bo nie ma to jak schabowy, zrobiony przez własną mamę), albo na standardowej kromce chleba z szynką i serem.

Czasami jednak mimo, że w lodówce zapasy jeszcze są, nachodzi mnie ochota, żeby zjeść coś na przysłowiowym mieście, i w takich chwilach wsiadam w tramwaj, do Galerii Bałtyckiej, spiesząc czym prędzej na pierwsze piętro, do ukochanego ciągu gastronomicznego.

Po kolei, napotkacie tam, dobrze wszystkim znane punkty wuja Ronalda, czy Króla Burgerów, dalej jest punkt BioWay, który mnie niestety zraża do siebie dość wysokimi cenami (mimo 20% zniżki dla studentów) no i w końcu „knajpka”, do której uwielbiam zaglądać – Asia Hung.

Od razu powiem, że jestem zdeklarowanym mięsożercą i nie ma dla mnie nic lepszego, niż porządny kawał mięsa w whopperze (McDonalds ujdzie od biedy, ale Burger Kinga w kwestii kanapek nie pokona w mojej opinii absolutnie nic), ale czasami czuję potrzebę względnej detoksykacji i zjedzenia czegoś, nazwijmy to, zdrowszego. Wybór pada na Asia Hung, oferującą dania, z założenia azjatyckie (fama głosi, że głównie tajskie, ale, szczerze powiedziawszy, osobiście zbyt mało zjadłam w życiu tajskiego jedzenia, by te pogłoski potwierdzić, bądź im zaprzeczyć), w której jadałam już nie raz. Wcześniej jednak zamówiłam w Burger Kingu podwójną porcję (2x4 sztuki – 5 złotych porcja) chili cheese nuggets – wybaczcie brak zdjęcia. Mam nadzieję, że opis tej przekąski to zrekompensuje chociaż w małej części. Ale to za chwilę ;)

Wróciłam do Asia Hung, bo na nuggetsy miałam chwilę poczekać. Oferta tego przybytku jest dość szeroka – głównie dania, zawierające mięso, ale, nie łudźmy się, nie na kieszeń studenta. Nawet o zniżce nie ma tam jakiejkolwiek mowy. Pozostało mi tylko wybrać między snack boxem za 12,90, a makaronem nippon, tańszym o ponad 3 złote. Nie miałam ochoty na łażenie po galerii z kartonowym pudełkiem, więc wybrałam to drugie. Obsługująca mnie, młoda Azjatka łamaną polszczyzną spytała o zamówienie i już po chwili z metalowej płyty, czy czegoś w tym rodzaju, z góry smażonego makaronu z warzywami na talerzu zlądowała moja porcja. Obsługa zapytała mnie o sos, a jest ich bodajże 5 lub 6 do wyboru – wybrałam ostry. I subiektywnym zdaniem mojego podniebienia, ten sos jest naprawdę ostry. To, co dostałam, na talerzu prezentuje się następująco:


Purystów, zajadających się kuchnią azjatycką przepraszam z góry za plastikowe sztućce – to kwestia wygody. Nie będę ukrywać, że moje umiejętności posługiwania się pałeczkami (które można wziąć zamiast plastikowego noża i widelczyka) są znikome, o ile jakiekolwiek ;) Ale do rzeczy.

Wróciłam do BK po zamówione wcześniej nuggetsy. Fakt, musiałam jeszcze odstać swoje, ale gdy w końcu dostałam paczuszkę, udałam się w poszukiwaniu wolnego stolika, którego znalezienie w sumienie nastręczyło mi jakichś wielkich trudności, po czym zabrałam się za konsumpcję.

Na moim talerzu znalazła się, jak się pod koniec okazało, dość spora porcja przyjemnie ciepłego, krótko smażonego makaronu z warzywami. Wśród nich można na bank wyróżnić kapustę (podejrzewam pekińską), małe kawałki marchewki, kawałki pora, które, o dziwo, bo generalnie za porem nie przepadam, mi smakowały – podejrzewam, że to zasługa sosu, jakieś kiełki i chyba nawet bok choi, chociaż nie jestem tego do końca pewna. Ot, jakaś mieszanka warzywna. Oblano to ostrym sosem, z, widocznymi na zdjęciu, kawałkami karmelizowanej cebulki, która, na upartego, jest delikatnie słodka. Na upartego, bo smak i ostrość czerwonego chili dominuje tak w dość tłustawym sosie, jak i później w całym daniu. Nie ukrywam, że mi to smakowało tak za pierwszym razem, jak i po raz którejś z kolei konsumpcji. Przyczepić się mogę tyko do faktury makaronu – miejscami jest miękki, jakby po prostu podgrzany na parze, miejscami z kolei zbyt suchy – widać, że nieco zbyt długo przytrzymany na płycie, ale wostatecznym rozrachunku wychodzi tak gdzieś pośrodku, więc nie ma na co narzekać. Gdyby nie przekąska, zjedzona przeze mnie chwile później, na pewno pamiętałabym o posiłku przez dłużej, niż godzinę i to nie przez smak czy uczucie nasycenia (to drugie nie dało mi zapomnieć o lunchu spokojnie do wieczora), ale przez gorąco, które czułam na i w ustach dzięki ostremu sosowi.

