O nas

Nadejszła wiekopomna chwila. Po 2 latach na blogspocie przechodzimy na własną domenę. Ten blog zostanie wkrótce zamknięty. Nie będzie już aktualizacji. Koniec. Od teraz zapraszam na


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Ostre wege po tajsku – czyli makaron z warzywami + bonus serowy z Burger Kinga

Dzisiaj relacja nadesłana z Gdańska. M'n'M's sprawdzała dla Was wegetariańskie dania:

Jestem studentką i jako taka, nie mam z reguły czasu ani ochoty na gotowanie. Polegam więc na jedzeniu, przywożonym z domu (no bo nie ma to jak schabowy, zrobiony przez własną mamę), albo na standardowej kromce chleba z szynką i serem.

Czasami jednak mimo, że w lodówce zapasy jeszcze są, nachodzi mnie ochota, żeby zjeść coś na przysłowiowym mieście, i w takich chwilach wsiadam w tramwaj, do Galerii Bałtyckiej, spiesząc czym prędzej na pierwsze piętro, do ukochanego ciągu gastronomicznego.

Po kolei, napotkacie tam, dobrze wszystkim znane punkty wuja Ronalda, czy Króla Burgerów, dalej jest punkt BioWay, który mnie niestety zraża do siebie dość wysokimi cenami (mimo 20% zniżki dla studentów) no i w końcu „knajpka”, do której uwielbiam zaglądać – Asia Hung.

Od razu powiem, że jestem zdeklarowanym mięsożercą i nie ma dla mnie nic lepszego, niż porządny kawał mięsa w whopperze (McDonalds ujdzie od biedy, ale Burger Kinga w kwestii kanapek nie pokona w mojej opinii absolutnie nic), ale czasami czuję potrzebę względnej detoksykacji i zjedzenia czegoś, nazwijmy to, zdrowszego. Wybór pada na Asia Hung, oferującą dania, z założenia azjatyckie (fama głosi, że głównie tajskie, ale, szczerze powiedziawszy, osobiście zbyt mało zjadłam w życiu tajskiego jedzenia, by te pogłoski potwierdzić, bądź im zaprzeczyć), w której jadałam już nie raz. Wcześniej jednak zamówiłam w Burger Kingu podwójną porcję (2x4 sztuki – 5 złotych porcja) chili cheese nuggets – wybaczcie brak zdjęcia. Mam nadzieję, że opis tej przekąski to zrekompensuje chociaż w małej części. Ale to za chwilę ;)

Wróciłam do Asia Hung, bo na nuggetsy miałam chwilę poczekać. Oferta tego przybytku jest dość szeroka – głównie dania, zawierające mięso, ale, nie łudźmy się, nie na kieszeń studenta. Nawet o zniżce nie ma tam jakiejkolwiek mowy. Pozostało mi tylko wybrać między snack boxem za 12,90, a makaronem nippon, tańszym o ponad 3 złote. Nie miałam ochoty na łażenie po galerii z kartonowym pudełkiem, więc wybrałam to drugie. Obsługująca mnie, młoda Azjatka łamaną polszczyzną spytała o zamówienie i już po chwili z metalowej płyty, czy czegoś w tym rodzaju, z góry smażonego makaronu z warzywami na talerzu zlądowała moja porcja. Obsługa zapytała mnie o sos, a jest ich bodajże 5 lub 6 do wyboru – wybrałam ostry. I subiektywnym zdaniem mojego podniebienia, ten sos jest naprawdę ostry. To, co dostałam, na talerzu prezentuje się następująco:


Purystów, zajadających się kuchnią azjatycką przepraszam z góry za plastikowe sztućce – to kwestia wygody. Nie będę ukrywać, że moje umiejętności posługiwania się pałeczkami (które można wziąć zamiast plastikowego noża i widelczyka) są znikome, o ile jakiekolwiek ;) Ale do rzeczy.

Wróciłam do BK po zamówione wcześniej nuggetsy. Fakt, musiałam jeszcze odstać swoje, ale gdy w końcu dostałam paczuszkę, udałam się w poszukiwaniu wolnego stolika, którego znalezienie w sumienie nastręczyło mi jakichś wielkich trudności, po czym zabrałam się za konsumpcję.