Wiedząc, a właściwie wierząc, że dobiję mój język kolejną dawką kapsaicyny, sięgnęłam po jeszcze ciepłe chili cheese nuggets od Króla. Wyjęłam jedno, jeden… No, nieważne, jedną sztukę i moim oczom ukazało się coś, kształtu… miniaturowego kartofelka, takiego – teoretycznie – na jeden kęs. Porównując to do znanych już czytelnikom tego bloga przekąsek, powiedziałabym, że jest to wielkość gdzieś dwóch Chicken McBites i pewnie wiele bym się nie pomyliła. Przegryzłam chrupiącą panierkę i moim oczom ukazał się środek, pełen gorącego, płynnego, topionego sera, w którym zatopione były kawałki zielonego chili. Właśnie przez ser napisałam, że to przekąska na jeden kęs tylko w teorii. Jest on naprawdę gorący, więc nie radziłabym próbować rozgryzać kąska, będącego w ustach w całości – poparzenie języka i podniebienia murowane. Co jednak mnie zaskoczyło po przelotnym romansie z kolejnymi siedmioma kolegami pierwszego nuggetsa, to fakt, że roztopiony ser sympatycznie złagodził ostry posmak całego posiłku tak, że, jak już wcześniej pisałam, po godzinie z wrażenia, że mogłabym ziać ogniem, niczym, nie przymierzając, Smok Wawelski, zostało już tylko wspomnienie, które jednak pozostawiło po sobie przyjemnie pełny żołądek.

Podsumowując, na całość wydałam mniej, niż 20 złotych, a zaspokoiłam dość spory głód, przechodząc wręcz niemal w dolną granicę przejedzenia. Asia Hung odwiedziłam już nie po raz pierwszy i na pewno jeszcze nie raz tu wrócę – bo, przynajmniej, na podstawie moich skromnych doświadczeń z tym miejscem, stwierdzam, że warto. Mam nadzieję, że nie rozczaruję się, zamawiając kiedyś inne pozycje z menu tej knajpki.

Autorką wpisu i zdjęcia jest M’n’M’s

niedziela, 7 kwietnia 2013

Tego mi brakowało, czyli Steakhouse Classic w McDonald's

Dobry był New York Beef Classic, ale zbyt łagodny dla mnie. Dlatego z radością powitałem nową kanapkę z serii Stars of America - Steakhouse Classic. Niby bardzo podobna do NYBC, a jednak inna, lepsza. Zblizona w smaku do mojego ukochanego McRoyala. Po kolei:

Odebrałem pudełko i zobaczyłem:


dużą sezamową bułkę. Co kryła w środku?


Dwa duże kotlety wołowe, sałatę, bekon, dwa plastry Cheddara, czerwoną cebulę i sos pomidorowo - paprykowy.


Bułka jak zwykle pyszna, dobrze zgrillowana, mięciutka. Kotlety soczyste, ser wyrazisty, bekon smakowity, acz nienachalny w smaku, warzywa świeże. Ogromną dla mnie zaletą tej kanapki jest to, że warzyw jest niewiele, nie przeszkadzają mi skupić się na mięsie. No i sos - ostry, jak na standardy MD. Czuć paprykę, czuć pomidora i przede wszystkim wyraźnie czuć szczypanie w język. Żeby nie było tak słodko - przydałby się jeszcze ogórek.

Kanapka wyrazista i bardzo smaczna, dla mnie najlepsza z całej trójki Stars of America. Chętnie powitałbym ją w stałym menu, jako uzupełnienie McRoyala. Cena 11,90 zł, moim zdaniem warto.
Jadłem w kieleckiej Galerii Korona.

sobota, 6 kwietnia 2013

Mateusz hamburgery tropi, czyli Ravioli w Olsztynie

Dzisiaj kolejny wpis Mateusza, który znowu szukał dobrych burgerów w Olsztynie. Czy mu się to udało, przeczytacie poniżej:

Tworzenie kulinarnej mapy street fodu północnej Polski nie jest łatwe. Wszędzie widzimy krzyczące budki z kebabami bądź zapiekankami z których Olsztyn słynie. Rzeczywisty obraz jest taki, że szybkie jedzenie stoi na bardzo niskim poziomie, ludzie jadają rzeczy niesmaczne, często wątpliwej jakości. Dlatego gdy dowiedziałem się, że restauracja w moim mieście ma w swojej ofercie podobno całkiem niezłej jakości burgery, postanowiłem czym prędzej sprawdzić to i zostawić jakąś spuściznę na pokolenia w formie tej notatki. Mowa o Pizzerii Ravioli STREET.

Knajpa z założenia prowadzi kuchnię amerykańską, króluje pizza. Gdy wchodzę około godziny 16, większość stolików jest zajęta. Przyjemny zapach dociera do moich nozdrzy, i widzę jak kelnerki co rusz roznoszą wielkie ogromne placki do stolików z uśmiechniętymi i zadowolonymi klientami. Lubię gdy obsługa i goście są uśmiechnięci, dlatego czym prędzej siadam i wybieram z karty cheeseburgera. Cena: 24,90 zł, to dużo jak na Olsztyn. Proszę aby mój burger był średnio wysmażony. Po jakichś 15 minutach kelnerka przynosi zamówione jedzenie.  


Porcja jest duża, burger wygląda bardzo przyzwoicie. Grymaszę trochę na przypaloną bułkę, która jest za mocno zgrillowana w kilku miejscach oraz przyprawiony talerz. Nienawidzę przyprawionych talerzy.


Pożeram na wstępie kilka frytek, są takie jakie powinny być, chrupkie na zewnątrz, miękkie w środku, nie czuć od nich starą fryturą, ani przemysłowym ziemniakiem. Próbuje także coleslawa, jest tak beznadziejny, że odrzucam widelec i postanawiam nie psuć sobie smaku. Biorę kanapkę w dłonie


i wgryzam się, pierwsze co mnie uderza to doskonale doprawione mięso, które jednak jest za mocno wysmażone. Kolejny lokal gdzie zabijają wołowinę, jestem smutny. Jem dalej, smak jest prawidłowy, jest to prawdziwy cheeseburger, ilość sera jest ogromna, fajnie się komponuje i dobrze natłuszcza całość. Warzywa przyjemnie chrupią. Brakuje mi tylko jakiegoś wyraźnego sosu, spód posmarowany jest BBQ, co później potwierdza obsługa. Dostałem też ketchup w butelce, ale nie wiem jak miałbym go użyć. Całość dobrze trzyma się formy nie kapie, nie cieknie, nie wypada mi nic.


Zjadam do końca ze smakiem i stwierdzam z zadowoleniem, że podjadłem bardzo przyzwoicie. Jestem syty. Podsumowując, zjadłem przyzwoitą kanapkę fakt ze zbyt wysmażonym mięsem ale to teoretycznie jeden mankament. Cena jest odrobinę nie rozważna, drugi raz nie zapłaciłbym prawie 25 złotych za taki posiłek. Jednak najwidoczniej lokal z braku konkurencji w tej dziedzinie pozwala sobie na takie zagrywki. Polecam dla kogoś kto lubi zabite mięso, dla kogoś kto nie lubi polecam prosić o średnio wysmażone i może tym razem „dla kucharza się uda”.
Restaurację znajdziecie na ulicy Dworcowej 35 w Olsztynie.

Autorem recenzji i zdjęć jest Mateusz Suchecki. 




piątek, 5 kwietnia 2013

Raport z ulic Torunia

Znana Wam już para DK&PD świąteczną przerwę wykorzystali na wycieczkę do Torunia, skąd nadesłali obszerną relację. A co jedli i co pili, tego dowiecie się z tekstu poniżej. Zapraszam do lektury:


Wykorzystując okres świątecznego urlopu postanowiliśmy odwiedzić Toruń - jedno z naszych absolutnie ulubionych polskich miast. Miejscowość wielkości naszych rodzinnych Kielc, nieco niższa liczba mieszkańców, miła atmosfera, zabytkowa zabudowa, rynek z prawdziwego zdarzenia i siateczka wąskich uliczek kryjących skarby gastronomii. Zapraszamy do zapoznania się z naszym raportem z ulic Torunia.

Po ponad 7-godzinnej podróży, główny dworzec PKP przywitał nas trzema ustawionymi w jednym rzędzie lokalami z fast-foodem, które utrzymano w klasycznym stylu architektonicznym typu „buda”. Każdy z nich oddalony od następnego o niecałe 2 metry. Bez wyraźnej przyczyny postanowiliśmy zjeść quasi-obiad w budce z numerem 2 (środkowa) w której zamówiliśmy odpowiednio: hot-doga (4,40 zł) oraz zapiekankę z surówkami (4,60 zł).


PD:
Zamiast klasycznej bułki dostałam „chrupiącą” (tak nazwała ją sprzedawczyni). Faktycznie była chrupiąca, ciepła i pomimo mrozu została taka do samego końca. Surówki wewnątrz były raczej standardowe, trochę dziwny wybór jak do hot-doga, ale smakowały w porządku. Parówka również poprawna. Nie jestem pewna z jakiego mięsa ją wykonano (i chyba wolę nie wiedzieć). Wybranego uprzednio sosu czosnkowego było całkiem dużo, jednak jego smak nie odbiegał od standardu w tego typu miejscach. Podsumowując, całość nie była zła i na chwilę zaspokoiła duży głód. Mimo to, trudno mi komukolwiek polecić tę budę.


DK:
Postanowiłem sprawdzić jedną z niewielu wegetariańskich pozycji wymienionych na szyldzie, tj. zapiekankę z pieczarkami. Wersja podstawowa (bułka + pieczarki) kosztowała bodaj około 4zł. Za niewielką dopłatą można było dokupić kolejne „moduły” – surówki, szynkę i dodatkowy ser. Skomponowałem wymyślne danie w postaci zapiekanki z surówkami i sosem czosnkowym. Obsługa była miła i uprzejma a ciepło płynące z piecyków wewnątrz budy sprawiło, że pomimo ostrego mrozu postanowiłem zjeść na miejscu.

Zapiekanka została przygotowana w piecu, za co należy się duży plus. Cała reszta to niestety przykry standard w kiepskim wydaniu. Bułka nie imponowała rozmiarem, a wręcz przeciwnie. Surówki w postaci standardowej, kebabowej mieszanki warzyw były mierne. Jedyne co ratowało tę kompozycję to sos czosnkowy. Ogółem – jakość jedzenia współmierna do ceny.