Na moim talerzu znalazła się, jak się pod koniec okazało, dość spora porcja przyjemnie ciepłego, krótko smażonego makaronu z warzywami. Wśród nich można na bank wyróżnić kapustę (podejrzewam pekińską), małe kawałki marchewki, kawałki pora, które, o dziwo, bo generalnie za porem nie przepadam, mi smakowały – podejrzewam, że to zasługa sosu, jakieś kiełki i chyba nawet bok choi, chociaż nie jestem tego do końca pewna. Ot, jakaś mieszanka warzywna. Oblano to ostrym sosem, z, widocznymi na zdjęciu, kawałkami karmelizowanej cebulki, która, na upartego, jest delikatnie słodka. Na upartego, bo smak i ostrość czerwonego chili dominuje tak w dość tłustawym sosie, jak i później w całym daniu. Nie ukrywam, że mi to smakowało tak za pierwszym razem, jak i po raz którejś z kolei konsumpcji. Przyczepić się mogę tyko do faktury makaronu – miejscami jest miękki, jakby po prostu podgrzany na parze, miejscami z kolei zbyt suchy – widać, że nieco zbyt długo przytrzymany na płycie, ale wostatecznym rozrachunku wychodzi tak gdzieś pośrodku, więc nie ma na co narzekać. Gdyby nie przekąska, zjedzona przeze mnie chwile później, na pewno pamiętałabym o posiłku przez dłużej, niż godzinę i to nie przez smak czy uczucie nasycenia (to drugie nie dało mi zapomnieć o lunchu spokojnie do wieczora), ale przez gorąco, które czułam na i w ustach dzięki ostremu sosowi.

Wiedząc, a właściwie wierząc, że dobiję mój język kolejną dawką kapsaicyny, sięgnęłam po jeszcze ciepłe chili cheese nuggets od Króla. Wyjęłam jedno, jeden… No, nieważne, jedną sztukę i moim oczom ukazało się coś, kształtu… miniaturowego kartofelka, takiego – teoretycznie – na jeden kęs. Porównując to do znanych już czytelnikom tego bloga przekąsek, powiedziałabym, że jest to wielkość gdzieś dwóch Chicken McBites i pewnie wiele bym się nie pomyliła. Przegryzłam chrupiącą panierkę i moim oczom ukazał się środek, pełen gorącego, płynnego, topionego sera, w którym zatopione były kawałki zielonego chili. Właśnie przez ser napisałam, że to przekąska na jeden kęs tylko w teorii. Jest on naprawdę gorący, więc nie radziłabym próbować rozgryzać kąska, będącego w ustach w całości – poparzenie języka i podniebienia murowane. Co jednak mnie zaskoczyło po przelotnym romansie z kolejnymi siedmioma kolegami pierwszego nuggetsa, to fakt, że roztopiony ser sympatycznie złagodził ostry posmak całego posiłku tak, że, jak już wcześniej pisałam, po godzinie z wrażenia, że mogłabym ziać ogniem, niczym, nie przymierzając, Smok Wawelski, zostało już tylko wspomnienie, które jednak pozostawiło po sobie przyjemnie pełny żołądek.

Podsumowując, na całość wydałam mniej, niż 20 złotych, a zaspokoiłam dość spory głód, przechodząc wręcz niemal w dolną granicę przejedzenia. Asia Hung odwiedziłam już nie po raz pierwszy i na pewno jeszcze nie raz tu wrócę – bo, przynajmniej, na podstawie moich skromnych doświadczeń z tym miejscem, stwierdzam, że warto. Mam nadzieję, że nie rozczaruję się, zamawiając kiedyś inne pozycje z menu tej knajpki.

Autorką wpisu i zdjęcia jest M’n’M’s

4 komentarze:

  1. Asia Hung mocno rozczarowuje. Przeciętny wybór dań. Zdecydowanie za tłusto jak na kuchnię "azjatycką". Poza nazwą i pracownikami to azjatyckiej proweniencji w tej knajpie są jeszcze jedynie napoje w puszkach.

    OdpowiedzUsuń
  2. I te napoje są tam niestety najlepsze;p

    http://www.z-kultura.pl

    OdpowiedzUsuń

Czytaj także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...