Po dokonaniu aktu konsumpcji postanowiłem na pocieszenie kupić coś jeszcze w sąsiedniej budce – mój wybór padł na tani „pasztecik” (a raczej zwykłą bułkę drożdżową) z kapustą i pieczarkami (2,50 zł). Nie miałem wysokich oczekiwań i nie zostałem zaskoczony – dostałem średnio ciepłą, miękką przekąskę po kuracji mikrofalowej. Słabo.

Po niemiłym wstępie, udaliśmy się na obiad właściwy zaś kolejnego dnia skierowaliśmy się do punktu A uprzednio zaplanowanej przez nas trasy fastfoodożerców:
Pizzeria Piccolo, Ul. Prosta 20, Toruń

Z przestudiowanych przez nas zawczasu informacji o Piccolo wyłaniał się obraz przybytku otoczonego nabożną wręcz czcią przez mieszkańców Torunia. Weszliśmy do środka z pewną rezerwą biorąc pod uwagę możliwość, iż jest to kult zrodzony wyłącznie z długoletniej tradycji. Co może być szczególnego w miejscu, które w menu posiada jedynie pizzę (drożdżowy placek z pieczarkami), barszcz czerwony, kawę i herbatę?


Mieliśmy szczęście, że tego dnia pogoda nie dopisywała a w pizzerii byliśmy pierwszymi klientami. Ponoć zwykle trudno jest o miejsce siedzące a kolejki do lady ciągną się aż na zewnątrz lokalu. Wnętrze jest urządzone prosto i schludnie. W powietrzu czuć było ciężar historii i tradycji. Atmosfera bardzo specyficzna jak na fast-food.


Zamówiliśmy zestaw w postaci jednej sztuki pizzy z sosem czosnkowym oraz dwóch miseczek barszczu. Za całość zapłaciliśmy niewiele ponad 11 zł. Usiedliśmy przy stoliku (w tym czasie przyszły kolejne dwie osoby) na którym po chwili wylądowały barszcze. Szok. Zupa została ewidentnie przygotowana z naturalnych składników i była wyjątkowo dobra. Wyraźnie wyczuwalne były czosnek i majeranek, barszcz przyjemnie rozgrzewał. Nic dziwnego, że można ją także zabrać na wynos w słoiku (dopłata 1,20 zł).

Zachwytom nad barszczem nie było końca a zanim wypiliśmy połowę na stół trafiła już pizza.


Zdajemy sobie sprawę z tego, że na zdjęciu nie prezentuje się szczególnie zachęcająco. W końcu podobne posiłki są sprzedawane w piekarniach i sklepach spożywczych pod nazwą bułka wenecka bądź po prostu bułka z pieczarkami. W tym jednak przypadku musicie uwierzyć nam na słowo – smak jest wyjątkowy, niepodrabialny i jedyny w swoim rodzaju. Trudno jednoznacznie wskazać element sprawczy tej wyjątkowości, ale pizza jest tak cholernie smaczna, że trudno się od niej oderwać. Ciasto jest gorące, puszyste i miękkie, składniki odpowiednio przypieczone a sos komponuje się idealnie. Całość jest dosyć tłusta i dzięki temu też bardzo sycąca. Zjedliśmy jedną na dwoje i zastąpiła nam obfite śniadanie.


Podsumowując – toruńska Pizzeria Piccolo jest jedynym w swoim rodzaju lokalem, który podniósł polską nijakość do rangi wyjątkowej sztuki kulinarnej. Gorąco polecamy, miejsce trzeba sprawdzić obowiązkowo przy okazji wizyty w tym pięknym mieście. Pizzę można zabrać także na wynos w kartonowym opakowaniu.

Kawiarnia Lenkiewicz, Ul. Wielkie Garbary 14
Kawiarnia Lenkiewicz słynie z serwowanych na miejscu lodów. Pomimo niesprzyjających warunków pogodowych, postanowiliśmy zmierzyć się z renomą miejsca. Niestety ze względu na problemy techniczne nie wykonaliśmy żadnych zdjęć.

Porcja lodów (gałka) w cenie 3,50 zł może wydawać się nieco droga do momentu w którym zostaje nałożona do rożka. P jako koneser słodyczy zdecydowała się na 4 smaki. Ja ledwo toleruję cukier wobec czego poprzestałem wyłącznie na dwóch.
Smak lodów rzeczywiście jest wyjątkowy – wyraźnie można poczuć naturalne składniki, chociaż jako anty-fan słodyczy nie dostrzegłem powodów do szczególnego zachwytu. Dlatego też dalsza część tekstu należy do P:

Do Torunia przyjechałam z wielkim apetytem na słodkości i odkąd przeczytałam pozytywne opinie o lodach z cukierni Lenkiewicz nie mogłam się doczekać wizyty w tym lokalu. Nic więc dziwnego, że gdy tylko ujrzałam różnorodność smaków lodów dostępnych w cukierni, oczka zaświeciły mi się i poprosiłam aż o cztery gałki. Oprócz klasycznych pozycji, cukiernia proponuje lody o mniej spotykanych smakach. Dla siebie wybrałam whisky, białą czekoladę, piernikowe (a jakże!) oraz orzechowe. D wybrał whisky oraz pina colada. Jakie było moje zdziwienie, gdy po chwili zamiast skromnej porcyjki, jakiej się spodziewałam, zostałam obdarowana olbrzymim rożkiem, którego ledwie mogłam utrzymać. Smak wszystkich był absolutnie obłędny (pina colada także, ponieważ spróbowałam od D), najbardziej jednak polecam białą czekoladę oraz piernikowe, które posmakowały mi najbardziej. Polecam jednak mniejsze łakomstwo, gdyż nawet taki lodożerca jak ja miał problem ze zmieszczeniem czterech sztuk.

Meta! Ul. Szeroka 34, Toruń
Po drodze do Browaru Staromiejskiego (punkt C wyprawy) złapała nas paskudna śnieżyca wobec czego postanowiliśmy zaliczyć krótki postój w mijanym przypadkowo lokalu Meta! który mieści się przy ul. Szerokiej. Knajpa utrzymana w klimacie typowo alkoholowo-libacyjnym, wystrój i udźwiękowienie nawiązujące do pijackiej tradycji PRL. Atrakcyjne ceny piwa lanego zaczynające się od 5 zł oraz przekąski w cenie 9 zł można zaklasyfikować jako atrakcyjne. Nie zdecydowaliśmy się jednak na jedzenie wobec czego na tym opis zakończymy.

Browar Staromiejski Jan Olbracht Ul. Szczytna 15, Toruń
Po świetnej pizzy, lodach i pit-stopie w Mecie dotarliśmy do kolejnego punktu wycieczki za który obraliśmy Browar Staromiejski gdzie serwowane jest piwo warzone na miejscu. Nasz pierwotny plan zakładał, iż będzie to jedynie krótki przystanek przed dalszą wyprawą ale z przykrością doszliśmy do wniosku, że po odwiedzeniu poprzednich lokali nie podołamy wyzwaniu. Zastanawialiśmy się też, czy opis naszych wrażeń po wizycie w tym miejscu pasuje do charakteru SFP. Żelazna logika podpowiedziała nam jednak, ze skoro istnieje możliwość zamówienia piwa na wynos to jak najbardziej jest to street food ;)


Lokal zajmuje bodaj trzy kondygnacje wobec czego miejsca nie brakowało. Usiedliśmy jednak przy stoliku nieopodal baru. W karcie poza szeregiem alkoholi i daniami typowo restauracyjnymi znajdują się cztery piwa warzone na miejscu – Śmietanka Toruńska, Bursztyn Toruński, Olbracht – Pils oraz Piernik Toruński. P. bez wahania wybrała Piernik Toruński. Ja miałem ochotę na Bursztyn, ale okazało się, że ten rodzaj piwa się skończył wobec czego wziąłem Śmietankę Toruńską. Dodatkowo zamówiliśmy jeszcze krążki cebulowe smażone w cieście piwnym.


Mimo, iż oboje jesteśmy oddanymi fanami piwa to do specjalistów nam daleko wobec czego nasze zdanie o smaku podchodzi od laików. Śmietanka Toruńska łudząco przypomina w smaku jasny Paulaner czyli jest piwem jak na nasz gust bardzo dobrym. Po Pierniku Toruńskim oczekiwaliśmy więcej słodyczy, ale okazał się być ciemnym piwem z nutą goryczy i wyczuwalnym aromatem korzennym. Niewątpliwym plusem jest także możliwość spróbowania wszystkich czterech rodzajów piwa podawanych w szklaneczkach o pojemności 125ml w cenie 10 zł za zestaw. Po chwili na stole wylądowały także krążki cebulowe – za 12 zł otrzymujemy 6 sztuk w chrupiącym cieście. Krążki były puchate i oczywiście nieco tłuste, cebulka w środku była miękka i ciepła, a ciasto wyjątkowo chrupiące. Do krążków podany został sos, na bazie musztardy, z lekką kwaskowatością w tle, całość tworzyła zgrany duet. Przekąska świetnie współgrała z zamówionym przez nas piwem. Jeszcze kilka słów o samym lokalu: w browarze panuje przyjemna atmosfera, obsługa jest przemiła, a całość, począwszy od wystroju, poprzez kartę a kończąc na sztućcach i sposobie podania piwa/potraw jest dopracowany w najmniejszych szczegółach. Naszym zdaniem zdecydowanie warto odwiedzić to miejsce przy okazji wizyty w Toruniu.

Na tym niestety kończymy naszą relację. Nie udało nam się zahaczyć o Restaurację Luizjana (ul. Mostowa 10), która słynie z kuchni kreolskiej oraz popularne knajpy z kebabami mieszczące się w okolicach rynku ale nadrobimy to przy kolejnej wizycie.

Autorami tekstu i zdjęć są PD & DK.








czwartek, 4 kwietnia 2013

Omlet dla narciarza, czyli Magia Sabatu w Krajnie

Pogoda za oknem taka, że dzisiejszy wpis bardzo ładnie się w nią wkomponowuje. LoveSnow podesłał relację z wyjazdu na narty, a właściwie z jedzenia, jakie miłośnicy białego szaleństwa mogą w Sabacie zjeść.


Biorąc pod uwagę aurę za oknem wybrałem się ze znajomymi na narty. Wybór padł na Sabat w Krajnie. Już w drodze na stok wiedziałem, że muszę zacząć od porządnego śniadania :) Jednak czy jest możliwe zjeść coś porządnego przy stoku narciarskim ? Postanowiłem to sprawdzić.

Po dojechaniu na miejsce od razu zaatakowałem restaurację która mieści się tuż obok wyciągu. Zaglądam do menu i oprócz fastfoodów widzę wiele ciekawych pozycji, w tym również dania regionalne. Skupiam się jednak na opcji śniadaniowej i z kilku propozycji wybieram omlet, którego nazwałem full opcja. A to dla tego że w skład jego wchodzi boczek, cebulka, 3 jajka, świeży pomidorek, sałata, sos śmietanowy zdecydowanie coś dla mnie tego dnia :) Płacę 16 zł, dostaję paragon z numerkiem i czekam. Po około 20 minutach wywołują mój numerek. Odbieram coś, co przeszło wizualnie moje oczekiwania:



Zaczynam jeść i szok!! Pozytywny szok!! Wszystko aż razi świeżością, smak jest idealny, wręcz niebiański, składniki świetnie ze sobą współgrają tworząc ciekawą harmonię smaku. Sam omlet świetnie doprawiony, naprawdę smaczny i ogromny!!! 

Przygoda w Krajnie nabrała nowego znaczenia, gdyż odwiedzam wiele stacji narciarskich i wszędzie maksymalnie na co można liczyć to przypalona kiełbaska lub zimny hamburger. W Krajnie jest inaczej, danie było na wysokim poziomie, wręcz nie pasującym do klimatu stoków narciarskich jaki znamy :) Duży plus odwiedzę to miejsce jeszcze nie raz gdyż już wiem na czym polega nazwa tego miejsca Magia Sabatu :)

Autorem wpisu i zdjęcia jest LoveSnow.

środa, 3 kwietnia 2013

Musiałem tam wpaść, czyli The Dorsz

Kolejny łódzki lokal, który był na mojej liście. Już przed 12-tą kręciłem się przed wejściem, ale otwarcie się przesunęło z powodu problemu z frytkami :) Jednak nie odpuściłem i o 12:30 wszedłem w końcu do środka.


Pierwsze co zwróciło moja uwagę to menu:


I co tu wziąć? Zamówiłem tortillę z krewetkami (12 zł), frytki (mała porcja 4 zł) i nuggetsy. Chciałem wziąć nuggetsy z ryby, ale na skutek zabawnego nieporozumienia dostałem z kurczaka (4 szt. - 12 zł).

Najpierw na stół wjechała tortilla, frytki i dipy:


Frytki - to naprawdę jest mała porcja?! Więc jak wygląda duża? Spodziewałem się porcji o połowę mniejszej.


Skropiłem je oczywiście octem, posoliłem i popieprzyłem. Maczane w dipach nawet mi smakowały, aczkolwiek nie powaliły mnie smakiem. Pewnie z powodu tej "awarii", przez którą opóźniło się otwarcie. Tak czy siak - jadłem lepsze.

Za to tortilla... Poezja.


W naleśnik zawinięto świeżą rucolę, sos typu 1000 Wysp i panierowane krewetki. Krewetki duże dodajmy, żadne tam koktajlowe badziewie. Były 3 albo 4, nie liczyłem, ale starczyło ich od pierwszego do ostatniego kęsa. Cieniuteńka jak papier panierka nie zdominowała ich smaku, jedynie zachowała pełną soczystość krewetek.  To one dominują w smaku. W połączeniu z rucolą smakowały rewelacyjnie.

Na końcu zabrałem się za nuggetsy. Cztery spore kawałki piersi kurczaka w chrupiącej, cieniutkiej panierce:


Mięso dobrze doprawione, soczyste, bardzo smaczne.  Miło byłem zaskoczony, bo wszak pierś to mięso, które samo w sobie jest raczej suchawe, a poddane nieumiejętnej obróbce potrafi smakować jak wiór. Tutaj jednak nie miałem się do czego przyczepić, tylko pałaszowałem z apetytem. Nuggetsy jedne z najlepszych, jakie jadłem poza domem. Maczałem je sobie w dipach, uzyskując różne smaki. Najlepsze były z czosnkowym i BBQ. Knajpa niby rybami stojąca, a umieją dobrze zrobić kurczaka!

Podsumowując: wizytę w The Dorsz oceniam jako udaną, choć nie udało mi się spróbować ryby, czego bardzo żałuję. Jednak prosto stamtąd szedłem do Anatewki, gdzie miałem spróbować kilku dań, więc rybę w The Dorsz zostawiam sobie na następną wizytę. Bo na pewno tam wrócę.

The Dorsz znajdziecie na ulicy Traugutta 9 w Łodzi.

wtorek, 2 kwietnia 2013

"Zawsze próbuj nowych rzeczy”, czyli przy stole z Hannibalem

Jak pewnie pamiętacie, zostałem zaproszony przez AXN Polska do współpracy przy promocji nowego serialu Hannibal (od 10.04 będziecie mogli oglądać go na kanale AXN). Moim zadaniem było zjeść coś, co się kojarzy z dr. Lecterem. Teoretycznie mógłbym te potrawy przygotować w domu, ale nie chciałem powtarzać tego, co zrobią blogerzy stricte kulinarni. Więc pozostało mi jedno: wyszukać restauracje, w których takie dania podają. Dzięki Waszym podpowiedziom, choć z niemałym trudem, znalazłem trzy miejsca, w których udało mi się zrealizować zadanie.

Wyobraź sobie, że niedawno dostałem zaproszenie na wspaniały obiad. Brzmiało ono tak: Zapraszam na policzki i smardze – Hannibal Lecter. Jaka by była twoja odpowiedź? Ja skorzystałem i mówię - było pysznie.” (Thomas Harris, Hannibal - po drugiej stronie maski)


Na policzki pojechałem do Łodzi. Figurują one w menu restauracji American Bull jako "poliki wołowe podawane z puree ziemniaczanym i grillowanymi warzywami". Smardzów nie stwierdziłem. 


Zacznę od końca. Grillowane warzywa - znalazłem cebulę, pieczarki, marchewkę. Na gorąco wspaniale komponowały się z aksamitnie kremowym puree, którego śmietanową łagodność przełamywały swoimi wyrazistymi smakami. Absolutnie pyszne. Ale najważniejsze były poliki. Skrojone w cienkie, lecz soczyste kawałki, długo duszone w aromatycznym sosie wprawiły mnie w stan bliski ekstazy.


Mięso niemal rozpływało się w ustach. Mięciutkie, soczyste, naciśnięte widelcem rozdzielało się na włókienka prawie jak pulled pork. Sos świetnie komponował się z ziemniaczanym puree i warzywami, w daniu tym widać było, że do mięsa kucharz podszedł z należytym mu szacunkiem. Cena - 29,90 zł. 

Dr Hannibal Lecter: Nie martw się, mózg nie odczuwa bólu. Paul nawet nie zauważy braku kawałka płatu czołowego odpowiedzialnego za dobre maniery. A tutaj mamy worek, w którym umieszczony jest mózg. (Lecter kładzie kawałek mózgu na patelnię)

Paul Kendler: Wspaniale pachnie.
Dr Hannibal Lecter: O tak, chciałbyś spróbować? (Lecter na widelcu podaje kawałek mózgu)
Paul Kendler: Bardzo smaczne.



Móżdżek cielęcy nie figuruje w stałym menu Anatewki. Miałem jednak szczęście trafić na czas, kiedy można go zamówić. Podany w ładnym garnuszku, takiej miniaturce normalnego garnka, w towarzystwie 4 grzanek. Cudownie soczysty i delikatny, wymieszany z jajkiem, cebulą, czosnkiem, solą, pieprzem i pietruszką z wyglądu przypominał zwykłą jajecznicę. Ale po włożeniu do ust wiedziałem, że mam do czynienia z wyższą formą sztuki kulinarnej. Mięciutki móżdżek puszczał soki na chrupiącą grzankę, a ja w milczeniu delektowałem się każdym kęsem, popijając miodówką podlewaną szczodrze gościom w ramach gratisu od firmy. Cena - 21 zł.


"Co to jest, ta apetycznie wyglądająca przystawka? Jeśli ci powiem, obawiam się, że nawet jej nie spróbujesz."

Chwilę odpocząwszy, pozwalając by smak móżdżku jeszcze jakiś czas pozostał mi na języku, zająłem się kolejną pyszną przekąską. Na stół wjechał "Szpik kostny z sałatką z pietruszki i limonką".




Trzy konkretne kości wypełnione szpikiem zapieczono w piecu. Sam w sobie szpik dla mnie był tłusty i lekko mdły. Są tacy co wypijają go prosto z kości, ale ja wolałem połączyć go z plastrami pietruszki, rucolą i kaparami, skropiony dodatkowo sokiem z limonki wywołał na mej twarzy szeroki uśmiech. Niesamowite było to połączenie: wyrazista pietruszka, słone kapary, świeża rucola i cierpko-kwaśna limonka rewelacyjnie zmieniły prostą w sumie potrawę w wyrafinowane danie. Pytajcie o niego, bo nie zawsze jest dostępny, wg szefa kuchni w Anatewce szpik najlepszy jest w kości 6-miesięcznej. 

Cena - 15 zł.




Co wybierasz? Wnętrzności w środku, czy na wierzchu? Jak Judasz? Sam nie wiesz? Pozwól, że ja zadecyduję za ciebie. (Hannibal Lecter do inspektora Pazzi)


Kolejną przekąską, którą wybrałem by podniecić swoje zmysły były "Pikantne cynaderki Pani Gołdy".  Jak wiadomo, Hannibal podroby cenił wysoko. Ja osobiście również uwielbiam wątróbki, serca, nereczki czy żołądki. Dlatego cynaderki były daniem, które po prostu musiałem zamówić. I nie żałowałem swej decyzji.




Wołowe nerki skrojono w cienkie plasterki i uduszono w sosie. Podane na liściach cykorii pachniały nieziemsko. Mięso było mięciutkie i soczyste, dobrze doprawione. Sos śmietanowo - cebulowy doskonale harmonizował z cynaderkami, dodatek zielonej pietruszki nadawał aromat, a świeże chili zaostrzało smak. Kolejna kapitalna przystawka, zdecydowanie warta spróbowania. Cena - 15 zł. 




Tyle o zakąskach, pora na grande finale. Jako danie główne zamówiłem sobie uwielbiany przez mnie "Ozorek wołowy w sosie chrzanowym". Ponieważ byłem po przystawkach, nie brałem już do niego ziemniaków. 




I dobrze, bo mogłem się cieszyć smakiem tego cudownego dania bez zbędnych dodatków. Ozór był... po prostu genialny. Mięciusieńki, soczysty, mięso można było rozłożyć niemal na włókna. Sos chrzanowy bezbłędny - chrzan mocno wyczuwalny w smaku i aromacie, ale przełamany śmietaną, więc całość łagodna w odbiorze. Wchłonąłem tak szybko, że zapomniałem zrobić zdjęcie samego mięsa. Ale wierzcie mi na słowo - to było przepyszne! Cena - 27 zł.


Tatar i carpaccio w Monte Carlo. Co prawda nie pamiętam, żeby dr. Leceter jadł tatara, ale danie to pasowało mi do koncepcji wpisu z uwagi na to, że jest potrawa z surowego mięsa. No i wywołuje skrajne emocje: od zachwytu po obrzydzenie, podobnie jak sam Hannibal Lecter.



Tatar w Monte Carlo to majstersztyk. Delikatna polędwica idealnej konsystencji podana na trójkątnym talerzu cieszyła oczy. Oprócz jajka podano do niego siekane: marynowane rydze i pieczarki, kiszonego ogórka, cebulkę i genialną musztardę niemiecką.




Powiem krótko: tak dobrego tatara nie jadłem już dawno. Cena 28 zł jak najbardziej uzasadniona.


Potem zamówiłem carpaccio. Soczyste plastry wołowej polędwicy podano w towarzystwie tartego parmezanu i kaparów. Całość skropiona aromatyczną oliwą.




Ale dopiero to, co widzicie pośrodku, nadało tej potrawie niepowtarzalnego smaku. Własnej roboty sos czosnkowy podany w wydrążonym ogórku nie tylko pięknie wyglądał, ale przede wszystkim sprawił, że to carpaccio odbiegało od typowego. Cena z karty - 22 zł.


Nie udało mi się niestety nigdzie dostać grasicy. Bardzo żałuję, bo bez niej ten wpis może wydawać się niepełny. No cóż - tak bywa, miałem ją zamówioną w jednej restauracji, ale nie dotarła. Przez chwilę myślałem, czyby nie pozyskać jej z kelnera lub kucharza, ale ... 




Lubię takie akcje, jak ta z AXN. Zadanie wykonałem z ogromną przyjemnością, przy okazji odwiedzając miejsca, które wpisuję na swoją listę "warto wracać". Z niecierpliwością czekam na serial, by zobaczyć co działo z dr. Lecterem w okresie poprzedzającym akcję filmu "Czerwony Smok".

Wszystko na temat serialu znajdziecie pod tym linkiem:
 http://www.axn.pl/programy/hannibal oraz na Fan Page AXN Polska na Facebooku.

Restauracja American Bull znajduje się w Łodzi, na ulicy Drewnowskiej 58b, na terenie Manufaktury.

Restaurację Anatewka znajdziecie w Łodzi na ulicy 6 Sierpnia 2/4 (drugi lokal na terenie Manufaktury).
Restauracja Monte Carlo mieści się w Kielcach na ulicy Paderewskiego 20.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Lekko, smacznie, tanio - Bar Orientalny Pacific

Choć na pusty żołądek nie jadam, na wyjeździe tej zasady nie stosuję. Idąc Piotrkowską, w okolicach numeru 138/140 zobaczyłem za murkiem dwa lokale z azjatyckim jedzeniem. A czemu by nie? - pomyślałem i wszedłem. Po chwili wahania wybrałem lokal, który miał na ścianie wywieszone menu, czyli Bar Orientalny PACIFIC:


Menu poraża ilością pozycji - nawet królika mają w karcie :) Po przestudiowaniu stwierdziłem jednak, że tak naprawdę każde mięso robione jest na 5 takich samych sposobów. Nie chciałem się najadać, bo przede mną było jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia. Zdecydowałem się na sajgonki z surówką (4,50 zł) i kalmary słodko - kwaśne (9,50 zł).

Sajgonki: dwie duże, czyli tak samo jak podają w Kielcach. Do tego wziąłem ostry sos.


Opieczone na chrupko, w połączeniu z ostrym (ale bez przesady) sosem smakowały dobrze i stwierdzam, że warto zapłacić za nie 4,50 zł. Co prawda w środku dominuje ryż, ale za tę cenę ...


Potem przyszła pora na kalmary. Za 9,50 zł dostajemy porcję kalmarów smażonych z warzywami, ryż i surówkę. Do tego również wziąłem sos ostry.


Kalmary okazały się bardzo smaczne, miękkie, z lekka tylko gumowate. Warzywa chrupiące, choć zabrakło mi w nich grzybów mun. Mówiąc szczerze to dominują zwykłe warzywa - kalafior, kapusta, marchewka, fasolka. Trochę brak w tym azjatyckiej egzotyki, ale mimo to danie smaczne.


Kalmarów było sporo, więcej niż się spodziewałem, stosunek ryżu i surówek do kalmarów - w sam raz.

Podsumowując: wizytę w Pacificu wspominam dobrze. Za nieduże pieniądze można się najeść, wyszedłem zadowolony, problemów gastrycznych nie odnotowałem.

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...